Home‎ > ‎

Zawody 2010


PODSUMOWANIE SEZONU 2010

 
    Dwa lata wspólnych startów za nami! W 2010r skład zespołu uległ nieznacznym zmianom. Czołowymi zawodnikami byli: Paula, Ola, Krzysiek, Bartek, Rafał. Łącznie na regulaminowo ukończonych imprezach pokonaliśmy około 1100 km. Do tego można doliczyć jeszcze start Bartka na AT, niestety z powodu kontuzji partnera nie ukończony (a byłoby dodatkowe 220km!) Na uwagę zasługuje też oczywiście
MPAR (300 km) na których to pierwszy raz zmierzyliśmy się z takim dystansem, niestety nie ukończywszy w komplecie.

    Jeśli chodzi o rankingi to wypadliśmy ze wspaniałej pierwszej dziesiątki ostatecznie zajmując miejsce 11 (według rankingu NZARP) patrząc na to ilu wspaniałych napieraczy przed nami – nie jesteśmy tym faktem podłamani, a raczej zmobilizowani do walki w roku 2011!

    Rok 2010 był również debiutem Navigatorii w roli organizatora, razem z sopockim PTTK przyczyniliśmy się do zaistnienia pierwszego rajdu przygodowego w Sopocie.

  Wszystkie niepowodzenia i sukcesy przeanalizowaliśmy -
w nowym roku obiecujemy sięgnąć po więcej!






     


         Nocna Masakra - Barlinek 17 -19 .12.2010



To miała być moja pierwsza setka na orientację w tym roku, a zarazem zwieńczenie urozmaiconego sezonu. W ciągu ostatnich miesięcy zaliczyłem kilka startów w rajdach przygodowych, maratonach rowerowych, biegach górskich i ulicznych, aquathlonie i duathlonie. Organizm zasłużył już sobie na odpoczynek, ale żeby do świątecznego stołu zasiąść w poczuciu dobrze wykonanej roboty postanowiłem wystartować w Nocnej Masakrze.

    Jadąc z kolegami do Barlinka, gdzie mieściła się baza zawodów z ciekawością obserwowaliśmy wyświetlacz samochodowego termometru. Momentami wskazywał minus 18 stopni. Przez szyby samochodu obserwowaliśmy zasypane pola i lasy. Poginęły gdzieś pod śniegiem ścieżki i leśne przecinki. Wszystko wskazywało na to, że zawody będą ciężką pracą fizyczną, w kopnym śniegu, a także intelektualną, nad optymalnymi wariantami przebiegu. Mimo wszystko pełni optymizmu weszliśmy do bazy zawodów, by po 20 minutach leżeć w śpiworach, delektując się ostatnimi godzinami ciepła.

    Jak zwykle wstali za wcześnie!!! Na każdych zawodach znajdzie się grupa niecierpliwych rannych ptaszków, którzy na 3 godziny przed zawodami zaczynają swoje przygotowania. Oczywiście wszystko mają zapakowane w szeleszczące worki, wszystko wymaga konsultacji, no i drzwiami trzeba trzasnąć, żeby rozładować przedstartowe emocje. Jest po piątej. Jeszcze chwilę leżę, potem daję się porwać gorączce pakowania. Jak zwykle przed zawodami wchłaniam musli z górą rodzynek i uporawszy się ze wszystkimi dylematami typu „wziąć, nie wziąć” czekam na mapy.

    Start o ósmej. Szybki rzut oka na mapę i pędzimy z Łukaszem na najbliższy punkt. Strategia jest prosta – jak najwięcej asfaltami i głównymi drogami, żeby nie przepychać śniegu na zasypanych leśnych ścieżynkach. Po drodze na punkt spotykamy Andrzeja, zapowiada walkę o zwycięstwo, więc uczepiam się go i żegnam się z Łukaszem, który planuje inaczej rozłożyć siły. Obok przebiega Michał Jędroszkowiak – jestem w czołówce.
    Po drodze na drugi punkt odbijam w lewo decydując się na własny wariant torami. Chłopaki pobiegli prosto. Po kolana w śniegu brnę na wschód, żałując wyboru. Tory są nieużywane, przebieżność - słabiutka. Jeszcze kawałek przez pole, po kolana w śniegu (a jakże) i dopadam punkt. Nie wyszło najgorzej, bo wpadam na Andrzeja. Michał już gdzieś z przodu. Znów po zasypanym torowisku razem z Andrzejem, ale tylko przez chwilę, bo tempo trochę za mocne. Zostaję w tyle. Wybiegam z lasu na pole, w dali majaczy andrzejowa pomarańczowa kurtka. Tak biało dookoła, że aż oczy bolą, a i odległości wydają się mniejsze niż w rzeczywistości. Próbuję uzupełnić kalorie, ale mam tak szczękę zmarzniętą, że nie chce rzuć. Bardziej połykam niż gryzę. Mogę za to swobodnie pić. Wciśnięcie plecaka z camelem pod kurtkę to był dobry pomysł, dzięki temu jeszcze nie zamarzł.
    Dobiegam do punktu jako drugi. Michał chyba gdzieś pobłądził i podbija go chwilę po mnie. To się często nie zdarza, a jak podbudowuje! Rozbiegamy się w różnych kierunkach. Mamy różne pomysły. Trochę mnie to martwi, ale widzę ślady Andrzeja, więc szkoda czasu, biegiem przed siebie. Zmęczony kopnym śniegiem na polu, z radością przyglądam się przelotowi na czternastkę. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie. Otóż nie! Asfalt to tu może jest, ale od marca do listopada. Dziś o tym, że pod śniegiem jest droga świadczą tylko równo ustawione drzewa z dwóch stron.
    Z biegania nic nie będzie. W tych warunkach ciężko będzie dotrzeć na metę o północy. Na zmianę bieg i marsz, potem już tylko marsz. Po drodze podbijam dwa punkty i wreszcie wychodzę na asfalt. Chwila na pozbieranie sił zaczyna się niebezpiecznie przeciągać. Zamiast korzystać z nawierzchni i odrabiać stracony czas próbuję podźwignąć swoją klęczącą psychę. Nie, nie klęczącą- ona leżała i dogorywała. Dopadło mnie znane każdemu napieraczowi pytanie „po co?”. Czyżby za dużo startów w tym roku, przesyt i rutyna? A może za mało setek i głowa zdążyła zapomnieć, że nie z takimi kryzysami sobie już dawała redę? Z reguły jednak walczyła z nimi trochę później, a nie na 40 kilometrze. Telefony do brata i żony nie pomogły.
    Pomogło za to podbicie kolejnego punktu. Coś jest w tych biało-czerwonych lampionach. Po ich odnalezieniu w człowieka wstępują nowe siły. Korzystając z tego ruszyłem biegiem, co prawda śnieg mnie szybko wyhamował, ale liczyło się poderwanie do walki. Jakby nie patrzeć byłem w okolicy 3 miejsca, wystarczyło to utrzymać. Jednak nie szło mi to utrzymywanie. Tak to jest jak człowiek zaczyna bardziej skupiać się na sobie niż na mapie. Pobłądziłem trochę i doszedł mnie Paweł. Chwilę potem dobiegł Michał. Niby w grupie raźniej, ale ścigać się przyjechaliśmy przecież. Michał wyrwał do przodu, ja tez chciałem, ale moc nie ta. Tak czy inaczej znowu sam w środku lasu.
    „I po co, ci to chłopaku?” - czas na drugi kryzys dzielnie wspierany przez nadciągający zmrok. Ten sam zestaw pytań bez żadnej sensownej odpowiedzi. Z tego kontemplacyjnego klimatu wyrwał mnie Andrzej nadbiegający z naprzeciwka. To oznaczało, że mam 25-30 min straty. Całkiem nieźle jak na moje kryzysy. Jego stwierdzenie, że ma już dość wprawiło mnie w dobry nastrój (w końcu ktoś cierpi tak jak ja). Ruszyłem galopem na punkt. Poszło łatwo. Teraz szybko na herbatkę do Santoczna i połowa dystansu za mną. Co prawda na miejscu herbatki nie było, ale w miejscowym sklepie pokrzepiłem się colą w puszce i ruszyłem dalej.
    Z racji tego, że Masakra jest biegiem w formie scorelauf (kolejność zaliczania punków jest dowolna), po dwóch głównych wariantach przebiegu, zaczęły pojawiać się ślady zawodników biegnących w przeciwnym kierunku. Istotne to było z dwóch powodów. Po pierwsze przebieżność ścieżek zyskała na jakości, a im bliżej mety tym było lepiej. Po drugie nawigacja zrobił się banalna, a wręcz przestała istnieć. Wystarczyło podążać istniejącymi śladami i kontrolować mapę.
Zrodziła się nadzieja, że druga część trasy będzie mniej czasochłonna od poprzedniej i szybciej zakończę tę męczarnię. Tak już podchodziłem do tych zawodów. Chciałem je jak najszybciej zakończyć nie ze względu na rywali, ale ze względu na siebie. Z racji tego, że podjąłem 27 nieudanych prób rezygnacji (nawet swędzenie małego palca u nogi okazało się nie dość istotnym argumentem) pozostało mi jak najszybciej przekroczyć metę.
    Bez większych przygód dotarłem w okolicę punktu 16, gdzie na moje nieszczęście natknąłem się na Pawła. Moje ego nie pozwalało przejść nad tym spotkaniem do porządku dziennego, a raczej nocnego. Rozpoczął się 20-sto kilometrowy pościg. Dobiegając do kolejnych punktów kontrolnych widziałem odbiegającego przeciwnika. Ciągle 10 min. straty. Już zaczęło to solidnie deprymować, wreszcie bez większych wyrzutów sumienia przeszedłem do marszu. Zbliżałem się w okolice kolejnego PK.
    Brak wysiłku intelektualnego związanego z nawigacją i pogodzenie się z tym, że przeciwnik uciekł okazały się idealnym zaproszeniem dla sleepmonstera. Chwilowo wytrąciło mnie z sennego transu wpakowanie się po kolana w jakieś mokradła. Próbowałem się też ratować śpiewem, ale jak na złość żadne teksty nie przychodziły mi do głowy. Nuciłem więc po pięć razy ten sam refren. Na zmianę biegnąc i idąc walczyłem z sennością i połykałem kilometry niekończącej się trasy.
    Wbrew pozorom niska temperatura okazała się sprzymierzeńcem. Tempo osłabło, więc ujemne celsjusze zaczęły doskwierać skutecznie odpędzając sen. A może to zapach zbliżającej się mety? Któż to wie? Ważne, że nie leżałem w zaspie przygnieciony przez morfeusza.
    Nadwyrężona, czy też skręcona kostka, która zaczynała coraz bardziej doskwierać uniemożliwiała rozwinięcie wielkich prędkości, ale marszobiegiem dotarłem do ostatniego punktu na trasie. Jeszcze niecałe 5km i będę leżał w śpiworze. Co prawda miałem tu być 5h temu, ale lepiej późno niż wcale. Barlinek już w zasięgu wzroku. Wystarczy obiec jezioro, zacisnąć zęby i obiec jezioro. Marsz już teraz w grę nie wchodzi.

    O 4:52 po ponad 21 godzinach dotarłem do mety. Wyciągnąłem trzymane na czarną godzinę krakersy i wreszcie posadziłem tyłek. Jak te krakersy przetrwały 15 czarnych godzin? Może dlatego, że były w plecaku pod kurtką, a było za zimno żeby ją ściągać?
A
może te godziny nie były takie czarne?

Autor: Bartek Jasiński






Marsze  na  Orientację  "Łoś  2010"


                                                                                                                                                                                      


                                           
   


VII Marsze na Orientację „Łoś 2010”

PROTOKÓŁ KOŃCOWY


1. TERMIN I MIEJSCE:

            13 listopad 2010 r. Sopot


2. ORGANIZATOR:

            Sopocki Oddział PTTK, Navigatoria Adventure Racing Team



3.
WSPÓŁPRACA:

            









           

 
4. TRASY/ UCZESTNICY
            TO – 5271m / 28 uczestników w 16 zespołach

            TP – 4500m / 37 uczestników w 17 zespołach


5. WARUNKI NA TRASIE:

            Jak na porę roku warunki atmosferyczne sprzyjające –    słonecznie, temperatura około 100 C, wiatr umiarkowany
            Grunt w lesie mocno wilgotny – błoto.



6. SĘDZIOWANIE I PUNKTACJA:

            Zgodnie z zasadami punktacji i współzawodnictwa w turystycznych imprezach na orientację PTTK


7. ZESPÓŁ ORGANIZATORÓW:
           
Kierownik imprezy – Rafał Adametz
            Biuro – Marcin Szulc
            Media – Piotr Łopuchin (furbo.pl)
            Pomoc techniczna – Paula Szczepańska, Rafał Kubiś


8. PROTESTY:
            Brak


9. WYNIKI:

KATEGORIA - TO

M

Zawodnicy

Klub

BPK
 (90)

BPK
(60)

PKS
(25)

PKS
(15)

ZM
(10)

OP (10)

PM (30)

WK
(30)

ZK
(30)

t(1)   t(10)

Czas

Wynik

1

ŁUKASZ KREFFT

KInO Albatros

0

0

0

0

0

0

0

0

0

0

140

0

1

JACEK BŁAJET
RADOSŁAW OLIWA

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

0

147

0

1

RYSZARD KWAŚNIEWSKI MACIEJ KWAŚNIEWSKI

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

0

165

0

1

ŁUKASZ SKIERSKI   PAWEŁ KUDELA

 

0

0

0

0

0

10

0

0

0

0

175

0

2

ANIA SAS-BOJARSKA
IWONA SAWICKA

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

1

176

1

3

ANNA KURAŚ

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

4

179

4

4

LIDIA MANICKA     
MARCIN HIPPNER

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

23

198

23

5

TOMASZ BELKE-UZIAŁKO

Daleko jeszcze?

90

0

0

0

0

0

30

0

0

0

131

120

6

PIOTR DACKA        
MONIKA AREMKE

 

180

0

0

0

0

0

30

0

0

17

192

227

7

ANDZRZEJ SZUKSZTUL
DANIEL DOBROLIŃSKI

Bobry

180

0

0

0

0

0

60

0

0

0

153

240

8

MARIUSZ LEŚNIOWSKI

PKO Harpagan

90

60

25

15

0

0

60

0

0

0

112

250

9

OLGA KASPEROWICZ

MICHAŁ KASPEROWICZ

Walczący z dzikami

270

0

0

0

10

10

0

0

0

14

189

304

10

AGNIESZKA DZIEKAŃSKA JANUSZ PRZEWOCKI

Gupiki Leśne

450

0

0

0

0

0

0

0

0

30

205

480

11

JOANNA PIEŃKOWSKA MACIEJ PIEŃKOWSKI

Wiódł ślepy kulawego

450

0

0

0

0

0

30

0

0

67

222

547

12

EWA MRÓZ
DAMIAN ZALESKO

Navigatoria

180

0

25

15

20

30

0

0

0

275

243

545

13

MACIEJ STĘPA
ALEKSANDRA MISIUTA

 

180

0

25

15

20

30

0

0

0

295

245

565



Uprzedzę pytanie - kiedy sprawdzałem na szybko karty po zawodach mogłem nie u wszystkich uwzględnić następującą zasadę :
jeśli ktoś zbierze Punkt Mylny - to dostaje 30 punktów karnych, oraz 90 punktów karnych za Brak Punktu Kontrolnego


KATEGORIA - TP

M

Nazwisko

Klub

BPK
 (90)

BPK
(60)

PKS
(25)

PKS
(15)

ZM
(10)

OP (10)

PM
(30)

WK
(30)

t(1)   t(10)

Czas

Wynik

1

KATARZYNA ZAWALICH MARTA ZAWALICH

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

108

0

1

KRZYSZTOF BOROWIEC  PIOTR BOROWIEC    
PAWEŁ BOROWIEC

Borówki

0

0

0

0

0

0

0

0

0

112

0

1

MAREK KWIATKOWSKI

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

121

0

1

PAWEŁ SZEWEL      
ADRIAN NIKONOWICZ

 

0

0

0

0

0

0

0

0

0

146

0

1

TOMASZ FLOREK      
ANNA FLOREK

Bałtyk Gdynia

0

0

0

0

0

0

0

0

0

148

0

2

ADAM KUCAL            
ANETA KUCAL      
KRYSTIAN KUCAL

Gady

0

0

0

0

0

0

0

0

25

195

25

3

ROBERT SAWICKI
GRZEGORZ SAWICKI  
KAMIL SAWICKI

NO NAME I

0

0

0

0

0

0

0

30

12

187

42

4

BARTOSIAK RADOSŁAW

 

90

0

0

0

0

0

0

0

0

150

90

5

MAGDALENA POŻOGA
PAWEŁ POŻOGA

Leśne Zwierzątka

90

0

0

0

0

0

30

0

0

150

120

6

KRZYSZTOF PĘDZISZEWSKI
ANNA PĘDZISZEWSKA

Navigatoria i pies

180

0

25

0

0

0

60

0

0

136

265

7

ANNA SAWICKA   
MONIKA RUSIECKA
PATRYK SAWICKI

NO NAME II

270

0

0

0

0

0

0

0

10

194

280

8

KATARZYNA MAZURKIEWICZ       
MACIEJ OCHOCIŃSKI

BOBORY

180

0

25

0

0

0

0

60

30

200

295

9

JUSTYNA PISKORZ  
ADAM STUCKI

Miejscowi

270

0

25

0

0

0

0

0

60

170

355

10

JOLA BASTIAN       
JACEK BASTIAN

JMK

360

0

25

0

0

10

0

0

0

156

395

11

KAROLINA PAŁUR  
HELENA GAJDA       
MICHAŁ BENTOWSKI

Drużyna Aktimela

360

120

25

0

0

0

30

0

0

155

535

12

JAN DZIERŻANOWSKI
WOJTEK SZCZYGIEŁ
MICHAŁ ZALEWSKI

70SDH (Rysie I)

540

120

0

0

0

0

0

0

0

140

660

12

TOMASZ MIROSŁAWSKI MATEUSZ JANISZEWSKI MICHAŁ KALICKI

70SDH (Rysie I)

540

120

0

0

0

0

0

0

0

142

660








MISTRZOSTWA POLSKI W ADVENTURE RACING - ELBLĄG 2010

tekst: Rafał Adametz
fotografie: Piotr Łopuchin / furbo.pl

    Bardzo lubię rozmowy z Krzyśkiem w czasie podroży na zawody. Gadamy o wszystkim, od spraw codziennych, przechodzimy do filozofii i nauk przyrodniczych (coraz bardziej ulegam anty -filozoficznemu stanowisku Krzysztofa) kończąc zawsze na rajdach i marzeniach z nimi związanych. W środowy październikowy wieczór (choć podróż była krótka bo tylko do Elbląga) nie było inaczej, z tym wyjątkiem, że teraz marzenie rajdowe (w moim rozumieniu cel) miało się spełnić – pokonanie 300km.

Dla Navigatorii start na trasie Masters „Mistrzostw Polski w Adventure Racing 2010” był wyjątkowy właśnie z powodu dystansu jaki mieliśmy pokonać – 327 km – jeszcze nigdy, nikt z nas nie przekroczył 230 km (jeśli chodzi o rajdy przygodowe oczywiście). Paula Szczepańska, Bartek Jasiński, Krzysztof Pędziszewski i ja – w tym składzie trenowaliśmy na trójmiejskich szlakach - spotykaliśmy się by dopracowywać szczegóły logistyczne i wreszcie wystartowaliśmy!

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.pl
W środę w Elblągu wszystko zaczęło się od kolacji podczas której spotkaliśmy się z pozostałymi zawodnikami (Team 3600 oraz Funexsports) i organizatorami. Po wysłuchaniu krótkiego wykładu na temat walorów Wysoczyzny Elbląskiej, wygłoszonego przez pana leśniczego, otrzymaliśmy pakiety startowe z kompletami map. Zamieniliśmy się w słuch i podążając za instrukcjami Pawła Fąferka – szefa zawodów – śledziliśmy z uwagą mapy starając się zapamiętać wszystkie przydatne informacje. Gdy odprawa dobiegła końca mogliśmy udać się do hotelu na spoczynek. Przed snem, chcieliśmy jednak jeszcze ustalić warianty trasy i przygotować parę rzeczy jeśli chodzi o sprzęt. W końcu wyszło na to, że w noc przed startem spaliśmy jakieś 5,5 godziny...

Czwartek 21.10 – pobudka godzina 6.00 – dwie godziny do startu. Zjadamy wysoko- energetyczne śniadanie, zbieramy pozostały sprzęt i udajemy się do bazy zawodów. W wyznaczonym dla nas miejscu na hali sportowej (przepak A), do którego będziemy wracać kilkakrotnie między etapami, zostawiamy rzeczy odpowiednio uporządkowane, żeby później nie tracić czasu na szukanie i zastanawianie się. Na start zabieramy już tylko plecaki ze sprzętem obowiązkowym i z tym czego będziemy potrzebować podczas 38km etapu kajakowego a jest to między innymi sprzęt wspinaczkowy potrzebny do wykonania pierwszego zadania specjalnego [ ZS1 ].
Start zawodów zlokalizowany jest w centrum miasta pod XIV wieczną Bramą Targową. Przy dźwiękach ożywiającej muzyki, po sygnale startu ruszamy na 2 kilometrowy bieg na orientację po Elblągu. Po 8 minutach jesteśmy znów pod bramą – zgarniamy plecaki i pędzimy nad rzekę na Wybrzeże Gdańskie by zwodować kajaki.

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.pl
"Zaczęło się prawdziwe napieranie”. Etap kajakowy [ PK 2, PK 3, PK 4, PK 5 ] prowadzi  Kanałem Elbląskim, aż do Zatoki Elbląskiej. Po dwóch godzinach docieramy do PK3, który położony jest nad brzegiem Zalewu Wiślanego na mostku, nad kanałem, po lewej stronie szlaku żeglugowego. Na początku wszystkie zespoły są w zasięgu wzroku, ale już po paru kilometrach Team 3600 dostrzegamy tylko niewyraźnie na horyzoncie. Z każdym kilometrem robi się coraz zimniej [ temperatura powietrza od 2 do 4 st C ] szybko zaczyna również padać, obiecany przez prognozy pogody, deszcz, wiatr wieje z zachodu z siłą 4-5B – sumą tych czynników jest temperatura odczuwalna poniżej 0 st C. Gdy dopływamy nad zalew jest naprawdę ostro... W drodze powrotnej musimy płynąć pod prąd, kawałek w poprzek fali; trzeba uważać, by nie wywróciło kajaka, ręce i nogi są już przemarznięte. Sześć i pół godziny spędzonych w kajaku, w takich warunkach daje w kość każdemu. Pod koniec etapu Bartek i Krzysiek wspinają się jeszcze na most [ ZS 1 ] -nie wiem do końca jak byli w stanie używać tak skostniałych rąk - a Paula i ja w kajakach, odbieramy ich na dole zjeżdżających po linie – całkiem spektakularne zadanie specjalne [ ZS 2 ].

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.plDocieramy do hali [ strefy zmian A ] lekkim truchtem – ciepło, bardzo nieśmiało, wraca do naszych ciał. Teraz musimy zabrać rolki i na rowerach udać się na punkt numer 8 [ PK8 ] – skrzyżowanie nowiutkich dróg (jeszcze nie otwartych dla ruchu), po których przyjdzie nam pokonać 30 km na rolkach. Niestety w ogniu rywalizacji tracimy trochę głowę i jadąc na ten punkt zakręcamy się w gąszczu miejskich ulic, co kosztuje nas utratę przewagi nad Funexsports, wypracowanej na kajaku. Ruszamy na etap rolkowy 30 sekund przed nimi. Trasa składa się z 5 pętli – pod górkę i z górki. Rozpoczynający trasę podjazd nie jest łatwy, jednak już na pierwszym zjeździe zaczynamy współpracować, jak przystało na rajdowy zespół. Łapiąc się jeden drugiego, lepiej pokonujemy opory powietrza, a w konsekwencji i kilometry szybciej uciekają spod naszych kółek. Pod górę pomagamy sobie w podobny sposób i ostatecznie zyskujemy 10 min przewagi nad rywalami.

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.pl
Przy zachodzącym słońcu zostawiamy rolki na punkcie [ PK9 ] i wsiadamy na rowery. Przed nami 87 km etap MTB – w praktyce 100 km przez Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej poprzecinany głębokimi jarami [ PK10, PK11 , PK12 ]. Jest już ciemno, nawigacja staje się trudniejsza, włączamy światła... W miarę sprawnie docieramy do trudno dostępnego, szczególnie z rowerem, punktu 10 [ PK 10 ] położonego w lesie w pobliżu Leśniczówki Jagodna nad rzeką Kamionką.

Znalezienie punktu 11 nie tylko nam zabiera sporo czasu. Znajduje się on w pobliżu rezerwatu „Buki Wysoczyzny Elbląskiej” nad rzeką Trabianką, na dużym wzniesieniu o wysokości ok 150 mnpm, a takich na terenie Wysoczyzny Elbląskiej nie brakuje. Trafiamy początkowo nie na tę górkę, nie unikamy więc karkołomnych przepraw z rowerami, z wąwozu do wąwozu. Na punkcie [ PK 11 ] ognisko, obsługa życzy powodzenia. Cofamy się do utwardzonej drogi i kręcimy na 12-stkę - kolejne wzniesienie [ ok 100 mnpm ] położone jest w pobliżu wsi Nowinka.

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.plPunkt kontrolny numer 13 znajduje się już nad Zalewem Wiślanym kilka kilometrów na wschód od Tolkmicka. Bartek, jako nasz ochotnik musiał do kolan wejść do wody, ponieważ lampion z perforatorem znajdował się przy Świętym Kamieniu głazie narzutowym leżącym kawałek od brzegu [ ZS 3 ].

Kolejnym wyzwaniem był wyznaczony wzdłuż strumienia Narusa odcinek specjalny [ PK 14, OS 1, PK15 ], który należało pokonać odnajdując po drodze dwa ukryte punkty. Kolce, pokrzywy, gałęzie i podobne przeszkody skutecznie nas spowolniły - 2,5 kilometra takiego marszu z rowerami było naprawdę męczące, oczywiście nie zabrakło też kąpieli przy przeprawie przez strumień. Jeszcze 50 km nocnej jazdy w mżawko- deszczu [ PK 16 ] i nad ranem wreszcie trafiamy z powrotem do strefy zmian A [ baza - Elbląg ].


Decydujemy się na 1 godzinę snu. Przebieramy się suche rzeczy i wchodzimy do śpiworów. Mimo iż na trasie sen po cichu się do nas zakradał w bazie nie było wcale tak łatwo zasnąć - może z powodu emocji? Po drzemce, zjadamy, przepakowujemy co trzeba i wyruszamy do „Bażantarni” [ PK 17 ] malowniczego lasku miejskiego, który poznajemy pokonując 9 kilometrowy bieg na orientację z 6-cioma PK, który okazuje się bardzo przyjemną odmianą po długiej nocnej jeździe na rowerze.

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.plZabieramy plecaki [ PK 20 ] i rozpoczynamy etap 6 – 59 km biegu terenowego. Żeby nie skłamać - biegamy tylko po płaskim i na zbiegach. Trasa etapu jak się później okazało, nawet w wykonaniu tak dobrego zespołu jak Team 3600 osiągnęła niemal 100 km... Wyliczony przez organizatorów dystans zakładał po prostu poruszanie się drogami najkrótszymi, przechodzącymi przez szczyty czy wąwozy, które rzadko były lepsze od dróg okrężnych. Kto pokonał w życiu 100 km na orientację, wie co to znaczy – dodajcie więc do tego jeszcze to, co już do tej pory zrobiliśmy. Tegoroczne Mistrzostwa Polski Adventure Racing naprawdę nie były łatwym rajdem...
    Po odnalezieniu PK 21 nad rzeką Dąbrówką zmierzamy na punkt 22 – długi przelot asfaltem do miejscowości Próchnik, a później zejście w głąb zarośniętego jaru do punktu – wspaniałe okoliczności przyrody - równie piękne, co trudne do przejścia! Następny lampion [ PK 23 ] ukryty w okolicach czerwonego szlaku, niedaleko wsi Łęcze, na którym znajdują się znane, zapewne turystom pozostałości grodziska „Święte Miejsce”.

    Słońce po raz kolejny zachodzi za horyzontem, a my wciąż podążamy trasą rajdu. Wybierając dalej czerwony szlak za naszą drogę stajemy przed naprawdę niesamowitym widokiem: niebo jest już błękitno- szare, duży blady księżyc góruje nad krajobrazem zalesionych wzgórz – tylko te trzy elementy - księżyc, niebo, drzewa – ciepłe barwy jesiennych liści kontrastujące z zimnymi odcieniami szarości – musieliśmy się zatrzymać, albo przynajmniej zwolnić. Duch rywalizacji, przekraczanie własnych granic wytrzymałości, ekstremalne przeżycia – to elementy rajdów przygodowych, które uwalniają człowieka od balastu codzienności, dostarczają niezastąpionych wrażeń... W takim stanie minuta kontemplacji jest dla mnie jakby doskonalsza, głębsza, niż godzinne rozmyślania w innych sytuacjach.

    Po znalezieniu PK 24 ponownie docieramy nad zalew. Odnajdujemy punkt 25 ukryty pod starymi torami, w miejscu przepływu rzeki. Wychodzimy na plażę by pokonać kolejny 2 kilometrowy odcinek specjalny [ OS 2 ]. Odnajdujemy po drodze punkt, który nie jest tak schowany jak się tego spodziewałem. Szukam go w krzakach, na wydmach, a wisi w całkiem widocznym miejscu. Zdublowany punkt [ PK 26 ] czyli Święty Kamień – tym razem ja zmierzam do wody [ ZS 4 ] – porządne schłodzenie nóg było, jak najbardziej przydatne. W tym miejscu wydarzyła się niestety rzecz przykra. Krzysiek musiał zrezygnować z dalszej drogi. Parę punktów wcześniej, wykręcił sobie nogę na jakimś kamieniu, co z początku nie wydawało się groźne. Jednak w miarę pokonywania kolejnych kilometrów (biegiem) noga skapitulowała, a odcinek po miękkim piasku jeszcze w tym pomógł. Noga spuchła i Krzysiek choć chciał – nie mógł. Trudna to sytuacja gdy traci się członka zespołu, ale nikt z naszej czwórki nie miał wątpliwości, co teraz. Paula, Barek i ja ruszyliśmy po dłuższej chwili dalej w trasę, zostawiając Krzyśka w rękach obsługi punktu. Wkrótce miał po niego przyjechać transport (zdążył do tego czasu oczywiście zmarznąć). Teoretycznie moglibyśmy już nie zostać sklasyfikowani, ale nie mieliśmy zamiaru schodzić z trasy, przyjechaliśmy po to, by zmierzyć się z tym dystansem, więc walczyliśmy dalej.

    Rozproszeni nieprzyjemnymi wydarzeniami mamy problemy z namierzeniem kolejnego punktu [ PK 27 ] – tracimy ceny czas i energię. Na szczęście, dalej idzie już lepiej, utrzymujemy naprawdę dobre tempo, biegnąc gdzie jest to możliwe. Przy PK 27 spotkamy Funexsports (który wyprzedził nas gdzieś po drodze). Szukają punktu już długo, z ich zespołu została już tylko dwójka – Ela i Maciek – nie zrezygnowali mimo braku kolegów – walczą dla siebie, tak jak my. W końcu już na skraju rezygnacji udaje się odnaleźć punkt z pomocą napotkanych zawodników z trasy Speed. Biegniemy...

    Przychodzi czas na kryzys Bartka, zostaje trochę w tyle – łapie go senność, ja nawiguję. Docieramy do 28 punktu w pobliżu wsi Brzezina, gdzie mamy do przejścia zestaw trzech mostów linowych rozciągniętych nad przepięknym jarem [ ZS 5 ]. Zadanie dosyć brutalne dla mięśni rąk, oczywiście w zależności od stopnia ich wytrenowania. Wykonuję zadanie jako pierwszy więc na koniec udaje mi się zamknąć oczy na jakieś 4 minuty. Szybko zwijamy nasz sprzęt i oddalamy się truchtem (każdy postój lub zmniejszenie prędkości poruszania się, jest równoznaczne z utratą ciepła). Nadchodzi czas na zmianę – oddaję mapę Bartkowi, a sam walczę z potężnym „sennym potworem” (oczywiście brak mapy w ręku sprzyja senności, bo nie masz na czym się skupić). Bartek i Paula będą zapewne długo wspominać moje absurdalne wypowiedzi i sinusoidalny tor biegu... Mam nadzieję, że za bardzo Was nie spowolniłem! Paulę również dopada w końcu potrzeba snu – pod naciskiem trzeźwego już Bartka kładziemy się, przykrywając foliami NRC na 13 minut (dokładnie!) pod napotkaną wiatą, nad jeziorkiem. Bezcenne minuty odpoczynku pozwalają kontynuować nam bieg – mocnym tempem jak przystało na maratończyków, biegniemy już o świcie do kolejnego punktu. PK 29 i PK 30 zdobywamy biegiem – teraz już tylko powrót do bazy – bieg. Stawy i mięśnie zaczynają mieć do nas pretensje. Z Bartkiem jesteśmy pod wrażeniem Pauli, która porusza się niczym „młoda bogini” (żart sytuacyjny powstały na trasie). Jest naprawdę mocną biegaczką - szacunek Paula!

Etap pieszy zajmuje nam 21 godzin... Wiemy, że zrobiliśmy już dużo więcej kilometrów, niż do tego momentu przewidywały założenia trasy, ale w takiej sytuacji są też pozostałe dwa zespoły. Liderzy z 3600 wyruszyli już dawno na ostatni etap rowerowy prowadzący wokół Jeziora Drużno, który organizator znacznie skrócił w związku z zaistniałą sytuacją. My dostajemy informację, że możemy odpuścić już ten etap i udać się na końcowy 9 etap - spływ tratwą. Dyskutujemy co począć, przebierając się jednocześnie i jedząc. Odpuszczamy sobie planowany wcześniej sen, ale z racji tego, że nie wyruszamy już na rower i zbieramy się do wyjścia. Podjeżdżamy jeszcze na rowerach po jeden punkt [ PK 32 we wspomnianej Bażantarni ] i już bardzo spokojnie udajemy się do miejsca rozpoczęcia finalnego spływu [ PK 42 ].

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.plDo dyspozycji mamy dętki, deski i sizalowy sznurek. Wiemy, że etap (choć tylko kilometrowy) może dłużej potrwać, więc ubieramy pianki, które wcześniej zdeponowaliśmy na tę okoliczność (a może wspomnienie etapu kajakowego nas do tego skłoniło?). Misterną konstrukcję wodujemy na wodach Kanału Elbląskiego i ostrożnie usadawiamy się na niej. Bartek zajmuje miejsce w środku, ponieważ pod koniec ponownie będzie musiał wspiąć się na most, tym razem po drabince alpinistycznej. Powolnym tempem, jak na tratwę przystało docieramy w obstawie fotografów na kajakach, do mostu. Bartek jeszcze raz wykazuje się umiejętnościami wspinaczkowymi [ ZS 6 i ZS 7 ], a ja z Paulą utrzymujemy nasz środek transportu w równowadze, gdy ten ponownie zjeżdża na tratwę. Ostatnie metry do brzegu. Wyciągamy tratwę ściśnięci przez pianki, zmęczeni i mokrzy; mimo tego bardzo szczęśliwi biegniemy do centrum.

Navigatoria AR Team na Mistrzostwa Polski w Adventure Racing Elbląg 2010; foto: Piotr Łopuchin / furbo.pl
Zanim jednak przekroczymy linię mety wchodzimy na szczyt Bramy Targowej by wykonać ostanie zadanie specjalne [ ZS 8 ] – widowiskowy zjazd na linie - przy okazji podziwiamy Elbląg z góry. Trzymając się za ręce kończymy naszą przygodę na trasie Mistrzostw Polski w Adventure Racing!

Organizatorzy postanowili docenić naszą walkę i mimo zdekompletowania zespołu, uhonorowali nas drugim miejscem, za co jesteśmy wdzięczni. Mimo, że całej trasy nie pokonaliśmy (okazała się jak to mogliście powyżej przeczytać znacznie dłuższa niż 330 km) to chyba do tych magicznych (przynajmniej dla mnie) 300 km udało się dociągnąć – można więc powiedzieć, że nasz cel został osiągnięty.




        Następny start na tak długim dystansie, obiecujemy sobie oczywiście skończyć w komplecie, bo o to przecież sport zespołowy! Ludzie z którymi przeżywa się takie rzeczy stają się naprawdę bliscy. Paula, Krzysiek, Bartek – dziękuje nie tylko za te 55 godzin na trasie, ale za wszystkie wspólne chwile!



Więcej zdjęć naszego zespołu i nie tylko na:





Hi-Tec Rajd Przygodowy. Bielsko-Biała 03-05.09.2010

Trasa Masters

  • zawodnicy: Bartek, Rafał    
  • dystans: 125 km
  • limit czasu: 27 godzin
  • czas zakończenia: 23:47 godz (bez kar czasowych)
  • konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO, rolki, zadania specjalne
  • miejsce: 8 open / 5 MM wyniki


    Dla nas rajd rozpoczął się już w czwartek wieczorem. Wyruszyliśmy z trójmiasta, pociągiem do Krakowa i dalej PKS-em do Bielsko- Białej gdzie znaleźliśmy się o 14.00 w sobotę. Taka podróż, z rajdowym sprzętem (rower, rolki...) może być śmiało zaliczona jako zadanie specjalne, szczególnie przy stanie niektórych środków komunikacji krajowej...
Na miejscu zjedliśmy coś konkretnego i położyliśmy się na kilka godzin, aby odespać noc w podróży. Wieczorem czekała nas jeszcze tylko wycieczka na miejsce startu - camping pod Dębowcem, gdzie znajdowała się też baza zawodów. Rejestracja i odebranie pakietu – koszulka , karta startowa, piwo (LECH – oficjalny sponsor zawodów). Siedmiokilometrowy odcinek pokonaliśmy spokojnie, na rowerach w ramach rozgrzewki przed czekającymi nas zmaganiami.

    Sobotni poranek nie zapowiadał złej pogody... Na starcie zawodów stanęło 130 uczestników:
37 zespołów na trasie Masters (125km) i 28 na trasie Classic (70km). Naprawdę duża grupa ludzi chcących sprawdzić swoje możliwości, walczyć o zwycięstwo lub po prostu przeżyć przygodę.


    Pierwszym etapem, z którym przyszło nam się zmierzyć był 12 kilometrowy bieg na orientację. Jak to już bywa na początku zawodów - zaczęliśmy mocno. Udało nam się utrzymać szybkie tempo, obeszło się bez pomyłek, ale można było w paru miejscach wybrać lepszy wariant. Skończyliśmy ten etap jako czwarta ekipa z trasy Masters. Już tutaj górski teren dał się odczuć Bartek napomknął tylko, że „wchodzi w łydki”, a to był dopiero początek....
    Banan do buzi i wskakujemy na rowery (nie zapominając o kaskach!). Przed nami 21km etapu MTB z odcinkiem jazdy liniowej. Ów odcinek jazdy liniowej polegał na tym, iż należało pokonać część trasy po ściśle wyznaczonej trasie i podbić znajdujące się na nim (ale nie zaznaczone na mapie) punkty kontrolne. Podczas tego etapu, mieliśmy okazję pokonać naprawdę mozolny podjazd asfaltowy do schroniska PTTK na Magurce - nie ma to jak godzina jazdy na 1x1... Jak nakazuje logika, gdy się wjechało, trzeba też zjechać. W mojej skromnej karierze rajdowej były to najostrzejsze i najbardziej górskie zjazdy, wymagały ode mnie maksymalnej koncentracji i na szczęście przeżyłem, choć upadek (lub raczej wystrzał) był blisko. Bartek - jeśli chodzi o zjazdy, jest chyba lekko szalony.
Etap 2 kończył się w przystani nad jeziorem międzybrodzkim, była to strefa zmian A – stamtąd wyruszyliśmy najpierw na 10km etap kajakowy – cały po owym jeziorze. Podczas tego etapu nie dało się nie zauważyć, specyficznego, brązowego koloru wody – skutek aktualnej sytuacji powodziowej.


Po wiosłowaniu nadszedł czas na rolki – tu jesteśmy mocni – 4 pętle po ładnym asfalcie z „zadaniem specjalnym” po każdej (sam to tak sobie oczywiście nazwałem – trzeba było przejść 10 m po dziurawym podjeździe, żeby dotknąć lampionu i wtedy dopiero pętla była zaliczona).
Piąty etap miał być tylko krótki

m (10km) odcinkiem rowerowym, dla nas jednak okazał się tym, na którym straciliśmy wypracowaną wcześniej przewagę nad kilkoma zespołami. Punkt 10 położony na wysokości prawie 800 m.n.pm kazał nam się zbyt długo szukać. Na mapie mieliśmy zaznaczony aktualny przebieg szlaku, natomiast w terenie nie wszystkie stare oznaczenia znikły, co wystarczyło by namieszać nam w głowie, straciliśmy jakieś 45 minut. Kręcąc co sił w nogach, dojeżdżamy do przepaku B – Zajazd Górski Kocierz.



Już na etapie rolkowym zaczęło padać i taka aura pogodowa miała się utrzymać, aż do końca zawodów... Na przepak dojechaliśmy mokrzy i na razie tylko powierzchownie zmarznięci (tak - mimo iż mocno kręciliśmy, było zimno). Jeszcze w mokrych rzeczach wykonujemy zadanie specjalne, p

ark linowy - dwa przyjemne zjazdy z przejściem po wiszącym mostku pomiędzy. Już tutaj z trudem wypiąłem karabinek... Przebieramy się w suche rzeczy – to zawsze jest niesamowite uczucie! Połykamy trochę wysokoenergetycznego żarcia i z czołówkami na głowie ruszamy w spowity mgłą las. Przed nami etap numer 6 – prawie 30km trekingu.
Początek idzie dobrze, dwa pierwsze punkty osiągamy bez większych problemów. Stan dróg jest bardzo..., właściwie to większość ścieżek zamieniła się w strumienie. Główniejsze trakty są natomiast pełne mokrych kamieni (kamienie to dość często spotkane w środowisku górskim byty, więc ich obecność nas nie dziwiła). Obuwie jak i reszta tego co mamy na sobie szybko poddaje się wilgotnemu klimatowi, a naszym organizmom ubywa coraz więcej ciepła. Teraz każde zatrzymanie będzie skutkować silniejszym wychładzaniem się. Punkt 14 był dla nas kolejnym nawigacyjnym problemem i jak się okazało, nie tylko dla nas. Spotkaliśmy parę ekip, które tez próbowały się na niego właściwie namierzyć. Po paru błędnych próbach oddaliliśmy się jednak w odpowiednim kierunku podążając korytem strumienia.

    W tym punkcie składam wyrazy uznania dla Bartka. Był to okres w którym musiał myśleć za nas obu, gdyż ja przeżywałem tak zwany kryzys – było mi zimno i jakoś nie mogłem oderwać od tego myśli. Chyba błędem był brak kurtki przeciwdeszczowej (zacząłem „nabierać wody” trochę szybciej niż mój partner)!

    Zdecydowaliśmy się na opuszczenie jednego punktu, uznając że przy obecnym poziomie mgły i zmęczenia odszukanie go może zając nam zbyt wiele czasu. Ten etap na pewno na długo zapamiętamy – hipotermia deptała nam po pietach. Gdyby zdarzył się jakiś wypadek (jak na przykład skręcenie kostki), w tych warunkach, kto wie co mogło by się stać. Naprawdę byliśmy skostnieli i uwierzcie próbowaliśmy biec, ale najlepiej wychodziło nam śpiewanie...a mi osobiście jeszcze liczenie napotkanych salamander.
Około 6 rano docieramy z powrotem do Zajazdu Kocierz – ciepłe pomieszczenie i gorąca herbata przyprawiły mnie o zawrót głowy. Dowiedzieliśmy się, że wiele ekip zrezygnowało. Odpoczywamy, jemy, pijemy, przebieramy się w resztki suchej garderoby. Dziękuję Eli z zespołu funexsports za pożyczenie ocieplanych getrów – nigdy Ci tego nie zapomnę! Folia NRC włożona pod ciuchy również, po raz kolejny, zdaje egzamin. Wyruszamy na ostatni 30 kilometrowy etap rowerowy, już na starcie decydując się na skrócenie go o najbardziej oddalony (i najwyżej położony) punkt. Teraz już cały czas asfalt – góra – dół.Po minionej nocy ten etap wydawał się bardzo przyjemny. META – Gemini Park w Bielsku -Białej, mamy do wykonania ostatnie zadanie specjalne – wejście i zejście po siatce linowej – tak dla rozciągnięcia mięśni po wysiłku.

    Zadowoleni i oczywiście zmęczeni (jak i ponownie mokrzy), zakończyliśmy rajdowe zmagania. Navigatoria w składzie Bartek Jasiński i Rafał Adametz uplasowała się ostatecznie na 8 pozycji. Na zakończenie pozwolę sobie tylko wspomnieć, że dla Bartka rajd był tylko wstępem przed prawdziwym wyzwaniem – tydzień później wziął ślub – Gratuluje, partnerze!

        Zdjęcia zamieszczone w relacji pochodzą ze strony organizatora "Hi -Tec Rajd Przygodowy Bielsko- Biała 2010"







Timex Rajd Jelenia Góra 


            Trasa krótka

  • zawodnicy:    MIX: Ola, Rafał   
    MM: Przemek, Krzysiek

  • dystans: 160 km
  • limit czasu: 43 godziny
  • konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO, rolki, zadania specjalne
  • miejsce: MIX: 4 /  MM: 5 wyniki





    
Rajd DyMnO (28-30 maja)


Dymno 2010 - czyli w pustyni i w puszczy

Start w Jur

ze niestety musiałem porzucić, więc należało sobie jakoś odbić tę stratę – padło na Rajd DyMnO. Razem z Krzyśkiem zapisaliśmy, się rzecz jasna na trasę ekstremalną. Ostatni nasz wspólny start (MPAR 2009), gdzie udało się wskoczyć na podium, wzbudził w nas apetyt by podobny sukcesik powtórzyć tym razem i również w Nieporęcie, znaleźć się w czołówce. Stało się jednak inaczej. Rajd będę wspominał jako lekcje pokory- ukończyliśmy trasę 30 min przed limitem...
Pospało by się dłużej, ale start o godzinie 7.00 nie pozwolił zbyt długo leniuchować. Z przed Urzędu Gminy (w centrum Nieporętu) ruszamy w gronie 10 zespołów na pierwszy etap trasy ekstremalnej – 15 km BnO. Tempo jest mocne, ale na to byliśmy nastawieni. Na przedzie biegnie Team 3600 (Igor i Michał). W rękach dzierżymy po dwie mapy, w rożnych skalach, część punktów na jednej część na drugiej, z początku byłem trochę zamieszany i polegałem na Krzyśku, wkrótce jednak mój umysł ogarnął ten stan rzeczy i dalej nawigowaliśmy już razem. Teren mimo braku znaczących przewyższeń przywitał nas ciekawie – dużo błota, gęstych lasów, a z drugiej strony wystawione na słońce (które tego dnia grzało do temperatury 270 C) otwarte przestrzenie. Już Po 3 punktach zauważyłem, że pierwsza trójka czyli „Team 3600”, „Sherpas-Raidlight Napieraj” i my oddaliliśmy się nieco od reszty stawki. W tej kolejności wpadamy również na metę tego etapu, czyli do bazy.
Zabieramy plecaki, Krzysiek zmienia buty i wsiadamy na rowery. Etap zbudowany w sposób następujący - Optymalny dystans 50 km, na jednym końcu baza na drugim przepak w Kuligowie. Należało wybrać, które punkty chce się zebrać jadąc w stronę Kuligowa, resztę można było odnaleźć dopiero w drodze powrotnej (czyli po etapie kajakowym i kolejnym rowerowym). Oczywiście można też było zebrać wszystko i dopiero wtedy przyjechać na przepak – takie rozwiązanie wybrali koledzy z Teamu 3600, co chyba zaskoczyło organizatorów, ale ostatecznie okazało się mądrym posunięciem zwycięskiego zespołu. Tylko Krzysiek zabrał mapnik rowerowy – zdecydował się też przekazać go mnie – nie popisałem się niestety, wrócił dawny zły nawyk, który jak myślałem udało mi się zwalczyć, czyli obniżenie koncentracji w miarę zbliżania się do punktu, a być powinno chyba na odwrót?! Jak mawiał Arystoteles - potrzebna jest harmonia rozumu i uczuć – jakże trudno to osiągnąć...
Nie bez większych problemów zebraliśmy 4 z 7 punktów i po otrzymaniu laminowanych map (zdjęcia satelitarne terenu) na przepaku - urokliwy skansen w Kuligowie, ruszyliśmy na kajak.
„Nie wiem” – to główne hasło tego etapu w naszym zespole... Naprawdę nie mieliśmy pomysłu jak się do tego zabrać, gdzie jest ta odnoga rzeki, a gdzie tamta. Rozlana woda nie dawała szans na prostą (jak to zazwyczaj bywa na kajakach) nawigację. Zamiast szukać odniesienia w ukształtowaniu terenu, błądziliśmy licząc chyba na szczęśliwy traf...
Jednak w pamięci pozostanie mi z tego etapu jeszcze jedno – przyroda. Gdy wpływaliśmy między zalane drzewa, wśród nieprzebranej ilości owadów, połamanych gałęzi i rożnych innych przeszkód, scenerie przypominały popularny program z Discovery - „Szkoła przetrwania”, spytałem nawet Krzyśka czy na pewno nie ma tu aligatorów, a o połykaniu owadów to już nie wspomnę... Gdy w końcu udało nam się znaleźć pierwszy punkt, zaczęło się lepiej układać, ale nie trwało to długo – kolejne błędy w interpretacji zalanych terenów, pozbawiły nas szans na szybkie ukończenie etapu, a co za tym idzie rajdu. Dużą część odcinka kajakowego pokonywaliśmy pieszo (prawie wpław) i w konsekwencji etap teoretycznie 7 kilometrowy męczyliśmy prawie 5 godzin...
Będąc już w końcówce stawki wracamy do skansenu w Kuligowie – czas na zadanie specjalne. Na ścianie jednej z chat wisiała plansza ze zdjęciami miejsc w skansenie, na których znajdowały się mini lampiony. Należało zapamiętać owe miejsca i właściwie podbić 8 punktów (lampionów w skansenie było około 20), zadanie zajęło nam chyba 9 min. Najszybsi (Sherpas Raidteam ) wykonali tę „pamieciówkę” w 7 min, co zostało nagrodzone, przez pomysłodawcę i twórcę zadania, bardzo stylową i praktyczną, drewnianą łychą.

Wyruszamy na kolejny 35 kilometrowy etap rowerowy. Punkty kontrolne, tak jak na wszystkich odcinkach rowerowych były zaznaczone dużymi okręgami na mapie 1:50000, natomiast szczegółowo na wycinkach w mniejszej skali umieszczonych obok mapy. Tutaj nawigacyjnie nie było już z nami tak tragicznie. Starliśmy się nie przejmować niepowodzeniami i mocno napierać. Pod koniec (w naszym wariancie, ponieważ etap był scorelaufem) musieliśmy pokonać odcinek specjalny – wyznaczona (znów na zdjęciu satelitarnym) trasa na której znajdowały się 3 punkty. Niestety najwidoczniej w pewnym momencie zjechaliśmy z właściwej drogi i zebraliśmy tylko jeden punkt. Za dwa brakujące czekała nas kara – 40min. Tutaj również okoliczności przyrody były dość niezwykłe. Kawałek odcinka specjalnego przebiegał po terenie wydmy- przez chwilę otoczeni piaskiem czuliśmy się trochę jak nie u siebie, jednak stałym i niezmiennym elementem rajdu, również w tym pustynnym obszarze, były komary. Każde zatrzymanie skutkowało staniem się lądowiskiem dla masy gryzących owadów (obecnie na jednym udzie posiadam 15 ugryzień).
Powrót do Kuligowa – czas na pozostałą część etapu 2 czyli 3 punkty rowerowe. Pierwszy osiągamy bez przeszkód, drugi umieszczony przy jeziorku (jak można wywnioskować, buty przez cały okres rajdu były przemoczone- co się oczywiście chwali bo to dobrze świadczy o trasie rajdu), też osiągamy spokojnie. Żeby jednak nie łamać konwencji porażek, ostatni punkt na skraju terenu wojskowego też kosztował nas stanowczo za dużo czasu. Wybraliśmy w pewnym momencie niewłaściwy wariant na obejście zalanego obszaru (z perspektywy czasu nie mogę zrozumieć czemu!), co skończyło się przedzieraniem przez kolczaste zarośla i inne atrakcje.
Jest już ciemno, gdy wracamy do bazy. Otrzymujemy mapy na ostatni etap – 10 km BnO. Pod względem nawigacyjny chyba najprostszy (co w przypadku Rajdu DyMnO nie oznacza, że banalny). Pokonujemy go spokojnym tempem, ponieważ Krzyśka dopadły jakieś problemy żołądkowe. Nie obeszło się bez jednego (co by tradycji stało się zadość) poważniejszego błędu.
Meta – szkoła w Nieporęcie. Zostajemy przywitani przez organizatora, nasz czas i dodatkowe kary są wpisywane w tabele. Co należy pochwalić - natychmiast dowiadujemy się, które zajęliśmy miejsce. Otrzymujemy również pamiątkowe certyfikaty i zaproszenie na pyszną (niestety już chłodną) zupę pomidorową. Czas na odpoczynek.
Cieszymy się że udało się ukończyć trasę, że znów przeżyliśmy przygodę – w końcu po to startujemy! Pozostaje nam uderzyć się w pierś, przeanalizować błędy i wyciągnąć wnioski, by ten nieudany w aspekcie rywalizacji start, stał się źródłem doświadczenia i lekcją na przyszłość. Gratulujemy zwycięzcom i chylimy czoła przed ich nawigacyjnymi zdolnościami. Lada dzień Navigatoria wyrusza na Rajd 3600 w Jeleniej Górze. Obiecujemy walczyć, z większym nastawieniem na – myśleć!



Rafał Adametz





Rajd Przygodowy Sopot PTTK (23-25 kwietnia)

Trasa długa
  • dystans: 101km
  • limit: 18 godzin
  • dyscypliny: MTB, treking, rolki, BnO

Trasa krótka
  • dystans: 51km
  • zawodnicy: Krzysiek i Tomek
  • limit: 12 godzin
  • czas ukończenia: 4:59
  • dyscypliny: MTB, treking, BnO
  • miejsce: 2

Galeria:     http://web.sopot.pl/pttk/rajd/galeria.html

Relacja:


Sklep Podróżnika - Wertepy - Kórnik (9-11 kwietnia)

Trasa open

  • zawodnicy: Ola, Rafał    
  • dystans: 65 km
  • limit czasu: 12 godzin
  • czas zakończenia:  6:34 godzin
  • konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO
  • miejsce: 4 wyniki

Trasa profi

  • zawodnicy: Krzysiek, Bartek
  • dystans: 160 km
  • limit czasu:  24 godzin
  • czas zakończenia: 26:34 godzin
  • konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO
  • miejsce: 8 wyniki

Galeria:             http://www.wertepy.fla.pl/2010/media


Relacja

Nieco spontanicznie postanowiliśmy wystartować w rajdzie „Sklep Podróżnika Wertepy” na trasie krótkiej – 65 km – która, jak stwierdziliśmy nie wymaga dużych przedsięwzięć logistycznych ani finansowych. Start w „Adventure Trophy” stanął poza zasięgiem naszych studenckich kieszeni, a głód adrenaliny trzeba było jakoś zaspokoić. Na miejsce imprezy (niewielkiego, lecz uroczego wielkopolskiego miasta Kórnik) pojechaliśmy wraz z naszymi teamowymi kolegami: Krzyśkiem i Bartkiem, gotowymi na wyzwanie trasy długiej (160 km).

Zimowy Rajd 360 stopni. Olsztynek (5-7 luty)

Dane rajdu - trasa krótka

  • zawodnicy:  Team1: Ola, Rafał     Team2: Mariusz, Zdzisław
  • dystans: 121 km
  • limit czasu: 38 godzin
  • czas zakończenia:  26:08 godzin
  • konkurencje:

    • bieg na orientację / adventure running: 5,5 km / 36 km
    • rowery górskie: 113,5 km
    • narty biegowe: 20,5 km
    • łyżwy: 6,5 km
    • zadania specjalne: wychodzenie kątowe i zadanie-niespodzianka
  • miejsce: 
    • Ola i Rafał : 7       
    • Mariusz i Zdzisław: DNF - awaria sprzętu
  • wyniki

Dane rajdu - trasa długa

Fot: silne-studio.pl

  • zawodnicy: Paula, Karol, Krzysiek, Darek
  • dystans: 182 km
  • limit czasu:  38 godzin
  • czas zakończenia: 20 godzin
  • konkurencje:
    • bieg na orientację / adventure running: 5,5 km / 36 km
    • rowery górskie: 113,5 km
    • narty biegowe: 20,5 km
    • łyżwy: 6,5 km
    • zadania specjalne: wychodzenie kątowe i zadanie-niespodzianka
  • miejsce: DNF,  zatrucie pokarmowe.
  • wyniki

Galeria:

Relacja:

Zazwyczaj są ciężkie, czasami bywają bolesne, czasami aż braknie sił...
Ale zawsze gwarantują ekstremalne doznania!
Timex Rajd Zimowy 360° także ich dostarczył!