Opowiadania - Miłość i płaszcz

opublikowane: 26 lut 2012, 06:19 przez Krzysztof Kożuchowski

- Pieśń moja spływa pięknie jak uśmiechy wasze, urocze, dostojne panie!

 Słowo me to siła, równa oszczepom i mieczom waszym, panowie rycerze!

 Gdy w walce z Saracenem osłabnie w dłoni topór, a w sercu odwaga - pieśń moja budzi ducha w mę­żach...

 Gdy nad ciałem zastygłym zawodzi niewiasta, sło­wo me rodzi w dziecięcej myśli jej synka przy piersi pragnienie zemsty...

 W pustyni głodny lew, mą pieśnią urzeczony, legł u stóp moich i potrząsając grzywą, ryczał w takt śpiewów mej lutni...

 Na chmurnej wyspie lodów, słowem mym czaro­dziejskim zniewolone, spod ziemi poprzez śnieg try­skały ku niebu źródła gorące...

 Bo Niebo siłą potężną słowa i pięknem pieśni ob­darzyć raczyło niegodnego - mnie... mnie, Raim­bauta de Vaqueiras...

 Urwał trubadur. Pełną piersią łyknął powietrza i potrząsnął ciemnymi lokami. Niepiękny, ale i nie­szpetny, postawny, w barwną złototkaną szatę przy­odziany, ręką struny lutni trącający - jakby istot­nie mocą czarodziejską chwytał myśli i spojrzenia wszystkie, zniewalał je i ku sobie kierował.

 Nie odrywali odeń oczu ni uszu biesiadnicy, tłum­nie na święcie w zamku margrabiego z Montferratu zebrani. Słuchał go z przejęciem i margrabia sam, człowiek rozumny, w pieśni wszelakiej i słowie uczonym czy urocznym rozmiłowany, i panie na­dobne, i rycerze dzielni, i templariusz czarnobrody, w śnieżny płaszcz krwawym krzyżem znaczony za­winięty, i tęgi, otyły opat. benedyktynów, i spowie­dnik margrabiego, cały służbie Bożej oddany i no­cami bezlitośnie się biczujący...

 I słuchała go sama pani Beatrycze del Carret, siostra margrabiego... I chociaż wszystkie spojrzenia łowił i przykuwał do siebie, Raimbaut de Vaqueiras baczył pilnie na to tylko, co by w jej, pani Beatry­cze, cudnych niebieskich oczach wyczytać mógł...

  Snuła się dalej pieśń... opowieść trubadura:

 - Siła ta z domu, spod dachu ojca znamienitego, ­dzieckiem w świat mnie wygnała. Ruszyłem z lutnią szczęścia szukać - gdyż to jego głos ku sobie mnie wabił... Szukałem wszędy; okrąg świata z krańca po kraniec przebiegłem i nie znalazłem szczęścia...

 Aż zajechałem do dworca jakiegoś cudownego, gdzie kwiaty w ogrodzie do słońca się uśmiechały, a węże i inne stwory przebrzydłe - niby dziatki ­żałośnie płakały...

 I powitał mnie pan zamku - mędrzec, o którym rozpowiadano, że Boga i prawdę w swym sercu ­jak w ołtarzu - nosi. I zapytałem go, kędy mam szczęścia szukać... Odrzekł mi: „Szczęście - to Bóg. ."

 Zasmęciłem się nieco. - „Panie - rzekłem mu ­wolna ma dusza nie usiędzie za kratą klasztorną i ludzi a świat miłująca od nich na pustynię precz nie pójdzie... Jakże mi tedy szukać szczęścia w Bo­gu?... Wszakem ci i pieśnią Pana chwalić niezdolen, bom nie uczony w łacinie, a wierszem swojskim Ma­jestatu Jego urazić nie chcę..."

 I dziwowałem się, gdy odparł mi mędrzec: „Śpie­waj na cześć kobiety, jakeś dotąd śpiewał. Bo miłość do Boga zbliża... I kto goręcej, prawdziwiej i głębiej panią swą kocha, tym bliżej jest tronu niebie­skiego".

 Spojrzał zezem margrabia ku opatowi, jak mu te słowa pieśni do gustu przypadły, ale ojciec bene­dyktynów zdrzemnął się nieco i nie słuchał, tylko spowiednik margrabiowski oczy ku niebu podniósł i szeptał:

 - Kłamie ci on, panie... Czyż nie w kobiecie czart - wróg nasz najmocniejszy?

 I słuchał dalej margrabia.

 - Raduje się serce rycerskie, gdy rogi na łowy wzywają i grot się krwią tura zarumieni - lecz większą radość niesie Pani Miłość.

 Ochota wzbiera na uczcie przy kielichu i pieśni wesołej - lecz ochotniejsze serce na Panią Miłość... Dusza się rozśpiewa i rozkrzyczy w bohaterze, gdy razi swych wrogów jednego po drugim w boju śmiertelnym - lecz ku niebu wzlatuje, gdy woła ją Pani Miłość...

 Ona jedna i nad łowy, i nad ucztę, i nad bitwę, i nad księgę, i nad spoczynek potężniejsza, urodzi­wa więcej i cudniejsza... Ona serce. ku Niebu pod­nosi - Pani Miłość!...

 Skończył trubadur, lutnię precz odrzucił i głowę w ukłonie pochylił nisko. I posypały się nań kwiaty i chustki ślicznie haftowane, i okrzyki, i uśmie­chy, i spojrzenia wymowne, gorące... obiecujące a pokorne.

 Lecz krzyków tych nie słuchał Raimbaut de Va­queiras, jeno ku pani Beatrycze der Carret spozie­rał… A ona się uśmiechała...

 Nie do niego i nie z niego - choć i dziwnie ją bawiło, :e oto po dwu latach wlóczęgi po świecie szerokim - nie czekany, niespodziany zjechał na zamek i znowu, jak ongiś, serce jej swe i pieśni sło­wa urocze w hołdzie do stóp składał...

 Uśmiechała się do siedzącego obok niej rycerza Gwiazdy Stubarwnej, jasnowłosego a urodziwego, zwycięzcy trzykrotnego w turnieju. Oto i tego dnia, gdy zwalił z konia pięciu dzielnych panów, uwień­czyła go koroną i pocałunek na jego czole złożyła.

 A i ten rycerz Gwiazdy Stubarwnej do niej się radośnie uśmiechał. Jako że od Garonny do granic ziemi węgierskiej, od Loary do grodów papieskich - wiedzieli wszyscy, że się kochają bardzo: pani Beatrycze i ów rycerz.

 Do trubadura z kielichem w dłoni podszedł mar­grabia i kładąc mu dłoń na ramieniu, rzekł:

 - Z jednej czaszy wypijmy, Raimbaucie de Va­queiras. Nie pieśniarzem wędrownym, ku uciesze mych gości sprowadzony, ale gościem drogim bę­dziesz mi dzisiaj... Bo zaprawdę, cudnie i prawdzi­wie brzmiała ta pieśń, twoja o Pani Miłości.

 A gdy zapalono pochodnie i biesiadnicy raczyli się przy stołach, z ochotą i smakiem gryząc tłuste udo wieprzowe - pozierał raz po raz margrabia ku pieśniarzowi i uśmiechał się pod wąsem. Bo mu też cudnie było, że to przez tyle czasu przepadał gdzieś Raimbaut de Vaqueiras i niczym swej pamięci o pani Beatrycze nie okazał, a teraz znów za nią i tylko za nią tęsknym okiem od misy i kielicha wodzi.

 Gdy zapadła noc i gwiazdy niezliczone zaiskrzyły, się na niebie cudniej niż na płaszczu czarnoksiężni­ka Merlina, wyszła pani Beatrycze do okna  na wie­ży wysokiej i uśmiechem pozdrowiła rycerza Gwiaz­dy Stubarwnej, czekającego na nią, na dole w ogro­dzie.

 A że w sercu czuła miłość do niego, rzuciła w dół przez okno szarfę barwną, przez nią samą suto i ozdobnie haftowaną. I rzuciła jeszcze jeden dar, stokroć nad szarfę droższy: uśmiech radości i ser­decznego kochania.

 Gromkim okrzykiem dziękował jej i pozdrawiał rycerz Gwiazdy Stubarwnej i z chrzęstem wielkim, a brzękiem odjeżdżał otoczony orszakiem świetnym.

 I nie słyszała siostra margrabiego cichych stąpań pod wieżą, dopiero dźwięki lutni dotarły do jej uszu.

 - Posłuchaj pieśni, pani Beatrycze... Pieśni po­ słuchaj mojej... Raimbauta de Vaqueiras, trubadura szlachetnie urodzonego, który o tobie tylko myśleć i o tobie śnić może, i z imieniem twym na ustach zamilknie na wieki... Posłuchaj mnie, ty, którą kocham!...

 Gdym pojął, że mi szukać trzeba Pani Miłości, pomknąłem przed siebie na rumaku ognistym i wo­łałem: „Czy jesteś?!" A echo w lasach odrzekło mi: „...Jesteś!..."

 Na Zachodzie uniosłem się na koniu na skałach nad brzegami oceanu niezmierzonego. Wyszła z fal dziewica morska o oczach zielonych, a woda i perły z jej włosów spływały. Zapytałem: „Czy to ty?..." Nie odrzekła nic, tylko słońce czerwone, w odmę­tach tonące, uśmiechnęło się do mnie i rzekło: „Nie!..."

 Na Wschodzie wykradłem księciu Saracenów naj­piękniejszą dziewczynę z haremu: włosy ciemne jak noc, oczy - błyskawice. Pytam: „Czy to ty?..." Mil­czała, jeno księżyc, nad minaretami się srebrzący, zasmęcił się, chmurką zakrył oblicze i szepnął: „Nie!..."

 Na Północy wdrapałem się po ścianie lodowej na wieżę wysoką, zajrzałem przez okienko do komnaty władczyni Zorzy Północnych i znowu wołałem: „Czy to ty?..." Była niema, a chmura czarna, wisząca nad zamkiem, zapłakała i zaszumiała: „Nie!..."

 Na Południu w pustyni czarodziejka o ciele jak heban wyciągnęła do mnie spragnione ramiona. Py­tałem: „Czy to ty?..." Nie umiała ze mną mówić, ale wicher - król pustyni z rechotem cisnął mi w twarz piaskiem gorącym i zaświstał: „Nie!..."

 A teraz wiem, że to ty... Noc i gwiazdy, potok szu­miący i struny mej lutni, wino pieniące się w pu­charze i kwiaty, omdlałe od upojenia się własną swą wonią, oczy moje i serce moje - wszystko mówi: „To ty..."

 Odpowiedz sama, pani Beatrycze: czy to ty?

 Nie odrzekła nic pani Beatrycze. Nie rzuciła nic w dół przez okno. Lecz gdy się do snu kładła, śpie­wały jej w uszach słowa: na Zachodzie i Wschodzie, Południu i Północy szukałem Pani Miłości - lecz nie było jej... A teraz noc i gwiazdy... oczy i serce ­mówią: „To ty!..."

 Świt. Ptaszki świergotem wesołym witają powrót dnia. A wraz z ptaszkami zerwał się z łoża, iście pańskiego, Raimbaut de Vaqueiras. Zwyczajnie wi­tał pieśnią słońce, wspaniały twór Boga. Niebo z szarego stało się białe, z białego złote, a potem rozpryskało się na tysiąc kryształów, jeden od dru­giego piękniejszych - a trubadur grał i grał. Dzię­kował Bogu, że pozwolił mu znów się zbudzić i znów podziwiać świat i niebo, i słońce na niebie.

 Uderzyły raźnie w powietrze ranne dzwony ko­ścielne. Otoczona rojem służebnych, poszła na mszę pani Beatrycze. Klęknęła przed ołtarzem i prosiła świętego Jerzego, patrona rycerzy, by znów, w ostatnim turnieju, dał zwycięstwo rycerzowi Gwiazdy Stubarwnej.

 A z dala, pod chórem, stanął Raimbaut de Va­queiras. Modlił się do Boga Najwyższego... słał Mu słowa podzięki za to, że tak lekko, tak dobrze było w jego sercu.., i za to, że świat, który stworzył, od­dał w królowanie Pani Miłości.

 Południe. Słońce praży niemiłosiernie. I znów w turnieju zwyciężył rycerz Stubarwnej Gwiazdy, i znowu wieńczy go pani Beatrycze... Lecz oczy jej - wbrew woli - szukają Raimbauta de Vaqueiras... Nie wie, co z nią się dzieje... Tak, jakby chciała o coś zapytać czy coś powiedzieć... lecz sama nie wie, co... A on nawet nie patrzy na nią. Stoi z opa­tem i opowiada jakieś krotochwile przednie.

 Słońce się zniża. Na tarasie zamkowym u nóg pani Beatrycze siedzi Raimbaut cle Vaqueiras i mówi o swojej miłości. Gładko mówi i pięknie. Nie pod­nosi oczu pani Beatrycze, ale słucha i nagle się za­śmieje:

 - Gładko mówisz, trubadurze, i ze słów twych ponoć wielka miłość ku mnie się wznosi. A prze­cież i truwerzy z Północy i żołnierze rozmaici, a i minstrele ze stron dalekich przez rok cały przy­nosili nam wieści, że urzekła cię złotowłosa pani znad Renu... żeś zapomniał i pieśni swych, i całego człowieczeństwa swego, tylkoś patrzał w jej oczy zielone... I jakoż to pogodzić z tym, co prawisz o mi­łości do mnie?

 - Prawdę mówisz, pani - odparł trubadur - ale i ja nie kłamię. Urzekła mnie ta złotowłosa, a czy wiesz, pani, że skorom tylko imię twe czy blask oczu wspominał - przepadał urok? Bo tylko ty... tylko w tobie widzę i czuję Panią Miłość...

 Siostra margrabiego spojrzała nań jakoś dziwnie. - Czy to prawda, coś prawił w nocy, żeś szla­chetnie urodzony?

 Dumnie uniósł głowę trubadur, a niebieskie jego oczy ogniem zapłonęły.

 - Za ojcem moim synowie pierwszych rodów w okolicy kopię i tarczę nosili; stu wasali w pole z nim szło... Jam nie piekarczyk, jak Bernard z Ven­tadorn, grzeczny wielce i uczony, przed którego strofami - choć i prostak był - czoła chylę, ani znajda, jak Marcabrun-Darmozjad. Ojców i dzia­dów swych znam...

 I zdało się nagle pani Beatrycze, jakby jakiś cię­żar wielki z serca jej spadł.

 - I naprawdę kochasz mnie tak jak swoje ślicz­ne oczy niebieskie?

 A on nie odrzekł nic, jeno pochylił głowę i do­tknął ustami brzegu jej szaty.

 Słońce zachodzi. Złoto, czerwień i fiolet barwią twarz Raimbauta de Vaqueiras siedzącego na po­duszkach przepysznych obok pani Beatrycze. Patrzy w jego oczy, widzi w nich swe odbicie... i słucha

go... słucha... A gdy urywa na chwilę, ściska jego dłoń i prosi:

 - Dalej... mów dalej...

I opowiada, jak nieraz myśli opadały go zbyt mocne... zbyt upajające, żeby zdzierżał... I nie miał nikogo, z kim by się podzielił myślami tymi... skar­żył się gwiazdom i wiatrowi jeno... A teraz się cie­szy, bo wie, że może swe myśli najskrytsze powie­rzać jej, pani Beatrycze... Ona go zrozumie...

 - Tak, zrozumiem... - szepcze i płoną jej oczy. Wyciągnęła ku niemu ręce.

 - Powtórz raz jeszcze, że mnie kochasz...

 - Kocham cię, pani Beatrycze - odrzekł i do warg podniósł ze czcią jej śliczną i delikatną dłoń.

  Zaszło słońce. Szybko zapada zmierzch. Wydłu­żają się cienie. Pani Beatrycze oderwała swe wargi od ust Raimbauta de Vaqueiras. Ciemną główkę zło­żyła na jego ramieniu. W niebieskich oczach lśnią łzy. Całuje te oczy.

 - Jak mi dobrze... - szepce. - Mogę się przy­tulić do ciebie, mogę mówić, że cię kocham, i sły­szeć to od ciebie. Niczego więcej nie pragnę.

 I uśmiecha się przez łzy. Przez łzy szczęścia.

 A on uczul nagle, że nigdy dotąd nie wydawała mu się tak piękna, jak teraz z tym uśmiechem.

 Bo najpiękniejszy jest uśmiech szczęścia!...

 Noc. Margrabia miał już dosyć i wina, i tłustej wieprzowiny i zmagań się na rękę z co najtęższymi rycerzami. Chciał się przejść po olbrzymim ogrodzie zamkowym. Zadowolony z siebie, wyrecytował z pa­mięci kilkadziesiąt wierszy łacińskich z przepo­wiedni poganina Wergila o narodzeniu Zbawiciela z Panny, że się aż opat zdumiewał, a rycerze po­otwierali gęby. O, on, margrabia z Montferratu, du­żo, dużo rzeczy wie i umie...

 Szedł ścieżkami, nie patrząc przed siebie. Nagle coś dziwnego uderzyło jego wzrok. Zbliżył się. Po­tarł dłonią czoło. Zaczął mrugać szybko. Nie wierzył swoim oczom.

 Poświata księżycowa złociła dwa uśpione w uści­sku białe - teraz żółtozielone ciała.

 Margrabia nie miał żadnych wątpliwości. Poznał tych dwoje. Ręka sięgnęła do boku. Brwi się zmar­szczyły nad oczyma, które w pewnej chwili dostrze­gły na uboczu rzucone precz szaty.

 Upajająco pachniały kwiaty. Szumiał, jakby śpie­wając, potok. Gdzieś wtórował mu słowik.

 Ramię Raimbauta otaczało szyję pani Beatrycze. Margrabia dugo się przyglądał uśpionym; na ustach siostry dostrzegł lekki, radosny, szczęśliwy uśmiech. Palce jej dotykały strun lutni i poruszały nimi raz po raz.

 Spali, śniąc o swej miłości.

 I nagle uśmiechnął się margrabia z Montferratu. Zrzucił z siebie szybko płaszcz i przykrył śpiących. Oddalił się.

 W mroku nocy nie odbijały już jasne ciała, przykryte płaszczem, spod którego wyglądały tyl­ko - złote w poświacie księżycowej - koniuszki palców prześlicznej stopy Beatrycze del Carret.

 Nazajutrz margrabia odebrał swój płaszcz i - jak powiada latopis owej epoki: „Nie było między nimi więcej o tym mowy".

 

Comments