Ścieżka edukacyjna Marii Pacholak

Nazywam się Maria Pacholak. Urodziłam się 15.10.1933 we wsi Ruszków. Zanim nawet rozpoczęłam edukację przerwała ją wojna. W 1940 roku zostałam zaś wywieziona z Rodzicami do Niemiec, skąd wróciliśmy dopiero w 1945 roku. W czasie wojny nie chodziłam do szkoły, nie było takich możliwości dla polskich dzieci. Jednak wśród robotników znalazł się wykształcony polski oficer, który przychodził wieczorami po pracy do moich rodziców i mnie oraz trójkę innych dzieci uczył ojczystego alfabetu, a także czytania i pisania. Przebywając na co dzień wśród wielu Niemców nauczyłam się też języka niemieckiego ze słuchu. Jednak bez dalszej nauki to przepadło. Dziś potrafię powiedzieć tylko kilka zwrotów. Wielka szkoda, języki otwierają przecież horyzonty.

Po powrocie do Polski poszłam do 2 klasy szkoły podstawowej. Byłam na niższym poziomie niż wskazywał mój wiek, ale musiałam uzupełnić braki.

Skończyłam podstawówkę w 1950 roku. Marzeniem moich Rodziców było to, żebym po szkole została krawcową. To byli bardzo prości ludzie, bez szkoły, dlatego wydawało im się, że to pewny i dobry fach dla dziewczyny. Jednak stało się inaczej. Budynek mojej szkoły podstawowej połączony był razem z przedszkolem. Na przerwach często tam zachodziłam i bawiłam się z dziećmi, organizowałam im zajęcia i pokazywałam litery. Uwielbiałam te chwile. Wszystko to podpatrywał Kierownik mojej szkoły – pan Antoni Szczupak. Kiedy na zajęciach języka polskiego napisałam swój życiorys, w którym opisałam, że będę krawcową, wówczas on mi powiedział: „Dziewczyno szkoda cię, krawcową to możesz być kiedy chcesz. Ale Ty pójdziesz do liceum i zostaniesz nauczycielką, bo kochasz dzieci i jesteś do tego stworzona”. Rodzice wstydzili się, żeby odmówić Kierownikowi. Przekonał ich by puścili mnie na egzamin wstępny. Gdy na niego pojechałam do Zgierza, moi Rodzice modlili się: „Boże, miej litość nad nami, żeby ona tylko nie zdała”. Jednak egzamin zdałam bardzo dobrze i zostałam przyjęta do liceum pedagogicznego w Zgierzu im. Stefana Żeromskiego. Zamieszkałam w internacie. Zgierz miał bardzo dobrych nauczycieli, był jedną z najlepszych placówek tego typu. Byłam przeszczęśliwa.

Gdy skończyłam 1 klasę Liceum to zmarł mój Tatuś i znów była wojna w domu, żebym nie wracała do szkoły. Przyjechała nawet moja babcia, by „przemówić mi do rozumu”. Jednak znowu interweniował mój Kierownik z żoną, którzy ciągle interesowali się moim losem. To nie Rodzicom jestem wdzięczna, tylko tym swoim nauczycielom za skończoną szkołę.

Dobrze wspominam internat, miałam stypendium za wyniki w nauce. Liceum  skończyłam w 1954 roku. Po ukończeniu szkoły najlepsi uczniowie mogli sobie wybrać, gdzie chcą pracować. Ja byłam wśród nich. Nie chciałam iść jednak do miasta, tylko wrócić w rodzinne strony. Pamiętam, że Dyrektor powiedział „Szkoda Cię że idziesz na wieś. Bo w mieście mogłabyś dalej się uczyć. Wieś może cię połknąć.” Ale musiałam to zrobić, by pomóc mamie. Pierwszą pensję wydałam na spłacenie długów.

Uczyłam w klasach w Świerkach, potem w Zapolu, Dębołęce, Barczewie. Najczęściej wykładałam język polski, historię i wychowanie muzyczne. Dopiero w 1970 roku ukończyłam Studium Nauczycielskie w Piotrkowie na kierunku Filologia Polska. Przez ostatnie lata, kiedy pojawiły się szkoły gminne, objęłam nauczanie początkowe klasach 1-3 i tam pracowałam do końca. Zostałam także dyrektorem szkoły podstawowej w Dębołęce. Pracowałam do 1985 roku, gdy odeszłam na emeryturę.

Moja ścieżka edukacyjna:


Gdy zaczynałam pracować w klasie była  jedynie lampa naftowa, kilka stolików i krzeseł, a także tablica i kreda. Nic więcej, żadnych technicznych pomocy, żadnych udogodnień. Nowoczesne technologie omijały wsie. Tak jest zresztą do tej pory, dzieci ze wsi zawsze dostają dostęp do tego trochę później niż ich rówieśnicy z miast. Tyle lat, a to ciągle tak wygląda.

Nauczyciele też nie mieli tyle pomocy, co teraz. Kiedy chciało się tym dzieciom coś więcej pokazać, więcej nauczyć, ciekawiej, to trzeba było samemu myśleć i kombinować. Nie było tylu pomocy dydaktycznych, plansz, wykresów, czy nawet gier do nauki. Ale były spotkania przedmiotowe, np. nauczycieli historii czy języka polskiego. Odbywały się w szkołach, takie mini konferencje. Spotkania te odbywały się często na naszą prośbę. Omawialiśmy najciekawsze scenariusze lekcji, przekazywaliśmy sobie wzajemnie nowe pomysły. Pojawiał się też był metodyk. Czasem jeździli oni po szkołach i obserwowali jak prowadzone są lekcje. Gdy były problemy to pomagali, albo chwalili, albo udzielali instrukcji. Była też taka gazeta „Głos nauczycielski”, tam też się czasem coś znalazło interesującego.

Byłam na takiej konferencji, na której pojawił się metodyk z Warty, wykładający nauczanie muzyczne. Ja jednak nie mogłam iść do niego na zajęcia, bo jednocześnie odbywały się spotkania z języka polskiego, to wydawało mi się ważniejsze. Ja jednak miałam hopla na punkcie śpiewu. Temu poświęciłam swoje serce. Kocham śpiewać. Gdy wracaliśmy do domu z tych spotkań, spotkaliśmy tego pana na przystanku autobusowym. Poprosiłam go o kilka wskazówek. Wyjął swoje skrzypce na tym przystanku i uczył nas nowych piosenek.

Kiedy poszłam do pracy w Zapolu warunki były już całkiem inne. Tam był prąd, radio. To dopiero przełom technologiczny. Mówiłam Ci, że najbliższe mojemu sercu były lekcje śpiewu. Moje klasy słynęły z rozśpiewania. Nie znałam jednak nut, ale ratował mnie świetny słuch, więc uczyłam ze słuchu. Moi wychowankowie znali wartości nut, nie umiałam ich nauczyć tylko zapisu. Ale uczyłam ich w inny sposób. Na przykład kazałam im wytupywać takty. W klasach miałam kilka takich perełek, cudnie te dzieci śpiewały, aż się serce śmiało, piękne czyste głosy. Szkoda, że nie kontynuowały tego dalej. Takie czasy, nie dbało się o talenty.

Żeby uczyć dzieci nowych piosenek, korzystałam z audycji radiowych przedmiotowych o metodyce nauczania np. muzyki „Radio Szkole”. W ich trakcie podawane były słowa do piosenek, nauka słów, śpiewania. Jedną piosenkę powtarzali przez około pół godziny. Spisywałam słowa, zapamiętywałam melodie i uczyłam ich potem dzieci. Takie audycje były też z historii i polskiego. Już później kupowałam specjalne wydania książeczki „”, w której podane były słowa.

Później się pokazał magnetofon, więc nagrywałam te audycje i puszczałam piękne słuchowiska dzieciom. Oh, śpiew to moja perełka, moje dzieci wszystkie śpiewały. Uczyłam dzieci, one szły do domu i śpiewały potem swoim rodzinom. Pamiętam taką sytuację, gdy przyszła babcia jednego dziecka. Powiedziała, że dzięki temu, że wnuczek nauczył się śpiewać, przypomniała sobie czasy, gdy śpiewała ze swoją babcią. Takie chwile dawały mi prawdziwe szczęście. Urządzało się też zabawy, przedstawienia i choinki. Organizowało się wszystko samemu. Rodzice nie mieli czasu pomagać.

Korzystałam ze wszystkiego, co miałam pod ręką, co sama wymyśliłam. Nie było tak jak Wy macie, że wszystko jest dostępne, można sobie sprawdzić w książce czy w Internecie. My musieliśmy uczyć się od siebie, sami sobie organizować wszystko.

Pytasz mnie, dlaczego ukochałam sobie ten śpiew. Sama nie wiem. Lubiłam śpiewać. A czasy były ciężkie. Nie mogłam w szkole wszystkiego powiedzieć, nauczyć. Historia jest taka, jak ją opowiesz. Zależy ot tego, kto ją opowiada. Zamiast uczyć dzieci głupot, wolałam czasem to przemilczeć, w ogóle nie poruszać tematu. A śpiew był od tego wolny.

Najlepiej to wspominam – pracę z małymi dziećmi. Praca z nimi dawała mi najwięcej satysfakcji. Dziś mnie witają starsi siwi panowie i eleganckie siwe panie, ale to nadal moje małe dzieciaczki, takich ich pamiętam.

Pomimo tego, że przyszłam na wieś, to kontakt z moimi serdecznymi przyjaciółkami ze Zgierza nie urwał się do końca. Oczywiście zaraz po szkole każdy się zajął się swoimi sprawami. Jednak w 2004 roku zorganizowane zostało spotkanie po 50 latach od naszej matury. Koledzy i koleżanki znaleźli mnie zupełnie przez przypadek, przez wspólnego znajomego. Kolejno zdobywałyśmy do siebie kontakty i udało nam się spotkać. Od tamtej pory znowu się widzimy. Za rok będzie 60 od naszej matury i ustaliłyśmy, że choćby o kulach i na wózkach, to wszystkie się spotkamy. Nie mam wyjścia, muszę dożyć.

Teraz ludzie pytają tylko „za ile”. A my tak nie mieliśmy. Pracowało się za parę groszy, ale i tak całe serce się w to wkładało Nie byliśmy może tak wykształceni, jak dzisiejsi nauczyciele, bez tytułów, ale serce i umiejętności wkładało się w to, żeby te dzieci czegoś nauczyć. Kochaliśmy te dzieci i swoją pracę. Człowiek się starał, żeby w te dzieci coś włożyć, żeby one coś osiągnęły. To się po sobie zostawiło.
Podstrony (2): Do pobrania Galeria