Jestem Katolikiem

 Ks pralat Robert Mäder

 

ks. prałat Robert Mäder

Jestem Katolikiem!

 

 

 

SPIS TREŚCI:

 

Czego chcemy.......................................................... 7

Program katolicki.................................................. 14

Teoria i praktyka................................................... 20

Ktoś ty?.................................................................. 25

Obowiązek wyznawania wiary............................ 31

Pókiż będziecie chromać na dwie strony?......... 36

Albo-albo................................................................ 42

Pedały i hamulec.................................................... 48

Ponęta świata......................................................... 54

Strzeżcie się!........................................................... 60

O ducha męczeństwa............................................ 65

Kto należy do Kościoła?....................................... 72

Jeden jest tylko nauczyciel................................... 78

Pokażcie się kapłanowi.......................................... 84

Tajemnica powodzenia.......................................... 89

W świecie nadprzyrodzonym............................... 94

Moje imię.............................................................. 102

Po bolszewicku czy po katolicku?.................... 108

Mimo wszystko - optymizm............................... 113

Zmartwychwstaniemy!........................................ 118

Ideał....................................................................... 124

 

 

 

 

 

PRZEDMOWA


       Należy dziś pomyśleć o 24-tym rozdzia­le proroka Izajasza: Zatrzasną się fun­damenty ziemi. Włamaniem włamie się ziemia, skruszeniem skruszy się zie­mia. Poruszeniem poruszy się ziemia jako pijany i bę­dzie zdjęta, jako budka, jednej nocy.

Próbowano uporządkować ziemskie sprawy bez Chrystusa. Kamień węgielny usunięto. Wtedy zwaliły się wzniesione mury i zmiażdżyły dumnych budowni­czych. Żyjemy w czasach katastrof.

W chwilach upadku mówi się dużo o ostrożności. Lecz błądzi ten, kto sądzi, że przysłuży się Kościołowi i że pracuje skutecznie dla zbawienia ludzi, jeżeli, po­wodując się mądrą wedle świata względnością, robi wszelkiego rodzaju ustępstwa dla tak fałszywie zwa­nej wiedzy, w próżnej nadziei, że w ten sposób łatwiej zdobędzie błądzących, gdy tymczasem sam naraża się na niebezpieczeństwo upadku. Jest tylko jedna niepo­dzielna, odwieczna, niezmienna prawda: Jezus Chry­stus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki! (Hebr 13).

 

        Pius X, z którego encykliki o Grzegorzu Wielkim1 słowa te cytujemy tutaj, podczas całego pontyfikatu nieugięcie walczył, jak drugi Grzegorz, z modernistycz­nym oportunizmem. Na skale Piotrowej zatknął sztan­dar katolickiej wiary jako sygnał ratunku naszych cza­sów. W tym kierunku niech oddziaływują karty tej książ­ki. Celem ich wykazać, że w odważnym wyznaniu ka­tolickiej wiary, fides intrepida naszego Ojca Świętego, leży uzdrowienie przyszłości. Powtarzamy też za Bar-bey d'Aurevilly: „Każdemu, wszędzie i zawsze winni­śmy prawdę. Tym, którzy mają prawdę w ręku, a rękę zaciskają, trzeba tę rękę odciąć". 

________________________________________________

'lucunda sane z 12.03.1904 r. (wszystkie przypisy od redakcji).

 

 

CZEGO CHCEMY

                                          

      WE WRZEŚNIU 1880 R. ODBYŁA SIĘ w Rzymie manifestacja na cześć re­wolucjonistki Ludwiki Michel. Jeden z wolnomularzy miał mowę, sławiącą Lucyfera, chorążego modernistycznych idei. Ktoś z tłu­mu zawołał: „Evvivo Satanal Niech żyje szatan!" Pięć ty­sięcy głosów powtórzyło: „Nie ma Boga! Niech żyje dia­beł!". Noszono przez całe lata w Genui podczas uroczy­stości Mazziniego czarną chorągiew z obrazem Lucy­fera. Prezydent antyklerykalnego koła, idąc za sztan­darem, oświadczył: „Naszym celem jest zatknąć chorą­giew szatana na wszystkich kościołach i na Watykanie. Przyjdzie dzień, gdy książę tego świata, pan nasz, za­tryumfuje nad Chrystusem, i jako prawdziwy Bóg czczo­ny będzie". A więc satanokracja - panowanie diabła!

      My głosimy teokrację, panowanie Chrystusa i Boga! Chrystus jest drogą. Mówimy „drogą", a nie jedną z wie­lu dróg. Jest tylko jedna droga. Chrystus jest prawdą. Powtarzamy „prawdą", niejedną z wielu prawd. Chry­stus jest życiem. To są trzy podstawowe prawdy ka­tolicyzmu.

       Św. Paweł w liście do Filipian taki stąd wyciąga wniosek: Bóg dał Chrystusowi imię, które jest nad wszelkie imiona; na imię Jezus wszelkie kolano klęka, które jest w niebie, na ziemi i pod ziemią. A więc pa­nowanie nad światem i jedynowładztwo! Teokracja! Wszyscy na kolana przed Chrystusem-Królem!

       Tego nie znosi duch modernizmu, który poza tym zwie się tolerancją. Wszystkie grzechy będą wam da­rowane, może nawet to, że zwiecie się katolikami, że w niedzielę chodzicie na mszę. Ale stańcie tylko przed fabrykami, bankami, redakcjami, ratuszami i parlamen­tami z wezwaniem: Na kolana przed Chrystusem! Wte­dy z wściekłością przeklinać będą waszą teokrację.

        Teokracja, tzn. powszechne, nieograniczone pano­wanie Syna Bożego w całym wszechświecie, a więc i na ziemskim globie -jest to najbardziej niemodernistycz-ne, nieliberalne, a zarazem najkonieczniejsze, najbar­dziej katolickie, co mamy do głoszenia z ambon i w prasie. Rozumiemy, dlaczego żydzi w to nie wie­rzą. Ale fakt, że katolicy widzą w tym mrzonki głów nierealnych świadczy, jak bardzo zbladła idea chrystia-nizmu u tak zwanych chrześcijan.

         My jesteśmy teokratami. Wyjaśniamy od razu, co przez to rozumiemy. Dla nas teokracja to panowanie nad światem i jedynowładztwo Syna Bożego. Po tym, co słyszeliśmy w noc wigilijną, panowanie nad świa­tem i jedynowładztwo Chrystusa samo się przez się rozumie: Chrystus jest Bogiem. Wszystko przez Nie­go się stało, wszystko powstało z Jego woli. Tak na­pisano w księgach świętych. To czytamy u św. Jana w rozdziale pierwszym: Chrystus jest Stwórcą wszechrzeczy.

         Dla ludzi myślących wszystko dalsze jest jasne. Stwórca wszechrzeczy jest ich właścicielem. Właściciel wszechrzeczy jest ich panem. Pan wszechrzeczy jest panem wszechświata; jedynowładcą, a więc teokracja Jezusa Syna Bożego! Wszyscy przed nią na kolana!

        W psalmie II mamy obraz chrześcijańskiej teokra-cji. Pan rzekł do mnie: Ty jesteś mym synem. Jam cie­bie dziś zrodził. Żądaj ode mnie, a dam ci pogany dzie­dzictwo twoje, a posiadłość twą kraje ziemi. Będziesz je rządził laską żelazną, a jako naczynie garncarskie pokruszysz je. A teraz, królowie, rozumiejcie; ćwicz­cie się, którzy sądzicie ziemię. Służcie Panu w bojaźni; a radujcie się Mu z drżeniem. Chwyćcie się nauki, by się kiedyś nie rozgniewał Pan, i byście nie poginęli z drogi sprawiedliwej.

         Słowa jasne. Jeżeli jednym wyrazem chce się okre­ślić stosunek religii do polityki, to tym wyrazem może być tylko - teokracja. Dziś nie inaczej. Nie demokra­cja, tylko teokracja. Nie panowanie ludu, tylko pano­wanie Boga. Prawo Jezusa, Syna Bożego, jest prawem nad prawami, najwyższą zasadą prawodawstwa dla wszystkich państw, normą wszystkich rządów, wszyst­kich dał ustawodawczych, począwszy od roku 33, Chry­stus, Król królów, Cesarz wszystkich cesarzy! Suweren-ność Jezusa musi być bezwzględnie ogłoszona. I to jest najbardziej naglący z wszystkich postulatów religijnych, politycznych i socjalnych.

         Przypominamy Syllabus. Co to jest Syllabus? Jest to wykaz fałszów modernistycznych, potępionych w r. 1864 przez Piusa IX. Papież potępił szczególnie polityczne fałsze liberalizmu, np. naukę modernistyczną o wolności sumienia, bezwyznaniowości państwa,

suwerenności ludu. Starzy ludzie umieją jeszcze opowiadać o burzach, które szły przez świat po ogło­szeniu Syllabusa. Glob ziemski słuchał i zdumiał się, gdy usłyszał, że jest liberalnym.

         A jednak to sprawa bardzo prosta. Pius IX powie­dział właściwie tylko to: Chrystus jest kamieniem wę­gielnym społeczności ludzkiej. Chrystus posiada bo­skie prawo panującego nad rodzajem ludzkim. To jego prawo panującego nie jest przemijające. Prawa Boże są ponad prawami ludzkimi. Wobec Chrystusa nie można powoływać się na ten lub ów artykuł konstytu­cji. Jest szaleństwem domagać się od Boga wolności sumienia, wolności religii, nabożeństw, słowa, zgroma­dzeń i prasy. Wobec Wszechmocy, odwiecznej mądro­ści, sprawiedliwości i miłości nie istnieją w ogóle żad­ne prawa, są tylko obowiązki. To rozumie każdy, któ­remu nowoczesny liberalizm nie odebrał resztek zdro­wego rozumu.

           Stworzenie może urządzić rewolucję, podnieść bunt, dopuścić się grzechu, ale budować prawo na grze­chu to postawić człowieka ponad Boga, a Boga poni­żej człowieka. Takie postawienie człowieka ponad Boga, a Boga poniżej człowieka jest rzeczywistym zde­tronizowaniem najwyższej Istoty.

          Wiemy, że rewolucja francuska ustawą parlamentu wyraźnie zdetronizowała Boga. Wiemy, że wówczas nie tyle chodziło o zniesienie monarchii króla, ile o usu­nięcie monarchii Boga. Historia dziewiętnastego stu­lecia, która jest właściwie historią liberalizmu, była dalszym ciągiem tej ustawy parlamentarnej i jej rozszerzenia się na cały świat drogą faktów.

         Dziś Królestwo boskie Chrystusa jest nieznane. Pascal słusznie zauważył: najdotkliwsze prześladowanie polega na przemilczeniu. Jeżeli doprowadzi się do tego, że nikt nie mówi już o danej osobie, to prędzej się ją tym pogrzebie, niż najgorszym prześladowaniem. Tą metodą zniesiono społeczne Królestwo Chrystusa.

       Gdzie dziś wśród ludzi czołowych mówi się serio o społecznym królestwie Chrystusa? Czy mówi się o nim wśród uczonych, kupców, polityków? Ta nowo­czesna bezwyznaniowość we wszystkich dziedzinach życia publicznego jest największym i najradykalniej-szym prześladowaniem Chrystusa w historii, bardziej szatańskim niż męka Wielkopiątkowa.

       W kołach wyższych nie mówi się już o Jezusie, bo nikt nie chce narażać się na przekleństwo śmieszno­ści, któremu podpada każdy, wysławiający kogoś, co ani w polityce, ani w nauce, ani w pracy codziennej, a wkrótce i w dobroczynności nie gra żadnej roli.

       My głosimy teokrację Chrystusa, panowanie Jezu­sa nad wszystkimi narodami i wszystkimi ludźmi nie tylko na podstawie Jego boskości, ale również na pod­stawie Jego odkupienia. Odkupienie jest osią dziejów świata. Prędzej wyobrazić sobie możemy koło bez środ­ka, niż historię świata bez Chrystusa. Żaden inny fun­dament założony być nie może.

       Byliśmy dziećmi gniewu. Służyliśmy Bogu w grze­chu. Chrystus odkupił nas z mocy zła, by nas oddać w ręce ojcowskiej miłości Boga. Wiecie, że odkupieni jesteście nie przemijającym złotem i srebrem, ale bez­cenną Krwią Chrystusa, Baranka bez zmazy. Jesteście własnością Tego, który was odkupił. Należycie do Chry­stusa Pana. Te dwa słowa nie mogą i nie powinny być rozdzielone. One należą do siebie: Chrystus-Pan. Heres universorum, mówi św. Paweł- dziedzic świata. Nic nie jest bardziej uzasadnione jak te prawa Ukrzyżowanego.

        Gdyby rzucić pytanie, czy nad światem ma pano­wać potęga tyranów, przebiegłość polityków, pienią­dze miliarderów czy miłość Baranka, bez wątpienia zde­cydowalibyśmy się wszyscy na imperializm miłości.

        Jeżeli więc tron świata z prawa należy się temu, który go najwięcej ukochał, to bez kwestii należy się Jezusowi. Głosimy teokrację przyjaciela grzeszników, przyjaciela dzieci, przyjaciela ubogich i chorych, bo­skiego Dzieciątka z Betlejem, męża boleści z Golgoty. Żądamy, aby On panował.

         Jest faktem niezaprzeczalnym, że obecnie w tę teo­krację Zbawiciela — tak naprawdę - wierzy zaledwie kilka cichych dusz w kraju. Ogółowi ta myśl wydaje się niepojęta i niewykonalna. Miłość Zbawiciela nie jest uznana za mocarstwo ani w polityce, ani w życiu go­spodarczym narodów. Wizerunek, a jeszcze więcej duch Ukrzyżowanego znika coraz bardziej z ratuszów, szkół, sal sądowych i warsztatów pracy. Gdyby przy­szedł dziki z afrykańskiej puszczy do naszych miast wielkich i pytał o chrześcijaństwo, z trudem zdołano by mu je pokazać poza kościołami i ogniskami rodzinny­mi. W życiu publicznym nie ma ducha chrześcijańskie­go. Jezus jest królem bez berła, cesarzem bez ziemi.

        Przed 30 laty wprowadzono na Stolicę Apostolską dziecię ongiś wieśniacze. Wstąpił i pisał: Omnia instau-rare in Christo! Wszystko odnowić w Chrystusie! Co to było? Ogłoszenie teokracji Chrystusa. Wszelkie ludz­kie poczynania, jakiekolwiek by były, muszą mieć du­cha Chrystusowego i kościelnego. Chrystus jest duszą wszystkich rzeczy. Chrystus jest powietrzem, którym oddychamy. Chrystus jest wszystkim! Nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.

       My nie żądamy, aby papieże byli cesarzami, panu­jącymi nad światem, biskupi książętami, proboszcze burmistrzami. My tylko chcemy, aby kapłan-Chrystus stał na czele społeczności ludzkiej, na czele politycz­nego i socjalnego porządku. Ewangelia jest podstawą publicznego życia! Wszystko, co czynimy, czyńmy w du­chu Chrystusowym. Niech wszystko pochodzi z wiary! Wszystko, bo jesteśmy katolikami!

       Inni przy każdej sposobności zaznaczają, że są de­mokratami, bo tak wymaga postęp. My zaś przy każ­dej sposobności wyznawajmy, że jesteśmy teokratami. Dzieciństwem byłoby oczekiwać uzdrowienia świata od demokracji i panowania ludzi. Rozum wskazuje, że uzdrowienie może nam tylko dać teokracja, tj. panowa­nie Wszechmocnego. Kto dobrze życzy ludzkości, ten modli się i pracuje dla najwznioślejszego ze wszyst­kich ideałów, nad zburzeniem modernistycznego sata­nizmu i zaprowadzeniem teokracji katolickiej. Królo­wanie Chrystusa Boga-Kapłana na ziemi.

       Wszyscy prawdziwi reformatorzy, według wyraże­nia angielskiego kapłana, dążyli do teokracji. Ja dodam: Wszyscy prawdziwi chrześcijanie mają w naturze coś kapłańskiego i dążą do teokracji Chrystusa. Słowa w li­ście do Filipian muszą stać się jeszcze raz pełną praw­dą: wszelkie kolano ma się ugiąć na ziemi, w niebie i pod ziemią. Albo, co na to samo wychodzi: chwała Bogu na wysokości, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.

 

PROGRAM KATOLICKI

                     

     PROGRAM KATOLICKI ZAWARTY JEST W EWAN-gelii o kwasie i ziarnku gorczycznym. Mamy tam przedstawione ostateczne cele Kościo­ła. Ewangelia o ziarnku gorczycznym jest ob­razem zewnętrznej polityki państwa. Ewangelia o kwa­sie jest obrazem polityki wewnętrznej. Na zewnątrz żąda Kościół rozkrzewienia wiary aż po krańce ziemi, pokąd nazwa Kościoła powszechnego nie stanie się peł­ną prawdą. Dotychczas żądanie jego tylko połowicz­nie spełnione. Kościół, stawszy się z ziarnka gorczycz-nego drzewem, ocieniającym cały świat, musi równo­cześnie być jako kwas wszystko przenikający.

      Katolicyzm zewnętrzny bez wewnętrznego jest jako ciało bez duszy, jako trup. 0 tym niech pamiętają szczególnie ci, którzy na dowód potęgi katolicyzmu cytują wielkie liczby, mając na względzie rosnącą licz­bę kościołów katolickich, stowarzyszeń, czasopism i in­stytucji dobroczynnych. Sw. Jan w Objawieniu mówi o czasie, kiedy chrześcijanie będą tylko z imienia, będą żyli, a będą umarli. Dużo jest katolików z imienia i po­zoru. Ale królestwo niebieskie podobne jest kwasowi, który niewiasta zmieszała z trzema miarami mąki, a pó­ki wszystko nie skwaśniało. Wszystko. Całość!

       Przypowieść ewangeliczna o kwasie uczy nas, czym jest życie katolickie z wiary. Czasy teraźniejsze cha­rakteryzuje chwiejna połowiczność. Nie mamy odwagi wiary katolickiej przemyśleć i w życie wprowadzić aż do ostatnich konsekwencji, choć niemodnych i niepopularnych. Uznajemy ją może jako całość, ale w szczegółach często nie jesteśmy katolikami. Dąży­my do tego, by katolicyzm ścisłych wyznawców Pisma świętego, katolicyzm pierwotnych chrześcijan i śre­dniowiecza zmodyfikować i do czasu dostosować. Po­suwamy się w tym krok za krokiem. Zrazu nie chcemy rezygnować z żadnej kreseczki katolickiej nauki. Tylko o niektórych punktach przez rozsądek i ustępliwość mówić nie chcemy. Nie mówimy o tym, że tylko w Ko­ściele jest zbawienie, i że kto nie wierzy, jest potępio­ny. Wzbraniamy się wyraźnie oświadczyć, że protestan­tyzm, liberalizm i socjalizm są przez Kościół potępio­ne jako nauki błędne. Unikamy słów:  ciężki grzech, po­kuta, piekło.

         Z czasem dochodzi do tego, że pewne prawdy by­wają zasadniczo przez mówców i pisarzy pomijane. Zni­kają z mównicy, z prasy, z literatury, a ponieważ nie są czytane ani słyszane, znikają z myśli i rozmów katoli­ków. Tak to się zaczyna. A kończy na wątpieniu i nie­wierze. To, o czym rozsądek i ustępliwość nie pozwala nam mówić ani pisać, bywa powoli z Credo wykreślone, jako rzecz poboczna. Tą drogą odpadają od wiary całe kraje i całe epoki. W taki sposób świat nowoczesny, a przede wszystkim ludzie inteligentni stracili wiarę.

       Przypowieść o kwasie wykazuje, że kto się mieni katolikiem, tego cały światopogląd winien być na wskroś katolicki. Albo cały jego świat myśli jest kato­licki - albo niekatolicki. Wszystko albo nic! Katolik albo niekatolik! Boskie objawienie musimy przyjąć w całej jego rozciągłości. Kto jedno słowo, które wyszło z ust Boga, odrzuca, ten logicznie musi wszystko odrzucić. Kto w jednym jedynym razie „zawiódł się" na prawdzi­wości i nieomylności Boga, ten nie może z absolutną pewnością oprzeć się we wszystkich innych. W życiu wiary znaczy zasada: wszystko albo nic! Katolik albo niekatolik!

        Kościół zawsze przez wszystkie wieki trzymał się tej zasady. Kto jednej przez Boga objawioną i przez Kościół do wierzenia podaną prawdzie świadomie i do­browolnie zaprzecza, ten z Kościoła jest wykluczony. Kościół znosi w swojej społeczności grzeszników, ale nie znosi niewierzących. Zaznaczył to także Ojciec Święty Benedykt XV w pierwszej encyklice1: „Wiara ka­tolicka jest tego rodzaju, że nie można do niej nic do­dać ani ująć. Albo przyjmuje ją się całą, albo odrzuca całą". Wszystko albo nic!

         Katolik albo niekatolik! Królestwo niebieskie po­dobne jest kwasowi, który niewiasta zmieszała z trze­ma miarami mąki, aż wszystka skwaśniała. Ci, którzy, pomijając przypowieść o kwasie, na innej drodze, za pomocą wszystkich możliwych reform, mądrością i siłą ludzką chcą świat ratować - błądzą, z rozczarowania wpadają w rozczarowanie, z zawodu w zawód, aż do­chodzą do zupełnego zwątpienia.

         Jak przed 1900 laty, tak i dziś świat może być tylko w jeden sposób uratowany.

___________________________________________________

1 Ad Beatissimi Aposłolorum z 1.11.1914 r.

Pełną nieumniejszoną ka­tolicką prawdę trzeba wlać w umysły pismem i słowem, póki cały świat myśli ludzkiej katolicyzmem przekwa-szony nie zostanie. Najpierw myślmy po katolicku, a sa­mo przez się po katolicku czynić będziemy. Każda inna praca, odbywająca się nie tą metodą, jest pozbawiona błogosławieństwa Bożego i nosi w sobie przekleństwo bezpłodności.

       Chrystusowa przypowieść o kwasie żąda nie tylko zupełnego przejęcia się umysłów prawdą katolicką, ale wniknięcia jej głębokiego w życie praktyczne. Proces przekwaszenia, począwszy od głowy, musi objąć całe­go człowieka. Kto wierzy we wszystko, co Bóg objawił i Kościół do wierzenia podaje, jest katolikiem. Ale nie wystarcza być katolikiem, trzeba być dobrym katoli­kiem. Nazywam złym katolikiem tego, który żyje w cięż­kim grzechu, a dobrym katolikiem, który się strzeże grzechu powszedniego i dąży do doskonałości, aż wszy­stek będzie przekwaszony.

        Tutaj, jak i w dziedzinie wiary, wchodzi w grę pew­ne minimum katolickości. Zasadą tego minimalnego ka­tolicyzmu jest: Możliwie jak najmniej! Czy chodzi o mo­dlitwę, chodzenie do kościoła, przyjmowanie Sakra­mentów, dobroczynność, obowiązki stanu, zawsze to samo: możliwie najmniej! Według sądu tych ludzi naj­lepszymi kaznodziejami i spowiednikami są ci, co naj­mniej żądają. Kościół, a za nim kapłani winniby się sto­sować do rzeczywistych stosunków. Teoria i praktyka są dwie odrębne rzeczy. Ideał jest piękny, ale nie spo­sób go urzeczywistnić. Tak dowodzą wyznawcy minimalnego chrystianizmu.

       A czego dowodzi przypowieść o kwasie? Ona potępią minimalny chrystianizm. W religii musimy my­śleć maksymalnie. Nie mamy prawa żądać więcej, niż żąda Bóg. Nie mamy prawa mówić o przykazaniach, gdzie przykazań nie ma, o przepisach, gdzie jest tylko rada, o ciężkich obowiązkach, gdy chodzi o drobnost­ki. Ale z drugiej strony nie mamy prawa żądać mniej, niż Bóg żąda, nazywać coś tylko radą, co jest ciężkim obowiązkiem, nie wolno nam ani z ambony, ani w kon­fesjonałach, ani w prywatnych rozmowach, ani publicz­nie osłabiać praw, które są przykazaniami Bożymi. Czy­tamy w Piśmie świętym: Niebo i ziemia przeminą, ale ani jedna kreska ani jeden punkt z przykazań nie prze­minie. Jeżeli ktoś jedno z tych przykazań, choćby naj­mniejsze, przestąpi i ludzi tak uczy, ten będzie nazwa­ny najmniejszym w Królestwie niebieskim (Mt 5, 18). I dalej napisane jest: „Synu człowieczy! Jeżeli mówię bezbożnemu: Umrzesz śmiercią! a ty mu tego nie oznaj­misz i nie powiesz mu, aby się nawrócił ze złej drogi i żył, to niech ten bezbożny umrze w owym występku, ale krwi jego zażądam z twej ręki" (Ez 3).

       Co z tego wynika? Że teoria nie może się nigdy naginać do praktyki, ale praktyka musi się zawsze sto­sować do teorii, tak jak słońce nie może stosować się do zegarków, tylko zegarki do słońca. Żądajmy więc możliwie najwięcej, wszystkiego! Przypowieść o kwa­sie potępia minimalny katolicyzm!

Ta przypowieść powinna doprowadzić do rachunku sumienia. Czy wiarę naszą przyjmujemy w całości, nie opuszczając z niej i nie ukrywając żadnego szczegółu? Czy jesteśmy tak katoliccy, że w naszych rozmowach i czynnościach ten jedyny cel mamy na oku, i czy wszyst­ko w nas, nie wyłączając spraw materialnych, polityki czy lektury, przekwaszone jest duchem katolickim?

       Jest faktem, że obecnie na całym świecie katolic­kim panuje ów minimalny katolicyzm. To „możliwie najmniej katolickiego" przeważa w tym, co się czyta, co się pisze, w tym co się mówi, w tym, co się czyni. Kwas leży zamknięty. Obawiają go się. Sądzą, że świat wkoło nas może stać się zbyt katolicki, zbyt klerykal-ny. I to jest najgłębsza przyczyna, dlaczego nie idzie­my naprzód.

       Rewolucja maksymalistyczna uderza w bramy Eu­ropy. Maksymalizm fałszu i zła może być tylko pokona­ny przez maksymalizm prawdy i miłości. Wszelki mini-malizm jest bezwładem.

 

TEORIA I PRAKTYKA

                                                         

       Z KAZALNIC, W ROZMOWACH 1 PISMACH głosimy prawdę. Ludzie uznają, że to, co mówimy, samo w sobie jest słuszne, ale w obecnych stosunkach jest niewykonal­ne. Mówią, że przyszliśmy sto lat za późno, to znów, że sto lat za wcześnie, że teoria i praktyka to dwie odrębne rzeczy. Tym ostatnim zdaniem otwiera się furt­kę tchórzostwu, niesumienności i zdradzie. Nie ma wy­padku, który według tej teorii nie mógłby być siłą rze­czy usprawiedliwiony.

      W następstwie tego wszyscy głębsi głosiciele prawd katolickich uznani są jako nie liczący się z rzeczywi­stością, bezużyteczne gaduły, trwoniący czas na mar­ne. Poza otwartymi i zdecydowanymi wrogami wiary uważam za najniebezpieczniejszych tych ludzi, którzy katolicką prawdę swoim pojęciem teorii i praktyki przedstawiają jako przestarzałą, nie na czasie i nie­możliwą. Ponieważ to błędne i złe zapatrywanie jest dziś w katolickich kołach nadzwyczajnie rozpowszech­nione, przeto mamy obowiązek wypowiedzieć mu wojnę i walkę bezwzględną.

        Teoria musi stać się praktyką. Na to ona istnieje. Teoria chrystianizmu jest naukowym wytłumaczeniem prawd wiary, przykazań i środków łaski. Teoria chry­stianizmu wskazuje w co wierzyć i co czynić, żeby do­stać się do nieba. Teoria chrześcijańska jest słowem i przykazaniem Bożym. Jeżeli Bóg mówi i coś rozkazuje, to jasne, że to wypełnione być musi. Słowo musi stać się czynem i życiem.

         Kto chce wiedzieć, czym jest słowo Boga, niech przeczyta opis biblijny stworzenia świata: „I rzekł Bóg: Niech się stanie światło. I stało się światło. I rzekł Bóg: niech się stanie utwierdzenie między wodami. 1 stało się tak. I rzekł Bóg: Niech się staną światła na utwier­dzeniu nieba. I stały się". „Bóg rzekł". Co to jest? Jed­no słowo. Teoria! „I tak się stało". To czyn, praktyka! U Boga nie ma różnicy między teorią a praktyką. Każ­de słowo jest jak wspaniałe dzieło stworzenia,jak nowy powstający świat.

          Teoria musi stać się praktyką! Ze słowa Bożego dzieło Boże! Nie tylko w świecie przyrody, w świecie gwiazd, roślin i żywiołów, ale także w wolnym świecie ludzi. Praktyka ludzka musi się we wszystkim stoso­wać do teorii boskiej. Bóg mówi, i to się staje!

          Na górze Synaj rozpoczyna się nowe duchowe two­rzenie. Słowa, które Najwyższy wyrzekł wśród grzmo­tów, błyskawic i trąb, są słowami Stwórcy, podobne tym, które wyrzekł przy powstawaniu światów. Każde z dzie­sięciu przykazań stwarza świat moralnego porządku, piękna i szczęścia. Bóg nie mówi próżnych słów, jak ludzie. Teoria chce być praktyką, słowo czynem, pra­wo rzeczywistością.

         Teoria, prawda katolicka, jest jako ziarno nasienne. Chce dostać się do ziemi, kiełkować, rosnąć, kwit­nąć i owoc przynosić. Jeżeli mówię o ziarnie, że jest nieurodzajne, to tym samym przeznaczam je na na­wóz. Jeżeli o jakiejś prawdzie mówię, że w praktyce nie sposób jej ziścić, co znaczy, że jest nieużyteczną, to tak, jak gdybym powiedział, że jest bez wartości. Nie warto o niej już mówić. Bo mówić o rzeczy nieuży­tecznej i zbytecznej jest głupotą i stratą czasu.

        Czym jest wcielenie Syna Bożego? Wezwaniem, aby pozwolić słowu Bożemu przybrać w nas kształt! Na po­czątku było Słowo, a Słowa było u Boga, a Bogiem było Słowo. Tak było na początku u Boga. Wszystko przez Niego się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. I Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami, i widzieliśmy chwałę Jego (J1). Odwieczne, niewidzial­ne Słowo stało się widzialną rzeczywistością.

        Chrystianizm chce bezustannego powtarzania się tej wzniosłej tajemnicy wcielenia.

        Słowo Boże ma w nas na nowo w kształt się oble­kać. Jeżeli ktoś twierdzi, że to jest niemożliwe, że bo­ska teoria chrystianizmu a ludzka praktyka są to dwie rzeczy niezgodne, że czysta, nieumniejszona wiara ka­tolicka nie może być urzeczywistniona - to nazwę to he­rezją. To fałsz. Sprzeciwia się wyraźnemu słowu Tego, który powiedział: Jarzmo Moje jest słodkie, a ciężar Mój jest lekki, a łaską Moją można wszystko, jeżeli się chce!

         Co więcej; bluźni, kto myśli i mówi: Chrystusie, na­uczyłeś nas rzeczy, które wiecznie pozostaną czystą teorią, rzeczy, które nie dadzą się wykonać, i dlatego są bezużyteczne! Bluźni, kto twierdzi, że krzyż jest czystą teorią, że nie można naśladować tej cierpliwo­ści i miłości. Bluźni, kto twierdzi, że obraz Serca Jezusowego jest czczą teorią, i wezwanie: Uczcie się ode mnie, albowiem jestem cichy i pokornego serca - jest czymś nierealnym, bo nieziszczalnym. Bluźni, kto twier­dzi, że Bóg dał szóste przykazanie dla młodzieży i dla małżonków, ale że dziś to przykazanie jest tylko teorią niemożliwą w życiu.

        Widzimy, do czego dochodzimy z tą zasadą: teo­ria i praktyka są to dwie odrębne rzeczy. Tak dochodzi­my ostatecznie do odrzucenia całej chrześcijańskiej moralności Ewangelii. Teoria musi być w czyn wpro­wadzona, i jak historia wszystkich ludzi dobrej woli stwierdza: teoria może stać się praktyką! Z tego wyni­ka inna myśl: praktyka musi zawsze służyć teorii, tak jak życie musi podlegać przykazaniu. Jeżeli się dziś twierdzi, że chrześcijaństwo musi wejść na nowe dro­gi, pogodzić się ze światem i dostosować do czasu, to ci, co to mówią, okazują, że może coś rozumieją ze spraw świata, ale nie pojmują ducha chrystianizmu. Żądać, aby boska teoria moralności chrześcijańskiej i wiary katolickiej stosowała się w praktyce do dnia i kraju, mogą tylko ludzie, którzy nie umieją myśleć.

        Co jest absolutne, nie może stosować się do przy­padkowego, co niezmienne - do przemijającego; wiecz­ne do czasowego, boskie - do ludzkiego. Odkąd bo­ska teoria musiałaby się stosować do ludzkiej prakty­ki, a zatem boska nieomylność do ludzkiej omylności i niewiadomości, boska świętość do ludzkiej grzesz­ności, boska potęga do ludzkiej słabości, boska nie­zmienność do ludzkiej zmienności — ludzkość wzię­łaby rozbrat z Bogiem. Człowiek stałby się bogiem! Bóg zdetronizowany stałby się zależny od każdorazowych „stosunków".

      Oto, dokąd dochodzimy, przystosowując Kościół do czasu, jak chce tak zwany modernizm.

      A więc nie do czasu służy nauka kościelna, ponie­waż teoria nie jest służebnicą praktyki, ale do wiecz­ności, ponieważ rozum i wiara mówią nam, że prakty­ka jest służebnicą teorii, tj. służebnicą Boga, Jego sło­wa i Jego przykazania.

 

KTOŚ Ty?

    RAZU JEDNEGO ŻĄDANO OD JANA DOKUMEN-tów osobistych. Władcy Jerozolimy, kapła­ni, rząd, uczeni w piśmie - wszyscy chcieli siedzieć, kto jest ten wędrownik znad Jorda­nu, okryty sierścią wielbłądzią, karmiący się szarańczą. Kto jesteś? - spytali. Wtedy wyznał, nie skłamawszy. „Nie jestem Chrystusem". Jan nie chce zwać się tym, kim nie jest.

     Scena ta przypomina zdarzenie z życia św. Hiero­nima, największego w historii znawcy Biblii. Było to w połowie postu. Z Hieronima została już tylko skóra i kości. Choroba trawiła wyniszczone ciało. Tylko lekki płomyk życia tlił jeszcze w piersi. Mówiono o pogrzebie.

     Naraz Hieronim popadł w zachwycenie. Światło nie­biańskie opromieniło go. Stanął przed sędzią. Jest zwy­czajem na sądzie, że najpierw ustalają personalia. Kto jesteś? Chrześcijanin, wyznawca Chrystusa. Twarz sę­dziego zachmurzyła się: Kłamiesz. Ty jesteś cyceroń-czyk. Gdzie skarb twój, tam i serce twoje. Hieronim wyrzekł się wszystkiego; domu rodzinnego, rodziców, rodzeństwa, krewnych,jadła, napoju. Tylko zjedna rzeczą nie mógł się rozstać - z biblioteką, którą z Rzymu zabrał był do pustelni w Betlejem. Niekiedy czytywał któregoś z pisarzy pogańskich, a ze szczególnym za­miłowaniem Cycerona. Przypomniał mu to teraz sędzia. Jesteś cycerończyk, a nie chrześcijanin. Hieronim za­milkł. Na rozkaz sędziego został przez służbę sądową ubiczowany. Wśród tysiącznych razów słychać było łka­nie oskarżonego. Słudzy sądowi, poruszeni litością, rzucają się do stóp sędziego i błagają o zlitowanie. Hieronim przysięga, że nigdyjuż pogańskiej książki nie weźmie do ręki.

         W tej chwili umierający wraca do życia. Wszyscy otaczający go są do żywego poruszeni. To nie był sen. Jeszcze ból skręca członki świętego. Jeszcze jego ra­miona są sine od razów. Jeszcze płyną łzy skruchy z otwartych znowu oczu. Hieronim jest ze swego upodobania wyleczony.

         Czy nasi nowocześni chrześcijanie ostaliby się przed takim sądem? Szczerość winna być bezwzględ­na! Precz z kulisami! Niech zniknie wszelka obłuda! Masz być tym, czym się zwiesz. Twoje imię niech bę­dzie wyrazem twej istoty.

         Pokaż dokumenty! Jak imię twoje? Zwiesz się chrześcijaninem, katolikiem. Składasz jako dowód świa­dectwo chrztu. Dokumenty mówią jedynie, czym być powinieneś, a nie czym jesteś. Pokazujesz ostatnie po­kwitowanie za uiszczony podatek kościelny. Papier ważny, ale pokwitowanie podatku kościelnego nie wystarcza jako paszport do Królestwa niebieskiego.

        Twierdzisz, że jesteś chrześcijaninem, a ja temu zaprzeczam. Żądam przeszukania domu, rewizji twej biblioteki. Co czytasz? Książki protestanckie, liberalne, socjalistyczne, bezbarwne zabierają tyle miejsca w twej bibliotece, że można wątpić o twym duchu re­ligijnym. Wszystko, co tam się znajduje, i to, czego tam nie ma, mówi przeciwko tobie. Twoja biblioteka mówi mi więcej, niż świadectwo chrztu. Ten dokument zbija tamten. Twoja biblioteka i gazety - są biblioteką i prasą liberała, światowca, a nie chrześcijanina. Jesteś tchórzem bez charakteru, zdrajcą.

       Jeżeli chodzi o ustalenie liczby katolików w jakimś kraju, chętnie się przesadza. Tylu ludziom udaje się w gwałtownej potrzebie wydostać metrykę katolicką. Liczba chrześcijan jest jednakże znacznie mniejsza, niż ilość metryk. To, co czytasz, określa, czym jesteś. Za­rzut "jesteś cycerończykiem" ma dziś tysiąc razy więk­sze uzasadnienie, niż za czasów Hieronima.

       Drugie posiedzenie sądowe. Ów cyceronizm, owo współdziałanie okazują się przede wszystkim w życiu stowarzyszeń. Każde stowarzyszenie, każda organiza­cja jest na usługach pewnej idei. Neutralnych stowa­rzyszeń jest równie mało, jak neutralnych ludzi. Albo są za, albo przeciw Kościołowi, jego dogmatom i przykazaniom. Są albo katolickie, albo niekatolickie.

        Kto przystępuje do organizacji, czy to towarzyskiej, politycznej, czy gospodarczej, czy też o charakterze ogólnospołecznym, przyjmuje wewnętrznie albo przy­najmniej zewnętrznie jej zasady, popiera ją i staje się współodpowiedzialnym za jej działalność. Jeśli zasady te są złe, wówczas nic zgoła, ani zysk materialny, ani ciężkie położenie finansowe, nie usprawiedliwi współ­działania z taką organizacją.

        Stosownie do zasady ewangelicznej: „1 na co zda się człowiekowi, jeśli cały świat zyskał, a na duszy szkodę poniósł" - powinien katolik, tak jak chrześcijanie i męczennicy wszystkich czasów, raczej z głodu zgi­nąć albo pozwolić się rozszarpać niż przystąpić do or­ganizacji, która chociaż w jednym punkcie sprzeciwia­łaby się religii katolickiej i moralności.

        To, że nowocześni katolicy, nawet członkowie kon­gregacji, mało się z tym liczą, dowodzi, że duch pier­wotnych chrześcijan rzadko i słabo nas żyje. Niech każ­dy czyni, jak mu się podoba. Niechaj dla zysków mate­rialnych trzyma się protestantów, liberałów i socjali­stów, ale miejmy przynajmniej prawo wymagać od nie­go, aby się nie nazywał katolikiem. Niech nie kłamie i wyzna: podarłem swoją metrykę chrztu. Nie jestem już katolikiem, jestem protestantem, liberałem, socja­listą. W interesie uczciwości publicznej niechaj każdy trzyma się nazwy, która mu się należy! Kto jest zwo­lennikiem Cycerona, niech się zwie cycerończykiem, kto jest wyznawcą Chrystusa, niech się zwie chrześci­janinem.

       Zwiesz się katolikiem. Jesteś raczej Szwajcarem, Germanem, Gallem. Dotykamy najgłębszej rany. Twier­dzą, że katolicyzm, Kościół, papiestwo zawiodły w dzi­siejszym kryzysie świata. To nieprawda! Nie można twierdzić o lekarstwie, którego się nie użyło i odrzuci­ło, że było użyte rzeczywiście według przepisu, a jed­nak nie pomogło.

       Istotnie duch katolicki, jako lek powszechny na cierpienia i bolączki ludów i rządów, był przez papie­stwo światu ofiarowany, ale go świat nie przyjął. Mamy poszczególnych ludzi, którzy starają się w sobie wyra­biać katolickiego ducha prawdy, sprawiedliwości i mi­łości, ale narody i rządy jako takie tego nie uczyniły.

      Ani jeden naród, ani jeden rząd od 1 sierpnia 1914 roku nie stał się katolickim. Katolicyzm Kościoła, jego nauki, jego środki i łaski nigdy i nigdzie jeszcze nie zawiodły, ale zawiodły narody, które mają odwagę zwać się katolickimi, nie odważając się nimi być.

       Co znaczy katolicki? Powszechny, obejmujący wszystkie narody, internacjonalny. Idea Kościoła jest ideą jednej wielkiej rodziny narodów, w której wszyst­kie szczepy, nacje, języki są zbratane. Harnack, wybit­ny teolog protestancki w Niemczech, zaliczał do pasy­wów tak zwanej reformacji fakt, że od czasu odpad­nięcia od Kościoła katolickiego osłabł bardzo w prote­stantyzmie zmysł skutecznego, powszechnego brater­stwa ludzi przez Ewangelię, urzeczywistnienie idei ,jedna owczarnia i jeden pasterz".

       Czego protestantyzm nie dokonał, to sprawi mo­dernistyczny nacjonalizm. Katolicka myśl, o wielkiej ro­dzinie ludów z jednym Ojcem w Niebiesiech i Jego za­stępcą papieżem, z narodami jako dziećmi i braćmi, ginie coraz więcej ze świadomości ludzi. Siła odśrod­kowa, rozbijająca narody, pokonała siłę dośrodkową Ko­ścioła. Liczba tych, którzy przede wszystkim zwą się Szwajcarami, Niemcami, Francuzami, Amerykanami, a dopiero później katolikami, wzrasta zatrważająco.

        Kiedy nastanie pokój? Wtedy, gdy katolicki nadna-cjonalizm stanie się znowu silniejszy od liberalnego nacjonalizmu; gdy siła dośrodkową chrystianizmu sil­niejszą będzie od pogańskiej, egoistycznej siły odśrod­kowej; gdy znów najpierw po katolicku, a dopiero po­tem w duchu narodowym myśleć będziemy; gdy idea współprzynależności zajmie miejsce wybujałego patrio­tyzmu. Kto tego nie rozumie, może być rodowitym Szwajcarem, Niemcem czy Francuzem, ale katolikiem nie jest. Katolik znaczy powszechny.

Więcej uczciwości! Niech nikt nie nazywa się tym, czym nie jest. Niech każdy będzie tym, czym się zwie. Kto ma odwagę powiedzieć: Christianus sum, niech się stara nim być, myśląc, mówiąc i czyniąc jak Chrystus. Kto ma odwagę zwać się katolikiem, niech to stwier­dza życiem własnym. Jakie imię, taka praca, lektura i to­warzystwo. Jaki człowiek jest wewnętrznie, taki niech będzie na zewnątrz. Kto tego nie chce, niech będzie uczciwy i zrezygnuje z imienia katolika. Napisane jest:

                                                „Nie mów fałszywego świadectwa".

 

 

OBOWIĄZEK WYZNAWANIA WIARY

                     

                                             

      H ISTORIA KOŚCIOŁA TO ŻYCIE I CIERPIE-nia Chrystusa, w szerszym jeno zakre­sie. Bo Kościół to ciągle żyjący Chrystus. Co raz się stało, dzieje się ciągle. Prze­to kto zna historię cierpień Pana naszego Jezusa Chry­stusa, ten zna Jego czasy. Zmieniają się nazwy i daty, lecz główne osoby pozostają te same. W każdym stu­leciu mamy zdrajców, tchórzy, nienawistników, ludzi bez charakteru, niedołęgów, cyników. Judasze, Kajfa-sze, Piłaci i Herodzi nie wymierają. Są to typy, które i dziś wszędzie spotykamy. Te pasyjne postacie są bar­dzo pouczające, przede wszystkim dla mężczyzn i mło­dzieńców. Zajmiemy się dziś typem tchórzliwości ludz­kiej w czasie męki Pańskiej.

      Piotr nie jest tchórzem w zwykłym tego słowa zna­czeniu. Przeciwnie! To zapaleniec idący na przełaj, czło­wiek decydujący się szybko i pewno. Jego wiara i mi­łość nie znają połowiczności. Raz przyjęty w grono uczniów Jezusa, całą duszą jest przy Nim. Myśli i mówi tylko o swym umiłowanym, jedynym Chrystusie. Całą duszą wola radośnie: Jestem katolikiem! Pierwszy prawdziwy mąż katolicki bez jakiegokolwiek odchylenia na lewo, dusza Chrystusowa. Wielki Czwartek daje nam możność wejrzenia w tę niezwykle idealną naturę mę­ską, która śmiało oświadcza, że jest gotowa iść z Chry­stusem do więzienia i na śmierć. Na Górze Oliwnej w jednej chwili zdecydowany za miecz chwyta i ude­rza. Lecz Piotr w jednym błądzi, i ten błąd stanie się Jego nieszczęściem. Piotr nie może zrozumieć tajem­nicy cierpiącego i umierającego Mesjasza. Krzyż dla niego jest tą wielką, nierozwiązalną zagadką chrystia-nizmu. Było to w dzień po znanym wydarzeniu pod Cezareą Filipową. Piotr jest ustanowionym pierwszym papieżem przez Tego, który ma wszelką moc na niebie i na ziemi. Wtedy to Jezus wprowadza uczniów głębiej w tajemnicę Krzyża. Mówi o śmierci. Wówczas Piotr bierze Go na stronę zaczyna Mu przekładać: Niech to będzie dalekie od Ciebie, Panie, to nie może przyjść na Cię! Papieżem być, opoką jeszcze warto, ale być za­stępcą krwawym potem ociekającego, biczowanego, cierniem ukoronowanego, wyśmianego, ukrzyżowane­go Zbawiciela, to rzecz niemiła. W tym leży najgłębsza przyczyna upadku Piotra i upadku nowoczesnego ka­tolika. My chcemy być katolikami, chcemy, bo przecież katolicyzm jest jedyną rozumną religią. Chcemy, po­nieważ katolicyzm, z którejkolwiek strony mu się przyj­rzymy, mimo wszelkich towarzyszących mu słabostek natury ludzkiej, ma najwspanialszą historię. Chcemy, gdyż według wszelkich przewidywań przyszłość nale­ży do katolicyzmu.

         Ale co nas denerwuje, to droga krzyża, ofiara, prze­śladowanie. Przeklęta pycha męska wzbrania się słu­żyć sprawie, która często jest sprawą mniejszości, nie mającej w życiu publicznem znaczenia. A z tego jako naturalne następstwo wypływa wstyd, wstyd, wzbra­niający wobec przeciwnego nam potężnego świata po katolicku mówić, po katolicku pisać i po katolicku dzia­łać. Nikt nie chce się kompromitować religią ukrzyżo­wanego Chrystusa i ukrzyżowanego Kościoła. Tu leży powód lęku naszego. Przyjrzeliśmy się głębszej przy­czynie upadku Piotra, przypatrzmy się teraz, jak się ujawnił. Piotr wsunął się do przedsionka pałacu arcy­kapłana, aby w pobliżu służby lepiej śledzić przebieg procesu sądowego Mistrza. Chce słyszeć, co inni mó­wią. Lecz nie wystarcza słuchać, trzeba mówić i odpo­wiadać. Trzeba zająć jakieś stanowisko. Trzeba mieć odwagę wystąpić nawet dla sprawy pozornie straco­nej, jeżeli ona jest rzeczą sprawiedliwości i prawdy. Nie uczynił tego Piotr. Nie wie, jak się to wszystko skoń­czy! Piotr nie chce kompromitować się przegraną spra­wą skazańca. Mądry! Dlatego na wszystkie strony oświadcza: Nie wiem nic. Nie znam tego człowieka. Nie mówię, że jestem przeciw niemu. Ani mówię, że jestem za nim. Pozostaję neutralny. Neutralność nie jest zdradą. Nie jestem Judaszem. Moja taktyka brzmi: nie wyznawać! Bezwyznaniowość! Ani tak, ani nie! Piotr, ten znany wesoły człowiek z Cezarei Filipowej, ten pierwszy publiczny, nieustraszony wyznawca bóstwa Chrystusa, już nie jest tym samym. Bo Piotr chce Chry­stusa bez krzyża, dlatego nie wie już sam, co mówi.

       Piotr, w przedsionku arcykapłana rozmawiający z nieprzyjaciółmi Jezusa, ma swych zwolenników w międzywyznaniowości i bezwyznaniowości teraźniej­szej i w międzywyznaniowości, którą zawsze chce być z drugimi, aby słyszeć, co mówią i przyglądać się, co robią, i w bezwyznaniowości, która zawsze przezor­nie, wymijająco oświadcza: jestem za neutralnością re­ligijną w życiu publicznym; jestem katolikiem, ale uwa­żam za zbyteczne obnosić się z katolicyzmem.

      Bezwyznaniowość, odmowa wyznawania wiary ka­tolickiej w życiu publicznym, ten aż w system ujęty strach ludzki stał się dziś jedną z najniebezpieczniej­szych chorób narodów katolickich, a szczególnie świec­kich, katolickich mężczyzn. Nie ma dziedziny, w której nie należałoby do dobrego tonu zaznaczać przy każ­dej sposobności czynem: Nie znam tego człowieka, albo - co na to samo wychodzi - nie znam Kościoła.

        Od czego rozpoczyna się zwykle wychowanie mło­dych obywateli? Od bezwyznaniowej szkoły! Co to jest szkoła bezwyznaniowa? Uczenie przez osiem lat bez­wyznaniowości, tchórzliwego milczenia, uczenie bo-jaźni przed ludźmi. Nie chodzi o to, czy to się dzieje słowami. Tu chodzi o ducha szkół bezwyznaniowych, o duchem systematyczne zapieranie się Kościoła. A po­tem dziwią się, że na próżno stawia się kościoły, gdy obok katolickiego kościoła nie ma szkoły katolickiej. Bezwyznaniowa szkoła jest przedsionkiem, w którym nasza młodzież zapiera się Chrystusa i Jego Kościoła. W tych latach nie wszystko już dojrzewa, ale ziarno zazwyczaj w tych latach rzucone jest w bezwyznanio­wej rodzinie i bezwyznaniowej szkole. Po ukończeniu szkół młodzieniec wstępuje do jakiegoś stowarzysze­nia, organizacji, partii lub zawodu. Faktycznie, prawie wszystkie partie i organizacje zawodowe na świecie oświadczyły się za bezwyznaniowością i neutralnością religijną. Polityczne i socjalne życie katolików, z mały­mi wyjątkami, zbudowane jest na tej podstawie. Znamy Kościół jako osoby prywatne, ale nie znamy go jako partii i organizacji. Partie i organizacje nie są katolic­kie, nie chcą być, jakkolwiek jest rzeczą jasną, że par­tia i organizacja, składając się z poszczególnych jed­nostek, te same muszą mieć obowiązki, co jednostka.

        Upadek i zaprzanie się Piotra stało się w ten spo­sób upadkiem i zaprzaniem się chrześcijaństwa swego Mistrza i matki Kościoła. Bezwyznaniowe, nowocze­sne społeczeństwo nie zna już Chrystusa ani Kościoła. Obok zdrady Judasza nie znam niczego, co by Zbawi­cielowi i Kościołowi w Jego Męce więcej przyczyniło bólu niż ten brak woli wyznawania Go i zapierania Go się ludzi, mieniących się Jego przyjaciółmi.

         Piotr upadek swój gorzko opłakał - opłakał i od­pokutował. Od zesłania Ducha Świętego stał się od­ważnym wyznawcą Ukrzyżowanego i Kościoła, aż do świętej bezwzględności wobec siebie. Choćby to wol­ność czy głowę miało kosztować, cóż mu na tym zale­żało? Jest jednym z tych, którzy szli za Chrystusem i Kościołem po wszystkich drogach, a więc i po drodze krzyżowej. Nie wstrzyma go żadna ludzka mądrość od wiary w Tego, którego on raz w Cezarei Filipowej uro­czyście uznał Bogiem. Raduje się, że jest jednym z tych, którzy idą z Nazareńczykiem. Zna Go. Zna Kościół, fila­ry i fundamenty prawdy. Nie jest już patronem bez­wyznaniowych, jak wówczas w przedsionku. Teraz jest Piotrem, opoką, patronem wierzących i wiernych wy­znawców w doli i niedoli.

 

POKIŻ BĘDZIECIE CHROMAĆ NA DWIE STRONY?

      DLACZEGO JESTEŚMY WIECZNIE KARŁAMI? Dlaczego nie wzrastamy? Dlatego, że nie podnosimy wzroku ku naszym prawdziwie wielkim mężom z dawnych i nowych czasów. Takim wielkim mężem był Eliasz, Jan Starego Zakonu.

       Eliasz - wzór chrześcijańskiej stanowczości! Żył w złych czasach. Dom królewski znieprawiony. Bałwo­chwalstwo stało się religią dworu. Całe armie sprze-dajnych proroków łasiły się u stołu księcia. Religia praw­dziwego Boga wygnana była z kraju. Skryta i otwarta walka religijna wrzała w Izraelu. Dobrzy byli wszędzie w mniejszości. Taki stan rzeczy demoralizuje, dener­wuje masy i odbiera im odwagę. Większość odpada. Może Eliasz narzekać: „Synowie Izraela opuścili Zakon. Zburzyli ołtarze. Proroków mieczem zabili. Pozostałem sam, i oni pomrą po moim życiu" (1 Król 19,10).

         W tym czasie upadku zjawia się Eliasz. Jeden prze­ciw milionom. Cóż poradzi sam? Po ludzku mówiąc, nic. Z Bogiem wszystko. Eliasz sam jeden nie obawia się potęgi najwyższego rządu. Staje przed obliczem króla: Jak Bóg żywię, Bóg Izraela, nie spadnie w tych latach ani rosa, ani deszcz, jedno według słów moich. Ty i dom twój sprowadziliście nieszczęście na kraj. Grzechy królów są nieszczęściem ludów. Błędy rządów plagami narodów. A powiedziawszy to, odszedł.

           Prawda jest dla wszystkich. Nie ma tak uprzywile­jowanych grzeszników, przed którymi by zamilkła. Prawda jest dla wszystkich, także dla tych, co siedzą na tronach, wysokich urzędach i złotych krzesłach.

          Szczytem nieszczęścia dla kraju jest brak nieza­leżnych, nieustraszonych proroków, którzy tak samo nawołują prosty lud, jak i możnych, głośno i wyraźnie - nie milkną ani przed księciem, ani przed ministrem, choćby im śmierć groziła. Majestat prawdy stoi ponad wszelkimi majestatami doczesnymi, a suwerenność Pana ponad wszelką zwierzchnością ziemską.

        I to się wkrótce pokazało. Król wzywa Eliasza przed siebie. Posyła rotmistrza z 50 żołnierzami, aby przywiedli świętego. Rozkaz brzmi: Człowiecze Boży, król rozkazał, abyś zstąpił z góry Karmelu i abyś doń przyszedł. Eliasz odpowiedział rotmistrzowi: „Jeżelim ja jest człowiek Boży, niech zstąpi ogień z nieba, a niech cię pożre i 50 twoich!". I zstąpił tedy ogień z nieba i pożarł go i pięćdziesięciu, którzy z nim byli.

        Bóg ustanowił królów; ale autorytet religii i moral­ności stoi ponad autorytetem politycznym i państwo­wym. Rządy mają rządzić, ale nie mają zapominać, że i Kościół jest rządem i tam, gdzie zachodzi sprawa prawdy i sumienia, Kościół stoi ponad mocą ziemską. Eliasz jest świętym obrońcą niezawisłości Kościoła w Starym Zakonie, jak Jan - apostołem i męczennikiem niezawisłości Kościoła w Nowym Przymierzu!

         Eliasz, tak jak później Jan, jest wzorem chrzęścijańskiej niezależności również wobec opinii publicz­nej. Opinia publiczna to także król, jak każdy inny, i rząd, tylko bardziej ciemięski niż każdy inny. Niewie­lu jest dość silnych, aby z tym rządem bojować o wol­ność. Niejeden prawdziwy demokrata, niejeden re­wolucjonista, wróg każdego nawet najbardziej umiar­kowanego rządu, nie ma odwagi wystąpić przeciw ty-raństwu tego najniesprawiedliwszego ze wszystkich rządów - przeciw tyraństwu królestwa większości. Na dziesięć tysięcy współzawodników zaledwie jeden cho­dzi na własnych nogach i postępuje według własnego sumienia. Takim jednym był ów wielki kaznodzieja na Karmelu, wzywający do pokuty, człowiek we włosien-nicy, opasany pasem skórzanym, mąż o żelaznej woli. Nieprzejednany wróg wszelkiej bezcharakterności i po-łowiczności. A bez charakteru i połowiczny był lud w owych czasach. Judaizm nie był uczciwy, ani głębo­ko przekonany o swej prawdzie, ani wierzący w siebie, ani silny. Był pogaństwem niekonsekwentnym, niera-dykalnym, ani jawnym, raczej mieszaniną obydwóch, małżeństwem prawdy i fałszu, dobrego i złego, religią, z której ani Bóg ani diabeł chwały mieć nie mogą -słowem, był bez charakteru.

       Ta mieszanina religijna wywołała męski gniew wiel­kiego Eliasza. Wezwał wszystkich mężów w Izraelu na górę Karmel. Potem wystąpił przed ludem i mówił: Jak długo chromać będziecie na obie strony?Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za Nim. Lud nie odrzekł ani słowa. Wów­czas Eliasz zaproponował, że każda partia zbuduje oł­tarz i złoży na nim wołu w ofierze - po jednej stronie 450 kapłanów bożka Baala, po drugiej stronie Eliasz. Bóg, który ześle ogień na ołtarz, jest Panem. Czterystu pięćdziesięciu fałszywych proroków modliło się do Baala od rana do wieczora. Na próżno. I spadł ogień Pański z niebios i spalił ofiarę. Co gdy ujrzał lud, padł na oblicze swoje i rzekł: Pan jest Bogiem, Pan jest Bo­giem!

       Chromanie cielesne jest przedmiotem drwin i wstrętu; w znaczeniu duchowym należy do dobrego wychowania. Kto nie chroma, uchodzi za zacofanego, niewykształconego, nieprzyzwoitego, bezczelnego, upartego i krańcowego. Jest dziwakiem i przekornym. Aby wejść w tak zwane lepsze towarzystwo i być przyj­mowanym w salonie, trzeba prócz kilku uprzejmych frazesów i beznagannej toalety umieć także nosić płaszcz na dwóch ramionach. Ludzie tak zwani jedno­stronni nie nadają się do lepszego towarzystwa.

       W walce o karierę tu i ówdzie dzielność dopomoże, ale w zasadzie najdalej dochodzą ci ustępliwi. To samo zauważyć można w życiu gospodarczym. Nie potrzeba żadnych kursów ani zawodów publicznych na tym polu. Chromanie duchowe, brak charakteru, chwianie się na wszystkie strony, obracanie się jak chorągiewka na da­chu płynie we krwi nowoczesnego życia gospodarcze­go. W tym też tkwi tajemnica powodzenia w polityce większości statystów.

        To lawirowanie stało się tak ogólne, że przeważa­jąca liczba katolickich polityków, kupców i pisarzy uważa za rzecz niemożliwą według czysto katolickich zasad politykować, handlować, pisać i mówić. Chro-mającyjest jedynie normalnym człowiekiem. Człowiek, który nie chroma, uchodzi za anormalnego, wariata i uparciucha. Religią mas jest mieszanina, jak za dni Eliasza; kompromis między Kościołem a błędną nauką na ogólnej „chrześcijańskiej podstawie" jest podłożem publicznych poczynań.

      Na ogół jest się katolikiem, w szczegółach prote­stantem, liberałem, modernistą. Czysta katolicka wia­ra bez jakiejkolwiek przymieszki protestanckich albo nowoczesnych liberalnych idei jest rzadka. To jest wła­śnie ten przez Piusa X tak uroczyście potępiony religij­ny, literacki, polityczny i socjalny modernizm w swej najgłębszej istocie. On jest tą religią i filozof ją chro­mania. A wspaniałym dziełem reformatorskim Piusa X, tego nowego Eliasza, było wezwanie: pókiż będziecie chromać na dwie strony? Jeśli Kościół katolicki jest je­dynie zbawczym, przez Chrystusa założonym, w takim razie idźcie za nim i ułóżcie całe religijne, moralne, literackie, polityczne i gospodarcze życie jedynie i tyl­ko według jego zasad. Jeżeli zaś świat jest bogiem, to idźcie za nim i porzućcie Kościół.

      Bądźcie konsekwentni! Stójcie na własnych no­gach. Precz z wszelkim brakiem charakteru i połowicz-nością! Nikt nie może dwom panom służyć. Eliasz, wzór chrześcijańskiej niezależności, to nasz mąż! Mąż na­szego stulecia! Wiek XX jest stuleciem rozdziału i de­cyzji. Eliasz jest zwiastunem ostatecznej rozgrywki -Janem Chrzcicielem czasów obecnych, głoszącym po­kutę i sąd ostateczny. Jest wielkim gromicielem anty­chrysta. Przygotowuje dzień, w którym zakończy się wreszcie historia świata, ta historia wahania się mię­dzy Bogiem a diabłem.

      Po sądzie ostatecznym nie będzie wahania. Albo będziemy na górze, albo na dole, na lewo lub na pra­wo, w Bogu lub w mocy diabła. Wszelka połowiczność ustanie. Będą tylko święci albo szatani.

       Jakim był Eliasz, takimi będą i muszą być wszyscy, którzy chcą wejść do nieba. Takimi chcemy być wszy­scy już teraz; zależni jedynie od Boga, niezależni od wszystkiego, co jest przeciwne Bogu, czy to się zwie potęgą, złotem, czy większością. Mężczyźni i kobiety w przyszłości będą to silne Eliaszowe i Janowe natury, niezmienni wobec Boga, Chrystusa i Kościoła we wszystkich swych myślach, niezmiennie katoliccy w pu­blicznym działaniu i występach; niezmiennie katoliccy w lekturze; niezmiennie katoliccy w sądach o wszyst­kich rzeczach i zdarzeniach. Człowiek współczesny ma być jak dwa płonące duchy:Jan Starego Zakonu i Eliasz Nowego Przymierza. Dość długo chromaliśmy. Teraz stąpajmy równo!

 

 

ALBO - ALBO

                                                                 

       SŁUCHACZÓW CHRYSTUSA BYŁO TYSIĄCE. Żądza prawdy pozwalała im zapominać o pra­cy i głodzie. Równolegle widzimy w ciągu trzech lat działalności publicznej Chrystusa Pana stałą zasadniczą opozycję i nienawiść rasową no­wej nauki. Wierzące „tak" i szatańskie „nie" za i prze­ciw Chrystusowi wypowiadają się wszędzie, na ulicach i miejscach publicznych. Problem religijny stał się tre­ścią rozmów codziennych.

       Dziś kwestia religijna nie sięga tak głęboko w ży­cie narodu. Silna, entuzjastyczna miłość i płomienna nienawiść w rzeczach wiary stanowią wyjątki. Szero­kie masy na górze i dole zwą się neutralnymi i obojęt­nymi. Coraz rzadziej cisną się do kazalnic. Z zawiąza­nymi oczami i zamkniętymi uszami przechodzą obok kościoła. Problem religijny wyparty został na plan dru­gi przez ekonomię i politykę. Rzecz główną stała się poboczną, poboczna - główną.

         Obojętność religijna jest chorobą. Rozum błądzą­cy jest chory. Rozum, broniący namiętnie błędu, go­rączkuje. Lecz gdy nie okazuje żadnego zainteresowania, nawet na sprzeciw prawdzie się nie zdobędzie, wtedy można mówić w pewnym znaczeniu o obumar­ciu wyższych władz umysłowych.

        Do tego stanu, zdaje się, doszła społeczność eu­ropejska. Już przed stu laty, po wstrząśnieniach wiel­kiej rewolucji, ktoś zwrócił uwagę na ten zdumiewają­cy objaw. Dla myślącego obserwatora najgorszą ozna­ką choroby nie jest rozlegający się w głębi grzmot nad­chodzących przewrotów, lecz tępy bezwład zobojęt­nienia, ów sen umysłów ludzkich. Serce zimne. Puls niewyczuwalny. Oczy zamglone. Uszy słabo słyszące. Nerwy, już nie reagujące na nic.

         Jest to stan zobojętnienia dla zagadnień naj­wyższych i najgłębszych. Czy Bóg jest, czy Go nie ma? Czy Chrystus jest Synem Boga żywego, Zbawicielem świata, fundamentem, bez którego nikt nie buduje? Czy istnieje jedyna społeczność religijna zbawcza? Czy jest nią Kościół katolicki? A tym samym nie protestan­tyzm? Albo jest nią protestantyzm, a dlatego nie ka­tolicyzm? Czy niebo i piekło istnieje naprawdę?

        Nad tymi zagadnieniami przechodzi się do porząd­ku dziennego ze wzruszeniem ramion i potrząsaniem głową. Pieniądz i chleb, przemysł i handel obchodzą nas więcej. Żyjemy, aby jeść! Żołądek leży w centrum człowieka; dlatego musi być centrum nauki, polityki, gospodarstwa! Co się tyczy religii - nie wiemy nic, nic nie będziemy wiedzieć, nie chcemy nic wiedzieć! Oto europejska choroba śpiączki.

      Obojętność względem religii oznacza bankructwo rozumu. Rozum jest na to, aby szedł prawdzie naprze­ciw, a nie wymijał ją. Rozum jest na to, aby się praw­dzie poddał i zwalczał fałsz. Rozum, nie szukający prawdy, nie jest rozumem. Człowiek, który nie chce posłu­giwać się rozumem, zatraca do pewnego stopnia pra­wo do szlachetnego imienia człowieka. Obojętność względem prawdy jest bezdusznością, a brak duszy zezwierzęceniem. Obojętność wobec rzeczy najpo­trzebniejszej jest samobójstwem, popełnionym na wyższym pierwiastku człowieka.

        Obojętność religijna oznacza bankructwo serca. Być obojętnym znaczy to samo, co być bez serca. Serce nie jest nigdy obojętne. Serce tak jak i ogień nie może być obojętne. Serce bierze zawsze stronę za lub przeciw. Jest do wszystkich ludzi i rzeczy na świecie życzliwie lub nieżyczliwie usposobione. Pozdrawia lub żałuje, śmieje się lub płacze, kocha lub nienawidzi, ale obo­jętne nie jest nigdy. Kto w stosunku do religii żąda obojętnej serdeczności albo serdecznej obojętności, żąda rzeczy niemożliwej: serca bez serca, serca bez miłości i bez nienawiści.

        Obojętność religijna jest przestępstwem wobec re­ligii. Bóg jest prawdą. Każde Jego słowo - to prawda, piękno, dobro, życie i słońce. Gdy Bóg mówi, wszelkie stworzenie musi słuchać, wierzyć, klękać i czynić. Gdy najwyższa Inteligencja głos zabiera, byłoby najgłębszym lekceważeniem odwracać się plecami i uszy zatykać, choćby to było pokryte płaszczem uczonej neutralno­ści. Neutralność między prawdą a kłamstwem, dobrem a złem, Bogiem a diabłem, Kościołem a sektą znaczy w rzeczywistości wypowiedzenie wojny Bogu. Neutral­ny jest wrogiem!

        Donoso Cortes pisze: Nie mów, że nie chcesz wal­czyć. Już gdy to mówisz, walczysz. Nie mów, że nie wiesz, po której stronie masz walczyć. Bo w tejże chwili skłaniasz się na jedną stronę. Nie zapewniaj, że chcesz być niezależny, myśląc, że takim jesteś, już nim nie jesteś. Nie twierdź, że zachowujesz się obojętnie. To śmieszne. Wymawiając słowo „obojętnie", już przystą­piłeś do partii.

       W tej trwającej sześć tysięcy lat walce między Bo­giem a diabłem każdy, kto opowiada się za neu­tralnością, stoi bezsprzecznie po stronie diabła. Wszy­scy, którzy nie są przyjaciółmi Boga, Chrystusa i Ko­ścioła, są ich przeciwnikami. Wszyscy są przeciw nim, z wyjątkiem tych, którzy są za nimi. Wszyscy rozpra­szają, oprócz tych, co zbierają.

        Każda neutralność religijna jest więc zapowiedzią walki z prawdą katolicką. Każdy neutralny powtarza rolę Piłata. Piłat, aby nie powiedzieć tak ani nie, nie wypowiedzieć się jasno, nie wydać sądu, pyta: Co jest prawda? Potem stawia Chrystusa obok Barabasza, zbrodniarza. Trudno okazać więcej pozoru neutral­ności. Ale w tej neutralności tkwi największa zbrod­nia, jaka kiedykolwiek popełniona została w imię spra­wiedliwości. Nawet gdyby Chrystusa nie ukrzyżowa­no. Przez dojście do tej neutralności skróciliśmy dro­gę do Golgoty. Neutralność religijną między Bogiem a diabłem wprowadził w życie modernistyczny libera­lizm, któryjest dziś panującym systemem politycznym i socjalnym. Pominąwszy kilka drobnych pozostałości z dobrych dawnych czasów, świadectwo chrztu w dzi­siejszych partiach nie ma już znaczenia. Kościół, sekty, prawda, fałsz posiadają równe prawa. Nowoczesna polityka budowana jest na zasadzie neutralności reli­gijnej. Jak u Piłata - Chrystus i Barabasz obok siebie! Albo indyferentyzm, polegający na milczeniu, na nie-

mówieniu o religii, albo wyraźny indyferentyzm, pole­gający na równouprawnieniu

        Co się tyczy szkoły, jest ona dziś, przynajmniej z na­zwy, przeważnie bezwyznaniowa. Prócz lekcji religii Kościół nie gra w niej żadnej roli. Takim powietrzem oddycha katolickie dziecko przez lat osiem. Skutki są bezwzględnie pewne i niezmierzone. Indyferentyzm, oficjalna obojętność szkoły względem prawdy wyrabia materializm. Materializm wyrabia socjalizm. Socjalizm wyrabia bolszewizm. Nieprzerywany, logiczny rozwój członków z macierzystego pnia fałszu.

        Młodzież nie wierzy już w to, co jej się mówi w nie­dzielę z ambony, lecz w to, co słyszy przez sześć dni w tygodniu. Szkoła zwycięża Kościół, indyferentyzm -wiarę. Nie potrzeba żadnej walki religijnej, aby nas zmieść z powierzchni ziemi. Zasada bezwyznaniowo-ści drogą spokojnego rozwoju zabiera nam wszystko, czego cud łaski nie ocalił.

         Co robić? Przede wszystkim musimy zwalczyć w so­bie neutralność religijną, tę europejską chorobę śpiącz­ki. Musimy przestać być tylko ramieniem i żołądkiem, lecz stać się znowu duchem i z największym pietyzmem zwrócić się ku słowu, które wychodzi z ust Boga.

         A znalazłszy nieumniejszoną prawdę katolicką, mu­simy ją całą duszą ukochać i zbrodnię Barabasza - mó­wię zbrodnię, a nie zbrodniarzy-całą duszą znienawi­dzić. Strząśnijmy z siebie wszelką neutralność, tzn. wszelki brak charakteru.

        Naszym przeciwnikom powiedzmy: Raczej otwar­ty bój, niż niegodna neutralność! Jeśli nie umiecie ko­chać, to nienawidźcie. Jeśli nie chcecie być gorącymi, bądźcie zimnymi. Jeśli nie chcecie być z nami, stańcie przeciwko nam. Pokój lub wojna! Precz z neutralno­ścią, która jest fałszem, zabija ducha i znieprawia lu­dzi!

 Amen.

 

 

 

PEDAŁY i  HAMULEC

                     

                                             

        PEWNEGO RAZU PRZYSZLI DO PAPIEŻA PIU-sa moderniści. Jeden z nich, profesor wszechnicy, chcąc go podejść, zapytał: Ojcze Święty, które jest najnowsze przykazanie w Zakonie? Pius odpowiedział: Kochaj Pana Boga z ca­łego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich. To jest najnowsze i najaktualniejsze przykazanie. Moder­niści wrócili smutni do domu, każdy do ojczyzny swo­jej. Przekonali się, że z papieżem targu nie ma, że u nie­go polityka Krzyża stać będzie zawsze ponad wszelki­mi zamierzeniami i rozważaniami dyplomacji ludzkiej.

      W całym Piśmie św. nie znam nic, co by na pozór tak niewinnie, a w rzeczywistości tak nieubłaganie brzmiało, jak to najgłówniejsze przykazanie, z które­go widzę, że niektórzy chrześcijanie znają już tylko osłabiony sens zakończenia. Nie znam nic, co by było w większej sprzeczności z tak zwanym modernizmem - tym zawieszeniem broni i zbrataniem się z duchem czasu - od tego przykazania pełnej miłości.

     Co mówi połowiczny katolicyzm? Milczmy! Nie mówmy ciągle o naszych twardych prawdach, o naszych nieubłaganych przykazaniach, o naszych niemiłych zwy­czajach, o naszych uproszczeniach. Milczmy o znoszo­nych krzywdach, o ograbionych klasztorach, wypędzo­nych zakonach, zakazanych procesjach, o państwie ko­ścielnym, o przywróceniu niepodległości i wolności głowie Kościoła!

      Milczmy, gdy nas usuwają z państwa, ze szkoły i stowarzyszeń! Przemilczmy kłamstwa historyczne na­uczycieli, zaczepki prasy, dokuczliwości w biurach i warsztatach!! Nie urządzajmy żadnych historii. Sta­nowimy przecież mniejszość. Cnotą, która przystoi mniejszości i najwięcej zjednuje względów, jest skrom­ność i dobre wychowanie.

      A jeżeli mamy mówić, to tylko w uroczystych oko­licznościach, aby zaznaczyć swoje zapatrywanie. Nie zabierajmy głosu wszędzie i nie za często, i nie za gło­śno!!

My także jesteśmy katolikami. Równie dobrymi, jak inni. I chcemy nimi pozostać. Tylko nasz katolicyzm cichszy, skromniejszy, cierpliwszy, mniej głośno wystę­pujący, mniej energicznie domagający się! My dalej zaj­dziemy. Więcej osiągniemy. Więc milczmy!

      Jakież następstwa są tej taktyki? Najpierw mówi się cicho, potem milknie się tu i ówdzie. Potem stale. Potem prawda i prawo bywają zapomniane, potem porzucone, a na ostatku zaprzane. Dzieci nie słyszą już o nim. Wzrasta pokolenie, dla którego pewne praw­dy stają się obce, przestarzałe i niepotrzebne. Milczą­cy katolicyzm staje się śpiącym, śpiący - umierającym, umierający- martwym.

       Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Czekajmy! Półka-tolicyzm mówi dużo o korzystnej chwili, odpowied nich momentach, o potrzebie uwzględnienia okolicz­ności. Marnujemy drogocenny czas na badanie, roz­ważanie, ponowne obmyślanie - tylko nic nie obalić, odesłać do komisji i jak tam brzmią te wszystkie pięk­ne słowa zwolenników zbyt wielkiej powolności.

        I to dzieje się w czasach, gdy drżą wszystkie fun­damenty, wszystkie tamy pękają, łamią się wszystkie zapory. Gdy płomienie ogarniają wszystkie kąty, my sie­dzimy wygodnie, pocieszając się, że przyjdzie dzień, w którym protestanci przestaną protestować, wolno-mularze rozprawiać o humanitaryzmie, socjaliści szano­wać zaczną autorytet, rodzinę i własność, a więc zło przestanie być złem, a fałsz fałszem. O! my jesteśmy więcej niż naiwni!

       Wszystko ma swój czas. Nie każda chwila nadaje się do dzieła. Ale co innego przesunąć czas ofensywy, a co innego zaniedbać potrzebnych przygotowań. Na przygotowanie do walki nigdy nie jest za wcześnie. W tym leży tajemnica powodzenia, aby być gotowym pięć minut przed rozpoczęciem. Zazwyczaj rozpoczy­na się to prędzej, niż się spodziewamy.

         Również niemądrze jest liczyć, że przyszłość na­karmi nas gotowym owocem bez żadnego z naszej stro­ny trudu. Przeciwnicy dadzą nam to jedynie, do czego będą zmuszeni, to znaczy, co my lub okoliczności na nich wymogą. Dlatego nie możemy wierzyć w sprawie­dliwość naszych nieprzyjaciół. Bo albo nasi nieprzyja­ciele są niesprawiedliwi, ponieważ są naszymi nieprzy­jaciółmi, albo są sprawiedliwi i dlatego są naszymi przy­jaciółmi.

         Nie czekajmy dłużej. Zegar się śpieszy. Spełnijmy obowiązek, żądajmy chrztu i bierzmowania.

        Co mówi jeszcze półkatolicyzm?

        Działajmy wspólnie. Opuśćcie fronty, zniszczcie broń. Znieście fortece. Hasłem niech będzie: przy so­bie i ze sobą zamiast przeciw sobie. Wszyscy dobrej woli - a świat jest ich pełen! - niech podadzą sobie ręce do jednolitego frontu partii porządku!!

        A więc międzywyznaniowość na miejsce wyznanio-wości, wspólny pochód zamiast osobistych marszów. Wyłączyć religię z polityki, z gospodarstwa, ze szkoły, nauki i sztuki!

        Nie ma większego niebezpieczeństwa dla Kościoła nad to ogólne wyłączenie jego wpływu ze wszystkich tak zwanych neutralnych zagadnień życia. Wy poło­wiczni chcielibyście jechać na ślepo, wcisnąć się w tłum, a z neutralnych pozycji się cofać. Wy połowiczni! Ale słuchajcie, co pisze Pius wielki w pamiętnej encyklice1.

        Jeżeli się wyłączy religię z udziału w życiu np. go­spodarczym, to wkrótce usuniętą zostanie i z innych dziedzin praktycznego życia. 1 tak dojdzie się do bez-wyznaniowości, tzn. do zaparcia się najkrótszą drogą wszelkiej religii.

        Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Wyjdźmy na spo­tkanie! Katarzyna Emmerich widziała w objawieniu Ko­ściół w kształcie majestatycznej katedry. Przed porta­lem znajdowała się głęboka rozpadlina. Po drugiej stro­nie tej przepaści czekał olbrzymi tłum ludzki, który chętnie byłby wszedł do świątyni, gdyby go od niej nie dzieliła ta przepaść.

        Księża znaleźli jednak radę. Poszli do kościoła, odłamywali blok za blokiem z głównego ołtarza i rzucali w ten sposób zdobyte marmury w przepaść, póki się nie wypełniła.

__________________________________________________

1 Encyklika św. Piusa X Pascendi Dominici gregis z 8.09.1907 r.

 

 

        Cel był osiągnięty. Most nad przepaścią zrobiony. Tłum rzucił się z radością na wyrównaną rozpadlinę, witając księży jako przyjaciół ludzkości. Ludzie padli sobie w ramiona i płakali z miłości i radości, gdyż zni­kły różnice. W tryumfie wkroczono do świątyni. Lecz gdy się z bliska przyjrzano, zobaczono, że tam nie było - tabernakulum! Na co się zda wyjście na spotkanie, jeśli się sami zatracimy, przestaniemy być sobą? Le­on XIII, wielki papież pokoju, powiedział: Nic tak Ko­ściołowi nie zaszkodziło, jak ta wieczna ustępliwość. Zawsze jesteśmy tymi, co tracą.

        Co mówi katolicyzm całkowity? Co mówi Chrystus? Kochaj Pana Boga swego z całej duszy, z całego serca, ze wszystkich sił swoich. To pierwsze. To największe przykazanie. Niech je nazywają przesadą, krańcowo-ścią i jednostronnością; ale to jest najgłówniejsze przykazanie chrystianizmu. Całe serce i całą inteligencję oddać Jednemu ijedynemu. Należysz do Boga. On jest celem twego życia. Czy to polityk, czy przemysłowiec, bankier, wieśniak czy robotnik, może i musi znać tylko to jedno zadanie życia.

         Cała nowoczesna wiedza, cały nowoczesny prze­mysł, cała nowoczesna polityka, jeśli o tym zapomina, jest wielką omyłką.

        Przeto nie będziemy nigdy milczeć, gdy o tym jed­nym zapominać będą! Nigdy nie będziemy czekali, gdzie to jedno wypowiedziane być powinno. Nigdy nie będziemy współdziałali, jeżeli to jedno nie będzie punk­tem środkowym. Nigdy nie pójdziemy na rękę, gdzie z tego jednego choćby kreseczkę poświęcić by trzeba.

           Jesteśmy ludźmi. Nie dorównamy nigdy naszym ide­ałom. Ale w przeciwieństwie do umniejszonego, tchórz­liwego katolicyzmu wiemy przynajmniej, czym jest re­ligia, i powiemy z O. de Lagarde: Ona jest wszędzie albo nigdzie. Jest wszystkim albo niczym. Jest cesa­rzem albo żebrakiem. Jest duszą albo trupem.

          Precz z pedałami i hamulcem! Do wspinania się wzwyż tych rzeczy nie potrzeba. Ewangelia i cnota ich nie znają.

 

 

 

PONĘTA ŚWIATA

                     

                                             

         EWANGELIA ZWYKŁA WSKAZYWAĆ OBU przywódców w walce światowej. Nowocze­sna demokracja nie zmieniła w niczym tej podwójnej monarchii. Ludzkość świadomie czy nieświadomie kroczy pod czyjąś wodzą i to na wszystkich polach: religijnym, moralnym, literackim, gospodarczym i politycznym. Większość czyni to, co chce kilka wybitnych jednostek. Ale i te ktoś wiedzie. W rzeczywistości prowadzą tylko dwaj: Chrystus i Lu­cyfer. Wszyscy inni idą za nimi.

        Co więcej; wszyscy inni tworzą z przywódcami jed­ną organiczną całość. Św. Paweł powiedziałby: Są cia­łem o jednej głowie! Tajemniczym małżeństwem. Po jednej stronie mistyczne małżeństwo dobrych z Chry­stusem na czele. Po drugiej stronie obmierzłe małżeń­stwo złych z Lucyferem na czele. Ludzkość jest ob­lubienicą bądź Chrystusa, bądź szatana. Oblubienicą Chrystusa jako Kościół, oblubienicą szatana jako pożą­dliwość świata. Zawsze jedno serce i jedna dusza ze swoją głową! Jeśli się zna Kościół, zna się Chrystusa, jeśli się zna Chrystusa, zna się Kościół. 1 przeciwnie: jeśli się zna świat, zna się diabła, i jeśli zna się diabła, zna się świat. Choć są dwoje, zawsze występują jako jedno! Przypatrzmy się temu w trzech obrazach.

         Pierwszy obraz: On i ona, pożądliwość światowa i jej oblubieniec przy stole życia! On lubi występować w roli żywiciela i szafarza radości. „Możecie jeść z każ­dego drzewa w raju. Nie ma drzew zakazanych. Nie ma zakazanych czasów! Nie ma miejsc zakazanych! Nie ma przepisów co do pokarmów, nakazów postu! Nie ma ograniczeń we wszechwładztwie praw ludzkich! Nie ma «ty musisz" ani «tobie nie wolno»! Nieograniczone używanie! Będziecie jako bogowie"! Tak było na po­czątku.

       Na początku publicznego wystąpienia Chrystusa czarny majestat ukazuje się znowu. Ta sama mowa, co przed 4000 lat. „Uczyń, aby te kamienie stały się chle­bem! Chcesz świat odnowić? Uchwyciłeś z fałszywego końca. Ja znam ludzi. Postem, modlitwą, kazaniami ich nie zdobędziesz. Primum vivere, deinde philosophari! Najpierw żyć, potem filozofować!.

        Poznaj wpierw narodową ekonomię. Dbaj o prze­mysł, handel i komunikację. Zjednaj sobie kapitał. Pie­niądz rządzi światem. Potem zstąp do tłumu. Wznieś sztandar emancypacji! Rozwiąż kwestię socjalną. Daj ludziom chleba. Buduj im domy uciechy. A cały lud ra­dośnie ci przyklaśnie". Tak mówi on.

        Ona - mówi jak on. Diabeł rzadko występuje oso­biście. Wystarcza mu, że kieruje i inspiruje. Departa­ment spraw zewnętrznych może spokojnie zostawić małżonce światowości. Świat właściwie powinien był być katolicki. Czytamy na pierwszej stronie Biblii, że na początku świat był dobry. Bóg stworzył niebo i zie mię. W sześciu wielkich okresach wywołał z nicości państwo gwiazd, roślin i zwierząt. Na koniec stworzył człowieka. I widział Bóg wszystko, co zrobił. I świat był bardzo dobry.

       Ale inaczej się stało. Świat został wciągnięty w grzech. Tą katastrofą stanął człowiek w innym sto­sunku do natury. Uczynił stworzenie Boże bożyszczem. Każdy grzech, jak mówi św. Tomasz, jest odwróceniem się od Boga, a zwróceniem do stworzenia, a więc bał­wochwalstwem. I tak świat, świątynia Boga, stawał się coraz więcej pogańskim panteonem, niezmierzoną świątynią bożków. Światowość stała się uwodzicielką, małżonką diabła. Diabeł zaś przez to małżeństwo stał się księciem ziemi (] 12, 31). Między pożądliwością świata a diabłem panuje zupełna wspólność idei. Ona mówi jak on. On jak - ona. Ewangelia światowości, ta, którą wąż dał przy zakazanym drzewie, brzmi: Bezgra­niczne używanie, radość ciała, radość oczu i wytwor-ność życia (1J 2,16). Słuchając, czytając i przyglądając się światu, poznaje się go.

       Drugi obraz: On i ona, ta Światowość i jej małżo­nek, w Jeruzalem. W świętym mieście! Diabeł, który wszedł do raju, może wtargnąć także na święty teren religii. Do przedsionka, a nawet na dach świątyni. Przy­pominamy sobie: Szatan żądał od Chrystusa, aby spu­ścił się na dół. Szatan chce, aby religia weszła w więk­szą styczność z ziemią. Aby nie unosiła się jako coś nierealnego w górnych przestworzach, ale zadowolo­na z teraźniejszości, obu nogami stała na gruncie do­konanych faktów, żyła i pozwalała żyć! Aby okazała zro­zumienie dla rzeczywistości. Niech jak siostry, ramię przy ramieniu idzie wspólnie ze światem, dotrzymuje

kroku kulturze, niech współzawodnicząc z kulturą im­ponuje!

         Dziś dużo pracy zadaje sobie świat w obrębie świą­tyni, aby Kościół wywieźć z zakrystii a ulicę, natural­nie nie ze stułą, niejako prawodawcę, głosiciela praw­dy i kapłana Najwyższego, ale jako damę do towarzy­stwa dla uciechy świata. Nie potrzeba mieć oczu Jere-miasza aby zobaczyć, jaka fala światowości przewala się przez nowoczesny chrystianizm, zalewając i zamu­lając pierwiastki zdecydowanie katolickie, świadomie nadprzyrodzone, wszystko, co jest boskie i w wiecz­ność sięgające w życiu katolickim. Jeszcze sterczą wie­że kościołów z ogólnego potopu. Jeszcze tu i tam spo­tyka się krzyż na drodze, jako pozostałość z dobrych, dawnych czasów. Ale ogólny obraz świata, mimo 1900 lat chrystianizmu, sprawia wrażenie pogańskiego pan­teonu, świątyni bożków.

          Katolicy - prócz zawsze czcigodnych wyjątków -nie odróżniają się od innych. Nie odbijają jako specjal­ny rodzaj ludzi. Robią wszystko jak wielka masa dzieci świata. Mówią jak tamci. Kupują i sprzedają jak tamci. Zabawiają się jak tamci. Ubierają się jak tamci. Chry­stianizm się zeświecczył. Zeświecczyła się niedziela katolicka. I katolicka rodzina! Zeświecczyła się w wiel­kiej mierze praca i lektura katolicka! Chrześcijaństwo zstąpiło z dachu świątyni i nie stoi na straży swego boskiego dziecięctwa i wiecznego przeznaczenia. W ogóle katolicyzm zatracił nadprzyrodzoną wytwor-ność. Z wyjątkiem niewielu, bardzo niewielu - jeste­śmy jak wszyscy inni.

          Trzeci obraz: On i ona - pycha świata i jej mąż na górze: „Dam ci wszystkie królestwa i ich bogactwa, jeśli upadłszy, uczynisz mi pokłon. Daję wszystko. W za­mian żądam tylko pokłonu". Ale właśnie ten pokłon jest dla Chrystusa główną rzeczą. Właśnie o ten po­kłon chodzi we wszystkich walkach ducha w dziejach świata. Czy zgiąć kolana przed Bogiem, czy przed Lu­cyferem i światem? Chrystianizm jest religią, zginają­cą kolana i uniżającą się przed Bogiem. Pogaństwo i sta­re i nowe jest religią pokłonów i uniżania się przed stworzeniem, przed boginią - światowością i jej oblu­bieńcom szatanem. Albo jedno, albo drugie. Albo służ­ba Boża, albo bałwochwalstwo!

        Dziś dzieje się tak samo. Nikt przecież nie wierzy, aby usunięto bałwochwalstwo przez zniszczenie sta­rych bożków. Bogi znikły, bałwochwalstwo pozostało. Bałwochwalstwo w postaci czci liberalnej dla państwa. Bałwochwalstwo w kapitalistycznej czci złotego ciel­ca. Bałwochwalstwo jako komunistyczno-socjalistycz-na religia przyszłego raju. Bałwochwalstwo jako ślepa wiara w wiedzę. Bałwochwalstwo - niewolnictwa mody. Bałwochwalstwo - kult bogini, bogini Wenus, kult cia­ła. A zatem albo służba Boża, albo bałwochwalstwo! Jeżeli ma się wybierać między tymi dwiema służbami, to nie może być wątpliwości, która więcej odpowiada godności ludzkiej. Prawdziwie wolni ludzie zginają kolana przed Jednym i mówią z Chrystusem: Idź precz, szatanie! Albowiem napisane jest: „Panu Bogu twemu kłaniać się będziesz i Jemu samemu służyć!".

         Razem z Chrystusem musimy diabła wypędzić. Ale nie tylko jego, także i jego oblubienicę - światowość. Inaczej wszystko będzie połowiczne. Gdzie ona prze­bywa, tam on wraca do domu, z którego był wyszedł. 1 to ostatnie będzie gorsze niż pierwsze. Aby dzieło

było całkowite, trzeba równie zdecydowanie i niezmor­dowanie walkę wypowiedzieć wszędzie wciskającemu się duchowi świata.

        Ta walka z duchem świata jest właśnie oznaką praw­dziwego chrystianizmu i prawdziwej miłości Chrystu­sa. Nikt nie jest dobrym, prócz tych, co nienawidzą zła (Tertulian). Nikt nie kocha Boga, prócz tego, który wal­czy ze złem. Tylko bojownik Chrystusa. Tylko nie­przyjaciel świata jest uczniem Ukrzyżowanego. Kto chce być przyjacielem świata, mówi św. Jakub (4, 4), ten jest nieprzyjacielem Boga. Nolite conformari huk saeculo! (Rzym 12, 2). Nie bądźcie podobni światu! Żyj­cie jak dzieci Boże, nie jakbyście poganami i materiali­stami byli, żyjcie przeznaczeni do nieba, nie jakoby-ście w wieczność nie wierzyli. Świat ten przeminie! (1 Kor 17, 31). Świat zginie! Odwróćcie się plecami do ulicznicy!

 

 

 

STRZEŻCIE SIĘ!

                     

                                             

       TO SŁOWA PRZESTROGI. SYGNAŁ STRAŻY NA widok zbliżającego się nieprzyjaciela. Trąb­ka alarmowa strażnika, który z wieży uj­rzał pożar. Nie lubimy ostrzegaczy. Budzą nas ze snu za wcześnie. Zakłócają spokój. Gdyby nie oni, wróg wtargnąłby co prawda do obozu, a ogień szerzył się, za to mielibyśmy nieocenioną korzyść. Można by spać pięć minut dłużej! Więc trzeba zabić tych, co ostrzegają! Ostrzegaczy, mówię. Psy szczeka­jące. Nie złodziei. Bo psy nie dają spać. Złodzieje są przyjaźnie usposobieni, zachowują się cicho. Zabić trze­ba strażników, bijących na alarm, a nie podpalaczy, cich­cem biorących się do dzieła. Zabić strażnika, trębacza, a nie nieprzyjaciela. Tak chce przewrotny świat. Nie­przyjaciółmi ludzkości i ojczyzny nie są diabły ani bluź-niercy, Herodzi, Piłaci, nie Nero lub Dioklecjan, tylko Chrystus, Piotr, Paweł i ich następcy - ci, co ostrzegają.

         A jednak będą zawsze ludzie, którym wolno mó­wić: Strzeżcie się! Ludzie, którzy niezmiennie stoją na straży, znają wichry i chmury, zbliżające się nawałnice i wołają do maluczkich: Jutro będzie burza! Ludzie, którzy muszą wołać, nawet gdyby im języki wyrywa­no. Ludzie, którzy są na to przez Boga stworzeni, i któ­rych milczenie i bezczynne przypatrywanie się do­prowadziłoby do obłędu. Wielki francuski apologeta Ludwik Veuillot powiada: Wyobraźcie sobie człowie­ka, którego zamknięto w klatce żelaznej. Przed klatkę zaciągnięto matkę jego i dziecko. Lżą je, biją, wreszcie mordują oboje. Przyjrzyjcie się temu człowiekowi, temu ojcu, jak bezsilny, wściekły i oszalały szarpie i gryzie zębami żelazne pręty klatki więziennej. A potem tarza się po ziemi, ziejąc wściekłością, od której drży całe ciało nieszczęsnego. Wszystkie katusze i męki tego człowieka przeżywałem, mówi Ludwik Veuillot, gdy zaprowadzono bezprawne zarządzenia przeciw religii katolickiej, gdy Bóg mój ukochany był lżony, a ja mil­cząc bezczynnie, z zakneblowanymi ustami przyglądać się musiałem temu. Ty mały, nędzny, mądry, sentymen­talny, krótkowidzący świecie - śpij, milcz, zamknij oczy, uszy i usta. Ale wiedz, że są ludzie, którzy wolą czu­wać niż spać, których Bóg postawił jako stróży nad swoim ludem, i których największą dumą móc wraz z Piotrem Kanizjuszem napisać w testamencie: Dzię­kuję Ci, Boże, żem nie był w życiu psem milczącym.

             „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przy­chodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są wilka­mi drapieżnymi". Wrodzony instynkt pozwala owcom rozróżniać wilka od owcy, pasterza od wilka. Owca nie pozwoli się wywieść w pole. Raz zrobiono próbę. Pan przebrał się za owczarza, owczarz za pana. Owce po­szły za owczarzem przebranym za pana, a nie za pa­nem przebranym za owczarza. Gdyby wszyscy chrze­ścijanie byli tak mądrzy! Gdyby wszyscy mieli, jak św.

Klemens Hofbauer żartobliwie się wyraził, katolicki nos, ten subtelny, nadprzyrodzony zmysł, aby wyczuć co niezdrowe, niebezpieczne, wątpliwe i niekatolickie!

         Niech was frazesy w błąd nie wprowadzają. Nie ubiór czyni proroka ani olśniewające słowa, ani wzrok przyjazny, lub w rękę wsunięty dar - to tylko może owcza skóra, to powierzchowność. Ciało nic nie zna­czy. Duch jest wszystkim. Duch czyni proroków, przy­jaciół i głosicieli prawdy. Badajcie, czy pod katolicką skórą bije katolickie serce! Wiadomo, że diabeł podró­żuje incognito pod obcymi nazwiskami i w cudzych sza­tach. Te suknie kradzione, które nosi, pochodzą za­zwyczaj z zakrystii. Chcę przez to powiedzieć: każda błędna nauka, nawet najbiedniejsza religia, ma jesz­cze w sobie coś z pozoru prawdy. Nie ma takiej religii, która zawierałaby 100% fałszu. Aby zyskać zwolenni­ków, trzeba duchowi ludzkiemu prawdę jakąś podać, dać coś, co mu się podoba. To jest ta owcza skóra praw­dy, którą fałsz ukradł z katolickiej zakrystii, aby swo­bodnie pod nią ukryć wilczą naturę i zamiary wilcze.

         Widzimy to teraz. Tak zwani moderniści odłączyli się od Kościoła nauczającego. I co robią? Powiedzieli sobie: na zewnątrz pozostaniemy w Kościele, będzie­my chodzić do spowiedzi, chociaż nią gardzimy, przyj­mować Komunię św., w którą nie wierzymy, uczęsz­czać na Mszę św., z której drwimy. W katolickiej skó­rze tym łatwiej będzie można Kościół podminować. Bez katolickiej owczej skóry, bez jakiejkolwiek szmatki sta­rej prawdy nie możemy ludzi oszukiwać. A więc nazy­wajmy się owieczkami, pozostańmy w owczarni, nazywajmy się dobrymi chrześcijanami, mówmy, że my także wierzymy w jednego Boga. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy w owczej skórze przychodzą do was! Z wilkami, wyjącymi w lesie, damy sobie radę. Najniebezpieczniejsze są wilki „chrześcijańskie".

         „Po owocach poznacie ich". Czy zbiera się wino­grona z cierni, a figi z ostu? Patrzcie co czynią, co urzą­dzają. Miejcie na oku ich rozmowy. Słuchajcie, gdy upojeni winem prawdę mówią. Czytajcie, co piszą. Pa­trzcie, jak umierają. Po owocach poznacie ich.

        „Dobre drzewo nie może rodzić złych owoców". Oni temu przeczą. Z drwiącym śmiechem pokazują nam zepsute, zatrute owoce, które wyrosły na katolickiem drzewie. Wskazują ludzi, nawet dostojników Kościoła, którzy nie prowadzą wzorowego życia, i szydzą: nie widzimy, aby byli lepsi niż inni. A ja podtrzymuję zda­nie Pisma św.: Dobre drzewo nie może rodzić złych owoców. Złe owoce pochodzą zawsze ze złych drzew. Ale są także i źli katolicy?! Zapewne! Lecz te owoce nie wyrastają na naszych drzewach. To są owoce z ob­cego nasienia, obcego ducha. Pasożyty! Jemioła, rosnąca na naszych drzewach! Albo jak św. Jan pisze: Oni od nas wyszli, ale z nas nie byli (1 J 2, 19). Duch katolicki nigdy jeszcze złych owoców nie wydał.

         Ale są dobre dzieła i po drugiej stronie? Z pewno­ścią! Te dobre dzieła nie wyrosły jednak na drzewie fałszu. To owoce obcego ducha, owoce dobra i praw­dy, z których ziarnka tchnienie łaski w każde serce ludz­kie zasiewa, nasiona, pochodzące od Boga, z drzewa Kościoła, na cały świat rozsiewane. Przy każdym dziele pytać należy: jakiego jest ducha? Co je wywołało? Wte­dy pozostaje niezmienne prawo: duch katolicki, to dobre drzewo, może tylko dobre owoce przynieść tak w nas samych, jako i u drugich. Duch wierze nieprzyja-

zny jest złym drzewem i może tylko złe owoce przy­nosić u drugich i w nas samych. Dlatego poznacie ich po owocach.

          „Każde drzewo, które nie przynosi dobrych owo­ców, będzie ścięte i w ogień wrzucone". To ostatnie słowo Pana. Róbcie, co chcecie. Zakładajcie, działaj­cie, sądźcie, budujcie. Pozwólcie światu dzieła swe nazywać wielkimi. Na nic wam się to nie przyda, jeśli nie są owocami, które rosną z Boga i dla Boga. Każde nasienie, którego Ojciec niebieski nie sadził, będzie zniszczone (Mt 14, 13). Dobre jest, co Bóg nazywa dobrym. Strzeżcie się fałszywych owoców, fałszywych drzew i fałszywych proroków.

         Nie wierzcie każdemu duchowi, lecz wpierw do­świadczcie, czy jest z Boga, gdyż dużo fałszywych pro­roków w świat poszło (1 J 4, 1).

 

 

 

O DUCHA MĘCZEŃSTWA

                     

                                             

 

      W KANTONIE WALLIS ROZSZALAŁA ongi okrutna walka religijna, walka, w której wojsko wielką odegrało rolę. Chrześcijaństwo miało być wytępione mieczem. Przeciwko temu zaprotestowała jedna cała brygada, a jedna jej kompania zbiegła pod wodzą dwóch oficerów. Przybyli do Solury. Tamtejszy dowód­ca załogi zażądał, by kompania wyrzekła się wiary i przyjęła religię państwową. Nie osiągnąwszy celu, użył przemocy, lecz błyskawica z nieba powaliła na ziemię siepaczy. Stos, na którym zbiegowie mieli być żywcem spaleni, rozniósł gwałtowny wicher. Ostatecznie ścię­to żołnierzy z Ursusem i Wiktorem na czele. Kościół katolicki i lud czci tych żołnierzy jako męczenników i świętych.

        Czego dowodzi ten epizod z czasów prze­śladowania chrześcijan za Dioklecjana i Maksencjusza? Dowodzi, że w pewnych chwilach życia ludzkiego ucieczka jest obowiązkiem, a pozostanie - zdradą i tchórzostwem. Może się zdarzyć, że nieposłuszeń­stwo jest koniecznością, a posłuszeństwo staje się grzechem. A zachodzi to wtedy, gdy dusza, rzecz najwyż­sza i najważniejsza w człowieku, staje wobec nie­bezpieczeństwa. Postępowanie męczenników przed 1600 laty dla nowoczesnych chrześcijan winno stano­wić przykład. Dusza jest ponad wszystkim, przede wszystkim i mimo wszystko!

         Dusza nie zna względów rodzinnych! Nie ma deli­katniejszych, bliższych więzów niż między ojcem, mat­ką a dzieckiem. Jeżeli wszyscy ludzie są bliźnimi, to rodzina jest najbliższą. Między naturą a Ewangelią nie może być przeciwieństwa. Uczuć, które Stwórca wło­żył w pierś ludzką, Zbawiciel nie wyrywa. Lecz każda miłość między ludźmi, a więc i między małżeństwem, rodzicami a dziećmi, ma granice. Ludzie nie są boga­mi. Najlepszy człowiek jest człowiekiem, a nie bogiem. Najszlachetniejsza kobieta i matka jest człowiekiem, a nie boginią.

         Dlatego miłość nie powinna przerodzić się w bał­wochwalstwo. Nigdy nie powinna w ukochanym wi­dzieć najwyższego dobra. Tylko Jeden ma być miłowa­ny z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił. To jest główne przykazanie! Pierwsze! Bóg nie może zre­zygnować z pierwszego miejsca ani w rozumie, ani w sercu, ani w życiu. Każda miłość, chcąca z Nim współ­zawodniczyć, musi być odrzucona jako buntownicza. Kto stawia stworzenie na pierwszym miejscu, jest nie­przyjacielem Boga.

       To przykazanie stosuje się także do życia rodzin­nego. Z nieubłaganą surowością Chrystus, wzór łagod­ności, stawia twarde żądanie: Jeżeli kto idzie do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego, matki, żony, dzieci, braci i sióstr, nie może być uczniem Moim (Łk 14, 26).

Rzecz jasna, Chrystus nienawidzi nienawiści. Dawca wielkiego przykazania miłości nie może z nienatural­nej nienawiści, nienawiści ku najbliższym, uczynić pra­wa moralnego. Ale jeżeli mąż, żona, narzeczony, na­rzeczona i dziecko chce w twoim sercu zająć pierw­sze, Bogu należne miejsce, jeżeli równocześnie żądają od ciebie uwielbienia, wtenczas musisz uważać ich za nieprzyjaciół swej duszy i Boga i zrzucić ich z piede­stału swej czci, nawet gdyby to był mąż twój czy żona.

      Jeden jest tylko Bóg, tak w czasie narzeczeństwa, jak i w małżeństwie. A jeżeli bożek z tronu zejść nie chce, wówczas Jezus po raz drugi głos zabiera: „Nie mniemajcie, abym przyszedł puszczać pokój na ziemię. Nie przyszedłem puszczać pokoju, ale miecz. Bom przy­szedł rozłączyć, człowieka przeciw ojcu jego i córkę przeciw matce i synową przeciw świekrze jej. I będą nieprzyjaciele człowieka domownicy jego. Kto miłuje ojca albo matkę więcej niż Mnie, nie jest Mnie godzien, a kto miłuje syna lub córkę nade Mnie, nie jest Mnie godzien" (Mt 10,34).

       Gdy twój najbliższy chce zająć miejsce Boga w su­mieniu twym i sercu, wtedy jest powód do wojny. Wte­dy musi być wojna za wszelką cenę. Jakkolwiek mają ojciec, matka, mąż do twej osoby wiele praw, nie mają prawa stawiać się na miejscu Boga i żądać rzeczy, któ­rych Bóg zakazuje, a zakazywać tego, czego Bóg żąda. Najpierw twa dusza, twoje sumienie, a w twym sumie­niu, w twej duszy i sercu pierwszy Bóg we wszystkim, potem dopiero bliźni! Dla duszy ustąpić winny wszel­kie względy rodzinne! Taka jest wolność dzieci Bożych!

       Dla duszy niech ustąpią względy polityczne! Do­wódca załogi miejskiej żądał od Ursusa i Wiktora złożenią pokłonu i ofiary bóstwu państwa, Jupiterowi i Merkuremu, bogu ruchu i handlu. Święci odpowiedzieli: Według religii chrześcijańskiej nie wolno nam składać ofiar głuchym i niemym bożkom. Tak mówią mężczyźni. Tak mówią chrześcijanie. Tak mówią katolicy. Nie odda­ją pokłonu bożkom państwa ani złotemu cielcowi.

        Religia katolicka brała zawsze w obronę zwierzch­ność jako rzecz świętą i godną szacunku. Nigdy nie przyznawała ludowi prawa buntu. Jeżeli zdarzy się nad­użycie przemocy ze strony władzy cywilnej, Kościół katolicki nie pozwala, jak uczy papież Leon XIII w en­cyklice o socjalizmie1, na własną rękę powstawać prze­ciw rządowi, by więcej jeszcze nie zakłócać spokoju i porządku i nie narażać społeczeństwa na większe szkody. A jeśli doszło do tego, mówi dalej papież, że nie ma żadnej nadziei ratunku, to Kościół uczy, aby zasługami chrześcijańskiej cierpliwości i bezustanną modlitwą przyśpieszyć pomoc Bożą.

        Jeżeli jednak prawodawcy i książęta postanowią lub nakażą coś, co się sprzeciwia prawu Bożemu i pra­wu natury, to obowiązek i godność chrześcijańskiego imienia ostrzegają nas, że trzeba Boga więcej słuchać niż ludzi. Tak postępowali męczennicy wszystkich cza­sów. Gdy państwo zajęło tron Boga i przywłaszczyło sobie prawa Najwyższego, gdy dowództwo wojskowe wydało rozkazy przeciwne ich sumieniu, prześladowa­ni nie urządzili rewolucji, nie zwrócili broni przeciw zwierzchności, ale i nie spełnili niesprawiedliwych, bezbożnych rozkazów. Zawiesili broń. Stawili bierny opór. Odmówili w tym wypadku posłuszeństwa. Do

_________________________________________

1 Quod Apostolk Muneris z 28.12.1878 r. = 68 =

 

tego mieli prawo. Chrześcijanie nie są rewolucjonista­mi, ale też nie są niewolnikami.

        Gdy władzę państwową ogarnie obłęd wielkości, gdy ona sądzi, że jest Bogiem i tyranią sięga w niena­ruszalną wolność sumienia, wtedy chrześcijanom nie przysługuje prawo otwartego buntu, ani prawo prze­mocy, ani prawo politycznego strajku, ani wypowie­dzenia posłuszeństwa we wszystkim, ale prawem i obo­wiązkiem sumienia jest stawić opór bierny niesprawie­dliwym rozkazom. Twoja dusza i sumienie mają pierw­szeństwo, a w twoim sumieniu najpierw Bóg, potem państwo!

       Tak myśleli i postępowali bohaterscy legioniści tebańscy. Trzy są kategorie ludzi, stojących wobec prze­mocy państwowej: pierwsza to rewolucjoniści, druga to tchórze i niewolnicy, trzecia to święci i męczennicy. Do pierwszej należą dziś socjaliści, do drugiej pospól­stwo, do trzeciej bracia duchowi dawnych świętych. Oni to są dla nas wzorem.

Zbawienie twojej duszy górować musi nad wszyst­kimi osobistymi względami. Mamy nie tylko zatargi duszy z ludźmi i z polityczną przemocą. Są też we­wnętrzne zatargi duszy we własnym królestwie czło­wieka. Od chwili zbudzenia się rozumu w człowieku wre wojna domowa. Wojna między jego duchową stro­ną, szukającą Boga, a ziemską, szukającą świata. W tej wojnie, trwającej od kolebki do trumny, w tym nieustan­nym buncie niższej natury człowieka przeciw wyższej nie możemy być neutralni. Jeżeli bliźniego, który chce być Bogiem, i państwo, które chce być Bogiem, w imię Boga żywego, Pana nieba i ziemi, zrzuciliśmy z przy­właszczonego sobie tronu, to musimy tak samo postąpić wobec naszego ,ja", jeżeli się ono Bogiem chce mianować.

       Musimy mu wypowiedzieć wojnę na rzecz jedynie uprawnionego rządu Bożego. Według surowej mowy Zbawiciela winniśmy nienawidzić tej niższej duszy, któ­ra jest ogniskiem buntu. Kto miłuje duszę swą, traci ją, a kto nienawidzi duszy swej na tym świecie, ku wiecz­nemu żywotowi strzeże jej (J 12, 25). W tej walce nie ma miłosierdzia, nie ma ustępstwa ani zawieszenia broni. Boskie prawo wojenne stawia w tym względzie warunki: A jeżeli ręka twoja albo noga twoja gorszy cię, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej ułomnym albo chromym wejść do żywota, niźli mając dwie ręce albo dwie nogi być wrzuconym w ogień wieczny. A jeżeli oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie. Le­piej tobie z jednym okiem wnijść do żywota, niźli dwoje oczu mając, być wrzuconym do piekła ognistego (Mt 18,8).

        A więc przeciw temu niższemu buntującemu się człowiekowi walka ma być bez miłosierdzia, aż do zu­pełnego pokonania! Wszystko, nawet to, co najuko­chańsze i najpotrzebniejsze, jeżeli służy nieprzyjaciel­skim interesom, jeżeli jest ochroną i twierdzą złego, jeśli stanowi niebezpieczeństwo, najbliższą okazję do grzechu, należy w tej walce poświęcić. Rękę, nogę, oko, zdrowie, majątek, życie, wszystko trzeba z gotowością oddać, aby za świętym Pawłem powiedzieć: Wszyst-kom postradał i mam sobie za gnój, abym Chrystusa pozyskał (Filip 3, 8).

        W porównaniu do nieskończonej wielkości wszyst­ko inne za nic uważane być musi. 1 to jest według eko­nomii niebieskiej jedynie słuszną rzeczą. Bo królestwo niebieskie podobne jest człowiekowi, który znalazł skarb na ziemi, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę ziemię. W ten sposób postępowali męczen­nicy. Dusza przede wszystkim, przy tobie, poza tobą i w tobie!

       Składamy hołd i dziękczynienie nieustraszonym wyznawcom Chrystusa. Dzisiaj roi się od zbiegów, któ­rzy niepomni na przysięgę złożoną przy bierzmowa­niu, opuszczają armię walczącego Kościoła. Jakże pod­nosi duszę widok ludzi, opuszczających wszystko, ni­gdy jednak swego Boga, nigdy swego Kościoła i swego sumienia. Miejmy odwagę jak męczennicy uciekać, gdzie ucieczka jest obowiązkiem, i trwać na stanowi­sku, gdzie to jest walecznością, To nazwiemy duchem katolickim. To jedynie. Kto jest katolikiem, musi mieć odwagę być wyznawcą i męczennikiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KTO NALEŻY DO KOŚCIOŁA

                     

                                             

 

    KOŚCIÓŁ KATOLICKI NIE JEST ORGANIZACJĄ, lecz organizmem. Nie był założony, lecz zrodzony. Zielone Świątki są dniem jego .narodzin, Duch Święty - jego duszą. Nie można mówić o Kościele, nie myśląc o Chrystusie, jego głowie, a mówiąc o Kościele, nie można w myśli pomi­nąć Ducha Świętego, jego duszy. Dusza, głowa, ciało -stanowią dopiero całego człowieka. Duch Święty, Chry­stus, chrześcijanin - to cały Kościół. Co Bóg związał, człowiek nie powinien rozwiązywać. Mówiąc o Koście­le, trzeba najpierw mówić o Duchu Świętym. W Credo Duch Święty nazwany jest Tym, który daje życie. Dzieje Apostolskie opowiadają, jak św. Paweł w swych podró­żach misyjnych, przyszedłszy do Efezu, spotkał kilku uczniów, których zapytał: „Azaliście wzięli Ducha Świę­tego, skoroście uwierzyli? A oni rzekli do niego: Ani-śmy słyszeli, jeśli jest Duch Święty". Takich dziś jest wielu, którzy potrafią wprawdzie odpowiedzieć na py­tania katechizmowe o Duchu Świętym, ale nie mają pojęcia o niezmierzonej wartości tego, że Duch Świę­ty jest duszą Kościoła!

    Wystarczy przejrzeć pierwsze karty dziejów Ko­ścioła, aby przekonać się, jak po zesłaniu Ducha Świę­tego rozwija się cudownie życie dusz we wszystkich gminach chrześcijańskich. Cudownie kiełkują, kwitną i dojrzewają wszystkie cnoty. Jakoby nowy świat po­wstawał! Dlatego w Składzie Apostolskim te dwa artyku­ły są obok siebie: Wierzę w Ducha Świętego - święty Kościół powszechny. Kościół katolicki jest istotnie świą­tynią Ducha Świętego, a dzieje Kościoła są istotną hi­storią działania tego Ducha. Mówią o nowej wiośnie dusz w najnowszej historii Kościoła. Łączy się to ze wzrastającą wiarą, czcią i miłością Ducha Świętego, duszy naszej i duszy Kościoła. Kto należy do Kościoła katolickiego? Najpierw Duch Święty!

      Kto należy do Kościoła? Jezus! Kościół jest żywym organizmem, którego głową jest Jezus. Kościół - to Je­zus i my. Przede wszystkim Jezus, Jezus więcej, niż my! W nowoczesnej trosce o duszę szuka się nowych środ­ków, dróg i sił, ale będzie to zawsze połów w próżne sieci, jeżeli w tych nowoczesnych staraniach o duszę więcej będzie z nas, aniżeli z Niego. Możemy dzień i noc targać się w niezmordowanej pracy, lecz Kościół ani na krok się nie zbliży. Bez Jezusa żadne kazanie nie pomoże. Bez Jezusa nie będzie nawróceń. Bez Jezusa nie będzie postępu na drodze do ureligijnienia ludz­kości. Zapewne, potrzebne są środki pomocnicze, jak dobroczynność, prasa, organizacje, ale to są tylko narzę­dzia, którymi się posługuje właściwy duszpasterz, Je­zus. Bez Jezusa nie zrobią nic. Zupełnie nic! Nikt! Ani papież, ani biskup, ani proboszcz. O tym przede wszyst­kim i z wdzięcznością trzeba pamiętać. Najważniejszą, najniezbędniejszą istotą w Kościele jest Jezus. Kościół to przede wszystkim Jezus.

      Kto należy do Kościoła? Papież, biskup, proboszcz, kapłan. O tym nie wszyscy jeszcze wiedzą. Kapłan nie jest pierwszym w Kościele, ale jest drugim. On jest za­stępcą Chrystusa. Na pewno nikt nie był pokorniejszy od świętego proboszcza z Ars. Nikt bardziej przejęty własną niemocą. A jednak nikt inny nie wyraził się z większym zapałem o wielkości kapłana. Kim jest ka­płan? - pyta. 1 daje taką odpowiedź: To człowiek, któ­ry zastępuje Boga! Człowiek, obdarzony pełnomocnic­twem Boga! Człowiek, przez którego płynie do nas wszelkie nadprzyrodzone szczęście, wszelkie łaski i da­ry! Człowiek, który to może, czego nawet Matka Boża nie może: konsekrować i odpuszczać, przeistaczać i rozgrzeszać! Po Bogu kapłan jest wszystkim. Zostaw­cie parafię przez 20 lat bez księdza, a ludzie staną się bałwochwalcami. Tak myśli Święty z Ars o kapłanie. Materialnie ksiądz żyje z Kościoła, ale Kościół żyje du­chowo z księdza. Dlatego nie sposób wyobrazić sobie Kościoła bez kapłaństwa. Jeżeli rozkwit parafii głów­nie zależy od tego, czy jest ona eucharystyczna, tzn. na Jezusie oparta; to z drugiej strony rozwój jej zależy od tego, czy jest klerykalnie usposobiona, tzn. oparta

na kapłanie.

     Kto należy do Kościoła? Żywi. W Kościele znajdują się trzy kategorie ludzi. Żywi, śpiący i umarli. Według piętna, jakie jedni albo drudzy nadają całości, mamy parafie żywe, śpiące lub umarłe. Żywą parafią jest ta, która ma świeckich apostołów. Pius X w rozmowie z kardynałami zapytał: Co w czasach dzisiejszych jest najpotrzebniejsze? Katolickie szkoły, powiedział jeden; więcej kościołów, rzekł drugi; więcej księży, wtrącił trzeci. Wtedy zabrał głos papież: „To, czego w tej chwili najwięcej brak w każdej parafii, to kilku świeckich lu­dzi cnotliwych, wykształconych, pełnych odwagi -prawdziwych apostołów!". Nie wszyscy chodzą rów­nie szybko. Większość lubi krok powolny. Muszą być tacy, którzy idą naprzód, musi działać taka liga dobre­go przykładu, grupa przodowników, pociągająca innych za sobą. Kilku mężczyzn, kilku młodzieńców, kilka ko­biet, kilka panien, natchnionych Duchem Świętym, nie­wielka liczba, ale oddana całkowicie. Tych kilku decy­duje o przyszłości parafii. Oni są motorem akcji katolic­kiej. O nich trzeba Boga prosić. Reszta przyjdzie sama.

       Są też w Kościele wyznawcy śpiącego katolicyzmu. Już św. Paweł powiedział: Dormiunt multii (1 Kor 11, 30). Wielu ich zasnęło! Sen to stan pośredni między życiem a śmiercią. Ludzie ci mają jeszcze wiarę. Ko­rzeń życia religijnego jeszcze w nich całkiem nie ob­umarł. Chcą się nazywać katolikami. Płacą także po­datki kościelne. Ale nie mają odwagi być katolikami ani w niedzielę, ani w piątek, ani na Wielkanoc, ani w rodzinie, w zawodzie, ani publicznie. Wielu śpi. Wy­znawcy śpiącego katolicyzmu tworzą dziś, przede wszystkim po miastach, większość. Ani trąby, ani dzia­ła, zwykłe i nadzwyczajne środki, nie zdołają nimi wstrząsnąć. Najgorsze zaś, że u wielu sen stanie się chorobą, a ta choroba wiedzie do śmierci. Trzeba się dużo modlić za tych biedaków, w śnie chorobliwym pogrążonych. Na tym polega zadanie świeckich apo­stołów: mają budzić tych, do których ksiądz nie ma już dostępu.

       Mówiąc o parafiach, popełniamy zazwyczaj fatal­ne błędy przy obliczaniu dusz. Oto, co angielski kardynał Bourne powiedział w pewnym mieście do księży: „Moi kochani, czcigodni panowie! Gdy przyjeżdżam na wizytację, pytam: Ilu katolików liczy parafia? Mniej więcej 3.700 dusz. Słyszałem przecież, że miasto ma 84.000 ochrzczonych mieszkańców. Parafia więc liczy nie 3.700, ale 84.000 dusz. Chrzest czyni ludzi człon­kami Kościoła katolickiego. Być może, że tylko 3.700, a może jeszcze mniejsza liczba uznaje księdza za pro­boszcza. Ale to nie zmienia istoty rzeczy. Najwyższy Sędzia zapyta: Gdzie są drudzy, gdzie ten zastęp osiem-dziesięcioczterotysięczny, noszący Mój znak na duszy? Wówczas nie możecie powiedzieć Myśleliśmy, że jest ich tylko 3.700, gdyż za wszystkich jesteście odpowie­dzialni". Fakt ten przygnębiający. Każdy kościół wiel­komiejski otoczony jest ogromnym cmentarzem człon­ków duchowo umarłych - tych, co odpadli, co błędnie wierzą lub nie wierzą wcale. Ale ten cmentarz według prawa kościelnego należy do Kościoła katolickiego. Ma­my obowiązek przez apostolstwo modlitwy, dobry przy­kład, pouczanie współpracować, aby ci umarli stali się znów żywymi, tj. katolikami, żywymi członkami jedne­go ciała - Kościoła, i jednej głowy - Chrystusa.

       Widzimy tedy, że stoimy przed olbrzymim zada­niem. Kościół materialny jest może dziełem skończo­nym, ale Kościół żyjący długo jeszcze nie będzie goto­wy. Musimy iść na plac budowy. Wszyscy! 1 każdy wi­nien pracować we właściwym miejscu przy duchowym wzniesieniu świątyni. Św. Paweł mówi w pierwszym liście do Koryntian (8,1): Caritas aedificat! Miłość budu­je. Kto kocha, ten buduje. Kto nie pomaga, ten nie ko­cha. Na placu budowy Kościoła nie ma bezrobotnych. Tu można także zastosować słowa Chrystusa: Kto nie jest za tym, jest przeciw temu. Kto nie zbiera, rozpra­sza. Kto nie pomaga, przeszkadza. Kto nie buduje, roz­biera. A więc do budowy! Do pracy! Wszyscy!

 

 

 

JE DEN JEST TYLKO NAUCZYCIEL

                     

                                             

 

PIUS X POWIEDZIAŁ: OBECNE CZASY SĄ OKRE-sem anarchii duchowej, okresem, w którym każdy uważa się za nauczyciela i prawodaw­cę. W murzyńskiej osadzie na południu Sta­nów Zjednoczonych zdarza się często, że jakiś bosy murzyn rozpoczyna kazanie tymi słowy: „/ have got a cali!" „Zostałem powołany!". Ten rodzaj świeckiego kapłaństwa, w którem każdy o najzawilszych kwestiach życia wygłasza własne teorie, stał się zwyczajem nie tylko murzyńskich dzielnic w Ameryce, ale i w szko­łach wyższych, seminariach nauczycielskich, po restau­racjach, redakcjach, ratuszach i wiecach ludowych. Wszy­scy mówią o wszystkim. Pytanie zadane Janowi przed 1900 laty, byłoby dziś bardzo na miejscu. „Ktoś ty?". Lecz niewielu wyznałoby uczciwie: Nie jestem Mesjaszem. Nie jestem prorokiem. Nie jestem nauczycielem ani pra­wodawcą. Jestem tylko głosem, echem drugiego, go­tującym mu drogę, niegodnym najniższej pracy - roz­wiązania rzemyka Większemu, który przyjdzie. Mówi­my, że jesteśmy chrześcijanami. Gdyby to było praw­dą, musielibyśmy myśleć, mówić i postępować jak Jan.

      My musimy uważać się za uczniów, tylko za uczniów. Musimy zerwać z tą niekatolicką herezja,ja kobyśmy wszyscy byli nauczycielami i prawodawcami Nie jesteśmy nimi.

      Lud nie posiada prawa nauczania w kwestiach reli­gii i moralności. Nie ma prawa decydowania, co jest prawdą i dobrem. To, co teraz powiem, będzie obrazą majestatu, która należy do największych grzechów li­beralnego stulecia, i dlatego nie będzie darowana mi przez żaden sąd tego świata ani przez sąd publiczno­ści, ani sąd redaktorów czy profesorów. Obelga ta, gor­sza niż bluźnierstwo, niż wszystkie obrazy władz pań­stwowych, brzmi: Lud nie może być nauczycielem ani prawodawcą, bo jest ciemny. Nie twierdzę, żeby w spo­łeczeństwie, a zwłaszcza między prostym ludem, wśród wieśniaków i robotników, w stanie średnim i w war­stwach najwyższych, nie było ludzi inteligentnych, wy­kształconych, ze zdrowym sądem i siłą myśli. Twierdzę tylko, że większość ludzi mimo ogólnego wykształce­nia nie może rozstrzygać trudnych kwestii religijnych, moralnych i prawodawczych.

      Tylko ten ma prawo tu rozstrzygać, kto wie, gdzie jest prawda i prawo. A ten tylko wie, kto je głęboko przemyślał, naukowo zbadał i odkrył. Prawdy nie znaj­duje się na ulicy. Gruntownie zbadać może tylko ten, kto ma odpowiedni stopień wykształcenia oraz czas po temu. Większość tego nie ma. Ich rzeczą jest dać się pouczyć, być uczniami i wierzyć tym, którzy wie­dzą, ale nie decydować o najwyższych problematach życia publicznego podniesieniem ręki lub oddaniem kartki wyborczej.

     Dzisiejsza wybujała demokracja sprzeciwia się rozumowi i bezpieczeństwu państwa, gdyż wbrew rozu­mowi ślepy wskazuje drogę, a głupi przywłaszcza so­bie prawo sądzenia. Powszechne prawo głosowania o ważnych zagadnieniach życia publicznego tylko wów­czas przestaje być niebezpieczne, gdy lud przed pój­ściem do miejsc wyborczych stanie posłusznie u stóp kazalnicy, aby potem w imię Kościoła z kartką wybor­czą w ręku dopomóc prawdzie i prawu do zwycięstwa; gdy pójdzie jak uczeń, nie jak nauczyciel, jak ktoś, który katechizm publicznie wyznaje, ale nie chce sam wy­rzec ostatniego słowa. Kazalnica nie stoi na ulicy ani na rynku. Ambona wznosi się w kościele. W kościele paść musi pierwsze i ostatnie słowo.

      Zbyt wiele wartości przypisujemy rozmowie i dys­kusjom. Na co się przyda to wieczne dysputowanie, jeśli ludzie mówią o rzeczach, na których się nie zna­ją? Na co się przyda wymowa, zamierzająca jedynie swoje przeprowadzić zapatrywania? Ongi ludzkość wierzyła. Od 400 lat dysputuje. Czy od tego czasu na­byliśmy więcej wiedzy o wielkich prawdach religijnych, politycznych i socjalnych? Nie! Rezultatem tego bezu­stannego „gadania" jest zazwyczaj to, że sami nie wie­my, czego chcemy. Nieszczęściem było, że lud, nawet katolicki, dał się porwać żądzy dysputowania, a no­wym nieszczęściem będzie, gdy kobiety zaczną tak jak mężczyźni rozprawiać i decydować o rzeczach, któ­rych nie rozumieją.

        To nie po katolicku. Katolik powinien zastanowić się i zapytać, jeżeli czegoś nie rozumie, i słuchać tego, który się na tym zna, potem powiedzieć: credo, wie­rzę. Ambona jest zazwyczaj po stronie kobiet, ale urząd nauczycielski do kobiet nie należy.

       Nie jest urzędem kobiet ani ludu, nie jest również urzędem uczonych. Zadaniem uczonych jest lud po­uczać. Oni są naturalnymi przodownikami ludu, ale z warunkiem, że sami są posłuszni i pokorni jako słu­dzy Kościoła. Najważniejszym zadaniem katolickich sta­tystów, posłów, urzędników, prawników i redaktorów jest wyznawać wiarę, głosić, bronić jej i panujące błę­dy prostować. Mają, jak zaznaczył Leon XIII w encykli­ce o obowiązkach chrześcijańskich obywateli1, nie przy­właszczając sobie praw kościelnego urzędu nauczania, być echem Kościoła.

        Pisarz katolicki w tym wieku panowania prasy ma bez wątpienia ogromne znaczenie, ale nie ma prawa mocą boskiego autorytetu występować przed ludem i mówić: Kto mi nie wierzy, będzie potępiony.

        Mówca katolicki może wymową porwać lud: nie mówi jednak w imieniu Boga. Nie decyduje o rzeczach, które dotyczą religii i moralności. Zanim wejdzie na mównicę, musi radzić się katechizmu. Musi poddać swe słowa nieomylnemu wyrokowi Kościoła.

        Zapewne, katolicki mąż stanu, pisarz, redaktor czy mówca, żyjący w atmosferze współczesnego liberali­zmu, ponosi ofiarę, godząc się pod warunkiem najści­ślejszej łączności z prawem katolickim nazywać się przywódcą ludu katolickiego. Ale inaczej byłby uwo­dzicielem. Urząd nauczania narodów, jako urząd nauczycielski, nie był nigdy przez Chrystusa powierzo­ny politykom, pisarzom czy profesorom. Rola polityka katolickiego jest rolą ucznia, który nauczył się dobrze zadania i wypowiada je przed ludem. Nie wolno mu

______________________________

1 Immortale De/ z 1.11.1885 r.

 

występować w roli Mesjasza i proroków.

       Urzędowe nauczanie religijne należy wyłącznie do urzędu nauczycielskiego Kościoła katolickiego. Nikt na świecie nie ma upoważnienia autorytatywnie wystę­pować przed ludem. Jedyny Kościół ma prawo osta­tecznie coś za błąd osądzić, a gdy osądzi, nikt na świe­cie nie ma prawa błędu tego bronić. Wszyscy ludzie bez wyjątku, i króle, i rządy muszą uczyć się w szkole Kościoła katolickiego. Wobec Kościoła wszyscy są tyl­ko uczniami. On jest światłem świata, wielkim świa­tłem prawdy, które Bóg umieścił na firmamencie, aby oświecało wszystkich, co na świat przychodzą, urzę­dowe nauczanie religijne należy wyłącznie do urzędu nauczycielskiego Kościoła katolickiego, bo nikt prócz Kościoła nie posiada pełnej prawdy, i nikomu innemu nie było powiedziane: A ja prosić będę Ojca, a innego pocieszyciela da wam, aby z wami mieszkał na wieki, ducha prawdy (] 14,16). Urzędowe nauczanie religijne jest wyłącznym przywilejem Kościoła katolickiego, gdyż Kościół katolicki jedynie i zawsze jak pojętny uczeń pozostawał u stóp odwiecznej prawdy, Syna Bożego. Każde słowo prawdy, z ust Kościoła płynące, przycho­dzi od Ducha Świętego. Każde słowo, pochodzące z ust Ducha Świętego, pochodzi z ust Syna. Każde słowo, pochodzące z ust Syna Bożego, pochodzi z ust Boga. Lumen de lumine! Światło Światłości! Jeden jest Kościół nauczający, ponieważ jeden jest Duch Święty; jeden tylko Duch Święty, bo tylko jeden Syn Boży; tylko je­den Syn Boży, bo tylko jeden jest Bóg wieczny. Jedno z drugiego wynika. Jeden Bóg, jeden Kościół, jedna praw­da, jeden urząd nauczycielski. Wszystko inne na świe­cie musi być na nauce w szkole. Wszystko!

         Każda rzecz ma swoje miejsce. Musimy przestać uważać się za nauczycieli, ponieważ jesteśmy tylko uczniami. Nie wstyd być uczniem. Przeciwnie, najwięk­szym honorem dla katolickiego umysłu jest to, że ucząc się możemy zasiadać u stóp prawdy odwiecznej. Po­wtarzam: Lud, nie wyłączając tak zwanego „akademi­ka", jest uczniem swego biskupa i proboszcza. Ale ani jeden, ani drugi nie mają powodu dumnie na drugich spoglądać. Oni uczą, czego się sami nauczyli. Głoszą to, co słyszeli.

        Biskupi i kapłani muszą być pojętnymi uczniami najwyższego Pasterza i tylko z tym zastrzeżeniem mają prawo występować z autorytetem wobec owieczek i mówić jak ten, który ma władzę. Również papież jest jedynie pierwszym uczniem Ducha Świętego. Szkoła jest równa dla wszystkich. Jeden jest tylko nauczyciel

- Chrystus! Być katolikiem to znaczy wierzyć.

 

 

 

POKAŻCIE SIĘ KAPŁANOWI

 

 

 

      SŁÓW TYCH NIE ROZUMIEMY. W NASZYM pojęciu Chrystus powinien był odesłać cho­rych nie do kapłana, lecz do lekarza. Chry­stus uczynił przeciwnie. W tym tkwi coś wię­cej, niż ceremoniał Starego Testamentu. W tym leży myśl głęboka. Każde zagadnienie ma stronę teolo­giczną, jest w pewnym stosunku do Boga. Wszystkie rzeczy są przez Boga w Bogu, a Bóg jest we wszyst­kich. Kto chce dojść do jądra rzeczy, niech pyta: Jaki jest stosunek Boga do niej? Jaki jest jej stosunek do Boga?

        Dlatego trędowaci musieli się pokazać nie lekarzo­wi, lecz mężowi Bożemu, kapłanowi. Do kapłana, któ­ry jest napełniony duchem Bożym, stosują się przede wszystkim słowa św. Pawła w pierwszym liście do Ko-ryntian: Duchowny rozsądza wszystko (2, 15). Z tego widzimy, jak ponad wszystko góruje znaczenie kapłań­stwa, i jak ogólnie rozumieć należy słowa Chrystusa: Idźcie i pokażcie się kapłanowi. To samo dziś. Jeśli chcesz wiedzieć, jakim kto jest katolikiem, zapytaj, jaki jest jego stosunek do kapłana.

= 84 =

 

 

1

 

 

Pokażcie się kapłanowi

         Wprawdzie duch nowoczesny powstaje przeciwko temu. Mówi o zarozumiałości, mieszaniu się do wszyst­kiego, obłędzie wielkości, żądzy panowania ducho­wieństwa. Duch nowoczesny nie ma zupełnie zmysłu dla powszechnego, nieograniczonego królestwa Boże­go, które maluje Stary i Nowy Testament, i dlatego o ka­płanie, głosicielu tego królestwa, nie chce nic wiedzieć. Dużo jest powodów, dla których już nie chcemy zwra­cać się do księdza.

       Głównym powodem - to liberalizm, dziś prawie wszechobecny i wszechpotężny. Liberalizm orzekł: Po­dzielmy świat na dwie części. Niebo pozostawiamy Bogu. Ale ziemię zatrzymujemy dla siebie. Nie miesza­my się do tego, co jest nad nami, w zamian jednak żądamy, aby w górnych dziedzinach nie troszczono się 0  to, co się dzieje na tym padole. Jesteśmy wspania­łomyślni. Aby dać dalszy dowód pokojowego usposo­bienia, pozostawiamy w ustawach naszych tym, któ­rzy się interesują królestwem niebieskim, jako wolną sferę; kościoły, kaplice, ognisko domowe i cichy zaką­tek serca, zawsze trzymając się zasady: Ziemia dla lu­dzi - niebo dla aniołów!

          Liberalizm uważa ziemską działalność ludzi jako wolną, niezależną dziedzinę, która z religią, a więc i z kapłanem nie ma nic wspólnego. Jest światem dla siebie. Prowincjami w tym państwie czysto światowym są: nauka, sztuka, polityka, ekonomia, staranie o ciało,

utrzymanie, to znaczy prawie wszystko, co jest poza obrębem Kościoła i co ludzi zajmuje przez cały tydzień od poniedziałku do soboty.

        Nie ma innej błędnej nauki, która by była równie niebezpieczna i nieszczęsna dla życia Kościoła. Innych błędnych nauk nie można równocześnie przyjmować i odrzucać, np. nie można być równocześnie protestan­tem i katolikiem. Lecz liberalizm nie jest sektą zamknię­tą, stojącą poza Kościołem. Jego tchnienie swobodne wcisnęło się nawet do Kościoła.

        Przeważna część katolików stała się liberalna. Większość nie chce w kwestiach wiedzy, sztuki, poli­tyki i ekonomii słuchać Kościoła i kapłanów. Nie chcą wierzyć, że każda kwestia naukowa, artystyczna, poli­tyczna czy gospodarcza jest także kwestią teologicz­ną, religijną i moralną, i zajmuje stanowisko za lub prze­ciw Bogu. Duch liberalny wcisnął się niestety już i w organizacje katolickie.

         Papieże, biskupi, proboszczowie w ubiegłem dwu­dziestoleciu zrobili bolesne doświadczenia nawet na takich, od których mogli się byli spodziewać więcej zrozumienia i gorliwości. Zamiast zorganizowanej ak­cji katolickiej występuje aż nazbyt często zorganizo­wany bierny opór, a nawet zorganizowane czynne nieposłuszeństwo, odstrychnięcie się od duchowień­stwa, wyemancypowanie się spod wpływów duchow­nych. Wszyscy chcą niby być katolikami i po katolicku pracować, ale przeciw proboszczowi, biskupowi i pa­pieżowi. Słusznie rzekł Leon XIII, że świat stał się libe­ralny.

         Mamy obowiązek temu samowładnemu, zaciętemu liberalizmowi przeciwstawić ducha katolickiego. Duch katolicki jest duchem Kościoła, duchem wierności dla papieża, kapłanów, duchem klerykalnym; organem, przez który Bóg działa, według św. Tomasza jest Chry­stus; organem, przez który Chrystus działa na ludzi, są kapłani.

       Kapłan może do pewnego stopnia powiedzieć jak Chrystus: Beze mnie nic nie możecie. Beze mnie nie ma drogi, nie ma prawdy, nie ma życia. Próbowano wysunąć jako wybawiciela uczonego, społecznika, po­lityka, kupca. Wszyscy zawiedli i zawodzą coraz wię­cej. Wszyscy ci panowie, kręcąc głowami, bezsilni od­chodzą od łoża chorej ludzkości. W końcu trzeba spro­wadzić tego, o którym na początku zapomniano, ka­płana z Dobrem Najwyższym.

      Oby nas źle nie zrozumiano; gdy mówimy o kapła­nie, to myślimy o duchownym, który jest kapłanem, przynosi nam Chrystusa, przynosi nadprzyrodzone prawdy Boskie, prawa i siły. Duchowny, szukający tyl­ko siebie, zaszczytów i korzyści osobistych, nie jest kapłanem, raczej aktorem. Aktorzy muszą zniknąć. Kapłani, piastujący Chrystusa, muszą zajmować pierw­sze miejsce.

        Każda rzecz ziemska ma dwie strony. Każda dzia­łalność, czy naukowa, artystyczna, polityczna, gospo­darcza posiada, że tak powiem, ciało i duszę. Ciałem nazywamy to, co czyni uczony, artysta, polityk, kupiec, a duszą nazywam zasady i zapatrywania każdego. Du­chowny jako taki nie troszczy się o to, co czynią ucze­ni, artyści, politycy i kupcy, to jest ich rzecz. Ale musi się troszczyć o to, czy i jak wola Najwyższego w ich czynnościach została wypełniona, czy postępowanie ich zgadza się z przykazaniami Bożymi.

        Podkreślam: to nie sprawa naukowa, artystyczna, polityczna ani kupiecka, ale moralna, religijna i teolo­giczna. Zależnie od znaczenia i trudności należy do plebana, duszpasterza, spowiednika, uczonego, teo­loga, biskupa, papieża. Ducha musi sądzić duchowny.

Reszta należy do fachowca. W tym znaczeniu Chrystus przekazał urząd nauczycielski i pasterski apostołom i ich następcom. Nad wszystkimi narodami i nad wszyst­kimi ludźmi.

        Kto jest katolickiego ducha, trzyma się tych zasad w pokorze i w posłuszeństwie. Staje przed kapłanem, polega na nim i słucha go. Napisano: Kto was słucha, Mnie słucha. Kto wami gardzi, Mną gardzi. Kto Mną gardzi, gardzi Tym, który mnie posłał (Łk 10,16). A więc wzmocnienie dyscypliny kościelnej, ochocze posłuszeń­stwo - posłuszeństwo jednostek, posłuszeństwo organizacji, posłuszeństwo związków katolickich.

       Siła parafii polega na jedności. Jedność polega na tym, że gdzie pasterz, tam i owce jego, czy to się od­nosi do proboszcza, czy do biskupa, czy do Kościoła w ogóle. Po tym poznają, że katolikami jesteście, jeże­li słuchać będziecie. W tym leży tajemnica powodze­nia katolicyzmu. Kto z proboszczem, biskupem, papie­żem nie zbiera, ten rozprasza. Jest tylko jedna jedność w Kościele katolickim, i to potrójna: jedność parafii, jedność diecezji, jedność z Rzymem, a więc jedność z ustanowionym przez Boga pasterzem.

 

 

TAJEMNICA POWODZENIA

                     

                                           

 

        KOŚC1ÓŁJEST SPOŁECZEŃSTWEM, SKŁADA-jącym się z ludzi. Stąd owe porównania w Ewangelii: „Królestwo niebieskie podob .ne jest ziarnu gorczycznemu, które wziąw­szy człowiek wsiał na roli swojej, które najmniejszeć jest ze wszego nasienia. Kiedy urośnie, stawa się drze­wem, tak iż przychodzą ptacy niebiescy i mieszkają na gałązkach jego".

       Kościół musi rosnąć albo umrzeć. Ważną rzeczą jest wiedzieć, co przez wzrost Kościoła należy rozumieć, co temu rozwojowi sprzyja. Aby poznać jak Kościół, który jest ciągle żyjącym Chrystusem, rozszerzał się na zewnątrz i do wewnątrz, musimy przyjrzeć się jego rozwojowi w czasach apostołów i pierwszych chrze­ścijan. Prawa życia były te same,wówczas i dziś. Awięc Kościół winien rozszerzać się w ten sam sposób, jak rozszerzał się w pierwszych czasach, albo nie będzie się rozszerzał wcale.

         Wzrost Kościoła jest niezależny od wiedzy świec­kiej. Chrystus Pan był we wszystkim, prócz grzechu, podobny człowiekowi. Mimo to nie słyszymy, aby uczęszczał do szkół w rodzinnym miasteczku Nazare­cie, ani przedtem, w czasie wygnania w Egipcie. Nie słyszymy, aby zaznajamiał się z literaturą swego czasu. Powołując uczniów na apostołów, nie szukał ich mię­dzy uczonymi, rabinami ani biegłymi w piśmie. Nie wymagał od apostolatu gimnazjum ani filozofii, ale od razu rozpoczął trzyletnim kursem teologii, a więc na­uką, w co trzeba wierzyć i czynić, aby się dostać do nieba.

       Jakim sposobem pozyskali apostołowie Jeruzalem, Aleksandrię, Rzym i Ateny, ówczesne środowisko mą­drości świata? Nie imponowali wyższym wykształce­niem ani zdumiewającą znajomością języków, ani po­rywającą wymową, ani gruntownym wyszkoleniem so­cjalnym. Nie umieli również o sprawach tego świata rozprawiać mądrze. Głupich tego świata wybrał Bóg, aby mędrców zawstydzić, mówi św. Paweł.

         Bo na cóż dużo wiedzieć? Tu nie chodzi o wiedzę, lecz o wiarę dziecięcą w to, że Jezus, Jednorodzony Syn Boży, ukrzyżowan, umarł, trzeciego dnia zmar­twychwstał, siedzi po prawicy Boga, stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. To wszystko są sprawy, któ­rych profesorowie niewiele więcej rozumieją od dzie­ci. Jeżeli więc pierwsi chrześcijanie bez pomocy wie­dzy zdobywali całe kraje, a w nich mężów wielkiej na­uki, to z tego nie wynika, by nauka była czymś złem, ale że Kościół i dziś bez uczonych, a nawet wbrew uczo­nym, może odnieść zwycięstwo.

         Wzrost Kościoła jest niezależny od pieniędzy. Mó­wią, że pieniądz rządzi światem. Być może, ale na pew­no nie rządzi niebem. Pod tym względem Ewangelia nie pozostawia żadnej wątpliwości. Ludzkość została uratowana przez łaskę Bożą i przenajświętszą Krew Zbawiciela. To jest podstawa nauki chrześcijańskiej. Co by się stało, gdyby Chrystus Pan, do którego wszystko należy, bo wszystko przezeń było uczynione, nadał zło-tu wybitne znaczenie w dziele Odkupienia? Cały świat powiedziałby, że Chrystus pieniędzmi świat odkupił.

       Nikt nie uwierzyłby w tryumf Krzyża. Chrystianizm nie ma podłoża kupieckiego. To nie przedsiębiorstwo finansowe; nie zawdzięczał swego powstania pienią­dzom i nie miał im zawdzięczać dalszego rozwoju. W jakie środki uposażył Jezus apostołów, wysyłając ich, aby głosili królestwo Boże? Zadanie było olbrzymie. Olbrzymie zadanie wymaga, według dzisiejszych po­jęć, olbrzymiego kapitału. A Chrystus nie dał Piotrowi nawet marnego grosza Piotrowego na kapitał obroto­wy. Nie założył instytucji ubezpieczeniowej od choro­by, wypadków, starości, inwalidztwa dla pierwszych wy­słanników wiary. Nie stworzył żadnego milionowego funduszu na cele misyjne. Nie założył z Łazarzem ani innym bogaczem banku katolickiego, który finansował­by sprawy zbawienia i kultu.

        Chrystus znał tylko jedno niezawodne źródło, z którego miały płynąć środki na utrzymanie życia i koszta służby Bożej: Opatrzność Bożą i dobrowolne ofiary wiernych. Tak było dawniej. Tak musi być i dzi­siaj. Kościołowi nie wolno myśleć, mówić, postępować po kupiecku, ale jak apostoł musi szukać najpierw kró­lestwa Bożego, a wszystkiego innego oczekiwać od Bo­ga. Rzecz Boża nie opierała i nie opiera się na obro­tach finansowych ani dziś, ani dawniej.

        Wzrost państwa niebieskiego nie należy od ze­wnętrznego blasku, znaczenia i potęgi politycznej. Podstawowym prawem boskiego porządku na świecie jest raczej to, co T. G. Geiger tak pięknie określił mówiąc, że wszystkie dzieła Boże wyszły z niczego i właśnie tym wykazują, że są dziełami Bożymi. Dlatego Jezus, spełniając zadanie swego życia na ziemi, ustanawiając Kościół, wzgardził wszystkimi środkami, które po ludz­ku biorąc, jedynie wielkie rzeczy w świecie mogą two­rzyć. Dlatego na fundamenty Kościoła wybrał ludzi, których świat miał za nic.

        My na pewno postąpilibyśmy inaczej. Wiedząc, jak ważną rzeczą jest przy wystąpieniu mieć za sobą życz­liwość, a przynajmniej pewną sympatię miarodajnych osób, staralibyśmy się, aby apostołami byli ludzie do­brze zapisani u Heroda, Piłata, Augusta, persona grata, jak się mówi. Kładlibyśmy duży nacisk na to, aby po-słannicy wiary wystąpili w pięknych szatach, przyswoili sobie obejście, które by im ułatwiło dostęp do tak zwa­nych lepszych sfer i umożliwiło bywanie w salonach Rzymu i Aten. Przede wszystkim nie zaniedbalibyśmy dać tym mężom przyszłości fachowego kursu dyplo­macji politycznej.

        Ani śladu tego u Chrystusa, gdy uczniów naucza! Kościół w pierwszych trzech stuleciach swego istnie­nia pozbawiony był prawie wszystkich naturalnych środków pomocniczych, jak bogactwa, wiedzy, opieki państwa. A jednak ziarnko gorczyczne zakiełkowało, rosło i stało się drzewem, ocieniającym narody. To do­wód, że dobra ziemskie, wiedza i potęga w rozszerza­niu się Kościoła w najlepszym razie mają wartość drugorzędną, i dlatego nie powinno się ich tak troskli­wie poszukiwać, ani tak uparcie przy nich obstawać.

        Istotną podstawą wzrostu w państwie niebieskim jest łaska działania Ducha Świętego w duszy. O tym zapomina się coraz bardziej, nawet w kołach katolic­kich, i dlatego winniśmy to przy każdej sposobności podkreślać. Nowocześni katolicy skłonni są brać wszyst­ko ze zbyt świeckiego stanowiska i sądzą, że wszystko świeckimi, nowoczesnymi środkami otrzymać można.

        Lecz smutne doświadczenia, codziennie z naj­większym nakładem sił czynione, pokazują, że życie jest czymś, czego ludzkim sprytem nie można naśla­dować. Synowie Boży- mówi św. Jan na początku swej Ewangelii - nie z woli męża, ale z woli Boga się naro­dzili. Jeśli pragniemy, aby Ewangelia o ziarnku gorczycz-nym i dziś się sprawdziła, musimy się zwrócić na nowo do nadprzyrodzonych środków łaski - Ofiary św., sa­kramentów i modlitwy. Bez tego cała praca po stronie katolickiej, jakkolwiek by się zwała, będzie tylko - pu­stym dźwiękiem.

 

 

 

W ŚWIECIE NADPRZYRODZONYM

 

 

 

      DWIE EWANGELIE WALCZĄ 0 PRZY-szłość: Ewangelia nowoczesnego nad-człowieka i Ewangelia człowieka świę­tego. Między tymi dwoma walka się roz­strzygnie. Nowoczesny nadczłowiek chce być orłem, gwiazdą na firmamencie, satelitą słońca. Chce, jako bo­gowie, być wszechwiedzący i wszechmocny. W sercu swym mówi: Chcę sięgnąć do nieba. Ponad boskimi gwiazdami tron mój umieścić. Ponad chmurami stać się równym Bogu.

      Taki jest początek Ewangelii Lucyfera. Jego Credo jest krótkie. Składa się z jednego artykułu wiary: Wie­rzę tylko w siebie. Nowoczesny człowiek pretenduje do korony, chce rządzić. Wiek demokracji nic w tym nie zmienił. Królów usuwają, bo każdy chce na tronie zasiąść, a choćby podnóżek jego nazwać swoją wła­snością.

      Druga Ewangelia to Ewangelia ósmego grudnia. Po­czątek jej: Gratia plena! Dominus tecum! Łaski pełna. Pan z Tobą. Ewangelia świata nadprzyrodzonego! Św. Jan opisuje je w Objawieniu: 1 ukazał się znak wielki na nie-

bie. Niewiasta obleczona w słońce, a księżyc pod Jej nogami. A na głowie Jej korona z gwiazd dwunastu.

        Między tymi dwiema Ewangeliami trzeba nam wy­bierać: między Ewangelią Lucyfera, Ewangelią obłędu wielkości, kończącą się upadkiem, a Ewangelią Niepo­kalanej, Ewangelią pokory, której końcem wniebowzię­cie. Żądza wielkości we krwi nam płynie. Pytanie tyl­ko, czy cel osiągnąć chcemy drogą prawa czy bezpra­wia, przez bunt czy posłuszeństwo, przez pychę czy też łaskę. Ósmy grudnia wskazuje nam drogę. Ósmy grudnia to dzień łaski, dzień nadprzyrodzonej wielko­ści, zdobyty nadprzyrodzonymi środkami.

       Musisz stać się dzieckiem łaski, istotą nad­przyrodzoną! W dniu chwały Tej, która starła głowę wę­żowi, mógłbym powiedzieć: Musisz być jak ta Matka twoja; jednolity, z charakterem, nieskazitelny i zdecy­dowany. Lecz tego byłoby za mało. Nie mam prawa żądać od ciebie mniej, aniżeli Bóg żąda. A wolą Bożą jest, abyś był święty! Musisz stać się podobny do Mat­ki twojej. Musisz stać się świętym, musisz całkowicie żyć życiem nadprzyrodzonym. To jest po katolicku.

      Chrystianizm jest religią, prowadzącą ludzkość do nadprzyrodzonego celu i nadprzyrodzonego życia. Je­steśmy ludźmi. Człowiek składa się z ciała i duszy. Istoty bez ciała nie są ludźmi. Istoty bez duszy nie są ludźmi. A więc jedno bez drugiego nie istnieje. Ciało i dusza razem to dopiero człowiek, człowiek naturalny, przy­chodzący na świat. Lecz to nie wszystko. Urodziwszy się raz, rodzimy się po raz drugi. Rodzimy się z wody i z Ducha Świętego. Zostaliśmy ochrzczeni. Staliśmy się chrześcijanami.

       Co to jest chrześcijanin? Pewien święty uczony powiedział: Chrześcijanin to dusza w ciele, a w duszy tej Bóg przebywa. Jak ciało bez duszy nie jest człowie­kiem, tylko gnijącym i rozkładającym się trupem, tak dusza bez Boga nie jest chrześcijańska. Braknie dru­giego życia. Braknie Boga. Dusza bez Boga ma pierw­sze, naturalne życie. Ale drugie życie, rozpoczynające się chrztem św., straciła. Gdy Bóg opuszcza duszę, na­stępuje śmierć, tak, druga śmierć, nadprzyrodzona: bezbożność, grzech. Taką istotę można nazwać czło­wiekiem, ale nie można jej nazwać chrześcijaninem w prawdziwym słowa znaczeniu.

       Zapamiętajmy: Chrześcijanin to więcej niż zwykły człowiek nie tylko co do stopnia, lecz co do istoty. Chrześcijanin to więcej niż dobry człowiek. Chrześci­janin jest istotą, która wzniosła się ponad naturę, jest kimś istotnie nowym, niewypowiedzianie wielkim. W chrześcijaninie jest coś nadprzyrodzonego i boskie­go. To dogmat. „Wszystkim, którzy go przyjęli, dał moc, aby się stali dziećmi Bożymi".

        Na tym polega całe znaczenie dzieła odkupienia. Św. Augustyn mówi: Syn Boży stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem. Syn Boży stał się uczestni­kiem natury ludzkiej, abyśmy uczestnikami Boskiej natury się stali. Kto mówiąc o chrystianizmie, mówi tylko, o ile przyczynił się on do podniesienia sztuki, nauki, dobrobytu ziemskiego narodów, a milczy o bo­skim życiu w duszy, które nazywamy łaską uświęcają­cą, ten bierze rzeczy powierzchownie i nie wie, czym jest Kościół.

       Gdyby chrystianizm świat zamienił w raj, a nie wprowadzałby Boga do duszy, byłby pustym dźwiękiem. Chrystianizm to religia życia nadprzyrodzonego. Chrześcijanin to dusza w ciele, a Bóg w duszy!

       A więc chrześcijanin jest istotą, w której mieszka Bóg Najświętszy. Co znaczy święty? Święty to chrze­ścijanin, żyjący pełnym życiem nadprzyrodzonym. Chrześcijanin, który żyje z Bogiem, w Bogu i dla Boga. Chrześcijanin to człowiek, którego na wskroś przeni­ka strumień nadprzyrodzonego życia, światła i sił. A więc ten, który do Matki Bożej jest podobny. Pełen łaski! Pełen Boga! Ubóstwiony. W słońce obleczony, z księżycem pod nogami. Syn Niepokalanej.

        Bądźmy uczciwi! Nie bądźmy obłudni! Albo odgry­wamy w kościele komedię, albo Kościół jest dla nas szkołą świętości, szkołą nadprzyrodzonego chrystia-nizmu. Czemu mielibyśmy się wahać otwarcie to po­wiedzieć? Musimy być świętymi. Nie dziwakami, nie pozującymi na nadzwyczajnych, ale powtarzam: Świę­tymi! Kardynał Mermillod powiedział raz w wybranym towarzystwie: Ziemia istnieje po to, aby świętych no­siła. Świat żyje w tym celu, aby świętych dawał. Wieki mijają, aby świętych tworzyć, urabiać dusze, dla któ­rych Bóg jest wszystkim. Gdyby Bóg na biednej ziemi nie znalazł już świętych, wiecie, co by zrobił? Rozbiłby świat jak bezużyteczne naczynie.

        Czy dziś są święci? Sławny apostoł naszych cza­sów powiedział: Chociaż żyjemy w czasach burzliwych, świętość i teraz wydaje kwiaty cudowne. Jest to godzi­na dusz ukrytych, ale wielkich i świętych. Tylko święci świat ocalą!

        Święte dzieci, święci ojcowie i matki, święci ka­płani, święci mężowie stanu, rzemieślnicy, włościanie i robotnicy! Synowie Niepokalanej! Pełni łaski! Pełni Boga! Nadprzyrodzeni!

 

      Tak, nadprzyrodzeni! Widzieliśmy, że chrystianizm jest religią nadprzyrodzonego celu, ludzkości, do któ­rego o własnych siłach nigdy nie wzniosą nas orle wzlo­ty rozumu i woli. Widzieliśmy, że chrystianizm jest re­ligią życia nadprzyrodzonego już tu na ziemi; życia, którego początek nazywamy łaską uświęcającą, a ko­niec świętością.

        Chrystianizm jest także religią, posiadającą środki nadprzyrodzonego życia. Życia nadprzyrodzonego ża­den człowiek wzbudzić nie zdoła. Życie stwarzać to przywilej, który Bóg zachował dla siebie. Wszelkie pró­by uczonych, aby sztucznie wywołać najprostsze zja­wisko życia, nie udały się i nie udadzą. Bóg stwarza każdą duszę z osobna. Tym więcej dotyczy to wyższego życia dusz. Człowiek nie ma sposobu ani środka, aby to życie wywołać. Żaden talent, żadne krasomówstwo, żadna siła ani bogactwo tego nie dokonają. Jeden tyl­ko Bóg zrobić to może, a jedynym zadaniem człowie­ka służyć Bogu za narzędzie, być tym kanałem, przez który płyną zdroje łaski dla drugich.

      Chrzcimy. Przez chrzest wchodzi do duszy życie boskie. Ale nie wyobrażajmy sobie, że to my jesteśmy źródłem tego życia. Jest nim Jezus. Rozgrzeszamy. Przez rozgrzeszenie odnowione jest boskie życie w duszy. Szaleństwem byłoby przypisywać to słowom człowie­ka. Jezus to czyni. Konsekrujemy. Zamieniamy chleb i wino w Ciało i Krew Chrystusa. Lecz nie czynimy tego własną mocą. Jezus to czyni. Wygłaszamy kazania. Gło­sząc je, mamy przekonanie, że to coś innego, niż gdy inni mówią. W naszych słowach tkwi moc boska. Wie­my również, że nigdy żadne kazanie samo przez się nie wywoła w nikim nadprzyrodzonego postanowienia. Jezus to sprawia.

        On jest winnym krzewem. My jesteśmy latorośle. Wszystkie soki łaski płyną z Jezusa. Bez Niego nic nad­przyrodzonego uczynić nie możemy. Nic. Ani wiele, ani mało, nic! Jezus jedynie, Jezus wszystko, bez Jezusa nic. Duchowny, który nie jest głęboko przekonany o tej podstawowej prawdzie chrześcijańskiej, jest he­retykiem. Ale nie tylko duchowni muszą w to wierzyć. Wszyscy w to wierzyć musimy.

         Musimy być nadprzyrodzonymi. Musimy mieć głę­bokie przeświadczenie, że świat tylko nadprzyrodzo­nymi środkami i nadprzyrodzonymi dziełami odnowio­ny będzie. Tymi nadprzyrodzonymi siłami i środkami są sakramenty i modlitwa. Świat nowoczesny wierzył tylko w rzeczy przyrodzone, w geniusz, w talent, w energię, w pracę na polu przemysłowym, technicz­nym, handlowym, w prace naukowe polityczne i so­cjalne. Żadne stulecie nie pracowało tyle dla docze­snych dziedzin życia co wiek XIX. Ale też żadne stule­cie silniej nie podkopało wiary w nadprzyrodzoną moc łaski, niż ten wiek liberalizmu. Idea nadprzyrodzono-ści znikała coraz bardziej z pól naukowej, politycznej, socjalnej i ekonomicznej działalności. Pracowano, jak gdyby Chrystus nigdy nie był powiedział „beze Mnie nic zrobić nie możecie". Było wielu katolików, uczo­nych, dyplomatów, przedsiębiorców, rzemieślników, ale mało było prawdziwie katolickich uczonych, dyploma­tów, przedsiębiorców i lekarzy.

        Co się stało? Patrzymy na to od 1 sierpnia 1914 r. Talent zbankrutował. Energia zbankrutowała. Wszyst­ko czyste, przyrodzone zbankrutowało. Przemysł, han­del, polityka i wiedza szły błędną drogą. Zawiodły. Jak ongiś Aggeusz prorokował: „Sialiście wiele, ale mało zwieźliście. Jedliście i nie najedliście się. Okryliście się i nie zagrzaliście się. A kto zyski zbierał, kładł je w dziu­rawy mieszek. Wnieśliście do domu, i rozdmuchnąłem je, mówi Pan Zastępów". Środki przyrodzone nie wy­starczają do poprawy ludzkości. Nie mogą nawet uczy­nić jej szczęśliwszą.

         Od roku 1914 Bóg uczy ludzi pokory. Chce im przy­pomnieć podobieństwo o winnym krzewie i latorośli. Bez Chrystusa nic uczynić nie możecie. Będziecie jak latorośl odcięta, odrzuceni, uschnięci i spaleni. To rani naszą przeklętą nowoczesną pychę. Lecz nauka jest konieczna.

         Najwspanialsza działalność naukowa i społeczna bez łaski uświęcającej jest w oczach Boga bez warto­ści. Nie ma dla niej nagrody w wieczności. Bóg jej nie potrzebuje. Najwyżej jako nawóz dla dobrego. Naj-świetniejsze uczynki nawet chrześcijanina, gdy nie są wzbudzone łaską pomocniczą, gdy im łaska nie towarzyszy, nie są łaską uduchowione, oświecone i uświęcone - nie mają znaczenia dla wieczności. Au­gustyn napisałby o takich uczynkach: Grandes passus, sed extra viam! Wielkie postępy, ale nie na właściwej drodze. Bernard w liście do papieża Eugeniusza 111, mówiąc o tej kupieckiej działalności, która ruguje ży­cie religijne, używa ostrego wyrażenia. Nazywa ją oc-cupationes maledictae! Przeklęta praca! Jesteśmy chrze­ścijanami. Jesteśmy nadprzyrodzonymi. Jesteśmy nimi o tyle, o ile łaska jest w nas. Mamy pracować, ale ta praca nie ma być celem dla siebie, nie ma być bałwochwalstwem, tylko służbą Bożą. Katolicki insty­tut, w którym sprawy doczesne miałyby większą wagę niż rzeczy nadprzyrodzone, nie ma racji bytu.

        Oto posłannictwo ósmego grudnia. Posłannictwo łaski, posłannictwo tego, co nadprzyrodzone, co świę­te, co boskie. Przez nie stajemy się pełni łaski, jak Maryja! Mocą Ducha Świętego, mocą Jezusa. W Rosji spotyka się często obraz Matki Boskiej z VI stulecia, Maryja w morzu promieni! W środku na piersiach, jak słońce, jak świecąca Hostia, Jezus żyje w Maryi. Jezus jest Jej środkiem i życiem. Jak gdyby Maryja nie miała serca i duszy, jak inni ludzie. Jej sercem i duszą jest Jezus. Jest żywą Jego monstrancją, Jego tabernakulum. Zewnątrz Maryja, wewnątrz Jezus. Oto wierny obraz naszej Matki. Powinien być obrazem i Jej synów.

 

 

 

 

 

MOJE IMIĘ

 

 

         JESTEM KATOLIKIEM! OTWARCIE, NIE OGLĄDA-I  jąc się na nikogo, powtarzajmy te słowa. Najpierw  dlatego, że nam samym sprawiają radość. A po-  tem dlatego, że nie możemy oddać większej    przysługi naszym braciom i tym, co stoją poza Ko­ściołem, niż czyniąc ich świadkami naszego szczęścia. Dusza nasza, ilekroć odmawiamy dziewiąty artykuł wiary, święci święto.

        Inni w czym innym szukają zadowolenia, dumy. My właśnie tym się chlubimy. Gdybyśmy na kolanach mat­ki i w latach szkolnych tylko tego jednego się nauczyli, byłoby już dosyć. Co biskup niegdyś krzyżmem i ogniem Ducha Świętego na czole nam wypalił, niech wypisze nam na skromnym krzyżu naszego grobu:

          Jestem katolikiem!

         Gdybyście wiedzieli, co znaczy być katolikami, krzy­czelibyście i płakali z radości. Weseląc się, kulibyście w kuźni serc waszych miecze Pawłowe ze stali na wal­kę ze światem i szatanem. Z głową wzniesioną, nie­ustraszeni stalibyście wśród burz i wstrząśnień, nie opierając się bezsilnie o walące się gruzy.

        Być katolikiem - znaczy stać na odwiecznym gra­nicie prawdy absolutnej i całkowitej. Niewierzący uwa­żają nas za głupich. Twierdzono to już w raju. Bóg ob­darzył pierwszego człowieka przedziwną mądrością. Nasz stosunek do niego jest mniej więcej taki, jak sto­sunek dzikiego z lasów afrykańskich do współczesnych uczonych. A mimo to, ponieważ Adam i Ewa wierzyli, wąż twierdził, że są głupi, ślepi, że z zawiązanymi oczy­ma patrzą na świat.

       Ale głupim człowiek być nie chce. Co robią pierwsi rodzice? Słuchają tego, który im chce otworzyć oczy. Zgrzeszyli. Co się dzieje? Noc powlekła ich ducha. Ro­zum zaciemnił się. Teraz naprawdę stali się głupi. Kto jedynie jest mądry? Ten, który sądzi wszystko według sądu wszechwiedzącego, nieomylnego Boga. Ten, któ­ry wierzy! Kto będzie tym nieświadomym, głupim, śle­pym w rzeczach najważniejszych? Ten, który wszystko widzi w świetle słabego, omylnego ludzkiego rozumu. A więc ten, kto nie wierzy!

       Kto więc bezwarunkowo musi być bardziej nieświa­domy, głupszy, ślepszy, katolik czy niekatolik? Wątpli­wości nie ma żadnej. Katolik żyje każdym słowem, wy­chodzącym z ust Boga. Katolik widzi wszystko w Chry­stusie, który jest światłem świata. Katolik słucha Ko­ścioła, który jest filarem i twierdzą prawdy. Katolik ma w małym katechizmie więcej wiedzy prawdziwej niż wszystkie uniwersyteckie biblioteki razem.

        Myśl tę wypowiedział w niezrównany sposób Do-noso Cortes: Katolicyzm jest skarbcem wszelkiej praw­dy, światłem wszelkich tajemnic. Dla kogoś, kto go nie zna, wszystko jest ciemnością. Dla kogoś, kto go zna, wszystko jest jasne. Katolicyzm posiada wartości życia dla wszystkich. Jest zdrowiem dla chorych, odpo­czynkiem dla zmęczonych, źródłem czystej wody dla spragnionych, chlebem dla łaknących, światłem dla śle­pych, siłą dla walczących, koroną dla zwycięzców.

       Dlaczego jesteśmy katolikami? Inni katolikami nie są, bo są za dumni, aby być nimi. My jesteśmy katolika­mi, bo jesteśmy za dumni, aby nimi nie być. Za dumni, aby odziewać się w łachmany. Za dumni, aby płynąć na zmurszałych deskach przez morze. Jesteśmy katolika­mi, bo jesteśmy rozumni.

        Być katolikiem to znaczy być bojownikiem. Wie­rzymy wprawdzie, że w obcowaniu świętych jest Ko­ściół tryumfujący, ale mało się nad tym zastanawiamy, że Kościół tryumfujący musiał być poprzedzony przez Kościół wojujący. Wielu tego nie chce zrozumieć. Chcą zapłaty bez pracy, zwycięstwa bez walki, chrześcijań­stwa bez Golgoty. Podobnie jak świat zalany jest falą próżniactwa, tak świat katolicki opanowany jest epi­demią tchórzostwa. Jesteśmy armią, która w koszarach jest odważna, ale tchórzy, skoro się ją wyprowadzi na pole bitwy.

         Briand w roku 1905 nader zgryźliwie określił Ko­ściół w ówczesnym położeniu: To śpiąca twierdza. For­ty bez armat. Arsenały puste. Armie rozproszone. Do­wódcy uśpieni. Na szczęście tak źle nie jest, jak to Briand przedstawia, ale nie jest dobrze. Miejsce daw­nego pięknego ofiarnego ducha rycerskiego zajął pe­wien duchowy antymilitaryzm. Żołnierze ćwiczą się jeszcze, ale walczyć już nie chcą. Dech cmentarny wie­je wokoło. To nie po katolicku. Ongi przy chrzcielnicy inna była mowa i bardziej wojenna niż dziś wśród chrze­ścijan. Mowa Kościoła ma rdzeń i charakter. Ta mowa żołnierzy w dobrym słowa znaczeniu - Chrystusa na­zywa Panem i Bogiem, a diabła diabłem. Tej mowy mu­simy się znów nauczyć. W życiu czynnym mogą być dwa typy: żołnierza lub zdrajcy. Zresztą religia nasza ma wszelkie dane, aby nam dodać otuchy: pełną chwa­ły 1900-letnią historię, stumilionową armię walczących, całe zastępy bohaterów jako przykład, całe niebo za sprzymierzeńca, źródło siły w sakramentach św., szczęśliwość wieczną jako zapłatę. Tchórzostwo u kato­lika należałoby uważać za rzecz niemożliwą. Gdy mówię sobie: Jestem katolikiem, powinienem odczuwać stru­mienie siły i ufności, płynące w żyłach. Obieram hasło bojowe, które równocześnie jest hasłem pokory i świętej dumy: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia".

      Być katolikiem to znaczy być szczęśliwym. Gdy przyniesiono do domu bazylejskiego konwertytę dr. Speisera, rażonego paraliżem, znaleziono na jego biur­ku przezeń wypisane słowa św. Augustyna: Nie ma na świecie większego bogactwa, większego skarbu, więk­szego honoru i dobra niż wiara katolicka. Kto tak myśli i czuje, nie będzie uważał za przesadę, ale za zupełnie słuszne, gdy przyswoimy sobie wszyscy zdanie św. Augustyna: Nie ma większego szczęścia, jak być kato­likiem.

       Ci, którzy stoją poza Kościołem, nie mają pojęcia o szczęściu, towarzyszącym przynależności do Kościoła; naturalnie, przynależności, która jest wewnętrzna i ży­wa. Myślą oni naiwnie, że męczymy się w więzieniu, skuci kajdanami, pozbawieni radości, powietrza, świa­tła i wolności. Mylą się. Nigdy nie zamienilibyśmy Ko­ścioła, który zwą więzieniem, na ich raj. Jesteśmy szczę­śliwi, bo jesteśmy katolikami.

     Melanchton miał odpowiedzieć matce staruszce na pytanie, czy i ona ma zostać protestantką: W religii protestanckiej żyje się dobrze, w katolickiej umiera się dobrze. My powiemy: W wierze katolickiej nie tylko się dobrze umiera, ale i żyje szczęśliwie.

       Matka nasza Kościół jest najbogatszą matką. Jest mieszkaniem Ducha Świętego. Szafarzem krwi drogo­cennej, która jest ceną naszego zbawienia. Przecho­wuje Tabernakulum z przenajświętszą Hostią. Katolik jest bogaty, chociażby był żebrakiem. Niekatolik jest ubogi, chociażby był milionerem.

      Nasza Matka Kościół jest najukochańszą matką. Do-noso Cortes, którego można nazwać najbezwzględniej-szym obrońcą katolicyzmu, użył tu najsilniejszego wy­rażenia: Katolicyzm jest miłością, bo Bóg jest miłością. Ojciec jest miłością. Zesłał Syna swego z miłości. Syn jest miłością. Zesłał Ducha Świętego z miłości. Duch Święty jest miłością. Miłością bezustannie opromienia Kościół. Kościół jest miłością. Miłością rozpali świat. Ci, którzy o tym nie wiedzą albo zapomnieli, nigdy nie zrozumieją nadprzyrodzonej, ukrytej przyczyny tego, co jest widoczne, nie pojmą nigdy działania Ducha Świętego w duszy, Opatrzności w społeczeństwie, Boga w historii.

      Nasza Matka Kościół jest najpiękniejszą matką. Chwalebny, nie mający zmazy, albo zmarszczki, albo czego takowego; raczej święty, niepokalany (Ef 5). Dzie­ci jej nawet najwyżej stojące, mogą błądzić. Ona ni­gdy. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce ludzkie nie pojęło, czym jesteś dla nas, święty, katolicki Kościele, matko świętych. Przy twym słońcu bledną gwiazdy. Niech język mi uschnie, ramię się ubezwładni, serce zastygnie, jeśli nie uczynię cię pierwszą radością. Wiem, że nikt na ziemi nie jest bardziej znie­nawidzony od Kościoła mego serca. Ale niech wiedzą bluźniercy: im więcej cię nienawidzą, tym więcej cię kochamy. Cieszymy się, że jesteśmy dziećmi matki męczennicy.

        Zimni uśmiechają się nad gorącością mowy naszej. Lecz musieliśmy tak mówić. Musieliśmy w dziękczyn-nem Te Deum ogłosić światu szczęście z posiadania wiary. Radosnym okrzykiem potwierdzić, czym jeste­śmy i czym być chcemy. Radować się - że apostolską pracą rozniecamy ogień świętego zapału - jak zorza i hejnał ranny budząc śpiących. Niech inni śpiewają, co im się podoba. Naszą pieśnią: Jestem katolikiem!

 

 

 

PO BOLSZEWICKI! CZY PO KATOLICKU?

                

                                             

 

     SĄ OCZY, KTÓRE WIDZĄ, CZEGO MY NIE Wi­dzimy, uszy, które słyszą, czego my nie sły­szymy. Są oczy, które nie przypisując sobie daru jasnowidzenia, widzą ziemię zamienio­ną w krwawą arenę; są uszy, które słyszą za kratami nowoczesnych państw policyjnych ryk bestii bolsze­wickiej rewolucji i szatańskiego prześladowania Kościo­ła. Pewien biskup austriacki w liście pasterskim woła: Do tego przyjdzie, jeżeli lud nie zawróci. Już słychać groźbę: Będziemy z wami rozprawiać się po meksy-kańsku i po bolszewicku. Wypadki w Wiedniu dowo­dzą, jak gorliwie ludzie uczą się bolszewizmu.

      Co robić, aby odwrócić od ludzkości tę straszną katastrofę czerwonego potopu? Jeśli trysną źródła z głębokości, i wody wzbiorą gwałtownie i zapełnią zie­mię i pokryją szczyty gór aż po niebo, co ocali od za­tonięcia ludzi dobrej woli? To samo, co uratowało No­ego. Arka. Kościół jedynie. Nie ci, co pływać będą, lecz ci, co się schronią na korab Kościoła, będą ocaleni, Wszystkie jak piasek sypkie góry niecnych ustępstw, wszystkie sztuczne tamy reform drobnych zalane i zniesione będą. Zostanie tylko opoka Piotrowa, która przez 1900 lat przechowała prawdę katolicką. Dlatego jeśli rewolucja powie: Będziemy z wami rozprawiać po bol­szewicku - odpowiemy: a my po katolicku! Niebezpie­czeństwo, aby się kiedyś z nami po bolszewicku i po meksykańsku nie rozprawiano, usuniemy jedynie, mó­wiąc ze światem otwarcie po katolicku, mową prawdy katolickiej i katolickiej miłości!

      Tej mowy musimy się nauczyć i mówić nią wszę­dzie. Na ulicach, w pałacach, w chatach, parlamentach, szkołach, bankach i fabrykach. Mowa katolicka nie zna różnic między krajami, klasami, wiekiem i płcią. Nie obawia się złotego cielca ani pięści proletariatu. Od­daje każdemu, co mu się należy, prawa, obowiązki, bez względu na znaczenie osoby. Z płonącym mieczem stoi na straży prawa Bożego porządku i obyczajów w gó­rze i na dole. Zatem przeciwna jest rewolucji, rewolu­cji liberalnej w cylindrze, rewolucji komunistyczno-socjalnej, rewolucji, miotającej bomby, rewolucji demokratycznej i tej absolutnej z mieczem zagłady w ręku. Mowa prawdy katolickiej jest jedyną potęgą na ziemi, która z istoty swej może być skałą i tamą przeciwko wszelkiemu bezprawiu i przewrotom. Świat ma do wyboru. Będzie się musiał uczyć mówić albo po katolicku, rzymsko-katolicku, albo po bolszewicku -będzie się musiał uczyć mowy autorytetu i prawa, albo buntu i samowoli. Jedno albo drugie!

      Połowiczność długo trwać nie może. Odległość między Rzymem a Moskwą za wielka, przepaść mię­dzy katolicyzmem a komunizmem za głęboka, aby most można zbudować. Wprawdzie w ubiegłych dziesięciu latach nie brakło ludzi, którzy próbowali takie mosty

wznosić i wynaleźć pewne styczne między katolicyz­mem a socjalizmem; którzy wierzyli, że lewica skłonna jest dolać trochę chrześcijańskiej wody do czerwone­go wina. Katolicki kongres robotniczy w Antwerpii w 1926 r. kazał badać „poziom duchowy katolickiego robotnika". Sprawozdania, nadesłane z rozmaitych kra­jów, dały przerażający i wzruszający obraz. Katolickie rzesze robotnicze mniemają, że jedynie przez Morze Czerwone dojść można do błogosławionej krainy lep­szej przyszłości. Odrzucają skrajny komunizm, ale cały ich świat myśli, mowa ich i praktyczny stosunek do zagadnień chwili - są przepojone ideami socjalistycz­nymi. Nie chcą, aby na Zachodzie rozprawiano się po bolszewicku, ale nie wierzą, aby dopięła czegoś mowa rzymska. Ideałem ich jest język bolszewicko-katolicki! Nie myślą o moście Rzym-Moskwa, ale pracują nad pierwszym filarem „chrześcijańskiego socjalizmu".

        Kościół, jako religia ustanowiona przez syna cieśli z Nazaretu, stał zawsze po stronie robotnika. Kościół musi odmówić tego pierwszego kroku do Moskwy, któ­ry jak wszystkie pierwsze kroki na pochyłej prowadzi do przepaści.

        Leon XIII w encyklice Diuturnum illud z 1881 r. na­zwał socjalizm „straszliwym potworem społeczeństwa ludzkiego". Kto z nim igra, będzie przezeń pożarty. Trzeba wybrać: albo mowę katolicką, albo bolszewic­ką. Mieszane mowy giną. Słuchajmy mowy przez Boga nakazanego porządku, autorytetu, wiary, posłuszeństwa, sprawiedliwości - gdyż inaczej czeka nas przewrót.

        Nie potrzeba uczyć się bolszewizmu, aby dać ro­botnikowi to, co mu się należy. Wystarczy nauczyć się języka katolickiego, dziesięciorga przykazań, Kazania na Górze, a przede wszystkim pierwszego i najwięk­szego przykazania: nadprzyrodzonej miłości bliźniego, i według tego żyć i czynić. W krótkim czasie świat za­mieniłby się w raj. Kwestii socjalnej nie rozwiąże ani państwo, ani instytucje dobroczynne, ani socjalizm, bo problem ten z fałszywej ujmują strony. Główny błąd polega na tym, że wszyscy zaczynają od wyższego wynagradzania robotników. Robotnik w zdrowym po­czuciu godności osobistej powinien wystąpić przeciw tak czysto materialnemu rozwiązaniu sprawy socjalnej.

     Nie wskutek niskiej płacy położenie ludu robotni­czego bywa często o pomstę wołające. Przyczyna jest inna - powoduje ją nowoczesny ustrój w gospodar­stwie społecznym: liberalizm. Robotnik dlatego, że jest robotnikiem, traktowanyjest jako społecznie niżej sto­jąca istota. W hierarchii społecznej stoi najniżej. Przed­stawia mniej wartości, jest tym zdegradowanym, mini­malnym człowiekiem! Robotnik odczuwa to ze sposo­bu obejścia, z traktowania przez panów. Znaczy mniej niż inni. To wywołuje w nim bunt. A tego zbuntowane­go samopoczucia nie usunie ze świata podniesienie płacy. Robotnik chce być człowiekiem jak inni. Chce nie tylko być lepiej płatnym, ale przede wszystkim bar­dziej szanowanym. Tego państwo zrobić nie może. Tego i socjalizm nie dokona. Tylko wiara katolicka może usu­nąć ze świata tę największą z wszystkich społecznych niesprawiedliwości - poniżenie. Tylko nadprzyrodzo­ny pogląd na człowieka może zaspokoić ów krzyk pro­letariusza o zrównanie socjalne, o uznanie go za rów­nego nam człowieka. Kwestia socjalna jest przede wszystkim kwestią duchową, i aby ją rozwiązać, trze­ba znowu nauczyć się o każdym człowieku myśleć po katolicku. Tego bolszewizm nie nauczy.

       A gdy będziemy już o każdym najprostszym czło­wieku myśleli po katolicku, szybko nauczymy się mó­wić doń katolicką mową miłości. Mowa miłości kato­lickiej sama zdoła wyprzeć grożącą światu przemoc bolszewizmu. Chrystus kochał maluczkich, biednych i poniżonych. Przebywał z robotnikami, rybakami i celnikami. Był jako jeden z nich. Szczególnie serdeczną przychylność żywił dla tych rzekomo socjalnie upośle­dzonych. Młody Kościół uczynił mowę, której nauczył się od Jezusa, oficjalną mową Kościoła. Miłość społecz­na niższej klasy stała się potężnym apologetycznym dowodem prawdziwości pierwotnego chrześcijaństwa. Była to mowa, którą rozumiały wszystkie narody, i dziś najlepiej by ją rozumiano - również w obozie socjali­stycznym i komunistycznym. Gdybyśmy z nimi wszyst­kimi nie tylko walczyli, ale ich kochać mogli serdecz­nie, szczerze, czynem i w prawdzie aż do samozapar­cia - mowa katolicka stałaby się znów językiem świa­towym. Apologii miłości mało kto oprzeć się zdoła. „Traktujemy tych społecznie zdegradowanych, jak Chry­stus ich traktował, a więcej i lepiej przyczynimy się do rozwiązania kwestii socjalnej, niż napisaniem na ten temat trzytomowego dzieła".

        Po katolicku albo bolszewicku. To są te dwa języki światowe, między którymi rozstrzygnie przyszłość! Ciężkie, pełne odpowiedzialności godziny biją dla chrześcijaństwa. Czy będziemy na wysokości zadania? Czy miłość będzie silniejsza, niż nienawiść? Czy jutro należeć będzie do Rzymu, czy do Moskwy? Bóg jeden wie. My wiemy, że czas najwyższy, aby każdy spełnił

swój obowiązek modlitwą, słowem i czynem.

 

 

MIMO WSZYSTKO -OPTYMIZM

 

 

 

        SPOŁECZEŃSTWO PRZECHODZI STRASZNY kryzys. Ciemności opanowały świat. Dziś po 80 latach spełniły się słowa Donoso Corte-sa, tego proroka wśród dyplomatów, słowa, które wówczas wywołały sensację w Europie:

      - Moi panowie - mówił - przekonany jestem głę­boko, że wchodzimy w okres wielkiego ucisku. Wszyst­ko o tym świadczy: zaślepienie inteligencji, podniece­nie umysłów, bezprzedmiotowe rozprawy, bezpodstaw­ne napaści, a przede wszystkim żądza reform ekono­micznych. Jeżeli ta żądza, która ogarnęła wszystkich, porwie i dusze, jak się to dzieje obecnie, będzie to znakiem pewnym wielkich katastrof i wielkiego upad­ku. Zarówno prosty rozsądek, jak umysł badawczy wi­dzi grozę strasznego kryzysu i upadku, jakiego ludz­kość nie zaznała jeszcze. Uratować społeczeństwo może jedynie Kościół katolicki. Lecz barometr katolic­ki wskazuje na burzę. Wartość idei katolickich spadła prawie we wszystkich krajach. Pewien kapłan zapyta­ny, czy jest rzeczą możliwą rozpowszechnienie pew­nej katolickiej książki w katolickim kraju, odpowiedział, że rozumiana będzie tylko przez katolików, którzy są katolikami. Odpowiedź więcej niż dowcipna. Pod wpły­wem protestantyzmu, liberalizmu, socjalizmu i moder­nizmu zanik katolicyzmu w naszych duszach uczynił zastraszające postępy. Odrzucając wszystko, co specy­ficznie katolickie, myślimy, mówimy, piszemy, czynimy coraz więcej tak jak inni. Przesiąkliśmy protestanty­zmem, liberalizmem i socjalizmem. Przestajemy być sobą, aby zginąć w trzeciej osobie liczby mnogiej, za­miast my są oni.

     Bądźmy szczerzy. Grunt usuwa się nam pod noga­mi. Ziemia drży. Niebo powlekają czarne chmury. Bu­rza się zbliża. Wielki strach padł na narody w oczeki­waniu rzeczy, które przyjść mają. Pesymizm tryumfu­je. Prawdziwa epidemia rozpaczy ogarnia coraz bar­dziej katolickie sfery. Wiara w wielu duszach przecho­dzi ciężki kryzys. Zdaje się - powtarzam - zdaje się, że Bóg od 1914 r. zasnął, że jest głuchy i niemy i chro­my. Drwią z nas, mówiąc: Przestańcie krzyczeć! Prze­stańcie się modlić! Bóg umarł! Już Go nie zbudzicie!

     Małoduszność stała się grzechem narodów. Wszę­dzie spotykamy ludzi, patrzących przez czarne okula­ry. Nawet pod maską śmiałego optymizmu zgrzyta aż nazbyt często upiór zwątpienia w Boga i Kościół. Kom­promis, „utrzymujący państwa", nie znalazłby wśród nas tylu stronników, gdyby nie tak ogólnie roz­powszechniona wiara, że z Bogiem samym nie można już zwyciężyć.

       Precz z pesymizmem! Człowiek patrzący przez czarne okulary jest niebezpieczny dla religii. Może właśnie on jest tym rzeczywistym religijnym niebez­pieczeństwem. Dlatego my jesteśmy zwolennikami optymizmu. 1 dodajemy z góry, optymizmu nadprzy­rodzonego, który jest częścią składową naszego Cre­do, nie opiera się na mamonie, potędze ni organizacji. To są krokwie, środki pomocnicze, a nie fundamenty. My wierzymy w zwycięstwo sprawy katolickiej, bo wie­rzymy w Boga. A źródłem tego nigdy niezawodzącego nadprzyrodzonego optymizmu jest pierwszy artykuł wiary.

       Bogiem współczesnych jest bezwład konstytucyjny, łącznie z ustrojami politycznymi i decydowaniem więk­szości w parlamentach. Bóg utracił państwo i może się cieszyć, jeżeli rządy raczą imię Jego, „cudzoziemca", umieścić na czele prawodawstwa. Stał się Bogiem ka­pliczek. Wzbroniony Mu wstęp do ratusza, w progi fa­bryk i szkół. Tak postanowił świat liberalny.

       Zmaleliśmy i zubożeli, ponieważ nasze pojęcie Boga stało się takie małe. Jaki Bóg - tacy Jego wyznaw­cy: karły i zera. Wszystkie nasze nowoczesne błędy religijne, polityczne i socjalne pochodzą z tego mizer­nego wolnomyślnego pojęcia o Bogu. Mówcie nam znów o dawnym Bogu biblijnym, Bogu pierwotnego chrystianizmu i średniowiecza, Bogu Zastępów-a bę­dziemy ocaleni.

       Mówcie nam o Mocnym, Wszechmocnym, Wszyst­kowiedzącym, o strumieniach siły, płynących przez świat, o Bogu, przemawiającym w szumie wodospa­dów, wśród błyskawic i grzmotów, a będziemy ludem bohaterów!

        Pokażcie nam Boga, który duszę napełnia siłą ra­dosną, stwarza słońca, cuda czyni, krnąbrne narody wraz z ich rządami, jak naczynia garncarskie druzgo­ce! Pokażcie nam Boga, który z pobłażliwym uśmiechem przechodzi ponad szaleństwem ludzi i swymi boskimi „zamachami stanu" dochodzi praw swoich, a odnowimy oblicze ziemi.

         Kwestia uzdrowienia narodów jest więc przede wszystkim teologiczną, a dopiero potem kwestią pie­niędzy i chleba. Musieliśmy tak nisko upaść. I musimy, o ile to możliwe, jeszcze głębiej spadać - z przepaści w przepaść. Od stu lat liberalizm fałszywym pojęciem - o polityce dla polityki - i ekonomii dla ekonomii -zabronił Bogu mieszać się w te dziedziny życia spo­łecznego. Bóg, aby zbić polityczny i ekonomiczny libe­ralizm, musiał wycofać się również z ministerstwa spraw zewnętrznych.

         Bóg ukarał liberalizm - według słów natchnionych de Maistre'a - tak jak stworzył światło - jednym sło­wem. Rzekł: niech się stanie! I wali się w gruzy świat polityczny. Wypadki lat ubiegłych są tylko publicznym odczytem o istnieniu Boga i negatywnymi dowodami, że Opatrzność prowadzi ludzkość.

         Błędy polityczne i socjalne mogła sprostować je­dynie ta pośrednia apologetyczna nauka poglądowa.

        Nigdy nie byłem większym optymistą niż dziś, w obliczu tej powszechnej ruiny. Nigdy z większym przekonaniem nie odmawiałem Credo. Era nowocze­snego Boga zbliża się ku końcowi. Nasz Bóg zmartwych­wstaje! A gdy minie tydzień pasyjny światowego ban­kructwa ze swym Wielkim Piątkiem, nasz Bóg - Bóg biblijny, Bóg Wszechmocy i miłości, Bóg katolicki znów będzie Bogiem narodów. Po anarchii - teokracja! Pierw­szy artykuł wiary stanie się znowu fundamentem ustaw.

       Pewna głuchoniema pisała w optymistycznym wy­znaniu wiary: wierzę, że mamy święty obowiązek siebie i drugich podnosić na duchu. Do tego potrzeba, aby myśl katolicka, myśl o Bogu stała się znów ogni­skiem wszystkich rzeczy. Proudhon ma słuszność: to dziwne, że na dnie naszej polityki znajdujemy zawsze teologię. W dniu, w którym polityka i ekonomia zjedno­czą się znów z teologią, wzejdzie słońce optymizmu nad naszymi górami.

 

 

 

ZMARTWYCH­WSTANIEMY!

 

 

 

     WIELKANOC JEST ARCYŚWIĘTEM CHRZEścijaństwa, jak była niegdyś arcyświę-tem Starego Zakonu. Obchodzić je będziecie uroczyście z pokolenia w pokolenie z wieczystą służbą Bożą (Wyjść 12, 14). Ten przed czterema tysiącami lat wydany rozkaz Boży nie ustaje ze Zmartwychwstaniem Pańskim, ale prze­ciwnie - wchodzi w pełnię praw.

        Dniem Zmartwychwstania, dniem Pańskim stała się nasza niedziela, pierwszy dzień tygodnia, dzień ofi­cjalny służby Bożej.

     Cóż oznacza Wielkanoc Starego i Nowego Zako­nu? Wolność! Tak, Wielkanoc to święto wolności ludu Bożego. Dzień wyjścia z niewoli i grobu. Śmierć poko­nana, okowy spadają; nowe życie nadpływa - wiosna dusz i ludów. To jest właściwa Wielkanoc.

      Nie wystarczy jednakże, że kalendarz wskazuje Wielkanoc, że Kościół i natura ją obchodzą. Cóż po­może Wielkanoc w świątyni, na polu i w lesie, jeżeli dzwony wielkanocne nie biją w sercu twym i duszy?

     Ewangelia mówi, że przy śmierci Chrystusa Pana ziemia drżała, groby się otworzyły, a umarli powstali. W duchu winniśmy to powtórzyć w każdą Wielkanoc. Niech śpiący się zbudzą, niech związani zrzucą pęta, niech umarli powstaną. Święta chrześcijańskie muszą być obchodzone w prawdzie. Jeśli nie są wiernym od­biciem nastroju wewnętrznego, trzeba je odrzucić, bo kłamałyby.

     Wielkanoc więcej niż każde inne święto jest dniem wyzwolenia; wyzwolenia ze służalstwa i niewoli. Uprzy-tomnijmy sobie genezę tego święta.

     Lud wybrany Izraelitów był 400 lat w Egipcie, w dia­sporze pogańskiej. Początek był znośny, później atoli zaczyna się okres nędzy na wygnaniu. Polityczno-na-rodowa nienawiść Egipcjan dopuszcza się barbarzyń­skiego okrucieństwa na żydowskiej „mniejszości". Izra­elici mają być za wszelką cenę wytępieni; gospodarczo, politycznie i na polu religijnym. Walka ta tępicielska nie oszczędza nawet kołysek niemowląt.

        Na terenie pracy panuje terror i prześladowanie. Wolni stają się niewolnikami. Ale niewola rodzi często tchórzostwo. Sześćset tysięcy Izraelitów drży przed fa­raonem i jego namiestnikami. Buntują się nie przeciw ciemiężycielowi, lecz przeciw oswobodzicielowi, Mojżeszowi, bo jego postępowanie pełne energii spra­wia im pewne niewygody. Trudności, związane z mę­skim ruchem wolnościowym, zdają im się przykrzej-sze niż niewola.

       Bóg może użyć gwałtu, aby z tego narodu niewol­ników uczynić naród mężów. Największą przeszkodą bowiem do zupełnego wyzwolenia nie są tyrani, lecz tchórze, którzy łańcuchów swoich nie chcą się pozbyć z obawy, aby przy tym paru kropel krwi nie utracili.

      Ta pierwsza Wielkanoc - to uwolnienie Kościoła Starego Zakonu z niewoli faraońskiej, uwolnienie na­rodu całego, sprawione mocą Bożą, jest obrazem każde­go duchowego ruchu wolnościowego w historii Kościo­ła Nowego Testamentu.

       Kościół żyje dzisiaj w Egipcie. Staliśmy się naro­dem niewolników. Nie jesteśmy panami, ale pachołka­mi. Robimy to, co nam każą władcy świata: protestan­ci, liberałowie, masoni, żydzi, socjaliści. Jesteśmy pa­chołkami w dziedzinie prasy, pachołkami w literatu­rze, pachołkami w szerokiej polityce, w sprawach ekonomicznych. Oni rozkazują - my słuchamy, czasem może szemrząc, ale słuchamy.

        Nie można upiększać smutnego faktu, nie wolno oszukiwać siebie i swoich, że wszystko jest w porząd­ku, ponieważ chodzimy w niedzielę do Kościoła, speł­niamy jakieś uczynki miłości bliźniego lub urządzamy zebranie. To wszystko nic nie pomoże, nie zmieni fak­tu, że w życiu publicznym znaczymy strasznie mało. Katolicyzm żyje w Egipcie i jęczy pod jarzmem literac­kim, politycznym i socjalnym władców doby obecnej. Co gorsza, upadlająca polityka kompromisów odgry­wa milcząc rolę służalców jego królewskiej mości -ducha czasu.

       Gdybyśmy się byli stali w Egipcie ludem mę­czenników! Nie byłoby to hańbą, ale zaszczytem. Ale myśmy się pogodzili z tym pogańskim status quo; więk­szość czuje się szczęśliwsza przy pełnych garnkach w Egipcie, niż przy przepiórkach i mannie w pustyni -na wolności. Duchowa zależność katolików od innych - mniejsza jak się nazywają - jest tak rozpowszech­niona, że często na tysiąc nie ma jednego osobnika , który nie uginałby karku przed jakimś bożyszczem.

        Czas już wielki, żeby wyjść z Egiptu. Wstępem do tego niech będzie święte niezadowolenie! Czemuż ma być ciągle tak samo? Czemuż to, co jest dziś na dole, nie ma być jutro - po przejściu Morza Czerwonego -u góry? Czemuż boska polityka nie ma zrobić w parę dni tego, jak ongiś, po świętej nocy Paschy - do czego normalnie potrzeba kilkuwiekowej ewolucji. Czyż nie żyjemy w wieku nieograniczonych możliwości? 1 jeśli się nie wierzy, że polityką rządzi ślepy traf- wiara w to do dogmatów wprawdzie nie należy - to czyż ko­munizm nie jest ostateczną konsekwencją logiki, co rządziła historią świata, po której tylko Sąd Ostatecz­ny albo zwrot radykalny nastąpić może. Jednakowoż w jakimkolwiek kierunku sprawy pójdą, w końcu musi nastąpić zmartwychwstanie.

      Oczywiście, wpierw musi się odbyć święto we­wnętrznego wyzwolenia. Wolność prawdziwa musi się zrodzić w sercu, w cichości. Zależy ona nie od głośnych frazesów, nie od zamachów politycznych. Jest ona dzie­łem religii, nie zaś dyplomacji albo jakichś organizacji. Największym oswobodzicielem wszystkich wieków jest Jezus Chrystus. Nie liberalizm albo socjalizm.

       Na czym polega wyzwolenie człowieka? Chrystus nam to powiedział: Jeśli będziecie słuchali mowy Mo­jej, poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Wtedy żydzi odpowiedzieli: Nigdyśmy nikomu nie służyli. Je­zus im odrzekł: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Każdy, który grzech czyni, jest niewolnikiem grzechu. Jeśli was Syn uwolni, wtedy naprawdę wolni będzie­cie. - Wolność na tym polega, żeby według własnego sądu czynić to, co należy.

 

         Nieprzyjaciółmi wolności są: błąd, namiętność, przemoc. Błąd tak zaślepia człowieka, że nie widzi prawdy. Ślepy traci wolność. Namiętność ołowiem ob­ciąża skrzydła orła -woli. Człowiek namiętny nie jest wolny. - Przemoc nie ma wprawdzie władzy nad du­chem człowieka. Nie może zmusić do czynienia cze­goś, czego się nie chce. Ale od wieków tylko nieliczne jednostki mają odwagę męczeństwa, tj. odwagę pozy­tywnego oparcia się przemocy.

         Któż więc ocali wolność? Uczyni to wiara; zwal­czając błędy, zdejmuje zasłonę z oczu wolności. Uczy­ni to religia, poskramiając dziką bestię namiętności. Uczyni to Kościół, potępiając wszelką niesprawiedli­wość i gwałt. Kościół jest bowiem matką wolności i ro­dzicielką wszelakiej prawdziwej, swobody. W miarę zaś wzrostu wpływów Kościoła na umysły upada tyrania z jednej, a służalstwo z drugiej strony.

        Gdzież jest lekarstwo, którym można by uleczyć zranioną wolność? Konfesjonał jest tym lekarstwem. Spowiedź, o ile nie jest obrócona w komedię, sprawi nieskończenie więcej dla wolności niż wszelkie dema­gogie i sztuczki polityczne. Spowiedź święta - to ze­rwanie pęt i odwalenie kamieni grobowych. Zastano­wiwszy się, czym była pierwsza Wielkanoc żydowska i czym pierwsza chrześcijańska, poznamy, że była dniem wyzwolenia, bo była dniem Pańskim, dziełem Boga, Jego, łaski i działaniem Krwi Przenajświętszej. Dzisiaj w naszych środowiskach przeważająca więk­szość myśli osiągnąć coś tylko i jedynie środkami ludz­kimi, przyrodzonymi, zebraniami, gazetami. Nie prze­czymy, że są to środki, mające duże znaczenie. Wszak­że nie wolno ich doniosłości przeceniać. Wobec działania łaski, wobec Sakramentów św. i modlitwy są one znikomo małe.

       Wielkanoc, dzień wyjścia z kraju niewolnictwa, po­zostanie na zawsze dniem Pana, tak w Starym, jak i No­wym Zakonie. Wielkanoc jest świętem ludzkiej słabo­ści, a wszechmocy Bożej.

Wielkanoc! Ach! kiedyż ona nadejdzie? Nadejdzie wtedy, gdy zdawać się będzie, że Kościół umarł i że złożony jest w grobie.

 

 

 

IDEAŁ

                     

                                             

 

       TĘSKNO NAM ZA GÓRAMI. CHCIELIBYŚMY odetchnąć powietrzem górskiem i spojrzeć z wyżyn na to, co rozpościera się pod nami. Co się dzieje w świecie materialnym, to samo dzieje się w świecie duchowym. Mimo wszelkich zdobyczy nauki i wiedzy widzimy, że jesteśmy karłami, i pcha nas coś ku wyżynom ludzkości, ku tym wielko­ściom, które jak szczyty alpejskie stoją ponad nami, niby drogowskazy na przeszłość, teraźniejszość i przy­szłość, u których stóp wytryskają źródła, użyźniające wieki. Niestety, obcy jesteśmy w tej alpejskiej krainie, znamy zaledwie nazwy jej szczytów. Dlatego też jeste­śmy tacy słabi i bezkrwiści. Trzeba nam wybiec w góry, ku wyżynom, ku naszym wielkościom.

      W pałacu watykańskim 20 sierpnia 1914 r. umarł Pius X. W tej samej chwili igły magnesowe wszystkich umysłów, jak gdyby posłuszne jakiemuś prawu fizycz­nemu, skierowały się ku Rzymowi. Według geografii ducha bowiem Rzym jest centrum świata, centrum Rzymu jest pałac u stóp wzgórza Watykańskiego, cen­trum zaś Watykanu jest Ojciec Święty. Chcąc nie chcąc wszyscy w tę stronę oczy mają zwrócone, jedni z miło­ścią, inni z nienawiścią, jedni z zapałem lub skruszeni, inni zaś krnąbrni i zuchwali. Aż nadto widoczne to było przy śmierci Piusa X. Ludzie wszelkich kierunków i po­glądów podkreślali niezwykłą czystość życia Zmarłego.

       Wszystko, cokolwiek napisano o osobistości tego ubogiego dziecka chłopskiego z Riese, było tylko pod­stawą do jego wielkiego znaczenia historycznego. Na szerokich, granitowych ciosach pokornego, prostego, słodkiego, arcyczystego charakteru tego wielkiego męża wznosi się monumentalnie postać wielkiego pa­pieża, wielkiego reformatora, ojca katolickiego odro­dzenia. Praca jego była jak owe roboty wiosenne; z twardym, ostrym lemieszem w jednej ręce, a złotem ziarnem życia w drugiej szedł ten wielki pracownik po ugorze i siał ziarno w bruzdy na nowe żniwo. Inni zwio­zą to żniwo do brogów. Ale pamiętajmy, że siewcą był ów dawny chłopczyna wiejski, Giuseppe Sarto z We­necji, Pius Wielki.

      Papież - to nauczyciel narodów; Pius był nauczy­cielem, jasną pochodnią we mgle i nocy. Łatwo z po­mocą Pisma św. dowieść, że wszechświatowy urząd na­uczycielski papieża przez Boga jest ustanowiony. Dzi­siaj jest ten dowód taki jasny, że na jego poparcie na­wet Pisma św. nie potrzebujemy. Wszechświatowy urząd nauczycielski jest wszechświatową potrzebą. Chciałoby się powtórzyć za de Maistrem: gdyby papie-stwo nie istniało, trzebaby je ustanowić. To postulat praktycznego rozsądku. Gdyby urząd papieski zniknął, wtedy stałoby się jakby zaćmienie słońca dla świata, zaczęłoby wątpić i zwalczać najprostsze prawdy.

      Sądziliśmy, że żyjemy w świetle, że jasny dzień panuje na świecie, dzień oświecenia i kultury. Pospołu z francuskim ministrem Vivianim gasiliśmy światła nie­bieskie, a zapalaliśmy płomienie gazowe i żarówki elek­tryczne naszej kultury. Nie przypuszczaliśmy, że z chwi­lą, gdy się gasi światła niebieskie, a ludzkie zapala, zaczyna się noc. Teraz jest jakby pięć minut przed pół­nocą. Ludzkość wątpi o najprostszych prawdach pra­wa i moralności. Nie ma prawie myśli, co do której zga­dzałoby się dwóch nowoczesnych ludzi. Chwieją się nogi nasze, oczy ślepną, uszy głuchną. Może to nie­prawda? Czyż nie zatraciliśmy wszelkiej pewności sądu? Czyż nawet duchy przewodnie dzisiejszej ludz­kości nie popadają w chaos pojęć? Czyż nie są, jak ci wędrowcy w górach, otoczeni mgłą gęstą, że o parę kroków nie widzą i nie potrafią rozróżnić, czy to dro­ga, czy przepaść, chleb czy trucizna, światło czy ciem­ność, prawda czy fałsz? Pius X był odpowiedzią Opatrz­ności Bożej na niezliczone zagadnienia czasów obec­nych. Jasną, niewątpliwą odpowiedzią.

     Pytania, którymi zasypywano Piusa X, były niezli­czone jak piasek morski; zagadnienia, tyczące filozo­fii, Pisma św., historii Kościoła, ascezy, prawa kościel­nego, polityki, działalności socjalnej, literatury. Ten zastęp pytań z wszystkich dziedzin wiedzy i działalno­ści ludzkiej dotyczył wszakże jedynie wielkiego zagad­nienia kulturalnego: jakie ostateczne stanowisko zabie­rze Kościół w stosunku do świata nowoczesnego, tego ustroju duchowego, który zowiemy modernizmem.

        Różni prałaci i dyplomaci ostrożnie i płochliwie prześlizgiwali się obok tego delikatnego problemu, ry­zykowali bowiem swoją sławę naukową, popularność lub wiarę i łączność z Kościołem. Pius X uchwycił tę sprawę żelazną ręką. Miał odwagę właściwą tylko świę­tym, odwagę stania się człowiekiem, najmniej popu­larnym swego czasu. Historia nazwie go młotem mo­dernizmu, papieżem antymodernistycznym. Niezliczo­ne dekrety, przemowy, przede wszystkim zaś encykli­ka Pascendi mają ten kierunek.

      Pius przeciwstawił nowoczesnemu „nie" katolickie „tak", frazesom - zasadę. Podkreślał w przeciwieństwie do subiektywizmu, krytycyzmu, agnostycyzmu i ewo-lucjonizmu absolutyzm i obowiązkowość wierzenia w prawdę boską, zawartą w Piśmie św. i tradycji. Przez jedenaście lat obwieszczał, że słońce prawdy, zawartej w Kościele Chrystusowym, nie może się kierować we­dług zegarków dzisiejszych profesorów i redaktorów, ale że wszystkie zegary świata, prywatne i publiczne, szkolne, wieżowe czy fabryczne muszą być regulowa­ne podług wiecznej, niezmiennej, wszystkich ludzi obowiązującej prawdy objawionej. A ta prawda za spra­wą Ducha Świętego nieomylnie przez Kościół katolicki jest głoszona.

     Innymi słowy: Pius chciał, aby wszystkie zegary szły według czasu rzymskiego. Chciał, żeby praktyka szła za teorią, nie jak moderniści, którzy się domagali, aby teoria stosowała się do praktyki. Nieskażone, czyste zachowanie skarbu prawdy, otrzymanej przed wieka­mi - to cecha pontyfikatu Piusa.

      Jasną jest rzeczą, że pontyfikat o tak boskiej nie-ugiętości względem ducha czasu nie znał żadnych ustępstw zasadniczych i dlatego też był pontyfikatem jednym z najobfitszych w konflikty. Zatargi te natury wewnątrzkościelnej lub politycznej przybierają czasem takie rozmiary, że Pius, głowa 300-milionowego państwa, czuł się po prostu osamotniony. Ale ani cała ar­mia krytyków, ani próby rządów, zmierzające do tego, by go nastraszyć, nie ugięły prostolinijnej i konsekwent­nej polityki papieża.

     Nie dał się ugiąć, bo ugiąć nie można logiki. Pius zaś miał logikę wiary. Budziło to podziw u ludzi z boku stojących. Jules Payot pisał w r. 1910: W istocie jedno tylko można zarzucić Piusowi X, że jest wierzący. Jedy­ną jego zbrodnią jest, że wierzy w dogmaty, których naucza. Wierzy w boskość swego Kościoła i w absolut-ność prawdy. Pius X to żywa logika, to prawdziwie wiel­ki papież!

     Oczywistą jest rzeczą, że antymodernistyczny pa­pież Pius X był nieubłaganym przeciwnikiem tzw. fe-deralizmu wyznaniowego. W czystym zachowaniu wia­ry katolickiej widział najszczytniejsze zadanie swego życia i dlatego bezustannie ostrzegał o niebezpieczeń­stwie częstszego obcowania z osobami o niepewnych przekonaniach religijnych i o lekturze książek i gazet o zabarwieniu modernistycznym. Sprawę tę uważał za tak ważną, że specjalnym zakazem wzbronił czytania poważnych katolickich czasopism, jeśli te wykazywały choćby lekki nalot modernizmu. Tu wspomnieć trzeba potępienie ruchu młodzieży francuskiej „Sillonu"1 oraz wydanie sławnej encykliki Singulari ąuadam2 o chrze­ścijańskich związkach zawodowych w Niemczech. Jak ważna jest dzisiaj sprawa międzywyznaniowości, do­wodzi fakt, że Pius X przekazał ją testamentem kardy­nałom i biskupom w allokucji na konsystorzu 27 maja  1914 r.

 

___________________________________________________

' Nołre charge apostoliąue z 15.08.1910 r.

2 24.09.1912 r.; nie należy mylić z identycznie zatytułowaną mową konsystorialną bL. Piusa IX z 9.12.1854 r.

= 128 =

 

 

      Chorągiew katolicka to nie towar przemytniczy, który trzeba ukrywać. Piusa X znamionuje nieustraszo­na, katolicka wierność wyznaniowa na wszystkich po­lach w świecie tchórzostwa i fałszywej mądrości!

      Ojciec Święty jest najwyższym kapłanem ludzko­ści, a Pius był prawdziwym kapłanem; kapłanem przede wszystkim! Papież może być także politykiem, dyplo­matą, organizatorem, reformatorem społecznym, uczo­nym, artystą. Największymi wszakże papieżami są za­wsze ci, którzy byli przede wszystkim duszpasterza­mi. Takim właśnie był Pius X. Był i został zawsze pleba­nem. Dusze ludzkie były wszystkim dla niego. Był po­średnikiem spraw Bożych u ludzi, a spraw ludzkich u Boga. Wstępując na tron, powiedział: „Nie chcemy być i nie będziemy nikim innym jeno sługą Bożym. Sprawa Boża jest naszą sprawą, i siły nasze należą do niej; życie za nią gotowiśmy oddać".

      Pius, będąc przede wszystkim kapłanem, należał do największych papieży-reformatorów. Program jego reformy - to Pawłowe instaurare omnia in Christo, od­nowić wszystko w Chrystusie, Pius, jak wszyscy refor­matorzy którzy nie są rewolucjonistami, zaczął refor­mę od siebie. Byt to charakter bez skazy, owiany gorą­cą miłością bliźniego, nacechowany prostotą iście apostolską, pełen pobożności dziecięcej. W Rzymie i Wenecji nazywano go il nostro Santo - nasz święty; Bóg potwierdził tę świętość przez liczne cuda, przez dziwne, nagłe uzdrowienia, o których wątpić nie moż­na, bo za wielu mają świadków.

       Jako reformator Pius nie chciał ani słyszeć o pu­stym, zewnętrznym i tzw. masowym chrześcijaństwie.

Widział w tym tylko wypaczenie religii, fałszowanie rzeczy najświętszych. Nie mogły go zwieść paradne uroczystości i od paru dziesiątków lat modny frazes 0  nadzwyczajnym wzlocie ducha religijnego. Wiedział dobrze, że duch tylko daje życie prawdziwe i że duch

ten nie dopisywał czasem przy pewnych obchodach z etykietą katolicką. Dla niego dusza tylko istniała, oso­ ba tylko - nie dekoracja.

     Przekonany o ważności nadzwyczajnych środków pomocniczych, nie pragnął wszakże zupełnie katolicy­zmu tzw. prasowego albo zrzeszeniowego, chciał tyl­ko katolicyzmu ze środkami łaski, które w skarbcu Ko­ścioła są zawarte. Odnowić wszystko w Chrystusie! Pomijam tutaj wszystko, co Pius X zrobił dla pod­niesienia nabożeństwa, dla wprowadzenia z powrotem dawnego śpiewu kościelnego, dla poparcia kaznodziej­stwa i nauki religii. Zatrzymuję się tylko przy obu de­kretach o Komunii św., które same wystarczają, żeby naszemu Ojcu Świętemu zapewnić miano wielkiego po wsze czasy papieża.

     Istnieje teraz pewne nowoczesne niebezpieczeń­stwo religijne; katolicyzm bez środków łaski uświęca­jącej, katolicyzm, który chciałby zbawiać świat jedynie katolickimi słowami i dziełami. Kardynał Mermillod nazwał ten objaw 1'heresie de l'oeuvre. Taki katolicyzm nie wie nic o tych tajemnych sokach, ożywiających ko­rzenie naszego życia chrześcijańskiego, które my na­zywamy łaską. Niebezpieczeństwo to nie liczy się ze słowami Ewangelii św.Jana (15,6): „Jeśliby kto we Mnie nie trwał, precz wyrzucon będzie jako latorośl i uschnie,

i   zbiorą ją i do ognia wrzucą i gorzeje". Dzisiejsze, nowoczesne wychowanie jest przede wszystkim naturalistyczne, pelagiańskie, wychowanie własnymi tylko siłami; nie wie ono nic, albo bardzo mało tylko o celu i życiu nadprzyrodzonym, o nadprzyrodzonym świetle i siłach i dlatego też nie przynosi ono owoców; rezultat jego - tylko pozór i blaga.

       W tę sprawę wgląda Pius X jako prawdziwy znaw­ca ludzi. Pomaga ludzkości do odświeżenia krwi przez Chrystusa utajonego w Hostii św. Chrystus nie zadowa­la się tym, abyśmy Go znali i naśladowali; chce, abyśmy się z Nim łączyli, Ciało Jego pożywali i Krew Jego pili.

        Chodzi o dało i duszę, o chleb ziemski i niebieski. Nowoczesna kwestia religijna jest w najgłębszym zna­czeniu problematem Chleba, problematem Komunii św. Ona tylko może zaradzić niedożywieniu religijnemu, religijnemu wyczerpaniu, osłabieniu i odrętwieniu.

      Gdzie braknie tego Chleba niebieskiego, ludzie wy­sychają jak cienie. Głód wyziera z oczu dziecinnych. Młodzież omdlewa w bezsilności. - Więc i tu Pius po­mny na pierwsze czasy chrześcijaństwa, żąda Komunii św. dla dzieci i pragnie codziennej Komunii św. Chry­stus jest chlebem dla życia świata całego, nie dla Pale­styny tylko, ale dla całego okręgu ziemi, dla każdego wieku, dla każdej inteligencji, dla wszystkich narodów i wszystkich czasów! Tak nauczał Chrystus Pan, i Pius X ma zupełną słuszność, żądając tego.

      Ojciec Święty jest pasterzem narodów, i Pius był prawdziwym pasterzem - był władcą. Twierdzono, że Pius X był pierwszym papieżem, który z całą stanow­czością wprowadził w życie dogmat o pełni władzy papieskiej nad wszystkimi Kościołami, pasterzami i wiernymi. Lecz to świadczy o słabej znajomości pra­wa kościelnego i historii Kościoła. Z chwilą bowiem, gdy Chrystus Pan w Cezarei Filipowej oddał Piotrowi władzę pasterską nad całą trzodą swoją, dogmat o peł­ni papieskiej władzy pasterskiej został jedną z pod­staw naszej wiary. Tak, prawda - Pius głęboko ujął pra­wa swego urzędu! Pius panował! Nie dlatego, że mu to satysfakcję sprawiało, ale dlatego, że wiedział, że to jego święty obowiązek - dzisiaj mało rządów zdaje sobie sprawę ze swojego obowiązku. Na najszczytniej­szym i najstarszym tronie zasiadał Pius pokorny, jak dziecko, wrogi wszelkiemu przepychowi. Miał prawo napisać w testamencie swoim: w ubóstwie się urodzi­łem, żyłem ubogo, ubogo umarłem. Grobowiec jego leży ukryty głęboko w podziemiach watykańskich.

     Za dobrze znał Ewangelię, żeby nie wiedzieć, jak Pan Jezus w trzyletnim nauczaniu nacisk kładł na to, żeby zwalczać wszelkie ambicje ziemskie, wszelkie ubieganie się o godności duchowne, wszelkie wspina­nie się po drabinie hierarchicznej, wszelką chęć pano­wania. Chrystus żądał, aby była władza i duchowna i świecka zastępczynią władzy boskiej między ludźmi. Chrystus nie był anarchistą. Ale ponieważ ktoś jest namiestnikiem Bożym, nie będzie dlatego ani lepszym, ani większym w Królestwie niebieskim. O tej prawdzie Pius był głęboko przekonany. Był władcą bez próżnych ambicji władczych.

     Pius panował. Najpierwszym powodem nieszczęść naszych jest publiczne odwracanie się od prawa, nie-karność tłumu. Prawo - to życie społeczeństwa. Pius pragnął, żeby prawo kościelne stało się podwaliną no­wego życia kościelnego. On stał się ojcem nowej księ­gi praw kościelnych, bo wprowadził w czyn to, co przez wieki całe wydawało się niewykonalne. Pius, prawodawca! Oto nowy tytuł do nieśmiertelnej chwały dla niego.

      Pius rządził. Tak, rządził nie tylko zakrystią, ale i światem. Pewien nowoczesny liberalizm, zatruwają­cy swymi miazmatami wiele głów katolickich, stara się zmniejszyć doniosłość papiestwa, jakoby istota jego na tym tylko polegała, że następca św. Piotra od czasu do czasu określi jakiś dogmat, i że posłuszeństwo względem niego tak daleko tylko sięga, jak jego nie­omylność. Tym sposobem musiałby się papież stać z biegiem czasu królem bez państwa, bo według tego mniemania religia pozornie nie ma nic wspólnego ani z polityką, ani z nauką, ani ze szkołą, ani z całym ży­ciem zewnętrznym świata.

      Takie skurczone chrześcijaństwo zwalczał Pius aż do ostatniego tchnienia. Przez hasło „wszystko w Chry­stusie odnowić" głosił takie pojęcie kultury, które działa wspaniale, wielkodusznie, podniośle, ogarnia świat cały, ludzkość uszczęśliwia. Tylko ten piusowski program kul­tury, cały świat ogarniający, może zadowolić umysły my­ślące, bo wnosi jedność i sens w sprawy świata. Bez tej spójni kościelnego poglądu na świat, łączącej wszelką wiedzę, wszelkie poczynania i działania, cała kultura jest według słów Ryszarda Kralika szafą pełną starych gratów, z rozmaitymi szufladkami, między którymi brak łączności. Bez tego jednolitego pojęcia świata, które organicznie obejmuje także politykę, ekonomię świa­ta, naukę i sztukę - staje się świat domem wariatów, a historia ludzkości - bezsensem. Wszystkie czyny chrześcijanina, uczy Pius w encyklice, dobre czy złe, tzn. zgodne czy niezgodne z przyrodzonym i nadprzyrodzo­nym prawem, podlegają sądowi i wyrokowi Kościoła.

     A więc nie minimum chrześcijaństwa w myśl liberalizmu, ale maksimum chrześcijaństwa w myśl Ewan­gelii o rozczynie kwasowym! Zupełne przesiąknięcie całkowitego życia ludzkiego, prywatnego, polityczne­go, kościelnego, państwowego, socjalnego, naukowe­go, artystycznego - aż wszystko będzie „kwasem roz-czynione"! Aż będzie jeden, Bóg na ziemi, jeden Chry-stus-Król, jedno chrześcijaństwo, jedna prawda, jedna sprawiedliwość, jedna miłość!

         Ze względów wyznaniowych można nie zgadzać się na program kulturalny Piusa. Jednakże trzeba przy­znać, że z filozofów, artystów, przyjaciół ludzkości ni­gdy nikt nie pomyślał i nie powiedział nic więcej lo­gicznego, rozumniejszego, wspanialszego, piękniejsze­go i lepszego od ubogiego chłopca wiejskiego z Riese. On głosił maksimum chrześcijaństwa aż do zupełnego, duchowego opanowania świata! Nie naszą rzeczą jest dochodzić, jak dalekie postępy zrobiło odrodzenie chrześcijaństwa za Piusa X. Wielkość człowieka pole­ga na wielkości jego ideałów i jego woli, a nie na jego powodzeniu.

       Ale jeszcze spójrzmy na jeden rys w obrazie Piu­sa X. Był on znawcą ludzkości. Nigdzie nie zna się ludz­kości tak dobrze, jak na wysokiej strażnicy pałacu wa­tykańskiego, zwłaszcza jeżeli strażnikiem przy grobie św. Piotra jest święty, a takim był Pius. Jego pojęcie o obecnym ustroju świata można nazwać: przez boski optymizm prześwietlonym pesymizmem, albo przez ludzki pesymizm stłumionym boskim optymizmem.

       Wzmiankuje on w pierwszym okólniku: przeraża nas straszliwie obecne, ciężkie poniżenie plemienia ludzkiego. Wszystkim wiadomo, że społeczeństwo dzisiejsze przechodzi ciężką, zakorzenioną chorobę, jakiej nie znały dawne czasy. Ta choroba - to odstąpie­nie, rozłąka z Bogiem, najściślejszy sprzymierzeniec potępienia. Widok tego stanu rzeczy budzi obawę, jak gdyby to zepsucie serca było zwiastunem, może po­czątkiem już tego zła, którego oczekujemy u schyłku wieków.

      To głębokie poznanie istotnego, duchowego poło­żenia świata i jego nieuniknionej kary Bożej tłumaczy ten obłok smutku, który ocieniał, zwłaszcza w ostat­nich latach życia, pełną ojcowskiej dobroci i miłości twarz Piusa. Pesymizm papieża sprawdził się i dalej sprawdzać się będzie.

     Pius był jednakże pełen świętego boskiego opty­mizmu, przewidywał piękniejszą przyszłość. Pius IX wy­powiedział w r. 1854 z racji ogłoszenia dogmatu o Nie­pokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny myśl, że przez najpotężniejsze pośrednictwo Maryi wstąpi Kró­lestwo Boże w okres cudownego rozkwitu, a ziemia zażywać będzie pokoju, ukojenia i wolności.

      W encyklice z lutego 1904 r. pisze Pius: Słyszę jak­by głos wewnętrzny, mówiący, że spełnią się teraz na­dzieje i oczekiwania, które nie bez racji przepełniały poprzednika naszego Piusa. I to tym więcej, że jak pokazuje doświadczenie, jest to prawem Opatrzności Boskiej, że tam Bóg najbliżej, gdzie niebezpieczeństwo największe. Mamy nadzieję, że wolno nam będzie za­wołać niezadługo: „złamał Bóg laskę bezbożnego. Spo­czywa i milczy ziemia, weseli się i raduje" (Iz 14, 7). -Pius jest nowym Mojżeszem, pełnym świętego, z Boga pochodzącego, radosnego optymizmu, któremu dane było przed śmiercią spojrzeć w krainę obiecaną lep­szych dni.

       Pius X należy do tych ludzi, o których filozof nie­miecki powiedział: Gdy Bóg ześle myśliciela na naszą planetę, wtenczas wszystko jest w niebezpieczeństwie. To tak, jak kiedy pożar wybuchnie w wielkim mieście. Nikt nie wie, co właściwie jest jeszcze pewne i na czym skończy.

       Tak stało się ze światem przy obiorze papieża 4 sierpnia 1903, kiedy ignis ardens, ogień gorejący z pro­roctwa o papieżach1, wstąpił na stolicę Piotrową. Wszystko co siano i słoma, drżało przed nim. Wszyst­ko co fałsz i blichtr, nie śmiało patrzeć w jego jasne oczy. Lecz ludzie prawi, przyjaciele i przeciwnicy uznali go jednomyślnie wielkim, wielkim jako człowieka, wiel­kim jako papieża. Każdy nerw jego jestestwa wołał: Jestem katolikiem! Pius X to ideał pełnego, bezwzględ­nego, nieustraszonego i nadprzyrodzonego katolicyzmu.

_______________________________________________________

1 Św. Malachiasz 0'Morgair, arcybiskup Armagh w Irlandii (XII w.), był autorem znanego proroctwa dotyczącego kolejności papieży aż do „Piotra Rzymianina". W jego przepowiedni św. Piusowi X przypadło określenie ignis ardens, 'ogień gorejący'.