Media‎ > ‎

Konkrety z 28.III.2012

Rozmowa z Pawłem Niewodniczańskim, byłym radnym pięciu kadencji i trzykrotnym przewodniczącym Rady Miejskiej Lubina


Powinni nas rozstrzelać


Krystyna Nikończuk

*Czy tak jak przed laty z szacunku do kawy nadal pija ją pan tylko raz w tygodniu?

Tak, ale teraz przechodzę nieco inną „procedurę”. Piję kawę w kawiarni, gdzie specjalizują się w robieniu dobrego espresso albo u kolegi, który jest maniakiem jej parzenia. Kupuje najlepsze gatunki i robi we własnym dobrym, drogim ekspresie.

*Ja natomiast z szacunku do kawy pijam kilka filiżanek dziennie. Podchodzę do niej jak pan do pracy w samorządzie - dużo, długo i na tym chyba nie koniec…Czy wystartuje pan raz jeszcze w wyborach samorządowych?

Niektórzy odchodzą w szczycie swoich osiągnięć, inni jak słynny lekkoatleta Józef Szmidt, dwukrotny mistrz olimpijski, walczą do końca. Ja jestem z tych, którzy walczą do końca. Więc być może wystartuję w wyborach z jakiejś organizacji, która by mnie chciała, a ja uznałbym, że jej szyld nie jest dla mnie ujmą. Niekoniecznie jednak po to, by zostać radnym…

*To jaki miałoby to sens?

Wystartowałbym choćby po to, by dać sygnał, że się nie poddałem i jeśli źle się dzieje, to dać w ten sposób sygnał, że coś się mi nie podoba i mam inny pogląd.

*A źle się dzieje?

Jestem przerażony brakiem kontroli nad organami gminy takimi jak wójt, burmistrz czy choćby prezydent.

*Czy choćby prezydent Raczyński?

Między innymi. Teraz ma on inną pozycję. Nie jest ona dobra, bo prezydent jest niemal poza kontrolą, skoro odwołać go można tylko w referendum. Jest to strzelanie z armaty do muchy, a niekiedy dla dobra spraw przydałaby się formuła mniejszego kalibru. Teraz radni jakby zapomnieli, że są organem kontrolnym, o czym mówi ustawa i wielu myśli, że ma głosować, tak jak chce prezydent. Tragedią jest, kiedy nie odbywa się debata, a rządzący nie mają opozycji. Tak jest teraz w Lubinie.

*Dla odmiany jeszcze do niedawna w tym mieście trwały niekończące się debaty. Czas leciał, a z działaniami nie można było ruszyć z miejsca. Teraz sprawy przynajmniej pchane są do przodu.

Potwornego zadłużania Lubina nie nazwałbym pchaniem spraw do przodu. Miasto musi racjonalizować wydatki i robić to, na co je stać. Jeśli budujemy obwodnicę wokół Lubina, to się zastanówmy, czy musimy wydawać na nią aż 80 mln zł. Czy ona musi być aż tak wielka, skoro w przyszłości, kilkaset metrów dalej ma biec obwodnica budowana przez rząd.

Ponadto zamiast kosztownego skrzyżowania świetlnego przy ul. Chocianowskiej na styku z obwodnicą, można było zrobić rondo, które jest wielokrotnie tańsze, bezpieczniejsze i zapewnia większą płynność ruchu. Przez nie samochód z prędkością 100 km na godzinę nie przejechałby mi przed nosem, jak to niedawno miało miejsce.

Jeśli natomiast chodzi o halę, można było budować ją przy stadionie. Kompleks stadionu z halą sportową dawał większe szanse sprzedaży usług. W sondażu, który przeprowadziliśmy na dużej grupie lubinian 80 procent ankietowanych powiedziało, że chce halę sportową przy stadionie. Tu miejsca parkingowe już istniały, byłoby więc taniej. Ponadto kilka samorządów gotowych było się dołożyć do budowy. Zrobić to gotów był także KGHM, ale wówczas więcej osób przecinałoby wstęgę…., a hala nie byłaby wyłącznie własnością miasta.….

Teraz buduje się stadion przy OSiR, w centrum Lubina. To miejsce jest trudne komunikacyjnie i trzeba będzie wydać więcej pieniędzy na infrastrukturę do tego obiektu.

Wiemy już z prognoz budżetowych obecnych władz miasta, że Lubin każdego roku będzie dopłacać do utrzymania hali ponad 1 mln zł. Nie rozumiem tego. Moim zdaniem jest to bzdura na resorach. W Polsce nie tylko Lubin wziął niebezpieczny kurs na zadłużanie. Co prawda możliwość zadłużania się jest prawnie ograniczona, ale robione są różne ruchy, które pozwalają obejść prawo i tak spore deficyty powstają w budżetach centralnych i lokalnych.

My, jako pokolenie, mówię nie tylko o decydentach, żyjemy na koszt naszych dzieci i wnuków. Wydajemy ich pieniądze i oni powinni nas za to rozstrzelać.

*W latach 90. kiedy pan był przewodniczącym rady, a prezydent mógł być odwołany przez radnych, Lubin także zaciągał kredyty, choć sytuacja miasta, była wówczas trudniejsza niż dzisiaj…

Rzeczywiście sytuacja była trudniejsza, ale tym większe było wyzwanie i większa mobilizacja. Nie można było tak zadłużać się na przyszłość, jak teraz wszyscy w Polsce to robią. Byliśmy ostrożniejsi. W drugiej kadencji mieliśmy też mocną opozycję. Ona nas punktowała, musieliśmy mieć przekonujące argumenty, jak chcieliśmy coś zrobić. Powiem szczerze, dobrze nas wymęczyli, ale z korzyścią dla miasta. Jak ktoś ma dobrą opozycje, to po prostu bardziej się pilnuje.

Owszem swego czasu, wypuściliśmy obligacje i zadłużyliśmy się, ale nie miało takich rozmiarów czasowych i ilościowych jak obecnie. Teraz zadłużenie Lubina idzie w pokolenia. To już nie nasze dzieci, a wnuki będą spłacać kredyty zaciągnięte przez władze miasta.

*Co pan sądzi o pomyśle wyburzenia punktowców w Rynku?

Zwyczajnie nas na to nie stać. Poza tym jak można mówić o perspektywie odsłonięcia kościoła, skoro w miejsce punktowców w planie zagospodarowania przestrzennego jest postawienie innego budynku, który ponownie zasłoniłby świątynię. Poza tym jeśli myśleć tymi kategoriami, to całe Przylesie jest do wyburzenia.

*Z perspektywy 20-letniej pracy w samorządzie, które zadanie według pana było ważne i trudne do realizacji?

Zadań było bardzo dużo. A jedną z nich była sprzedaż mieszkań za obligacje. Działo się to w pierwszej i drugiej kadencji. Lubin jako drugi w samorząd w Polsce masowo sprzedawał mieszkania komunalne w taki sposób. Obowiązujące wówczas przepisy uniemożliwiały istotne zniżki. Dlatego musieliśmy znaleźć jakiś sposób, by móc sprzedać mieszkania za 10 procent ich wartości. Trudno było przetłumaczyć radnym, że taka zniżka jest dobrą decyzją, a mieszkańców, że nie jest to oszustwo i że na pewno zostaną właścicielami.

*Praca w samorządzie zajmowała sporo czasu i to przez wiele lat. Czym dzisiaj wypełnił pan to wolne miejsce?

Myślałem, bo tak wszyscy mówili, że jak człowiek traci coś, to nie wie, co robić i jest mu ciężko. A okazało się, że zrobiło się lżej. Nie muszę myśleć o terminach. Zawsze zastanawiałem się, kiedy jest sesja, czy mogę pojechać na urlop. Myślałem o tym, że muszę dostosować się do planów przewodniczącego, bo koalicji potrzebne są głosy. Przez 20 lat opuściłem tylko jedną sesję, bo byłem w szpitalu. Brałem udział w tysiącach głosowań.

Dzisiaj w wolne miejsce włożyłem wszystko to, na co nie miałem czasu przez 20 lat. Przeczytałem już mnóstwo dobrych książek, w tym sporo biograficznych. Ostatnio o Händlu i Bachu, o muzykach jazzowych. Ponadto kilka razy w tygodniu gram w kosza, pływam, biegam, jeżdżę rowerem. Zrobiłem stronę internetową o trasach rowerowych i drugą, z Henrykiem Rusewiczem, z jego tekstami i rysunkami, o Ziemi Lubińskiej. Mam następny pomysł, opowiem o nim, jak będzie gotowy. Poza tym stałem się, dość przypadkowo, "koleżeńskim impresariem kulturalnym". Z namowy znajomych organizuję "wyprawy kulturalne" do Wrocławia. Do filharmonii, do opery, do teatru, na koncerty jazzowe. Obejrzeliśmy już wszystkie opery Mozarta wystawiane przez Operę Wrocławską. Ostatnia nasza wycieczka liczyła dwadzieścia osób.

*Jak tę 20-letnią aktywność wytrzymała rodzina…

Żona wspierała mnie w pracy samorządowej i emocjonowała się tym, co się w mieście działo. Podobnie dzieci, choć pamiętam, że córka miała kiedyś pretensje, iż za mało z nią rozmawiam.

*Ale wnuki już o to pretensji chyba nie mają...

Im mogę poświęcić więcej czasu. Z wiekiem żyje się po to, żeby mieć wnuki, to przyjemna sprawa. Mam trzy wnuczki i jednego wnuka. Z tym że dwoje mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie wyjechał nasz syn. Widzimy się więc tylko na wakacjach, albo przez skype'a.

*Ma pan przegląd radnych z 20 lat. To sporo. Których z nich zapamiętał pan jako rzeczowych, których sprawy miasta naprawdę obchodziły?

Na pewno Elżbietę Palej, która była radną przez 5 kadencji. Ale także Jana Mowińskiego. Wszystko go w mieście bolało, próbował to naprawiać, słuchał racji innych. Teraz grono radnych jest inne, wymienione. Nie ma nikogo, kto pracował w radzie od początku lat 90.

*A z którym prezydentem pracowało się panu najlepiej?

Zdecydowanie z Tadeuszem Maćkałą. To twardy facet, którego czasem niełatwo było przekonać, odbyliśmy wiele wewnętrznych ostrych dyskusji.

*To też dawny sojusznik obecnego prezydenta, tak zresztą jak i pan.

Tak było…

*Dziękuję za rozmowę.


Wywiad przeprowadzony przez Krystynę Nikończuk, a opublikowany w tygodniku Konkrety z 28 marca 2012 r.