host‎ > ‎

Maria i Anna


From  http://spacs.gmu.edu/profile/maria-dworzecka/
Maria Dworzecka:  My life as a movie for Polish TV-”Maria and Anna”

MariaAndAnna.mp4


= = = =

  1. Trzy albo cztery matki

Stanisław Zasada

23.10.2013 , aktualizacja: 23.10.2013 15:42

Marysia z mamą Pauliną Pakulską (Belą Kaufman) po jej powrocie z Ravensbrück, lato 1948

Marysia z mamą Pauliną Pakulską (Belą Kaufman) po jej powrocie z Ravensbrück, lato 1948 (Fot. Leon Rajski/archiwum prywatne)

W samolocie dostaje "Trybunę Ludu". Czyta niezrozumiałe dla niej słowa: "syjoniści", "piąta kolumna". - Nie mogłaś dłużej zostać w tych Indiach? - wita ją ojciec

I

Z reportażu Hanny Krall:

"Na ganku siedziała mała dziewczynka.

Na rynku stali polscy mieszkańcy miasta spędzeni przez Niemców.

Jedna z kobiet, Żydówka na aryjskich papierach, szepnęła do dziewczynki chwilę wcześniej:

- Biegnij na ganek. Usiądź...".

Scena wydarzyła się 27 maja 1944 roku w Tykocinie. Kilka dni wcześniej partyzanci urządzili zasadzkę na
Ericha Kocha, kata Białegostoku. W strzelaninie zginął oficer żandarmerii z Tykocina. W odwecie Niemcy aresztują czterystu mieszkańców miasteczka. Kobiety wywożą do Ravensbrück, mężczyzn do Gross-Rosen. Połowa nie wróci. - Każda rodzina straciła kogoś bliskiego - mówią dziś w Tykocinie. - To była druga zagłada.

Pierwsza była trzy lata wcześniej. W chłodny sierpniowy dzień żołnierze z trupią czaszką wyprowadzili Żydów za miasto. W lesie były trzy wykopane doły. - W dwa dni straciliśmy połowę sąsiadów - powtarzają do dziś w Tykocinie.


II


Profesor Maria Dworzecka odlicza dni: czeka na narodziny wnuczki. Córka i zięć wybrali już imię. Nie chcą powiedzieć, jakie. - Dowiem się w swoim czasie.

W Polsce lutowe popołudnie, na wschodnim wybrzeżu Stanów - ranek.

- Jestem bardzo podekscytowana tymi narodzinami - opowiada na Skypie Dworzecka.

Parę miesięcy później. Warszawa, kawiarnia na Saskiej Kępie. - To Natalie - pani profesor wyjmuje zdjęcia czarnowłosej dziewczynki w białych śpioszkach z namalowaną truskawką. - 19 marca się urodziła - opowiada Dworzecka. - My wszystkie jesteśmy z dziewiętnastego: ja z czerwca, córka z lipca, a wnuczka z marca.

Wnuczka jest od adoptowanej córki. - Ania jeszcze nigdy nie powiedziała do mnie inaczej jak mama - powiada profesor. - Od pierwszego spotkania tak mówi.

Maria Dworzecka jest fizykiem jądrowym, pracuje na George Mason University koło Waszyngtonu. Do Polski przyjechała odwiedzić przybraną matkę (nigdy nie powiedziała do niej inaczej jak mama). 69 lat temu była małą dziewczynką w Tykocinie na rynku. Ją opisała Hanna Krall w swoim reportażu.

III

Mieszkają w przedwojennej Warszawie. Bela Kaufman pracuje w fabryce, działa w Komunistycznym Związku Młodzieży Polskiej (siedziała w więzieniu, broniła ją
Aniela Steinsbergowa). Izaak Rozenszajn jest drukarzem.

Jak się poznali, nie wiemy. W ogóle mało o nich wiadomo. Gdy Hitler napada na Polskę, uciekają do Białegostoku (sporo Żydów przeszło na sowiecką stronę okupacyjną). 19 czerwca 1941 rodzi im się córka, dają jej Maria.

- A może imię było inne? - Maria Dworzecka przypuszcza, że tego nigdy się już nie dowie.

Maria (przyjmijmy, że tak właśnie było jej na imię) miała tydzień, jak do Białegostoku wkroczył Wehrmacht. - Pewnie rodzice nie spodziewali się wojny niemiecko-sowieckiej - Dworzecka znowu skazana jest na domysły. - Inaczej nie zdecydowaliby się na dziecko.

Po napaści Hitlera na Związek Sowiecki niektórzy Żydzi uciekają dalej na wschód. Bela i Izaak podobno też chcieli uciec, ale z małym dzieckiem nikt nie chciał ich zabrać.

- Przeze mnie zostali - tego profesor Dworzecka jest raczej pewna.

Nie, nie wyrzuca sobie. Po prostu tak miało być. Co prawda jej przybrana matka powiedziała kiedyś, że ma wyrzuty sumienia, że przeżyła Holocaust. - Ale ja tak nie czuję - mówi Dworzecka.

IV

Izaak Rozenszajn zginął zaraz po wejściu Niemców: zastrzelili go na ulicy. - Wyglądał jak typowy Żyd: czarne włosy, charakterystyczny nos - powie po latach córka. - Naziści mieli już wprawę w rozpoznawaniu Żydów.

Bela jest jasną szatynką, ma szare oczy. Załatwia sobie fałszywą kenkartę na nazwisko Paulina Pakulska. W rubryce "zawód" ma wpisane: "sprzątaczka". Kenkarta jest w kolorze szarym - takie same mają rdzenni Polacy. Nie idzie do getta - razem z córeczką mieszka u znajomych. Ale sytuacja się komplikuje: córeczce rosną czarne włoski, do tego kręcą się. - Ludzie zaczynają gadać - słyszy od znajomej Bela. Idzie z dzieckiem do getta.

W getcie działa Antyfaszystowska Organizacja Bojowa: pomaga w ucieczce Żydów i gromadzi broń. Paulina Pakulska przyłącza się do konspiratorów. - Ze względu na swój korzystny wygląd często wychodziła na aryjską stronę - mówi Dworzecka. - Podobno przemycała broń na dla powstańców.

Powstanie wybuchnie w połowie sierpnia 1943, 3, gdy hitlerowcy przystąpią do likwidacji getta. Skończy się klęską. Ale Pauliny w Białymstoku już wtedy nie będzie.


V


Jeśli wierzyć dawnym kronikom, pierwsi Żydzi przyjechali do Tykocina w 1522 roku. Wyznaczono im miejsce za leniwą rzeczką. Podobno pływały tam kaczki - dlatego żydowską dzielnicę przezwano Kaczorowo.

W XVII i XVIII wieku gmina tykocińska będzie największym skupiskiem Żydów na Podlasiu. W całej Rzeczypospolitej większa jest tylko gmina krakowska. Tykocińscy rabini słyną z mądrości na całą Europę. A rzemieślnicy z wyrobu tałesów - białych chust z granatowymi pasami, które pobożni wyznawcy Jahwe zakładają w czasie modłów na głowę i ramiona. Przed drugą wojną w Tykocinie mieszka 2,5 tysiąca Żydów - połowa ludności. Mają sklepy, apteki, cztery młyny i pięć piekarni. Żyd szyje najlepsze w mieście ubrania, inny jest wiceburmistrzem. Żydzi zasiadają w radzie miejskiej, są ławnikami w sądzie. I mają swój teatr - ale grają u księdza na plebanii, bo rabini są przeciwni teatrowi.

Historia Żydów w Tykocinie trwała 419 lat. Skończyła się w dwa dni.

VI

Z Marią Dworzecką umówić się w Polsce trudno. Przyjechała na miesiąc, ale ciągle w biegu. - Moja obecna mama jest w szpitalu - mówi. - Skończyła sto lat, muszę się liczyć ze wszystkim.

Woli mówić "obecna". Czasem pytają ją, która jest "prawdziwa". Uważa, że w jej przypadku słowo "prawdziwa" jest niewłaściwe.

- To ile miała pani matek? - pytam w końcu.

- Trzy albo cztery - mówi. - Zależy, jak liczyć.

VII

Jest wojna, ale Żydzi w Tykocinie są bezpieczni - ta część Polski przypadła Stalinowi. Armię Czerwoną powitali jak wybawcę. Wierzą, że nastanie wreszcie prawdziwa równość i sprawiedliwość. W synagodze żydowski komunista obwieszcza: "Rosjanie są Mesjaszem!".

Sowieci prześladują Polaków z Tykocina, niektórych wywożą na Sybir. Wywieźli też dwie rodziny żydowskie. Poważni Żydzi nie wierzą, że Armia Czerwona to Mesjasz. Wciąż czekają na prawdziwego.

Mesjasz okazał się fałszywy - latem 1941 roku Tykocin zajął Wehrmacht. W pobliskim lesie Niemcy każą kopać chłopom trzy wielkie doły. Dwa są na dwanaście metrów długie, pięć metrów szerokie i pięć głębokie. Trzeci jest mniejszy.

W poniedziałek 25 sierpnia 1941 roku w lesie nad dołami od serii z karabinów zginie 1400 tykocińskich Żydów. Na drugi dzień 700.

W Tykocinie do dziś powtarzają, że w dwa dni stracili połowę sąsiadów.

VIII

Kiedy Paulina opuściła z córeczką białostockie getto? Mógł być 1942 albo początek 1943. Do Tykocina pomogła jej pewnie uciec Antyfaszystowska Organizacja Bojowa. W drewnianym domku pod lasem dwie Polki ukrywały już jedną Żydówkę. Przyjęły też pod dach Paulinę z Marysią. - Pewnie było to wcześniej umówione - domyśla się Dworzecka.

Któregoś dnia do domku pod lasem pukają partyzanci. Uważają się za "prawdziwych Polaków", nie lubią Żydów. Rozstrzeliwują obie kobiety i Żydówkę. Paulinę Pakulską zostawili w spokoju.

- Myśleli, że jest polską sprzątaczką - mówi Dworzecka - więc nic do niej nie mieli.

- A do pani?

- Mnie nie zauważyli. Podobno bawiłam się na podwórku.


''Tykocin z blizną, która się nigdy nie zagoi''

Co zostało po Żydach na wchodzie Polski - dokument

IX

Z reportażu Hanny Krall:

"Dziewczynka siedziała na ganku.

Z daleka przyglądała się matce, która starała się nie patrzeć w jej stronę.

Przyglądała się ludziom, których Niemcy poprowadzili do ciężarówek...

Rynek opustoszał".

- Pewnie płakałam, jak mnie mama odganiała od siebie, a potem odjechała - domyśla się 70 lat później Dworzecka. Pamięta, że rzucała piachem w niemieckiego oficera. - Tego jestem pewna - mówi. - To pierwsze obrazy, jakie w ogóle pamiętam.

Kiedy 27 maja 1944 roku Niemcy spędzili mieszkańców Tykocina na rynek, była też tam Paulina Pakulska z Marysią. Żeby ocalić córeczkę, kazała jej pobiec na ganek parterowego domku (do dziś okalają z trzech stron rynek). Trzyletnie dziecko nie rozumie, czemu mama jej nagle nie chce. Całą złość wyładowuje na ludziach w mundurach, którzy krzyczą i popychają innych. Małymi rączkami nabiera piaszczystej ziemi i rzuca w stronę niemieckiego oficera.

Nasuwa się pytanie: dlaczego niemieccy żołnierze pozwolili odejść żydowskiemu dziecku?

Maria Dworzecka może się tylko domyślać. Więc się domyśla. - Może dlatego, że to była łapanka na dorosłych Polaków i dzieci nie zabierali?

A może uratował ją szczegół? Tego dnia mama założyła jej na głowę chusteczkę.

X

Z reportażu Hanny Krall:

"W domu po lewej, na skraju rynku, miejscowy nauczyciel powiedział do żony:

- Na ganku siedzi czarniutkie dziecko.

Żona nauczyciela poszła, przyjrzała się.

- Czarniutkie, rzeczywiście.

Po godzinie spytała:

- Teraz pójść czy jak się ściemni?

- Teraz - powiedział nauczyciel. - I tak wszyscy na nią patrzą.

- Po co ukrywać? - powiedział, kiedy już były w domu. - I tak wszyscy widzieli, jak z nią szłaś...".

Wacław Białowarczyk - nazywał się miejscowy nauczyciel. Żona miała na imię Lucyna.

- Mamę gdzieś zabrali, a do domu pod lasem nie umiałam sama trafić - Dworzecka próbuje odtworzyć to, co działo się wtedy na tykocińskim rynku.

Więc gdy Lucyna Białowarczyk bierze ją za rączkę, dziewczynka idzie z nią. Białowarczykowie nie mają dzieci. Marysia zaczyna do nich mówić: mama, tata. Uczą ją "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario", prowadzą często do barokowego kościoła, który zajmuje całą pierzeję rynku. Lucyna rozpowiada, że to dziecko siostry, której męża zabrali do Auschwitz.

Ale przecież i tak wszyscy wiedzą.

- Jakie masz oczy? - polski policjant pyta któregoś dnia siedzącą na ganku Marysię.

- Tata, jakie mam oczy? - Marysia dopytuje naiwnie Białowarczyka.

Dalej wyglądało tak: Białowarczyk długo rozmawia z policjantem, potem sprzedaje mu na kredyt towary w swoim sklepiku.

Marysia ma kruczoczarne włosy i oczy jak węgle. W miasteczku nie tylko policjant domyśla się, kim jest. Dlaczego nikt jej nie wydał? W Tykocinie do dziś się tym chlubią.

Rozmowa z Hanną Krall: ''Chodzi o to, żeby się przestraszyć. Tamte historie nie zdarzyły się raz na zawsze''


XI

- Jestem twoją mamą - słyszy pięcioletnia Marysia od wychudzonej jak szkielet kobiety.

Rok 1946, Paulina Pakulska przeżyła Ravensbrück i wróciła do Polski. Przyjechała do Tykocina, odnalazła córkę. Co z tego? Marysia tuli się z płaczem do Lucyny Białowarczyk i mówi: - To jest moja mama.

Białowarczykowie to zacni ludzie: pozwalają zostać Paulinie tak długo, aż córka oswoi się z matką. Potem obie jadą do Warszawy: Paulina Pakulska (pozostała przy zmienionym nazwisku) działa w komunistycznym Związku Walki Młodych, Marysia chodzi do przedszkola.

Ma siedem lat, jest u rodziny ojca na wakacjach, w Koszalinie. Zbliża się rok szkolny i dopytuje, kiedy przyjedzie po nią mama, bo miała już być. Wujostwo powie jej o wypadku kilka dni później.

Dworzecka: - Zginęła, jak jechała po mnie.

Sierotę przygarnia brat matki - żonaty, nie ma własnych dzieci i za dziećmi nie przepada. Gdy Marysia skończy dziesięć lat, adoptuje ją małżeństwo Dworzeckich. Oboje Żydzi, wojnę przeżyli za Uralem. Alicja jest urzędniczką, Arkadiusz inżynierem chemii i wynalazcą.

Maria idzie na fizykę. Jej najbliższą przyjaciółką jest Ludwika Okrent z żydowskiej rodziny ze Lwowa. Rok wyżej jest Henryk Wujec - wkrótce mąż Ludwiki. Wydział Fizyki to wylęgarnia przyszłych opozycjonistów: studiują tu
Zofia Płoska i jej mąż Zbigniew Romaszewski.

- Czytaliśmy paryską "Kulturę" - wspomina Dworzecka. - "Doktora Żywago" czytało się nocą, żeby szybko oddać.

Kiedy w połowie lat 60. władze zawieszają studenta Adama Michnika, doktorantka Maria Dworzecka zbiera podpisy pod petycją do rektora. - Gdybyś nie wyemigrowała, byłabyś opozycjonistką - powiedziała jej niedawno Ludka Wujec.

XII

Kolega mówi jej, że w "Times of India" piszą o niepokojach w Warszawie.

- W Polsce rozruchy? - śmieje się Maria. Jest marzec 1968, Dworzecka od roku jest na stypendium naukowym w Indiach. Nie ma pojęcia, co dzieje się w Polsce. 17 marca wraca do kraju - skończyło się stypendium. Z Bombaju leci indyjskimi liniami do Bejrutu, stamtąd LOT-em do Warszawy. W polskim samolocie dostaje "Trybunę Ludu". Czyta niezrozumiałe dla niej słowa: "syjoniści", "piąta kolumna".

- Nie mogłaś dłużej zostać w tych Indiach? - wita ją ojciec.

XIII

- Nigdzie nie chodź i nikomu nic nie mów, aż ci wszystkiego nie opowiem - ostrzega ją przyjaciel. Dowiaduje się
o zdjęciu ''Dziadów'', rozpędzeniu studenckich demonstracji i nagonce na Żydów.

W Instytucie Fizyki na Hożej opowiada o Indiach, ale nikt jej nie słucha. Wszyscy mówią tylko o Polsce. Coraz więcej do niej dociera. Chce jechać do Triestu uzupełnić badania do doktoratu, ale nie dają jej paszportu. Ojciec ma służbowy wyjazd do Moskwy - też go nie puścili.

W taksówce, w autobusie antysemickie docinki. Na murze ktoś nabazgrał: "Syjoniści do Syjamu". - Ci Żydzi coś musieli nabroić. Nie ma dymu bez ognia - słyszy od byłego chłopaka.

Rozmowa z prof. Jerzym Eislerem: ''Marcowi buntownicy'', Wojciech Czuchnowski przygląda się pamięci o Żydach w historii polskiej: ''Odsiane złoto, czyli moja historia Żydów''


W skrzynce na listy znajduje anonim do matki: "Nasza córka wychodzi za mąż, a tobie nigdy tego nie życzymy, ty wstrętna Żydówo". - Nie pokazałam tego rodzicom - mówi 45 lat później.

Zdarzają się też niespodziewane gesty: promotor jej doktoratu zaprasza ją do domu na kolację. Maria dziwi się, bo nigdy wcześniej tego nie robił. - Chciał pokazać, że jest ze mną.

Chodzi często na Dworzec Gdański żegnać przyjaciół. Zamiast paszportu mają dokument podróży bez prawa powrotu z wpisem: "Posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem polskim". - Żegnaliśmy się jak na wieczność.

XIV

- Takich jak pani do Polski nie przyjmujemy - słyszy Dworzecka od polskiego konsula w Waszyngtonie. Jest początek 1980 roku, od dziesięciu lat mieszka w Stanach, pracuje na uniwersytecie, dostała stypendium do Polski. Ale nie pojedzie.

Na emigrację zdecydowała się w 1969 - w Polsce nie mogła już wytrzymać. - Ja tu jeszcze wrócę - mówi do przyjaciółki na Dworcu Gdańskim.

Ze Stanów pisze listy do domu i do Tykocina - do Białowarczyków. Wcześniej jeździła do nich co wakacje. Mówiła: ciocia, wujek. Gdy zginęła matka - chcieli ją zabrać do siebie. Po Marcu proponowali, żeby się u nich przechowała.

Gdy wyjeżdżała z Polski, Białowarczykowa podarowała jej drewniane pudełeczko wyłożone bordowym aksamitem. Do dziś trzyma w nim biżuterię.

XV

"Przyjeżdżaj. Ojciec ciężko chory". Telegram przyszedł późną wiosną 1980 roku. Dali jej wizę na dwa miesiące. - Zdziwiony jestem, że jednak zgodzili się wpuścić panią do Polski - usłyszała od tego samego konsula.

W Warszawie jeździ od szpitala do szpitala - w jednym ojciec leży po operacji, w drugim mama po zawale. W domu widzi kartki na cukier - nie wie, co z nimi zrobić. Spotyka się z Wujcami. Mówią, że na coś się zanosi. Wyjechała przed strajkami.

Półtora roku później znów chce przyjechać - ma bilet na 16 grudnia. Trzy dni wcześniej generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny i znowu jej nie wpuścili.

W marcu 1982 przyleciała na tydzień - ojcu się pogorszyło. W maju znowu jest w Polsce - pogrzeb. Spotyka dawnych znajomych.

- Ludka już wyszła z internatu, Heniek jeszcze siedział.

XVI

19 lipca 1981 roku w podwarszawskim miasteczku rodzi się dziewczynka. Rodzice piją. Małą wychowuje babcia, potem Ania trafia do domu dziecka.

Pięć lat później w ciepły majowy dzień przychodzi tam Maria Dworzecka. - To jest ciocia - wychowawczyni przedstawia ją pięcioletniej Ani. Dworzecka częstuje ją cukierkami. - Chodź ze mną na huśtawkę - dziecko ciągnie Marię na plac zabaw. Dwa dni później Dworzecka przychodzi jeszcze raz. - To jest twoja mama - oznajmia dziewczynce dyrektor. Ania chwali się pozostałym dzieciakom: - To moja mamusia.

Od dawna myślała o dziecku. Ma 45 lat, nie wyszła za mąż. - Do tego trzeba dwojga - mówi. A jej nie ułożyło się z mężczyznami. Mieć dziecko z kimś przypadkowym nie chce. - Skazałabym je z góry na bycie bez ojca. Mogłoby mieć do mnie kiedyś żal.

W latach 80. w Stanach modne są adopcje z Ameryki Środkowej i Południowej. Sąsiadka namawia ją, żeby też wzięła małą Latynoskę. Dworzecka szuka Polki. - Nie sądziłam, że tak szybko znajdę.

Ale gdy w ciepły majowy dzień idzie pierwszy raz do domu dziecka, ma wątpliwości. "Co będzie, jak nic nie poczuję?" - pyta samą siebie. W torebce ma cukierki. Niepotrzebnie się martwiła - zaraz po pierwszym spotkaniu podjęła decyzję.

Znajomi mówią: - Nie spiesz się. Może jest chora, zrób jej badania.

- A jakbym ją urodziła chorą? - odpowiada Dworzecka. - Zrobię badania, jak adoptuję.

Dziewczynka jest zaniedbana, ma słaby wzrok i zniszczone zęby. - Jak pani mogła do tego dopuścić? - strofuje Dworzecką nieświadomy niczego dentysta w Stanach.

Ania skończyła fotografię na amerykańskiej uczelni, ma dobrą pracę, wyszła za Amerykanina, urodziła córkę. Gdy miała 20 lat, odnalazła biologiczną matkę. Od tamtego czasu kontaktu z "pierwszą" rodziną nie szuka.

Dworzecka dziś: - Adopcja Ani to moja najlepsza decyzja w życiu.

XVII

Zdjęcie zrobiono w 1992 roku na Zamku Królewskim w Warszawie. Potężny mężczyzna po lewej to Miron Gordon, ambasador Izraela w Polsce. Po prawej Wacław Białowarczyk. Pomiędzy nimi Maria Dworzecka.

Napisała kiedyś esej. Dała tytuł "Trzy albo cztery matki". Liczy: - Bela mnie urodziła, Lucyna uratowała, Alicja wychowała. - Ale Bela po wojnie wróciła. Więc jakby cztery


Przed chwilą ambasador wręczył Białowarczykowi i pośmiertnie jego żonie medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za ratowanie Żydów w czasie Holocaustu. Wniosek do Instytutu Yad Vashem złożyła Dworzecka.

Teraz Białowarczyk pozuje nieśmiało do zdjęcia. Razem z medalem trzyma wielki dyplom, na nim po hebrajsku i polsku: "Kto ratuje jedno życie, jakby świat cały ratował".

Rok później Wacław Białowarczyk umiera (jego żona odeszła kilka lat wcześniej). Dworzecka stawia im nagrobek z ciemnego granitu. Kamieniarzowi każe wyryć: "Ten, który uratował jedno życie, uratował cały świat".

Ania chce, żeby też ją podpisać na nagrobku. - Oni uratowali nas obie - mówi przybranej matce. - Bo dzięki temu, że ty przeżyłaś, mogłaś potem wychować mnie.

XVIII

Z reportażu Hanny Krall:

"Mieszkanka domu po prawej:

- Dziewczynka nie siedziała na ganku przez cały dzień. Moja babcia otworzyła drzwi i wpuściła ją do środka. Z naszego mieszkania zabrali dziewczynkę.

- Z ganku zabraliśmy! Spod zamkniętych drzwi!

- Z mieszkania zabrali!".

- Ty jesteś Marysia Pakulska? - pyta starsza kobieta w Tykocinie na rynku. - To moja siostra pierwsza ciebie wciągnęła do domu.

Jest rok 2007. Dworzecka przyjechała do Tykocina, bo filmowcy robią o niej dokument. Na rynku kobieta opowiada, jak jej starsza siostra przyprowadziła małą Marysię do domu. Mówi, że dopiero później wzięli ją Białowarczykowie. - Była napastliwa - wspomina Dworzecka. - Jakby Białowarczykowie mnie zawłaszczyli.

XIX

Napisała kiedyś esej. Dała tytuł "Trzy albo cztery matki". Liczy: - Bela mnie urodziła, Lucyna uratowała, Alicja wychowała.

Z liczeniem ma pewien kłopot. - Ale Bela po wojnie wróciła. Więc jakby cztery.

Cytaty pochodzą z reportażu Hanny Krall "Teatr" z tomu "Tam już nie ma żadnej rzeki"