Moja Historia‎ > ‎

Robert Boryczka

Śmierć jest naturalnym końcem życia, jednak ta oczywista prawda napawa ludzi strachem. Z całą pewnością jej fizyczna strona wzbudza niepokój, ale powstaje też pytanie: co dalej, czy śmierć jest absolutnym końcem? Jestem przekonany, że tak nie jest. W Ewangelii wg św. Jana w dziesiątym rozdziale zapisane są takie słowa: Moje owce słuchają mego głosu, a ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki… Całym sercem wierzę, że Jezus Chrystus powiedział tu prawdę. Wiem też, że kilkadziesiąt lat temu usłyszałem Jego głos, poszedłem za Nim i na wieczność należę do Boga.

Jak do tego doszło? Jako pięcioletni chłopiec miałem dwudziestoletniego przyjaciela. Codziennie spędzaliśmy mnóstwo czasu na wspólnej zabawie. Któregoś dnia jednak nie spotkaliśmy się. Następnego też. A kilka dni później mama ładnie mnie ubrała i poszliśmy do niego. Było tam pełno ludzi. Pewnie mama mnie uprzedzała, ale… to był szok. Mój przyjaciel leżał siny, martwy w trumnie. Od tego momentu zacząłem bać się śmierci. Wyobrażałem sobie, jak  rozpływam się w nicość. Potem uspokoiłem się nieco. Pomyślałem, że jestem przecież młody a nauka szybko się rozwija, więc zanim przyjdzie mi umierać, to naukowcy wymyślą jakieś lekarstwo na śmierć.

Gdy miałem czternaście lat, umarł mój dziadek. Tato obudził mnie około drugiej w nocy i pojechaliśmy. Dziadek już nie żył. Wstał w nocy, aby napić się wody, upadł i umarł. Wtedy wrócił strach. Bałem się zasnąć, bo mogłem się nie obudzić. Płakałem w poduszkę z bezsilności  świadom już, że nie ma ucieczki. Chodziłem na grób dziadka i modliłem się. Modliłem się, abym zrozumiał sens życia.

Oczywiście chodziłem do kościoła, ale okropnie się nudziłem. Chodziłem, bo tak wypadało. Zacząłem dużo czytać – szczególnie fantastyki. Ta lektura przekonała mnie o istnieniu świata duchowego i w konsekwencji Boga – Stwórcy. Sięgnąłem po Biblię, ale nic nie rozumiałem i zniechęciłem się.

Poszedłem na studia. Zacząłem pić. Zagłuszałem strach przed śmiercią i nie widziałem sensu życia (żyć po to, aby umrzeć?). Boga - Stwórcę wyobrażałem sobie jako sędziego, który trzyma szale, na jednej kładzie dobre czyny, a na drugiej grzechy. Która szala przeważy, taki będzie mój los. W porównaniu z innymi nie wyglądałem źle, więc miałem jakąś nadzieję.

Któregoś dnia do pokoju w akademiku przyszli dwaj studenci, którzy przeprowadzali ankietę na temat wiary. Jedno z pytań brzmiało: „Kim jest dla ciebie Jezus Chrystus?”. Odpowiedziałem niespodziewanie dla siebie samego: „Bogiem i zbawicielem”. Do tej pory  myślałem, że jest mitem i nie widziałem sensu w Jego śmierci. Inna myśl, która uderzyła mnie na tym spotkaniu, to werset z  listu do Efezjan: Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. (…) nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił.

Te słowa nie dawały mi spokoju, bo okazało się, że to nie od uczynków zależy moje życie wieczne, ale od mojej wiary w Chrystusa i Jego śmierć za moje grzechy. Zacząłem czytać i rozumieć Pismo Święte. Miesiąc później oddałem moje życie Chrystusowi. Od tego czasu życie nabrało sensu i wiem, że żyję z Chrystusem już na wieczność


Robert Boryczka

26 października 2009

e-mail: rboryczka@rnz.org.pl

Comments