Jahusz's Imaginarium




Troszkę zaniedbałem tę stronę, a w przeciągu tych lat sporo się wydarzyło. Przede wszystkim całkowicie przerzuciłem się z formy krótkiej na długą. Opublikowałem pierwsze trzy powieści. I z radością się odnalazłem w formie retro fikcji. Już wkrótce zapraszam do recenzji







http://jahusz.com/

Witam serdecznie i chaaaaotycznie przedstawiam :) Siebie - jako piszącego - niepoprawnego  amatora- marzyciela. Po latach przerwy - porwała mnie na nowo fantastyka i jak  na razie -  trzyma.By, pewnego dnia odpuścić i pozostawić świat kojącemu milczeniu.........Przed laty emigrowałem do Australii... Miałem sporo czasu i wiele powodów, by w jakimś tajemniczym sensie zakochać się w tym prastarym kontynencie. Jego magia mnie opętała. Może będzie kiedyś okazja podzielić się nią na papierze...

Jan Maszczyszyn was born in Poland in 1960. In 1989 he migrated to Australia, where he is currently living. He specializes in writing dark SciFi, Bizzaro Fiction and Horror and often tries to combine them where he can. Jan succeeded in publishing an anthology of his own stories “Testimonium” 2013 where he explored the possibilities that crossing over of genres could create. His characters often say: “Stop dreaming about the future - start to hate it! The future ?- For us ? Are you kidding me?...-The future is to be dead and decomposed!”. He made his debut in "New word” magazine in 1977 with his story " Guardian ", Later his stories were published in "Fantastyka", "Politechnik​​", "Facts",” Merkuriusz "," Sounds ", and in fanzines: Somnambul, Fictions, Quasar, Phoenix, Spectrum, a quarterly literary" Matafora ", and they also appear in a wide range of press within the Polish community in Australia.  A few stories appeared in anthologies "Meeting in the skies", "Get the Universe", "Devourer of gray", "Dira necessitas" and recently "Bizzaro Bazaar", Toystories" in 2013 and american Pulp's Fiction anthology Bizarro Bizarro. He also publish his stories in polish portals of bizzaro fiction” Bad Letters”and“Ex Fabula”  , horror portals '“Horror Online”, “Carpe Noctem”, SF Fantasy portals “Qfant”,  and creative writing portals  “Shortal”,”Tea at Helen’s place” and “ New Fantastica”.

He was one of the founders of the first Polish SF& Horror club fiction "Somnambul" issuing periodical with the same title.

 

Jan Maszczyszyn ur. w 1960 roku w Bytomiu. Piszący amator. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik "Fantastyka" (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował na łamach "Nowego Wyrazu" w 1977 roku opowiadaniem "Strażnik". Swoje teksty publikował w "Fantastyce", "Politechniku",Faktach", Merkuriuszu", "Odgłosach", w fanzinach: Somnambul, Fikcje, Kwazar, Feniks,Spectrum. Kilka opowiadań opublikował w antologiach: "Spotkanie w przestworzach", "Pożeracz szarości", "Sposób na Wszechświat", "Dira necessitas", "Bizarro Bazar", "Bizarro Bizarro", " Toystories".

Był jednym z założycieli klubu fantastyki "Somnambul", wydającego pierwszy w Polsce fanzin zawierający twòrczość własną.     

W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj. Powrócił po latach do pisania SF-zainspirowany ideą portalu Nowej Fantastyki, Obecnie publikuje w różnych portalach fantastycznych.

Strona na FB  https://www.facebook.com/pages/Jahusz-Jan-Maszczyszyn/309281265796199

Link do Moja Australia

https://sites.google.com/site/mojaaustralia/

 
 

Kórtko było powyżej, a teraz zapraszam serdecznie na nieco dłuższy spacer po wyspie życia. Kilka obrazków z planu...

 
 

Krótki film z naszej wyprawy do Tennant Creek, Uluru i z powrotem przez Brisbane i Sydney - 10500km w trzy tygodnie:

http://www.youtube.com/watch?v=6hSy7Rdz5Bc

http://www.youtube.com/watch?v=v6MjbW8L48I

http://www.youtube.com/watch?v=09EWR7XwFys&feature=youtu.be

Wyprawa.....zobacz tutaj               https://www.youtube.com/watch?v=09EWR7XwFys&feature=youtu.be

 

 

 

 

 

 

Wyprawa z przyjacielem z Polski - Czesiem - 5600km.Rok 2011. Poniżej filmiki - oczwiście marnym operatorem byłem ja, natomiast zupełnie dobrym  editorem  zdjęć Czesław.

https://www.youtube.com/watch?v=qL3wOR2wzYM&feature=youtu.be

https://www.youtube.com/watch?v=7N4jGw52GL8&feature=youtu.be

https://www.youtube.com/watch?v=M5TIvp7xkHk&feature=youtu.be

https://www.youtube.com/watch?v=O4yMbJ2Bh4A&feature=youtu.be

 

                                                                                         Logo

 

 

 Dawno, dawno temu...

Pisałem w owym czasie na przedwojennej maszynie pożyczanej od kolegi z jego strychu. Przeskakiwały kolory na poskręcanej taśmie, mieszały się na przemian czarny z czerwonym. Mordęga. W 1981 roku ukrywałem sprzęt Solidarności. Maszyny do pisania. Wybłagałem od nich jedną. Zakupiłem za cenę dwóch pensji - 6500 zł. Nigdy nie zapomnę jak przemykaliśmy przez miasto pełnego patroli ZOMO z torbami pełnymi tych skarbów.Trudno było o papier. Taśma była niemal nieosiągalna. Nawet kalka była bezcenna. Pisać  hałaśliwie wtłukując w kartkę słowa było trudne i czasem niebezpieczne, ale jednocześnie pasjonujące.

W roku 2011 odkryłem współczesne metody- Worda. Kiedy zamieściłem na portalu pierwsze opowiadanie w styczniu tegoż właśniw roku  użytkownicy pękali ze śmiechu.

Nawet nie wiedziałem, co to spacje. Wypadłem z pisanego  języka polskiego  kompletnie. A przecież nie można bez niego żyć.

 

Wyróżnienia Nowej Fantastyki - stały się dla mnie świadectwem powrotu do polszczyzny. Ogromnie je sobie ceniłem. Znalazły swoje miejsce w moim Men's Cave w piwmiczce pod domem --- bar z drinkami i głośną muzyką. Absolutnie nie są powodem do przebierania nóżkami. Zrozumie to  - tylko ktoś oddalony od kraju nie tylko przestrzenią.

Z przyjacielem Andrzejem Wolskim. Razem przeżyliśmy przegodę życia. Połączyła nas  Fantastyka.  To Andrzej namówił mnie do pisania.

Zaszyt z pierwszym opowiadaniem " Strażnik" . Natalia wykonała później kopię mojego ilustracyjnego majsterszytku - :) Andrzej zrecenzował.

Wydawlśmy odręcznie wykonany magazyn Phantom  jeszcze w podstawówce. Pisaliśmy sobie nawzajem recenzje.  Oczywiście pochlebne. Aby w kilka lat później  uruchomić  - zainspirowany przez  Otomara Karwowskiego  oddział  OKMFiSF  na  Sląsku. Poszlismy dalej  i nasz  Klub  Somnambul  rozpoczął wydawanie  od 1978 roku miesięcznika  - tym  razem  dzięki  inspiraji, energii, inicjatywie  nowego  w  naszej   paczce  Andrzeja  Kowalskiego  -  Bilbo.    Zdjęcie  -  Czerwiec 2013 Bytom

Będąc w Australii podarowałem mu całą moją biblioteczkę fantastyczną. Pomiędzy książkami odnalazł parę zapomnianych skarbów. Zszyte razem zeszyty z rękopisami około setki opowiadań. Przywiozłem je tutaj.

I czarno- biała okładka Andrzeja - rok 1974

http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Andrzej_Kowalski

Oto fragment artykułu pióra Andrzeja Kowalskiego – prawdziwego kombatanta polskiego fandomu fantastyki:

Sląski Fandom

Zaczęło się wszystko jak zwykle od przypadku. Gdzieś w styczniu 1975 roku nawiązałem kontakt z rodzącym się w Warszawie klubem miłośników s-f przy Staromiejskim Domu Kultury. Krótka notatka w Expresie Wieczornym dopomogła mi w zdobyciu adresu i zawarciu znajomości z Otomarem Karwowskim, organizatorem i szefem tamtego klubu. Przez rok trwała korespondencja, wymiana książek i poglądów. W Warszwie zaczynało iść ku większej organizacji i nawet zbierało się na fanzin „ Fantastyka”, gdy w marcu 1976 roku otrzymałem zawiadomienie, iż z początkiem roku nastąpiło połączenie klubu miłośników fantastyki przy Staromiejskim Klubie Kolekcjonerów „Antykwariat”, gdzie dotąd należałem z Fan Clubem Science Fiction przy klubie „Ubab” w Klub Miłośników fantastyki i science  Fiction, do którego teraz należę. W trekcie naszej korespondencyjnej działalności na początku października 1976 roku otrzymałem zaproszenie na inauguracyjne zebranie śląskiego KMFiSF w radzie uczelnianej Sląskiej Akademii Medycznej. 16 października o godz 16.00 spotkało się czterech zaproszonych – Andrzej Wolski, Janusz Przybylski, Jan Maszczyszyn i ja, natomiast o organizatorach nikt nie słyszał. Nie chcąc stracić szans na wymianę – jak poprzednio książek i poglądów – postanowiliśmy się spotykać u Andrzeja Wolskiego, który mieszkał w centrum Bytomia. I tak bez form organizacyjnych spotykaliśmy się w domu Andrzeja nie tylko się wymieniając, ale również próbując uzgodnić ogromne rozbieżne zdania na temat fantastyki, szczególnie krajowej.

Na początku 1977 czy może końcu 1976 KMFiSF stał się Ogólnopolski i zaczął naciskać na tworzenie oddziałów terenowych. Gdy naciski Warszawy wzmogły się postanowiliśmy zostać, we czwórkę, bytomskim oddziałem OKMFiSF. Przeprowadziliśmy między sobą wybory i ja zostałem prezesem. I dalej prowadziliśmy czteroosobową działalność. I trwałoby tak pewnie długo, gdyby nie kolejny przypadek. Andrzej korespondował z Lucjanem Zniczem, którego rubryka w „Faktach” przyciągała miłośników fantastyki. Gdy do Znicza zaczęło przychodzić wiele listów ze Sląska, podał w „Faktach” adres Andrzeja, jako adres klubu bytomskiego. Listonosz zaczął uginać się pod stosem listów, a my stanęliśmy przed problemem; co dalej. PO dwóch miesiącach ruszyło nas sumienie i postanowiliśmy zoorganizować prawdziwy klub. Biegaliśmy, a przed wszystkim nierozłączni Wolski z Przybylskim, po różnych instytutcjach, szukając wsparcia i wreszcie znaleźliśmy pomoc i kąt w bytomskimKMPiKu. Otrzymaliśmy w sobotę sale na dwie godziny, półkę w szafie na materiały i wsparcie w postaci finansowania spotkań autorskich.

Wrzesień 1978 –pierwsze spotkanie. Na Sali jest ponad trzydziesci osób. Dotychczasowy klub, to jest zarząd, podaje się do dymisji i pozwala się znów wybrać. Ponieważ w międzyczasie przeprowadziłem się do Katowic, prezesem zostaje Andrzej Wolski, mieszkający na miejscu. Janusz Przybylski obejmuje sekretariat i organizację giełdy książek, Jasiu Maszczyszyn finanse i sekcję literacką, a dla mnie oprócz wiceprezesury pozostają sprawy wydawnicze, czyli fanzisn.

I zaczęło się – co dwa tygodnie, czasami co tydzień zebrania w sobotę o szesnastej- w 1978 składka za rok 10 zł , w 1979 już 20 zł- omówienie nowych książek, zebranie materiałów do fanzinu, potem giełda książek i dyskusja o wszystkim.. Kwadrans po rozpoczęciu wsuwał się z rozbrajającym uśmiechem Krzysztof Bielański, a po zebraniu zazwyczaj kontynuowaliśmy dyskusje w „Cafe Clubie”. Po kilku tygodniach do programu weszły pogadanki o UFO Staszka Sawkiewicza.

Pod koniec 1978 roku klub liczył pięćdziesiąt siedem osób – członków pełnoprawnych i czternastu członków korespondencyjnych. Jeszcze w 1978 zainaugurowaliśmy otwaret spotkania austorskie z Krzysztofem Boruniem, później Andrzejem Trepką, Bohdanem Peteckim i Andrzejem Krzepkowskim. Swoimi siłami zorganizowaliśmy prelekcje o miejscu literatury fantastyczno- naukowej w litereturze pięknej- Halina Kunysz – o liście Forta – Staszek Sawkiewicz, o medytacjach transcendentalnych. Ważnym wydarzeniem był udział delegacji klubu- zarząd Ewa Hyśy, Agnieszka Cwikiel – w II Konwencie OKMFiSF jesienią 1978 roku.

Nasza działalność zaowocowała nagrodą dla klubu i przyznaniem nam kierownictwa południowego okręgu OKMFiSF.

Od początku rozumieliśmy konieczność wydawania regularnego biuletynu klubowego. Gdy zastanowiliśmy się nad nazwą, Andrzej Wolski zaproponował „ Somnambul” i tak się nam spodobało, że stała się także nazwą klubu. Kształt fanzinu określały możliwości. – był to 20.40 stronicowy biuletsyn powielany techniką kserograficzną, jednostronną, formatu A¤ wydawany w nakładzie 80 egzemplarzy. Drukowaliśmy opowiadania członków klubu; Mariusza Kwaśniweskiego, Jana Maszczyszyna, Andrzeja Wolskiego, Urszuli Mygi, Jurka Ferencowicza, humoreski Krzysztofa Bielańskiego. Staszek Sawkiewicz prezentował własne materiały, a ja próbowałem przybliżyć zagadnienia medytacji transcendentalnych.

CDN....

 

Numer pierwszy Fikcji

Fikcje .   Numer fikcji przygotowany specjalnie na konwent SF w Brighton Wielka Brytania.

 

 

Andrzej Wolski http://baza.fantasta.pl/autor.php?id=3871

Somnambul

 
Somnambul
Rok powstania1978
Rok zamknięcia1979

"Somnambul" - pierwszy fanzin w Polsce, wydawany w Bytomiu w latach 1978-1979. Ukazało się 14 numerów, których zawartość w większości składała się z przedruków prasowych. Zdarzały się jednak oryginalne opowiadania. Czasopismo było redagowane przez Andrzejów Kowalskiego i Wolskiego oraz Jana Maszczyszyna. Zniknęło wraz z rozpadem klubu (oddział KMFiSF w Bytomiu), przez który było wydawane. Reaktywowane przez Andrzeja Kowalskiego w Katowicach w 1980 roku ze zmienionym tytułem jako "Tachion". "Somnambul" ukazywał się w nakładzie 25-30 egzemplarzy. Miał on na celu szeroko zakrojoną propagację fantastyki naukowej, a próbowano to osiągnąć zarówno poprzez przedruki starszych jak i nowszych tekstów oraz prezentowanie twórczości członków klubu. Najczęściej pojawiały się w nim prace Jana Maszczyszyna, Krzysztofa Bielańskiego, Mariana Kwaśniewskiego, Jerzego Ferencowicza, Urszuli Mygi i Marka Lasoty.

Magayzn Somnambul

Mam obraz Andrzeja  - prezent ślubny - do dzisiaj.

 

 

Coober Pedy - centralna spiekota 46C. Królestwo opali i Mad Maxa.

Logo

 

Krótko.

Jan Maszczyszyn ur. w 1960 roku w Bytomiu. Piszący amator. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik "Fantastyka" (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował na łamach "Nowego Wyrazu" w 1977 roku opowiadaniem "Strażnik". Swoje teksty publikował w "Fantastyce", "Politechniku",    ,  Faktach", Merkuriuszu", "Odgłosach"" Bez retuszu" , w fanzinach: Somnambul, Fikcje, Kwazar, Feniks,Spectrum. Kilka opowiadań opublikował w antologiach: "Spotkanie w przestworzach", "Pożeracz szarości", "Sposób na Wszechświat", "Dira necessitas", "Bizarro Bazar", "Bizarro Bizarro" - USA, " Toystories" Poland

 

.http://baza.fantasta.pl/autor.php?id=749

 

Był jednym z założycieli klubu fantastyki "Somnambul", wydającego pierwszy w Polsce fanzin zawierający twòrczość własną.     

W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj .

 

 

    https://sites.google.com/site/mojaaustralia/     

 

    Powrócił po latach do pisania SF-

zainspirowany ideą portalu Nowej Fantastyki, Obecnie publikuje w różnych portalach fantastycznych. Strona autorska w Facebooku:

 

 https://www.facebook.com/pages/Jahusz-Jan-Maszczyszyn/309281265796199

 

 

W roku 2013 wydał zbiór opowiadań fantastycznych  w selfie pt: "Testimonium"

 https://www.facebook.com/pages/Testimonium/449858118404351?ref=hl

 Cober Pedy - centralna Australia i porzucone pozostałości z Mad Maxa.

 Fikcje 1985 03(23).jpgFikcje 1983 01(01).jpgNF 47.jpgKwazar 1980 02(02).jpgFeniks 1986 (08) 03.jpgNowy Wyraz.jpgFikcje 1983 07-09(07).jpgFikcje 1985 04(24).jpgFikcje 1984 06(16).jpgMerkuriusz 8 1978.jpg001.jpg

 

http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Jan_Maszczyszyn

Zbiory opowiadań

Testimonium 2013 WFW

 

 

Opublikowane opowiadania.

 

Strażnik 1977 Nowy Wyraz 09 (63) 1977, Spotkanie w przestworzach 1

Dzieci Ognia 1978 Merkuriusz 08 (113) 1978

" Koncert" Politechnik 5.11.1978

Opowieści króla Błękitnych Galaktyk, Agdura o wspaniałych czynach władcy Spękanych Globów Birlandii, szlachetnego Tajana 1980 Kwazar 02 (3) 1980

Rykoszet 1981 Spectrum 01 (1) 1981

Dzień nieostateczny 1983 Fikcje 01 (1) 1983

Roślinka 1983 Fikcje 03 (3) 1983

Siła idei 1983 Fikcje 07 (7) 1983

Apartament Ziemia 1984 Fikcje 06 (16) 1984

Wyprawa kolonialna 1984 Fikcje 05 (15) 1984

Hydra 1985 Fikcje 03 (23) 1985

Noc pokuty 1985 Sposób na Wszechświat

Sieć podstępu 1985 Fikcje 04 (24) 1985

Ciernie 1986 Fantastyka 08 (47) 1986, Pożeracz szarości

Spokój przeklętych myśli 1986 Feniks 03 (8) 1986 , Dira necessitas

 

Brzeg ostateczności 2013 Testimonium

Czas przebudzenia 2013 Testimonium

Drugie kuszenie Adasia 2013 Testimonium

Kontemplariusz Artyzjonu 2013 Testimonium

Laleczki 2013 Testimonium

Las nawiedzonych 2013 Testimonium

Milczenie gapia 2013 Testimonium

Nieboski księżyc 2013 Testimonium

Pasje mojej miłości 2013 Testimonium

Posłańcy opętania 2013 Testimonium

Przepraszam, zajęte 2013 Testimonium

Spotkanie na skrzyżowaniu losów 2013 Testimonium

Strażnik II 2013 Testimonium

Szklane głosy 2013 Testimonium

Szkłolud 2013 Testimonium

Testimonium 2013 Testimonium

Upadłe wizje 2013 Testimonium

Wnetwstąpienie 2013 Testimonium

Żołnierzyki 2013 Testimonium

 

Homo Pregnantus 2013 Bizarro Bazar

Czas Przebudzenia 2013 Kwartalnik literacko-artystyczny - Kraków

Kontemplariusz Artyjonu 2013 Tygodnik Polski - Melb. Au

Czarna przyszłość 2013 Expres Wieczorny - Syd/Auck Au/NZ

Toy soldiers 2013 Bizarro Bizarro Pulp Fiction USA

Zabaweczka 2014 Toystories-Morpho

 

 

 

 

 Portale

 

 

 

 


Inne historie można znaleźć na następujących portalach:






I bezcenne ilustracje do opowiadania "Szkłolud".








E- Magazyny

 

 

 









Self-publishing Australia - Canberra 2012 -  50 wydanych egzemplarzy. Album fantastyczny z  ilustracjami Marianny Stelmach - Vuzel, wstępem Marka Grzywacza, posłowiem Andrzeja Trybuły oraz  cyklem wspólnie napisanych  z Krysią Rataj opowiadań pt. "Noc Dajagary".

 .http://baza.fantasta.pl/autor.php?id=749

 

 

 

 

Publikacja zagraniczna

Pat Douglas z pierwszym egzemplarzem antologii.

 

Bizarro Bizarro - zawiera moje opowiadanie - " Toy Soldiers"

 

 

 

Oto wątek zamieszczony w Hyde Parku - Portalu Nowej fantastyki -  w maju 2014 roku na temat publikacji w j. angielskim.

Witam serdecznie .

Jestem fanem tej strony od początku mojego jej odkrycia. Dzięki niej przeżyłem jedną z największych przygód mojego życia– ciągle przeżywam. Jesteście mi -ludzie – fantastycznie bliscy, może dlatego, że piszę te słowa z bardzo daleka. :) Chciałbym podzielić się z Wami w tym wątku ( szczególnie z młodszymi adeptami amatorskiego pisania, a wygląda na to , że ....większość zakwalifikuje się do warstwy młodszej ode mnie) moimi odkryciami  w dziedzinie prób publikacji na rynku anglojęzycznym (  że tak powiem z patriotycznego obowiązku).

Mieszkam w Australii, więc obecnie pukam do kilku drzwi na raz ; na moim terenie. Przesyłanie tekstu to tzw "submission "– wiem, prawdopodobnie znacie angielski lepiej niż ja...

 

http://www.andromedaspaceways.com/submissions.htm

 

W magazynie, do którego link podałem powyżej przyjmowanie tekstów  określa procedura. Pewne osoby odpowiedzialne za odbiór tekstu– sprawdzają format, gramatykę i informacje ogólne– to tzw slush– wranglers. Po tym następuje przesłanie tekstu do czytaczy– readers. W magazynie Andromeda– Spaceways byli to czterej edytorzy wydania, którzy kroili– każdy swój edytorski numer– na kierowaną prywatnym gustem miarę( czterej naczelni), aby zapewnić różnorodność w zawartości pisma. Tekst od początku otrzymuje numer seryjny  i można go śledzić jak nadaną paczkę. W innym magazynie ”Aurealis”  po prostu funkcjonuje grupa readers, którzy decydują o przydatności bądź nie. Na pewno dla wielu z was to, o czym piszę nie jest żadnym "novum", ale służy ten przydługi początek za wstęp do idei, którą pragnę się z Wami podzielić– ideii pisania dwujęzycznego. Oba wspomniane wyżej  magazyny preferują twórców australijskich – mieszkam tu, więc mam prawo i przywileje lokalne :). – ale dobry tekst przyjmą z każdego zakątka globu.

 

Z ogromną tremą...Spróbowałem. Za pierwszym razem slush– wranglers mnie natychmiast wykopali. Poradzili, abym znalazł sobie do przetłumaczonego tekstu editora – proofreadera – czyli korektora zawodowego. Znalazłem takiego za 4$ za stronę. ( To też byłby pomysł mający perspektywę na polskim rynku) Sukcesem wstępnym było przedarcie się przez pierwszą linię umocnień. Wrangler przepuścił mnie do strefy readers. Tam czekał mnie interesujący łomot– ucieszył mnie z punktu widzenia mojego poziomu -,emigracyjnego języka angielskiego– tzw, not native speakera– wątek krytyczny– nikt nie czepił się gramatyki.

Otóż jakiś facet wyżywał się na mnie sforując za wątłe zarysowanie charakterystyki postaci małej dziewczynki, inny z nielogiczności w fabułe dotyczącej obcego , jeszcze inny radził, -które wątki uwydatnić. Good....Poczułem się jak w domu.

Dotąd wszystkie wysłane opki spotkał ten sam los– czyli – wykop, ale dało mi to sporo do myślenia. Wziąłem znanego wam już być może "Butonia "i napisałem go jeszcze raz po polsku, ale  tak, żeby było mi łatwiej i wygodniej przetłumaczyć go na angielski. Wyszło zaskakująco dobrze w drugim języku  i mimo , że nie wróżę sobie większego sukcesu– już raz dostał w dupę– , to utrzymuję go jako zapasowego pionka w kolejnej grze– na szachownicy "bez załamywania rąk". :) Po korekcie czeka na swój czas w kolejce do drugiego magazynu– submission może być tylko jedno na raz– właśnie mam zapchany kanał– jest w nim inny short.  Na ten moment –  od tygodnia w skrzynce mailowej nadal brak odpowiedzi po ostatniej wysyłce do readerów, a to może różnie wróżyć.

 

Jest następna opcja-wygodniejsza –  submission do antologii. I tu jest znacznie, znacznie lepiej. O ile w pierwszym przypadku należy  poznać profil pisma fantastycznego i jego preferencje .(Czasem wali się kulą w płot ) o tyle w przypadku antologii zakres tematu pożądanych tekstów jest wąsko określony. Mówią; what they want.... is.....I tutaj podają hasło jak do dobrego konkursu – np: miejsce akcji---próżnia międzygalaktyczna, inwazja Obcych – inaczej podwodne monstra itd. Wystarczy ściśle trzymać się "topics," żeby zakwalifikować się do zbiorku. Wiadomo, trzeba trafić w gusta i wykazać się tolerowanym minimun znajomości tworzenia  formy literackiej. Jak znaleźć takie antologie?

Podaję adresy:

 

http://darkmarkets.com/category/markets/anthologies/

http://www.angiebenedetti.com/blog/category/anthology-market-listings/

http://client.writersrelief.com/writers-classifieds/anthology-calls-for-submissions.aspx

 

To tylko niektóre. Jest ich znacznie więcej– prawdziwe zatrzęsienie. Wystarczy wbić w Matkę Google hasło – submission call – SF albo Fantasy anthologies. Market – rynek angielskojęzyczny jest gigantyczny. Porównywalny z obszarem Galaktyki. Wejdzie tam każdy chętny.Wy młodzi macie z pewnością  szansę na nim zaistnieć. Najlepiej zrobić pierwszy krok czymś krótkim , starając się o piekielną dyscyplinę słowa. Mam pewien malutki sukces w tym względzie (efekt dość niespodziewany  przeszedł najśmielsze moje oczekiwania) Przetłumaczyłem pierwsze, własne opowiadanie piórkowe z tego portalu "Żołnierzyki", a ponieważ wystartowałem w temacie Bizzaro zmieniłem jego zakończenie na typowe Weird Fiction . Włączyli je do spisu treści. Właśnie ten mały sukces pozwoił mi uwierzyć w potencjał kolejnej publikacji. Najśmieszniejsze jest to, że w antologii "Bizzaro Bizarro" – Pulp Fiction Pat Douglasa ( poinformowalem gościa o publikacji w j. polskim) znalazłem się zupełnie przypadkiem w towarzystwie jeszcze dwóch Polaków– prawdziwych mistrzów gatunku. Jeśli mogę coś zasugerować  mając wystrzałowy pomysł -----pisząc, miejcie proszę na uwadze stworzenie dwóch wersji językowych. Nigdy nie wiadomo, która się bardziej przyda.

 

Jeśli nie Nowa Fantastyka w wersji papierowej– to czeka na Was z pewnością stuprocentową cały świat. :)

 

Oczywiscie przepraszam, jeśli w czymkolwiek uchybiłem lub cokolwiek, co napisałem umniejszaloby ważność publikacji w NF– dotąd sztuka  mi się nie udała – tekst nie przeszedł; slushwranglerów. :)

Serdeczności dla wszystkich

Jahusz

 

 

 

 

 


 

 

Recenzje.

 

 

 

Wszystkie:

http://jahusz.com/category/recenzje/

Wybrane

http://jahusz.com/toystories-recenzja-lubimyczytac-pl/

http://jahusz.com/recenzja-bizarro-bazar/

http://jahusz.com/grabarz-polski-a-testimonium/

http://jahusz.com/bizzaro-bazar/

http://jahusz.com/testimonium-reklama-australijska-bumerang-com/

http://jahusz.com/testimonium-recenzja/

http://jahusz.com/testimonium-recenzja-2/

http://jahusz.com/testimonium-recenzja-niedobre-literki/

http://jahusz.com/jan-maszczyszyn-testimonium-recenzja/

http://jahusz.com/testimonium-recenzja-fahrenheit-2013-czerwiec/

http://jahusz.com/testimonium-recenzja-red-krystyna-rataj-wfw-oraz-e-magazyn-szortal/

 

 

Wywiady.

http://jahusz.com/szortalowy-wywiad-luty-2014/

 

 

Opinie.

 

Antologia SF: Dira Necessitas
Antologia SF: Dira Necessitas
Jacek Piekara, Marek Baraniecki, Krzysztof Kochański, Andrzej Zimniak, Jacek Inglot, Andrzej Urbańczyk, Grzegorz Drukarczyk, Wiktor Żwikiewicz, Jerzy Grundkowski, Maciej Parowski, Jan Maszczyszyn, Andrzej Szatkowski


6.27 (11 ocen i 0 opinii)

Antologia SF: Dira Necessitas
Zawartość zbioru: 1. Wiktor Żwikiewicz - Suweren motyw falliczny 2. Jerzy Grundkowski - Wyznanie Bepsossa króla 3. Andrzej Zimniak - Rzeźbiarze o poranku 4. Marek Baraniecki - Gwiezdny kupiec 5. Krzy...
 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 60 | opinie: 0 | ocena: 6.27 (11 głosów)


Bizarro Bazar
Bizarro Bazar
Krzysztof T. Dąbrowski, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz jr, Robert Cichowlas, Krzysztof Maciejewski, Jan Maszczyszyn, Grzegorz Gajek, Dariusz Barczewski, Marek Grzywacz, Michał Stonawski, Edward Lee, Marcin Rojek, Bartosz Orlewski, Paweł Waśkiewicz, Karol Mitka


7.32 (19 ocen i 6 opinii)

Bizarro Bazar
iektórzy, te nieliczne niezrównoważone osobniki, które śledzą nasze poczynania zbyt uważnie, by świadczyło to dobrze o ich zdrowiu psychicznym i guście, mogli zauważyć, że od dłuższego czasu przebąkuj...
 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 45 | opinie: 6 | ocena: 7.32 (19 głosów)


Pożeracz szarości
Pożeracz szarości
Marek S. Huberath, Tadeusz Meszko, Aleksander Bukowiecki, Marek Dyszlewski, Piotr Gociek, Andrzej Bączkowski, Andrzej Podgórski, Jan Maszczyszyn, Jan Witold Suliga


7.5 (4 ocen i 1 opinii)

 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 16 | opinie: 1 | ocena: 7.5 (4 głosy)


Sposób na wszechświat
Sposób na wszechświat
Marek Lasota, Adam Synowiec, Jan Maszczyszyn


6 (1 ocen i 0 opinii)

 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 1 | opinie: 0 | ocena: 6 (1 głos)


Spotkanie w przestworzach 1
Spotkanie w przestworzach 1
Andrzej Drzewiński, Tadeusz Markowski, Ryszard Głowacki, Andrzej Majchrzak, Mieczysław Kurpisz, Andrzej Krzepkowski, Tadeusz Zbigniew Dworak, Jan Maszczyszyn, Ewa Kozarzewska, Leszek Olczak, Andrzej Leszczyński, Janusz Mil, Sławomir Mil


6.44 (9 ocen i 0 opinii)

Spotkanie w przestworzach 1
Podtytuł: Antologia młodych '79 Andrzej Drzewiński: - "W objęciach snu" - "Odnowa" - "Ocalenie" Zbigniew Dworak: - "Antybajka" - "Niezwykłe spotkanie w letnią noc" - "Esperia" - "Planeta grozy...
 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 36 | opinie: 0 | ocena: 6.44 (9 głosów)


Testimonium. Antologia opowiadań fantastycznych
Testimonium. Antologia opowiadań fantastycznych
Jan Maszczyszyn


7.5 (2 ocen i 0 opinii)

Testimonium. Antologia opowiadań fantastycznych
"Twórczość pana Jana najłatwiej nazwać klasyczną science fiction. Może nawet bez czasem mylącego dodatku 'hard', ale właśnie klasyczną, w sensie tematycznym chociażby. Mamy w niej kosmitów, gwiezdne w...
 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 16 | opinie: 0 | ocena: 7.5 (2 głosy)


Toystories
Toystories
Krzysztof T. Dąbrowski, Jan Maszczyszyn, Grzegorz Gajek, Michał Stonawski, Marcin Rusnak, Kornel Mikołajczyk, Sylwia Błach, Marcin Rojek, Marek Zychla, Juliusz Wojciechowicz, Kacper Kotulak, Adam Froń, Jędrzej Feranos Bargłowski, Marta Krajewska, Bartłomiej Żarnowski, Sylwia Finklińska


7.67 (6 ocen i 3 opinii)

Toystories
Antologia "Toystories" to kompilacja intrygujących opowiadań zarówno pisarzy ze sporym dorobkiem literackim, jak i debiutantów, a utwory w niej zawarte ujmują świeżością pomysłów, wprawnym w...
 

 
Przeczytane

 
Teraz czytam

 
Chcę przeczytać

 




czytelników: 22 | opinie: 3 | ocena: 7.67 (6 głosów)

 

 

W roku 1989 mając dość komunistycznej rzeczywistości , politycznej paplaniny i goryczy z tego płynącej - wyemigrowałem do Australii, gdzie obecnie mieszkam i pracuję.Z czasem - pisanie stało się rutyną - dotrzymuje mi na tej pustynnej, polskiej rzeczywistości - towarzystwa.   I chyba mnie to uszczęśliwiło. Stałem się znośniejszy dla otoczenia, wewnętrznie bogatszy i spokojniejszy.Stąd powstał zbiór opowiadań pod tytułem

 Księgarnia w Poznaniu.

 Konwent Pyrkon 2013 w Poznaniu.

 

 

Pierwsze na antypodach  papierowe wydania Qfanta - sztuk - dwie. 2012 - zawierające Posłańców opętania - historii doszczętnie wywróconej .

Ilustracje córki Natalii do postrzelonej groteski - nowelki" Posłańcy opętania"

 

Córki Alicja i Natalia

Jestem inspirowany tym lądem. Przesycony jego wiecznym duchem. Wkrótce ukończę powieść fantastyczną w całości mu poświęconą- stąd te zdjęcia. Aby stał się i wam bliższy.

Wreszcie chłodny Pacifik.

Photo: Czy wiecie, że internetowy magazyn „Szortal na wynos” ukazuje się od ponad roku? Kilkanaście numerów, kilkaset tekstów, kilkudziesięciu autorów…<br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /><br /> ZAPRASZAMY

Pierwsze okładki Szortala zilustrowała i całość zaprojektowała Natalia. Było to dla nas fantastyczne przeżycie, a dla mnie powód do dumy. Tak daleko, a jednak blisko. Mogę wszystkim tylko gorąco podziękować.


Później wraz z Natalią spotkaliśmy tych fantastycznych ludzi w Polsce. Rafał Sala i Ola Brożek w Suchej Beskidzkiej.

 Natalia z Andrzejem Trybułą - Polska 2013.

Z  Markiem Grzywaczem i świetną iłustratorką Marianną Stelmach Vuzel - Warszawa 2013. Przez ostatnie lata ci wszyscy ludzie  stali się najbliższymi, zaufanymi przyjaciółmi, dzieki wam za wsparcie i nieustające inspiracje!

Z Czesławem 

Natalia z Pawełem w muzeum Arkadego Fiedlera

 

 Mieszkam w Melbourne. Daleko tutaj do tropikalnego klimatu, jednak udało mi się stworzyć ogród pełen egzotycznych roólin, gdzie królują kaktusy i oczywiście plemienne maski. Niektóre yakupiłem, ale większość zrobiłem sam. Mimo, że to tylko amatroszczyzna, bardzo je lubię. Obrazki z przydomowego podwórka - pasja - of tribal art - pojawiła się po przeczytaniu paru książek - głównie dzieł Malinowskiego. 

Pictures from backyard

 

Photo: Just like other countries, wigs are a big deal in Papua New Guinea too!

Metal +fabric +shells _old broom's hair and coconut palm's leaves...Process : silicon + welding.. 

 Photo

 

 Photo: Can you name this tribe?

The one below gave me an inspiration to write the story regarding my passionate hobby. " The haunted forest".

 

 

 

The bunch of hobbies          https://www.facebook.com/pages/Jan-Maszczyszyn/375915585816232?ref=hl     Kilka innych pasji - międzyinnymi paleonologia i astronomia.


Miejsce najbardziej odwiedzane przez UFO - stacja baenzynowa na Terytorium Północnym i córka Alicja


 

 

 

 

Oto opowieść o przygodzie na kontynencie moich marzeń -link poniżej

 

https://sites.google.com/site/mojaaustralia/

------ to poniżej ----to prawdziwy dla mnie--- dopiero co -----odnaleziony na starym dysku twardym rarytas. Moja córka Natalia właśnie rozpoczynała wówczas swoją karierę graficzną, a ja -----w otchłani Netu odnalazłem zielone strony----------- Nowej Fantastyki.

Zupełnie nie miałem pojęcia o programie Word. Wszystko było dla mnie nowe, a ja czułem się straszliwie stary i nieudolny i zacofany. Ludzie w NF byli fantastyczni!!!! Wydusiłem z siebie te marne, pierwsze  historie - zamieszczone pod spodem - ---a ONI niezłomnie poprowadzili mnie dalej------ w  pasję bez końca. 

Natalia nadała temu formę magazynu - Takiego eksperymentalnego gniotu spod lady. 

 

 

 

 









http://encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Jan_Maszczyszyn


Jan Maszczyszyn "Testimonium"


 
Jan Maszczyszyn http://jahusz.com/ to autor, który                                                                                                                             wygryzł sporo czasu temu Sapkowskiego w konkursie organizowanym przez "Nową Fantastykę". Jakoś jednak tak wyszło, że przeszedł raczej bez echa w porównaniu do Sapkowskiego.
Pomału jednak, krok za krokiem, powraca na należne mu miejsce.
"Testimonium" to zbiór opowiadań, część z nich była mi już znana mniej-więcej ze strony "Nowej Fantastyki", gdzie autor je wrzucał i gdzie spotkały się z przyjazną i przychylną reakcją zarówno redakcji, jak i użytkowników.
Pana Jana bardzo interesuje człowiek. Przyszłość człowieka. Przyszłość ewolucji człowieka. Rozwiązania rodem z kwaśnych snów najbardziej szalonych transhumanistów. Nawet jak pojawia się bardziej zwyczajny motyw, jak inwazja obcych, czy rozważania o zinstytucjonalizowanej religii, to pokazane są one na świeże sposoby. Nie na darmo pan Jan współpracuje z Niedobrymi Literkami. W jego twórczości horror i bizarro mieszają się z klasycznym s-f.
Styl Pana Jana jest dosyć dosadny, Pan Jan się nie pieprzy z czytelnikami, nie owija w bawełnę, co nie oznacza, że jest prymitywnym chamem walącym "kurwa" zamiast przecinka. Wręcz przeciwnie. Proza jest momentami szorstka w odbiorze, bo wizje światów kreowanych przez pana Jana są szorstkie w odbiorze i pozaludzkie, nieludzkie, technologia (lub czasem interwencja czegoś spoza granicy ludzkiego poznania) jest źródłem obłędnych wynaturzeń, przedstawionych dosadnie, z delikatną nutką turpizmu, ale wszystko jest właśnie tak, jak powinno być, każdy element na swoim miejscu, wszystko pasuje. Pan Jan nie przejmuje się tabu. Pan Jan chłoszcze samą biologiczną swoistość człowieka. Dokonuje też czasem, mimochodem jakby, obserwacji socjologicznych, jak we "Wnetwstąpieniu", czyli opowieści o przyszłości internetu, bardzo namacalnego internetu, i przy okazji o inwazji obcych.
Poza tym wizje pana Jana są pesymistyczne. Nawet bardzo pesymistyczne. Oprócz dwuznacznego (w każdym razie ja je tak odebrałem) przewrotnego zakończenia "Nieboskiego księżyca".
Nie każdemu proza pana Jana przypadnie do gustu, ale cała reszta się nie zawiedzie.
Książki - E Books
Tu można kupić




8maja 2013
Wiadomość z Ostatniej Chwili!!!!

Homo Pregnantus ---story just landed !!!!! 

ocena:8
Autor: Antologia
Tłumaczenie:Marcin Kiszela Marek Grzywacz
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:2013
Wydawnictwo:Niedobre Literki
Ilość stron:328
Autor recenzji:M@rio
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Bizarro to gatunek literacki, uprawomocniony przez amerykańskich pisarzy-wywrotowców, którzy postanowili uknuć termin dla literatury dziwacznej, rażącej nawet w kanonach popkulturowych swą ekscentrycznością i niemożnością klasyfikacji. Szybko okazało się, że idea znalazła wielu naśladowców, a wokół niej zaczęła tworzyć się swoista subkultura, spragniona nawiedzonych wagin, napalonych elfów, dupogoblinów i groteski, łamiącej wszelkie utarte konwenanse.

„Bizarro Bazar” to druga poważna próba zaszczepienia gatunku bizarro na naszym rynku. Poprzednia antologia, „Bizarro dla początkujących”, mimo bijącej od niej literackiego entuzjazmu, ledwie się prześlizgiwała po samym bizarro, przez co chyba nie była najlepszą wizytówką zjawiska. Za to „Bizarro Bazar” to rzecz bardziej dojrzała, śmiała, a przy tym szachująca nazwiskami czołowych przedstawicieli nurtu zza Oceanu. Na prawie 330 stronach swoje miejsce znalazły 22 opowiadania, które stanowią barwny, przekrojowy wachlarz gatunku bizarro. Mam wrażenie, że intencją twórców antologii było pokazanie nieco innego oblicza nurtu, który w Polsce kojarzony jest przede wszystkim przez pryzmat twórców grozy. Stąd tez „Bizarro Bazar” to gatunkowy tygiel, tonący w oparach absurdu, zabawy konwencją i szermierki słownej. Można tu znaleźć wariacje i miksy antyutopijne, fantasy, horroru, westernu oraz wybrzmiałej groteski, która co rusz raczy nas swoim szelmowskim uśmiechem. Podczas lektury książki, rysuje się pewna prawidłowość. Otóż teksty amerykańskich kolegów po fachu, mimo nierzadko banalniejszej formy i tematyki, posiadają o wiele więcej luzu i zwyczajnie lepiej się sprawdzają w kategoriach rozrywkowych. Opowiadania „Futbolowe mamy i pro-wrestlingowi ojcowie” Bradleya Sandsa to prawdziwe mistrzostwo świata pod tym względem. I mimo że Amerykanie lubią wrzucać nutkę goryczy („Dom (z) kotów” Jeff’a Burkey’a, czy „Ponure bobry” Camerona Pierce’a), to jednak ich poziom gorzkiego smaku jest zdecydowanie mniej intensywny niż nasz. 

W antologii są same bardzo dobre teksty, dobre i dwa średnie (te ostatnie to „Czarne Galery” Krzysztofa Maciejewskiego oraz „Pięć parszywych żywotów” Zeter Zelke). Do prawdziwych perełek należy z pewnością „Skóra” Michała Stonawskiego, która zabija konceptem i apokaliptyczną puentą; antyutopijny „Homo Pregnantus” Jana Maszczyszyna; humorystyczne „Porno w sierpniu” Carltona Mellicka, świetnie wpisujący się w konwencję fetyszystowski „Duckfucker” Roberta Cichowlasa, przewrotna „Moja na zawsze” Grzegorza Gajka i jak zwykle hardcorowy Edward Lee ze swoją „Przejażdżką”. Tą wyliczankę spokojnie można by kontynuować, lecz to właśnie wyżej wymienione rzeczy podcięły mi nogi swoją świeżością, warsztatem i oryginalnymi pomysłami. W antologii znajdziemy również weteranów sceny literackiej w postaci utworów Dawida Kaina, Kazka Kyrcza czy Krzysztofa T. Dąbrowskiego, lecz tym razem znacznie mocniej utkwiły mi w pamięci opowiadania firmowane przez mniej doświadczonych twórców, co samo w sobie jest bardzo dobrym prognostykiem.

„Bizarro Bazar” traktuję jako wyraźny sygnał tworzącego się środowiska twórców literatury alternatywnej, gromadzącego się pod szyldem „bizarro”. Sama zaś antologia to jak na razie najlepszy polski owoc literatury eksperymentalnej. Warto również dodać, że jak na inicjatywę undergroundową wydanie prezentuje się bardzo okazale pod względem edytorskim – składowi i korekcie nie można praktycznie niczego zarzucić, a świetna okładka Eda Mironiuka nadaje książce charakteru. Olbrzymi rozrzut form, śmiałość tekstów oraz wysoki poziom całej antologii bardzo dobrze wróżą nurtowi bizarro w Polsce. Pozostaje mieć nadzieję, że aspiracje twórców „Bizarro Bazar” znajdą odzwierciedlenie w gustach czytelników, bo jak wiadomo… ostatnie słowo należy właśnie do nich. 
Patronat medialny: Horror Online
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ świeżość
+ znane nazwiska zza Oceanu
+ różnorodność
+ wysoki równy poziom
+ nowe polskie nazwiska
+ literackie szaleństwo

Minusy:

- w zasadzie brak


http://szortal.com/node/3534
Unlike ·  · Share · 16 · 2 hours ago · 


"Bizarro Bazar"

Jak sama nazwa wskazuje, "Bizarro Bazar" to zbiór opowiadań bizarro. Mamy tutaj zarówno autorów rodzimych, jak i kilka sław zza oceanu. A czym właściwie jest to bizarro?
W sumie to nie wiem, to trochę takie wszystko i nic - dla mnie osobiście to nic złego - jeśli przyjmiemy, że pewnego pięknego dnia (a może w zeszły piątek) upadły wielkie narracje i żyjemy w ponowoczesności, jeśli przyjmiemy, że wszystko już było, i że pozostaje tylko zabawa konwencją i reinterpretowanie pojęć - to bizarro jest hordą pstrokatych szaleńców ucztujących na coraz bardziej gnijącym i rozpływającym się truchle wszystkiego, co było wcześniej. To ucieleśnienie świata "post-" - zabawa treścią, czysty absurd, groteska, surrealizm, gwałt na związkach przyczynowo-skutkowych, na sensie jako takim.
A w każdym razie miałem o bizarro taką opinię po kilku dorwanych w .pdf książkach klasykach gatunku (o dupo-goblinach z Auschwitz, itd.). Po "Bizarro Bazar" w sumie nie wiem, czym jest bizarro, bo większość zamieszczonych tutaj opowiadań zakwalifikowałbym bez problemu do innych gatunków - do parodii (np. "Czarne galery" Krzysztofa Maciejewskiego - w tym konkretnym przypadku byłaby to parodia urban fantasy), do wykrzywionej, zakrzaczonej, nieco perwersyjnej i ociekającej jadem dystopii/krytyki społecznej przywodzącej na myśl bardzo dalekie echa najróżniejszych skojarzeń, np. z niektórymi opowieściami staruszka Lema, zwłaszcza tymi z Bim-Bam-Bom i Miastochodami czy Zajdlem na kwasie (np. "Opcja" Dawida Kaina, "Homo Pregnantus" Jana Maszczyszyna, "Ojciec roku" Kazimierza Krycza Jr, "Polski gotyk" Marka Grzywacza, "Porno w sierpniu" Carltona Mellica III) przez czyste, niczym nie skrępowane i wręcz toporne (co nie znaczy, że złe) gore ("Przejażdżka" Edwarda Lee), czy przez odrealnioną, brutalną i krwawą ale jednak głównie psychologiczną opowieść o traumie i wyparciu ("Wirująca, szara mgła" Jeremy'ego C. Shippa), itd.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia. Bizarro to wszystko i nic, lub, parafrazując słynną encyklopedię, bizarro jakie jest - każdy widzi. Lub schodząc na poziom czysto subiektywny - bizarro to to, czego autor uzna, że to bizarro. Elementem wspólnym byłaby dziwność bijąca z treści, pewna odczuwana podskórnie przewrotność, poczucie braku oparcia, jakaś taka przyćpana atmosfera. Chociaż niekoniecznie co do tego ostatniego. Do mojej pierwotnej, przytoczonej u góry tej notki definicji gatunku pasowałoby tylko kilka opowiadań z całej antologii - fenomenalna w swojej absurdalności i odrealnieniu "Cipakabra" Karola Mitki, "Dom (z) kotów" Jeffa Burke'a, "Skóra" Michała Stonawskiego, gwałt na opowieści o leśnych zwierzątkach, czyli "Ponure bobry" Camerona Pierce'a, no i "144000" Marcina Rojka, przewrotna opowieść o Paruzji. Swoją drogą, Marcin to mój dobry ziom jeszcze z liceum, więc mogę to napisać, i się nie obrazi - stary, stać Cię na więcej. To nie jest złe opowiadanie, nie. Po prostu oczekiwałem zniszczenia w stylu tego o zabawkach co kiedyś było w "Nowej Fantastyce", a "144000" to jednak lajcik w porównaniu do tamtego.
Nie chce mi się przedstawiać pozostałych opowiadań - nie było wśród nich jednak jakiegoś, które byłoby zdecydowanie gorsze od pozostałych. 
Bizarro ma niby jakieś swoje mity założycielskie, rozwija się jako pewna subkultura i coś w rodzaju kontestującego zastany świat ruchu autorów; ciekawe, czy przyjmie się w Polsce na dłużej, gdzie jak na razie, z tego co widzę, znalazło sobie przystań głównie w "Niedobrych Literkach", siedzi tam i bluźni wniebogłosy oraz penisa pokazuje przechodzącym nieopodal gatunkom mainstreamu. I bardzo dobrze.
Omówioną pokrótce antologię, do dostania np. przez allegro chyba jeszcze, lub być może na kolejnych w tym roku konwentach, polecam jako papierowe świadectwo ekspansji bizarro w Polsce w pierwszym okresie tejże ekspansji. Dla kogoś nieobeznanego z gatunkiem będzie to tym bardziej wartościowa pozycja, bo przekrojowo pokazująca liczne warianty i wariacje w obrębie tego wirującego chaosu, jakim jest bizarro.

http://sylwiablach.blogspot.com.au/2013/06/zabierz-mnie-na-bazarhttp://www.eclicto.pl/szukaj.php?fraza=testimonium&search=1&searchbtn=szukaj

Logo






Witam serdecznie






Logo

Urodziłem się w  roku pańskim 1960  w Bytomiu, płci męskiej, której uparcie się trzymam. Skąd takie rosyjsko brzmiące nazwisko? Otoż moj dziadek Jan był synem bezprawnie poczętym przez ówczesnego  biskupa pewnego znacznego miasta kresów wschodnich. Osierocony jawnym wyparciem się czynu,  został później adoptowany przez rodzinę uczciwych,  biednych szewców.  I to oni podzielili się z nim tym ich największym skarbem rodowym, nazwiskiem. Dziadek w porywie patriotyzmu dołączył do legionów i służył w  kawalerii u boku  Marszałka w bitwie pod Warszawą. Musiał za to odpokutować w komunistycznej , nienawidzącej patriotów Polsce. Dziadek wrócił do Tarnopola , ożenił się podczas wojny z żydówką, kochaną babcią Rózią i wbrew nazistwoskim radom spłodzili mojego ojca. Sowieci wywieźli ich później do Bytomia, gdzie z kolei urodziłem się ja. Ojcu wpisali do dowodu Czortków ZSRR co pięknie komponowało się z nazwiskiem. Dziadek przeniósł się do Krakowa. Jeździłem tam często, bo kochałem to miasto i kochałem bardzo dziadka, też Jana. Za każdym pobytem zaczytywałem się w wielkiej księdze Historii Polski z 1929 roku. Komuniści nienawidzili tej księgi, a ja nienawidziłem komunizmu. Dziadek wiedział o tym i zawsze z uśmiechem szczęścia  poklepywał mnie przy czytaniu. Zarówno to miasto, jak i ta książka żyje we mnie do dzisiaj.


Debiutowałem na łamach Nowego Wyrazu w roku 1977 opowiadaniem „Strażnik”. Następnie publikowałem swoje teksty w Fantastyce, Politechniku, Faktach, Merkuriuszu, Odgłosach oraz fanzinach klubowych Somnambul, Fikcje, Kwazar, Feniks, Spectrum. Kilka opowiadań dostało się do zbiorów. Wspomniany „Strażnik” ukazał się w „Spotkaniach w przestworzach”, „Ciernie” w „Pożeraczu szarości”, „Noc nieostateczna” w  wydawnictwie Śląskiego Klubu Fantastyki „Sposób na wszechświat”, „Spokój przeklętych myśli” w „Dira Necessitas”. W sumie więc nic ważnego.


Stary złapany podczas pisania Upadłych wizji - żałosne - wiem, że było mi wygodnie.

 Pisałem w owym czasie na przedwojennej maszynie pożyczanej od kolegi z jego strychu. Przeskakiwały kolory, mieszały się na przemian czarny z czerwonym. Mordęga. W 1981 roku ukrywałem sprzęt Solidarności. Maszyny do pisania. Wybłagałem od nich jedną. Zakupiłem za cenę dwóch pensji. Nigdy nie zapomnę jak przemykaliśmy przez miasto z torbami pełnymi tych skarbów. Nawet papier był bezcenny.Rok temu odkryłem współczesne metody- Worda. Kiedy zamieściłem na portalu pierwsze opowiadanie w styczniu ubiegłego roku  użytkownicy pękali ze śmiechu. Nawet nie wiedziałem, co to spacje. Wypadłem z pisanego  języka kompletnie. A przecież nie potrafię bez niego żyć.

Swiat pochodzenia - i tak pozostał drogi sercu,

W roku 1989 mając dość komunistycznej rzeczywistości , politycznej paplaniny i goryczy z tego płynącej. Wyemigrowałem do Australii, gdzie obecnie mieszkam i pracuję.Rozpisałem się z czasem.  Tworów powstaje coraz więcej... I chyba mnie to uszczęśliwiło. Stałem się znośniejszy dla otoczenia, bogatszy i spokojniejszy. Pisanie koi zgorzknienia starości. Stąd powstał zbiór opowiadań pod tytułem

Miejsce najbardziej odwiedzane przez UFO - stacja baenzynowa na Terytorium Północnym i córka Alicja

piątek, 9 sierpnia 2013

"Bizarro bazar" Antologia opowiadań



W niespełna dwa lata od premiery dość ciepło przyjętego zbioru „Bizarro dla początkujących”, ekipa autorów skupionych wokół projektu Niedobre literki, uraczyła nas jego kontynuacją. W przypadku antologii „Bizarro bazar” złota zasada sequeli, którą możemy sprowadzić do stwierdzenia „więcej, mocniej, lepiej”, została w 100% wcielona w życie. Na ponad 320 stronach otrzymujemy aż 22 opowiadania, a oprócz znanych polskich autorów (na czele z Dawidem Kainem, Krzysztofem T. Dąbrowskim, czy Robertem Cichowlasem), pojawią się teksty pisarzy zagranicznych (w tym tak uznanych w gatunku jak Carlton Mellick III, czy Cameron Pierce) oraz historie twórców systematycznie zyskujących rozgłos (jak choćby Grzegorz Gajek i przede wszystkim Jan Maszczyszyn).







Podobnie jak w przypadku pierwszego zbioru, mamy tu bardzo duży rozstrzał tematyczny i każdy raczej znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, że jak wspomniałem ilość opowiadań jest spora. Co jednak ważniejsze, ich jakość jest na naprawdę dobrym poziomie i zaledwie kilka mnie rozczarowało. Niestety do tej grupy znów muszę zaliczyć tekst Kazimierza Kyrcza Jr. Opowiadanie „Ojciec roku”, bo o nim mowa zaczyna się całkiem nieźle, a prosty styl niektórym przypadnie do gustu. Ja po raz kolejny mam z autorem niestety ten sam problem. Tu nawet chyba większy niż z poprzednimi jego tekstami. Problemem tym jest puenta, której ja po prostu nie akceptuję i która rozkłada mi całą opowieść na łopatki. 

Dość słabo w mojej ocenie wypada także tekst „Czarne galery” Krzysztofa Maciejewskiego. Ale w tym przypadku moje odczucia nie są tak jednoznacznie negatywne. Po prostu opowiadanie do mnie nie trafiło i zupełnie nie zrozumiałem jaka była intencja autora. Na zakończenie strefy rozczarowań zostawiłem opowiadanie autora o którym słyszałem tyle samo dobrego co bardzo złego, a sam nigdy wcześnie z jego twórczością nie miałem do czynienia. Mam wrażenie, że „Duckfucker” Roberta Cichowlasa może przypaść wielu czytelnikom do gustu. Ja jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że czytam przeciętny klon Grahama Mastertona (vide choćby jego opowiadanie „Obiekt seksualny”), a finałowy twist zamiast zaskoczyć wydał mi się tanią manipulacją. 

Dość o rozczarowaniach, bo w zbiorze mamy naprawdę sporo świetnych historii. Zacznę od zagranicznych gości i na wstępie chciałbym pogratulować twórcom zbioru wyboru opowiadań. Poza Edwardem Lee, który uraczył nas horrorem mocno w swoim stylu (dobrym, ale myślę, że każdy kto zna jego wydane w Polsce powieści wie doskonale czego się spodziewać) wszyscy pozostali zaserwowali nam naprawdę smakowitą porcję bizarro.  Szczególnie chciałbym wyróżnić „Porno w sierpniu” Carltona Mellicka III (które z pewnością może stanowić dobrą wizytówkę, nie tylko antologii, ale i bizarro jako gatunku w ogóle), szalony „Dom (z) kotów” Jeffa Burk’a oraz przede wszystkim „Ponure bobry” Camerona Pierce’a. To ostatnie opowiadanie stanowi jedną z perełek w całym zbiorze. W króciutkim tekście dostajemy unikalny mix humoru i makabry, od którego ja nie mogę się od momentu lektury uwolnić. Pierce’a wprowadziłem na swoją listę autorów do dogłębniejszego sprawdzenia, bo jeżeli jego inne opowiadania prezentują podobny poziom to naprawdę jest to pierwsza liga gatunku.

Ale Polacy nie gęsi i także swych autorów bizarro mają. I to na tyle dobrych, że bardzo trudno ograniczyć mi się do paru najlepszych tekstów. Już pierwsze dwa  (choć nie znałem autorów wcześniej) nastawiły mnie optymistycznie. Na początek zaserwowano nam świetną „Skórę” Michała Stonawskiego, czyli nietypową opowieść (post)apokaliptyczną i humorystyczne „144000” Marcina Rojka, którego to tekst pochyla się nad kwestiami także poniekąd apokaliptycznymi. Tylko bardziej dosłownie, bo tymi z Apokalipsy Św. Jana. Na uwagę (ośmielę się zaryzykować, że jak wszystkie jego opowiadania) zasługuje „Homo pregnatus” Jana Maszczyszyna. Pierwszy raz trafiłem na jego tekst, kiedy wygrał jeden z konkursów na Carpe Noctem. Tamto opowiadanie bardzo mocno skojarzyło mi się z bizarro (o czym nie omieszkałem zasygnalizować ekipie Niedobrych Literek, ciekawe czy przysłużyłem się do szerszej obecności autora w polskim centrum bizarro?). Od tamtej pory zapoznałem się ze sporą ilością opowieści jego autorstwa i widać, że prezentuje on unikalny i bardzo ciekawy styl, który przypadł mi do gustu. „Homo pregantus” nie jest może najwybitniejszym jego dziełem jakie czytałem (puenta zbyt szybko staje się oczywista), ale moim zdaniem może stanowić niezłe wprowadzenie w świat autora zbioru „Testimonium”.

Udane opowieści to także „Cipakabra” Karola Mitki, która jest historią jako żywo z wyobrażeń przeciętnego czytelnika o tym gatunku (krwawa, absurdalna, nieznająca świętości) oraz „Rajska kraina” Dariusza Kuchniaka, która wyśmienicie bawi się oczekiwaniami czytelnika. Ale jak dla mnie to co najlepsze jeżeli chodzi o teksty polskich autorów zostawiono na koniec. „Polski gotyk” Marka Grzywacza to moim zdaniem rewelacyjne opowiadanie, w którym udało się autorowi nie tylko wykreować ciekawą rzeczywistość i zaludnić ją interesującymi postaciami, ale przede wszystkim okrasić to świetnym finałem. Tekst kompletny i bardzo pozytywne zaskoczenie.

Jak widzicie udanych opowieści jest tu co nie miara. A ja po lekturze mam także wrażenie, że paradoksalnie ten zbiór stanowi lepsze wprowadzenie do gatunku niż „Bizarro dla początkujących”. Z tego co widzę to aktualnie do kupienia pozostało zaledwie parę egzemplarzy, ale mam nadzieję, że doczekamy się może jakiegoś drugiego wydania (Może z ciekawszą okładką? Ta mimo iż zebrała sporo pozytywnych opinii w ogóle do mnie nie trafia). Wyrównany, dobry poziom oraz różnorodność tematyczna i stylistyczna gwarantują, że jeżeli jesteście miłośnikami opowiadań powinniście być po lekturze „Bizarro bazar” usatysfakcjonowani. Bizarro rozwija się w u nas wyjątkowo prężenie i trzymam kciuki za kolejne udane projekty sygnowane logiem „Niedobrych literek”.

Ps. Szczęśliwym trafem począwszy od dnia dzisiejszego można zbiór nabyć w formie e-booka.

Przydatne linki:



 
Nadchodzi "Bizarro Bazar"
21:38, 07.05.2013 | M@rio
26 maja ukaże się druga polska antologia bizarro fiction, której patronuje Horror Online. Po "Bizarro dla początkujących" przyszedł czas na "Bizarro Bazar"! Najlepsi zagraniczni i polscy twórcy bizarro w 22 tekstach zaatakują czytelników surrealistycznymi pomysłami, psychodeliczną atmosferą i przewrotnym humorem. 

Antologia "Bizarro Bazar" dostępna będzie wyłącznie w przedsprzedaży, w ekstremalnie limitowanym nakładzie. Książkę można już zamawiać naAllegro. Dla pierwszych dziesięciu kupujących przewidziano upominek w postaci książki Dawida Kaina (do wyboru: powieści "Gęba w niebie" bądź "Za pięć rewolta", albo zbiór opowiadań "Makabreski").

Spis treści:

DOM (Z) KOTÓW by Jeff Burk
SKÓRA by Michał Stonawski
144000 by Marcin Rojek
CZARNE GALERY by Krzysztof Maciejewski
WIRUJĄCA, SZARA MGŁA by Jeremy C. Shipp
OPCJA by Dawid Kain
OJCIEC ROKU by Kazimierz Kyrcz Jr.
LAMPIONY Z LUDZKICH GŁÓW by Paweł Waśkiewicz
HOMO PREGNANTUS by Jan Maszczyszyn
PIĘĆ PARSZYWYCH ŻYWOTÓW by Zeter Zelke
FUTBOLOWE MAMY I PRO-WRESTLINGOWI OJCOWIE by Bradley Sands
POGADKA Z… by Dariusz Barczewski
CIPAKABRA by Karol Mitka
GD-0 by Krzysztof T. Dąbrowski
PORNO W SIERPNIU by Carlton Mellick III
DUCKFUCKER by Robert Cichowlas
PONURE BOBRY by Cameron Pierce
CALEB by Bartosz Orlewski
RAJSKA KRAINA by Dariusz Kuchniak
MOJA NA ZAWSZE by Grzegorz Gajek
POLSKI GOTYK by Marek Grzywacz
PRZEJAŻDŻKA by Edward Lee 


              Testimonium 

Nie ostatni ----mniemam--- zbiorek tego typu
Zobacz






Recenzje


Fahrenheit



Daniel Ostrowski
Kategoria: Recenzje
Opublikowano: 19 maj 2013

Testimonium

Jan Maszczyszyn

Warszawska Firma Wydawcznicza 2013

Stron: 360

Cena: 48 zł

 

      Wspominałem już, że lubię bardzo zbiory opowiadań? Oczywiście fantastycznych. Uściśliłbym nawet, że szczególnie science fiction. Oczywiście, lubię też powieści, ale opowiadania SF mają w sobie to coś. Zbiór opowiadań to szansa, by co chwila stawać przed zupełnie nową historią. Owszem, niektóre mogą mi się podobać mniej, albo nawet wcale, ale mimo wszystko, nowość pociąga.

I oto mam, zbiór opowiadań, choć tym razem nie różnych, ale jednego autora. Mam długo, bo, lekko licząc, będzie już ze trzy miesiące. No i gdzie recenzja, panie recenzent?

Przyznam szczerze – nie była to dla mnie, mimo osobistej skłonności do opowiadań SF, łatwa lektura. Jest w stylu autora coś takiego, co mnie, jako czytelnika, zamęcza. Co rusz muszę książkę odłożyć i od niej odpocząć. Zważywszy, że na co dzień doczytuję do końca każdą pozycję, jaka mi wpadnie w ręce, normalnym (czyli raczej dość szybkim) tempem i nie potrafię (taka osobliwa wada, choć nie aż tak rzadka, znam kilka takich osób) książki przerwać definitywnie np. w połowie, gdy mi się nie podoba (baaardzo rzadko mi się to zdarza), strasznie mnie samego dziwi, że czytanie tej książki potrafiłem tak często przerywać, by potem do niej wrócić.

Czy to kwestia rozumienia wagi fahrenheitowego patronatu nad Testimonium? A może strach przed naczelną, że nierzetelnego recenzenta za przerwanie lektury batem oćwiczy?

Otóż nie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że do książki wracałem z ochotą i ciekawością. Bo jest w niej coś takiego, co przyciąga… i coś takiego, co odpycha. A całość - generalnie – fascynuje. Czy to nie dziwne?

Przede wszystkim oszałamiająca jest wyobraźnia autora. Wiedzie ona przeważnie w przyszłość, ku konwencjonalnemu, twardemu science fiction, ale rzadko tam dociera, skręca w drodze do celu, wije się niczym oślizgły gad. Dla mnie to chyba najbardziej trafna metafora, bo kierunki, w których zbacza fantazja Jana Maszczyszyna, są niczym ten wąż – odrażające, obrazoburcze, koszmarne, wykoślawione, obrzydliwe, destrukcyjne – można by tak długo sypać epitetami, krótko mówiąc:  wysoce niepokojące. A mimo tego  teksty autora przyciągają jak magnes. Pokazują niezbyt wesołą wizję przyszłej rzeczywistości, frapują, wzbudzają głęboki niepokój. Podobne odczucia mam zawsze przy czytaniu „Przenajświętszej Rzeczpospolitej” Piekary i „Nakręcanej pomarańczy” Burgessa, inne są tylko źródła odrazy i niepokoju.

We wszystkich fabułach zbioru czai się też nieznane. Z jednej strony, to dość typowe w twardej SF stawianie ludzi wobec rzeczy obcych i niezrozumiałych. Typowe, oczywiście, nie znaczy nudne. Zgłębianie nieznanego jest sztandarową cechą gatunku, która pewnie zawsze będzie przyciągać spragnionych czytelników, nawet jeśli będzie ono skazane, jak w Testimonium, na porażkę.

Z drugiej strony, nieznane jest niedopowiedzeniem. Akcja wielu fabuł toczy się wokół fantastycznych pomysłów, których szczegóły, nawet dość istotne, pozostają poza narracją i poza percepcją czytelnika. Uzyskuje się przez to efekt wrzucenia odbiorcy w środek wydarzeń, których podłoże nie jest znane i wyjaśnione. Na pierwszy plan, siłą rzeczy, wysuwają się wydarzenia aktualne, bieżące sprawy, dylematy i problemy, a czytelnik, częściowo rozumowo, a częściowo jedynie intuicyjnie, może wczuć się w sytuację bohaterów. Przyznam szczerze, nie przepadam za takim stylem budowania fabuły i prowadzenia narracji. Po części dlatego, że zwyczajnie lubię znać i rozumieć intrygę w całości, nie znoszę tego uczucia niedosytu, gdy po ostatniej kropce wszystko niby jest jasne, ale ja nadal nie wiem, dlaczego ten bohater zrobił to lub tamto, a tamta sprawa była dla wszystkich taka ważna (vide: niezrozumiała dla mnie koncepcja ojców w opowiadaniu Testimonium, które dało tytuł zbiorowi).

Z trzeciej strony, z doświadczenia warsztatowego wiem, że takie bardziej lub mniej świadome braki, przemilczenia w fabule cechują raczej utwory autorów początkujących i nieporadnych. Do wyrobionego stylu Jana Maszczyszyna, do jego bizantyjsko rozwiniętych historii, pasuje to jak pięść do nosa.

Ale prawdziwą piętą achillesową autora jest co innego – zakończenia. W wielu przypadkach to one właśnie pozostawiają największy niedosyt – swą skrótowością, metafizycznym rozmyciem, jakby brakiem autorskiej koncepcji: jak by tu tę rozbudowaną fabułę wreszcie skończyć? I często wychodzi właśnie tak: byle jak.

Niemniej, muszę powiedzieć, że Testimonium  to zbiór wart przeczytania. Dla mnie nawet zdecydowanie wart uczucia zmęczenia. Naprawdę warto, dla tej wijącej się jak oślizgły wąż fantazji Jana Maszczyszyna.

 

Daniel Ostrowski





Poltergeist 9 maja 2013

Testimonium - Jan Maszczyszyn

Proza fiksacyjna, czytelniczo fascynująca
Autor: Jarek 'jareckr' Rusak
Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Testimonium - Jan MaszczyszynJeśli ciekawią Was inne ujęcia popularnych w science fiction tematów, a ponadto jesteście gotowi na solidną porcję futurystycznych dewiacji i obłędu oraz związane z tym oszołomienie, powinniście sięgnąć poTestimonium – wydaną w tym roku antologię Jana "Jahusza"* Maszczyszyna. Tylko uwaga! Autor wstępu, Marek Grzywacz nie bez przyczyny opatrzył zawartą w niej prozę mianem… fiksacyjnej.

___________________________


Transhumanizm nie musi oznaczać pozytywnych zmian. Wyobraźcie sobie ludzi przyszłości, których wszelkie, wprowadzane dzięki różnym dziedzinom nauki "poprawki" zmieniły na niekorzyść. Czy zamiast homo sapiens widzicie twory wykrzywione, groteskowe; które budzą w Was przerażenie, niesmak lub nawet odrazę? Nie? W takim razie nie potraficie być pesymistami lub jesteście nimi tylko w stopniu umiarkowanym. Jaki mógłby być fizycznie i mentalnie zdeformowany postczłowiek? 

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Odpowiedź przynosi pierwsze, tytułowe opowiadanie, uderzające po głowie niczym obuch. Na Hagunie, skolonizowanej pustynnej planecie słowo "ojciec" nabrało drugiego znaczenia – to również "organizm depozytoryjny", służący do magazynowania jaźni członków tutejszych Rodzin (rodów). Niezwykłej sile fizycznej Ojców towarzyszy ich odpychająca powierzchowność. Nazwijmy rzeczy po imieniu: te familijne przechowalnie tożsamości są odpychającymi kreaturami. Właśnie kimś takim staje się jedna z postaci, dla której przekraczanie wszelkich granic człowieczeństwa wynika z coraz żarłoczniejszej, chorej i nienasyconej żądzy dominacji oraz władzy. Obecne w Testimonium perwersja i, czasem, wręcz sadystyczna brutalność (porachunki i wojny w iście plemiennym, krwawym wydaniu) stanowią integralną część stworzonego uniwersum, lecz nie są dla Maszczyszyna celem samym w sobie. Wielu fanów sf doceni zasobność i potencjał świata, a także liczne smaczki, takie jak chociażby towarzyszące Ojcom protetyczne robociki czy drid – roślina o silnie narkotycznych właściwościach, w fazie rozsiewu produkująca mordercze nasiona. Wszystko to "Jahusz" podaje w świeżym, niekonwencjonalnym sosie. 

Wcale nie lepiej nasz gatunek ma się we Wnetwstąpieniu. Właściwie należy mówić o całkowitym upadku za sprawą uzależnienia od sieci oraz najazdu kosmitów. Ci nie dysponowali ani statkami, ani nawet skafandrami, pojawili się nagle na Ziemi, a pozostawionych przy życiu internetowych nałogowców doprowadzili do fizycznego i moralnego zdegradowania. Wbrew standardowemu ujęciu, inwazja z kosmosu może odbyć się na dziesiątki innych sposobów niż frontalny atak przedstawicieli wysoko rozwiniętej, obcej cywilizacji. Dobry tego przykład znajdziemy w Szklanych głosach – obcy występują tu jako ekspansywne, bezmyślne, destrukcyjne i niekomunikatywne zwierzęta. Na ile przypominają nas? Aurę apokalipsy czuje się podczas lektury Brzegu ostateczności. Oto inne formy życia wykwitły na niebie w postaci wielkich, zmiennokształtnych i śmiercionośnych kropel, wywołując strach i gwałtowny wzrost nastrojów religijnych. Jest to dla autora doskonały przyczynek do zaprezentowana różnych ludzkich postaw w obliczu domniemanego końca oraz do podjęcia dyskusji o wierze (również fanatycznej) i ateizmie. 

Prolog Nieboskiego księżyca wprowadza nas do świata, gdzie sklonowane fragmenty ciała Jezusa działają jak… implanty dające możliwość dokonywania cudów. Motywem przewodnim jest tu jednak agresywna religia, która otwarcie zwalcza cielesność, a ściślej – ludzką seksualność. Księża na księżycu (sic!) zamieniają bowiem dorosłych w dzieci (świadomość jednak pozostawiając bez zmian), aby uwolnić ich od nieczystego, prymitywnego instynktu. Chrystus pojawia się w końcówce Drugiego kuszenia Adasia – przerobionej na własną modłę wersji znanej, biblijnej opowieści. Okazuje się, że pobyt w raju wiąże się nie tylko z brakiem zmartwień, ale również z nadmierną stabilizacją i nudą. 

W wielu innych tekstach pisarz poczyna sobie równie odważnie. Z karykaturalnym zacięciem pokazuje homoseksualne, męskie społeczeństwo po wymarciu kobiet (Milczenie gapia) oraz wyśmiewa rasistowskie teorie nazistów (Upadłe wizje). Jeszcze dalej idzie opisując wyuzdane, seksualne zbliżenie człowieka i kosmity, które nie zapowiada finałowej makabry (Pasje mojej miłości). Aż ciarki przechodzą po plecach. Podobny efekt wywołuje przeczytanie Kontemplariusza Artyzjonu. Przybywający do naszej galaktyki obcy nie jest zainteresowany kontaktem, lecz uprawianiem odrażającego rodzaju sztuki... Grozą wieje też w mrocznym, psychodelicznym Lasie potępionych (gwinejska dżungla, szamanizm, magiczne maski i znowu obcy) oraz Szkłoludzie – krótkim horrorze rozgrywającym się na pozaziemskiej kolonii. Co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej, przerażają skutki wprowadzenia nowych generacji inteligentnych zabawek (ŻołnierzykiLaleczki). Na przeciwległym biegunie znajduje się natomiast żartobliwePrzepraszam, zajęte traktujące o prawach własności do Układu Słonecznego.

W zbiorze znalazło się ponadto miejsce na telepatów-nekromantów z rozbudowaną i szaloną wizją świata (Posłańcy opętania), pojedynek policjanta z kryminalistami toczony przy wykorzystaniu inkarnacji w ciałach zwierząt (Spotkanie na skrzyżowaniu losów), sztuczną inteligencję w przemierzającym przestrzeń kosmiczną statku (Strażnik II) czy wreszcie zaburzający sny amerykański komputer kwantowy (Czas przebudzenia). 

Testimonium wyłaniają się ponure obrazy przyszłości. I chociaż w wykreowanych rzeczywistościach nikt nie chciałby się znaleźć, to są one czytelniczo fascynujące. Czołowy wątek już nie tyle kryzysu, co degrengolady rodzaju ludzkiego (korzeni zepsucia należy szukać w teraźniejszości) upodabnia twórczość Maszczyszyna do tej uprawianej przez Bacigalupiego. Na tym analogie się kończą. Polak wykształcił dojrzały, charakterystyczny styl i nawet kiedy wychodzi z tych samych punktów co klasycy gatunku, dalej już konsekwentnie podąża swoimi drogami. Trudno takie rzeczy przecenić. Konkluzja jest taka, że duża ilość zawartych w książce opowiadań idzie w parze z ich nieprzeciętną jakością. 

Proza tu zawarta wyrosła z bujnej, acz skrzywionej wyobraźni (komplement na miarę samego Philipa Dicka); w niektórych miejscach cechuje ją wulgarna dosadność. Dlatego właśnie Testimonium to nie antologia dla każdego amatora fantastyki. Ja poproszę o więcej. 

*Pod tym pseudonimem autor publikuje na portalu www.fantastyka.pl
8.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
 lista życzeń
 kolekcja
 obecnie czytam
Tytuł: Testimonium
Autor: Jan Maszczyszyn
Autor okładki: Natalia Maszczyszyn
Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza
Data wydania: 25 stycznia 2013
Liczba stron: 362
Oprawa: miękka
Wymiary: 155 x 250 mm

Jan Maszczyszyn

Testimonium

E-book 
PDF (DRM)
Ocena klientów:

Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2013 
opinie klientów


Polak w kosmosie - recenzja książki "Testimonium" 


www.sklep.gildia.pl
Jan Maszczyszyn. Testimonium.
Dostępność: 1-2 dni robocze
Cena: 43,20 zł  48,00
dodaj do koszyka
Testimonium to książka niepokojąca. Szalone wizje autora przeplatają się z filozoficznymi pytaniami o rolę człowieka w kształtowaniu rzeczywistości. Czytelnik zostaje wrzucony w środek konglomeratu różnych, często spektakularnie makabrycznych historii opowiadających o bliższej i dalszej przyszłości, niekoniecznie rozgrywających się tylko na naszej planecie. Gatunkowo dzieło Jana Maszczyszyna to klasycznescience fiction. Mamy tu do czynienia z podbojem kosmosu, obcymi cywilizacjami, starciami gwiezdnych armii. Jednak autor postanowił zaburzyć ten schemat i często zmienia całkowicie perspektywę, z jakiej postrzegane są wydarzenia w poszczególnych opowiadaniach.
 
Charakterystyczne jest, że wszystkie utwory zawarte w książce łączy występujący w nich wątek apokaliptyczny, nie tylko w wymiarze czysto fizycznym, ale również intelektualnym i moralnym. Drugim dominującym wątkiem eksploatowanym przez pisarza jest idea transhumanizmu – dążenie do przezwyciężenia ograniczeń gatunku (ponieważ tutaj nie dotyczy ona wyłącznie ludzi) – która stanowi modus operandi działań bohaterów albo też nadaje kształt tłu wydarzeń.
 
W niniejszej antologii bardzo trudno jest ocenić, które opowiadania są lepsze, a które gorsze. Każde jest na swój sposób niepowtarzalne i nie można powiedzieć, żeby którekolwiek służyło jako zapychacz miejsca. W 19 różnych opowieściach stykamy się z przeróżnymi kreacjami rzeczywistości, które nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Stawiają pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, a jest to tym bardziej przejmujące, że już w dzisiejszym świecie mamy do czynienia z symptomami opisanych przez Maszczyszyna procesów. Pisane są przy tym ciekawym językiem, pełnym angielskojęzycznych wtrąceń oraz wulgaryzmów, co może razić niektórych odbiorców, ale też doskonale pasuje do opisywanej rzeczywistości. Dodając do tego szczegółowe i bardzo barwne opisy, tworzy to ze wszech miar interesującą kreację literacką.
 
Tytułowe Testimonium opowiada o ponurej i makabrycznej przyszłości, gdzie wybrane osobniki służą jako bio-komputery zwane Ojcami. Śledzimy historię jednego z bohaterów, który z własnego wyboru poddaje się procesowi przekształcenia w taki biologiczny, humanoidalny nośnik danych, co niesie ze sobą zmianę priorytetów działań oraz moralności. Czytając, nasuwa się lekkie skojarzenie z DiunąFranka Herberta, zwłaszcza w odniesieniu do miejsca akcji. Niestety samo opowiadanie, mimo że tytułowe, nie jest jednocześnie najlepsze z całego zbioru, ponieważ przesadnie epatuje przemocą i makabrą. W przeciwieństwie do niego Brzeg ostateczności porusza problem natury religijno-filozoficznej, prezentując koniec świata z perspektywy człowieka z marginesu społecznego. Z wątkiem wypaczonej miłości spotykamy się w Milczeniu gapia, gdzie w społeczeństwie homoseksualistów jedyny heteroseksualista wciąż hołubi swoje przywiązanie do ostatniej kobiety na świecie, obserwując z rezygnacją całkowity upadek cywilizacyjny ludzkości. Również w Pasjach mojej miłości czytelnik styka się z uczuciem, tym razem nawiązującym się pomiędzy człowiekiem a obcym, a w tle toczy się walka o zdobycie dominacji. Laleczki i Żołnierzyki, to krótkie formy opowiadające o implantowaniu sztucznej inteligencji do zabawek i tym, co z tego wynikło. Z nieco innym ujęciem AI czytelnik ma do czynienia w Strażniku II, mówiącym o podróży statkiem zagubionym w przestrzeni kosmicznej. Do wątku religijnego autor powraca w Nieboskim Księżycu, gdzie ziemski satelita został zamieniony w nową siedzibę Kościoła, a ludzkość jest przywracana do stanu czystej niewinności. Niestety nie każdy chce poddać się takiemu procesowi, a sami nosiciele wiary w imię swojego posłannictwa uzurpują sobie niemal boską moc. Podobnie w Drugim kuszeniu Adasia stykamy się z przewrotnym retellingiem klasycznej historii Adama i Ewy wmanewrowanych w ponowną ucieczkę z Raju, chociaż myli się ten, kto sądzi, że działania oryginalnych bohaterów nie uległy zmianie. 
 
Jan Maszczyszyn lubi też w swojej prozie posługiwać się ironią i z nią właśnie mamy do czynienia wPrzepraszam, zajęte. Krótkie i zabawne opowiadanie przybliża nam zawiłości rynku nieruchomości we Wszechświecie. W dosyć makabrycznym Kontemplariuszu Artyzjonu przedstawiciel obcej cywilizacji z rozbawieniem obserwuje osiągnięcia ludzi, by potem wykorzystać ich w swojej chorej kreacji. Do tej grupy można też zaliczyć Spotkanie na skrzyżowaniu losów utrzymane w klimacie opowieści detektywistycznych, tylko tym razem z wroną jako jednym z czołowych bohaterów. Szklane głosyzostało wyróżnione w lovecraftowskim konkursie miesięcznika "Coś na progu" i chociaż jest to opowiadanie z pewną dożą grozy, to ustępuje jednak Lasowi nawiedzonych, w którym w większym stopniu ujawnia się ta specyficzna nuta szaleństwa, jaką odnajdujemy w prozie H.P. Lovecrafta. Horrorem, chociaż lekkim, jest także Szkłolud, który w zimowej scenerii umiejscawia losy dwóch ostatnich pozostających przy życiu mieszkańców pewnej kolonii. Z problemem uzależnienia od Internetu i tego, w jaki sposób może on zostać wykorzystany do kontrolowania całej rasy, spotykamy się we Wnetwstąpieniu. Zauważalna jest tytułowa analogia do Wniebowstąpienia, chociaż sam tekst nie skupia się na kwestiach religijnych. A w Czasie przebudzenia sztucznie wywołane, przez transmisję kwantową, sny powodują, że ludzie przestają odróżniać rzeczywistość od halucynacji. WPosłańcach opętania zetkniemy się z przekraczaniem wymiarów, magią nekromancką oraz przekonaniem o nadrzędności ludzkości. Podobny humanocentryzm występuje też w Upadłych wizjach, gdzie Adolf Hitler, manipulując czasem, zmienia historię II wojny światowej.
 
Warto zaznaczyć, że autor praktycznie w każdym opowiadaniu umiejscawia ludzi, czasem jako bohaterów utworu, a czasem tylko jako element tła, mający zobrazować inność istot, zachowań czy idei. Pisarz posługuje się jednostkami zawsze w jakiś sposób dysfunkcyjnymi, nikt tu nie jest osobnikiem bez skazy, a każdy nosi w sobie jakiś zalążek autodestrukcji. Bo też wątek samozniszczenia technologicznego czy moralnego odgrywa zasadniczą rolę w opowiadanych historiach.
 
Można się zastanowić, czy tytułowe łacińskie testimonium nie odnosi się właśnie do tej przewidywanej przez Jana Maszczyszyna apokalipsy. Akcja opowiadań umiejscowiona jest w czasie, gdy zagłada jest już właściwie nie do uniknięcia, a czas na dawanie znaków ostrzegawczych już dawno przeminął. Być może autor chce przekazać czytelnikowi, że dla nas ten czas wciąż jeszcze trwa i mamy jeszcze chwilę na wyciągnięcie wniosków i zmianę postępowania.
 
Podsumowując, niniejsza antologia jest warta uwagi, zarówno ze względów na ciekawe historie, jakie się na nią składają, jak i warsztat literacki twórcy. Opowiadania jego autorstwa przyciągają swoją niepowtarzalnością i powinny znaleźć się na półkach fanów literatury science fiction jako dowód na polski, naprawdę wartościowy, wkład w jej zasób.

Testimonium

Autor: Jan Maszczyszyn
Okładka: Natalia Maszczyszyn
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2013
Liczba stron: 362
Format: 155x250 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7805-325-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 48 zł
Materiały powiązane:

Orginał Strażnika.
pisany w zeszycie 16 kartkowym w szerokie linie----- za złotówkę.Natalia zrobiła na tej podstawie później okładkę do styczniowego 2013 Szortala

https://sites.google.com/site/bizzzaroabsurdalittty/

A oto ten tekst - debiut - zapewne dzisiaj nie miałoby żadnych szans, by zbudzić czyjąkolwiek uwagę.

Jan Maszczyszyn - STRAŻNIK

 

I wtedy...

- Nazywam się Allan. Allan. Słyszycie? Nazywam się Allan. Allan! Allan!! Jestem Allan, czy mnie słyszycie?

- Gdzie jestem? Jestem w Kosmosie. Przeliterować? Dobrze. J-E-S-T-E-M W K-O-S-M-OS-I-E. Kosmosie! Aaa... Może nie wiecie co to jest. To bardzo proste. Kosmos to pustka, bezgraniczna, bezduszna pustka! Głupia i zawistna! Głupia...

Gwiazdy świeciły ostro w tym rejonie Wszechświata. Ich blask był nadal przytłaczający i groźny. Wkradał się wszędzie, był wszechobecny. W bezgranicznej pustce i ciemności był jak wyzwanie rzucone Śmierci. Jak wyzwanie rzucone Przestrzeni rządzącej się swymi prawami, które ustanowiono tam gdzieś... w zamierzchłej przeszłości. Gdyby świat był mały, mały do nieskończoności... a może i smutny, smutny do nieskończoności...

Jak smutno jest w tym przeklętym i beznadziejnie małym pudle!

- Nazywam się Allan. Allan! Czy mnie słyszycie? Jestem Allan! Jestem w Kosmosie.

Uderzył w nadajnik pięścią. Głupia maszyna. Beznadziejnie głupia.

- Słyszysz mnie? Jesteś głupia... głupia!

Zaśmiał się histerycznie. Wstał i wybiegł z kabiny na korytarz. Szedł w stronę magazynu. Robił to każdego dnia w kółko, w kółko to samo. Rozwidlenie korytarza. Nogi wykonały wyuczony manewr. Gdy wszedł do magazynu, drzwi zasunęły się za im bezszelestnie. Grzmiało. Ale burza już przechodziła. Deszcz przestał padać. Krople zastygły w bezruchu. Na zachodzie niebo zabarwiła lekka tęcza. Rozlewała się leniwie. Słońce zaczęło już dobrze przygrzewać. Powiał lekki, ciepły, wilgotny wiatr. Zaszumiała trawa. Trawa...

- Wiesz, Bitt, śniła mi się dzisiaj trawa. Wyrosła w korytarzu. Chodziłem po niej boso a ona szumiała z uciechy. Słyszysz!? Z uciechy... Byłem smutny... chyba płakałem, płakałem jak dziecko. Nagle przystanąłem. Podniosłem do oczu zwiniętą dłoń. Otworzyłem. Na dłoni leżała kostka. Szarobłękitna, sześcienna, z etykietą. Z trudem odczytałem: Do niszczenia chwastów. Zamarłem. Chciałem ostrożnie zamknąć dłoń. Bałem się, że ją upuszczę. Nic z tego! Przeniknęła mą rękę i zaczęła wolno spadać. Obudziłem się. Trawy już nie było!

Mówił do Bitta, uniwersalnego androida. Do wszystkiego. Był już dwukrotnie hibernowany i na Ziemi na pewno poszedłby na złom, ale tu... Do towarzystwa miał Madt 210, maszynę do odtwarzania wrażeń audio i video zapisanych w kasetach QR 12304. Z nudów zaczęła sobie przepalać układy RX-5, dokładnie osiem razy, i przekaźnik w panelu PU-2. Na Ziemi pewnie by ją zniszczono.

Gwiazdolot BLADES 55.280434 lata temu opuścił Kosmodrom C 85. Pamięć o Ziemi już w nim wygasała. Jest przeznaczony do transportu intergalaktycznego ludzi. Prędkość graniczna 20 c na sekundę. W obecnym stanie byłby przydatny jedynie jako surowiec wtórny. Myśli jednak, że ma szczęście, jeżeli można to tak określić.

Allan klęknął przed wysmukłą metaliczną tubą hibernatora. Złożył ręce jak do modlitwy.

- O, wy...

- O, wy, którzy jesteście w tym pudle...

- O, wy, którzy wydaliście mnie na ten świat...

- O, wy! Bądźcie przeklęci!

Wstał. Westchnął i otarł łzy. Zawsze robił to ze złością. Spojrzał zamyślony na Bitta.

- Idziemy?

Bitt skinął głową. Weszli do luku towarowego. Automag zawiózł ich do laboratorium. Wzięli się do roboty. Praca szła im szybko. Rozmawiali półgłosem i nawet trochę się śmiali... dokładnie przez 3,6607 sekundy.

- Nazywam się Allan. Allan! Allan! Słyszycie?! Allan! A-l-l-a-n. JESTEM W KOSMOSIE. K-o-s-m-o-s-i-e! W wielkim, bezdennie głupim i pustym kosmosie. Słyszycie?!

- W dniu urodzin życzę ci wiele szczęścia i radości.

- Dziękuję, Bitt.

- A to prezent. Prezent dla ciebie, Allan...

Bitt podał kawałek taśmy. Allan spojrzał z zaciekawieniem.

- Włóż do czytnika.

Allan uśmiechnął się niepewnie.

- Lubię sobie grać na nerwach, Bitt. Lubię... I dlatego czekam...

- Już zbyt długo czekasz, Allan.

-  Zbyt długo...

Czytnik rozdarł się mechanicznie bezbarwnym głosem. Wszystko zepsuł.

Argon...? Tlen...? Hel. Srebro.

- Co to jest?

- Skład otaczającej nas w tej chwili przestrzeni.

- Jak to się tu znalazło, Bitt?

- Podejrzewam, że dostaliśmy się w chmurę. Zresztą nie wiem. Zapytaj BLADES.

Usiadł wfotelu.

- Nazywam się Allan. Allan! Słyszycie? Słyszycie?!

- O, wy! O wyyyyy...

- Mam dla ciebie pomyślną wiadomość, Allan. Obłok gęstnieje. Dostaliśmy się chyba w mgławicę. Kto wie, może znajdą się jakieś wędrowne planety.

- Czy sądzisz, że to na pewno obłok? Bo ja ostatnio, wiesz.......ostatnio źle się czuję.

...I w dodatku ta cisza... Okropna szklana cisza, cisza...

Allan szedł korytarzem. Wolno. Bardzo wolno. Nogi przypominały watę. A w kościach czuł łamanie. Spojrzał na mleczno-białe ściany z odcieniem lekkiej starzyzny. Między nimi on i ta szklana cisza. Sufit też mlecznobiały, tylko z odcieniem błękitu, jak na Ziemi... Na Ziemi... Przystanął. Z sufitu coś wystawało. Mlecznobiałe, krótkie i ostre. Wspiął się na palce i podciągnął. W dłoni został mu mały ząb. Mały, mleczny ząb. Uśmiechnął się i znowu spojrzał na sufit. W rogu przy samej ścianie, rósł sobie jakby nigdy nic, drugi... Mały, mlecznobiały ząb. Po chwili miał ich już całą garść. Roześmiał się histerycznie, ale nagle urwał... Coś mu kazało... Coś mu kazało wsypać sobie zęby do ust. Zagryzł... Miały smak cebuli.

- Nazywam się Allan. Altan! Czy mnie słyszycie? Jestem w kosmosie! K-o-s-m-o-s-i-e! Kosmosie...

- Widziałeś, Bitt?

- Co?...

- Czy widziałeś szaleńca?

- Nie, nie widziałem.

- Jak to, nie widziałeś?! A kto przed tobą stoi, Bitt?

- Chyba nie myślisz o sobie, Allan. W takich warunkach to nawet ja w końcu zwariuję.

- Ależ ja już to zrobiłem, Bitt.

Uśmiechnął się i usiadł w fotelu. Twarz miał dziecinnie smętną i jakby zatroskaną.

- Widziałem zęby... wczoraj i dzisiaj.

...wczoraj były te pierwsze, wiesz, te które ma się w dzieciństwie. Dziś rano chrzęściły pod moimi butami. Na ich miejscu pojawiły się drugie... trzonowe.

- Ależ, Allan, ty nie oszalałeś. Jest to zjawisko .zupełnie realne. Ja również je widzę. O ile wiem, to trzonowe rosną w zatrważającym tempie. BLADES 55 nie ma z tym nic wspólnego. To nie on chce nas pożreć.

- A poza tym te zęby mają taki sam skład, jak ta substancja tam, na zewnątrz.

- Nazywam się Allan... Allan... Czy mnie słyszycie? Diabelnie źle się dziś czuję. Będę się streszczał... Jestem w kosmosie. K-o-s-m-o-s-i-e! Słyszycie?!

- Nazywam się Allan. Allan... Jestem tak słaby, że nie chce mi się mówić. Nie wiem czy usłyszycie mnie jeszcze. Może kiedyś... może kiedyś...? Czy słyszycie?!

Upadł na podłogę i zatkał. Czuł, że to już jego ostatnie dni, ostatnie godziny... Z sufitu zwisały te diabelnie ostre zęby. Wyglądały teraz jak stalaktyty. Stalaktyty, tak chyba nazywają się te twory w ziemskich jaskiniach, prawda?

Uchwycił się poręczy fotela, zakaszlał. Dotknął nosa. Ciekł z niego śluz. Śmieszny zielony śluz. Miał ochotę się zaśmiać, ale nie miał siły. Spojrzał na rękę. Duża, strasznie chuda. Wyglądało, jakby chudła w oczach... z ohydnie długimi palcami. Wiedział, że chudnie. Organizm walczył ze śmiercią... ze śmiercią, która ratowała go od szaleństwa. Wiedział, że był już temu bliski. Wiedział również, że... I wtedy... że jego rodzice właśnie taką...

I wtedy...

właśnie taką śmiercią umierali...

I wtedy...

umierali na taką właśnie chorobę. Pamięta...

I wtedy...

pamięta, jak biegał wtedy płacząc, bo myślał, że oszaleli!

I wtedy...

i wtedy pojawił się pierwszy pająk.

Uwił sobie plątaninę niteczek. Uwił sobie ciepłe gniazdko... " uwił sobie z cienkich nitek pajęczynkę.

Najpierw jedną, od jednego zęba do drugiego, potem drugą, trzecią... trzecią... a potem... małego pajączka.

Mały pajączek powtórzył to samo od początku, iwtedy...

Allan spojrzał na rękę.

I wtedy...

przesunął dłoń bliżej oczu.

I wtedy...

i otworzył palce. Miedzy palcami uwijał się mały pajączek...

I wtedy...

mały pajączek, który...

I wtedy pojawiły się muchy. Brzęczały okropnie i wdzierały się wszędzie. Nawet w pajęczynkę między palcami też. Wstał z wysiłkiem. Chciało mu się okropnie pić... pić... Upadł na fotel. Usłyszał stukot na korytarzu, jak przez mgłę ujrzał czołgającego się Bitta, jak przez mgłę... Wiedział, że to była pajęczynka. Coraz gęstsza i gęstsza.

Poczuł, że wypadają mu włosy. Skręcają i odlatują paznokcie. Skóra się łuszczy. Schodzi całymi płatami. Cała podłoga wokół niego jest nimi usiana.

Włączył mikrofon. Chciał powiedzieć:

- Nazywam się Allan. Allan! Słyszycie...

Z gardła wydobył się tylko bełkot. Z gardła wydobyła się piana, jak bita śmietanka. Przynajmniej w smaku. Była czarna jak śmierć i otaczający go obrzydliwie pusty kosmos. Otwarte usta jakiś pracowity pajączek połączył giętką pajęczyną. Poruszył nimi... pajęczynka ugięła się, ale nie pękła. Czuł, że jest już bez skóry. Oczy zwisły mu gdzieś za brodą... Upadły na podłogę i potoczyły się. Zaraz też obsiadły je wielkie tłuste muchy...

Chciał się roześmiać. Nie miał czym.

Chciał widzieć i słyszeć. Nie miał czym.

Chciał pomyśleć. Nie miał czym.

Chciał czuć...

Czuł, czuł, że zapada się w ciemność. W śmierć, która jest dalszym ciągiem wielkiego, pustego i beznadziejnie smutnego wszechświata.

 

Załoga AMST 184239, krążownika II klasy, prędkość maksymalna 25 parseków na sekundę, znajdowała się na posterukach. Dowódcą specgrupy składającej się z pięciu ludzi jest Matt. Grupa do Zadań Specjalnych - GZS 2489. Matt zdobył swój stopień w bitwie w pobliżu sławnej niegdyś gwiazdy Barnarda. Było to 173 lata temu. Terr jest nawigatorem i mechanikiem III stopnia klasy D. Też brał udział w bitwie pod Bamardem. Tam też zdobył bliznę, która przecina połowę jego korpusu od czoła poczynając.

Carl jest mechanikiem II stopnia klasy A. W 384008 roku brał udział w wyprawie do obiektu NGC 18485. Tam właśnie zwariował. Jest tylko częściowo wyleczony...

Slipcki - przezywany Slipc, bo urodził się dziewięćdziesiąt sześć lat temu właśnie na tej planecie podczas wyprawy badawczej do NGC 18485. Lubi się śmiać. Jest bioneuronikiem i mechanikiem I stopnia klasy C...

I Rar. Ma trzy metry wzrostu i rozpiętość skrzydeł dochodzącą do sześciu metrów. Lubi grać w szachy i beble. Brał udział w kampanii wojennej Disca w 383988 roku. Jest drugim pilotem i kosmobionikiem na AMST 184239...

Te iskrzące się punkciki - to gwiazdy. Byliśmy tu... właśnie tu - w tym wielkim, okropnie wielkim niebie. U góry świeci... nie można tak mówić tu... tu, gdzie nie ma ani dołu, ani góry, początku ani końca, gdzie nie ma czasu, nie ma niczego, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Tu wszystko trwa w trwaniu... a więc tam... o tam świeci Mgławica Andromedy, tam Mały i Wielki Obłok Magellana, a tam... o właśnie tam świeci nasza Galaktyka. Właśnie w tej chwili, w tej chwili, której nie można określić, którą można by uchwycić, gdy obserwowałoby się wszechświat od samego początku, od samego zarania jego dziejów. Więc właśnie w tej chwili od tego większego białego kleksu oderwał się mały punkcik. Przeleciał tuż obok, siejąc wokół siebie coś, co przypominało drobne, chwiejne i malutkie tęcze. Przez chwilę leciał swoim kursem, potem wykonał zwrot i łukiem zawrócił. Jego blask był okropnie zimny i jakby stęchły, prawie że przyprawiający o mdłości. W miarę zbliżania robił się coraz większy i większy, aż przybrał kształt kuli z milionem otworów, czerwonych kraterów wypełnionych jakby szklistą masą - połyskliwą i piękną, tak, właśnie piękna, którą przyzywał mnie, BLADES 55 do siebie, wprost hipnotyzował... Przyprawiał o dreszcze.

- Tu AMST 184239 - mówiący do Blades 55. Czy mnie słyszysz?

- Tu BLADES 55 - słyszę cię doskonale. Wszystko w porządku, zadanie wykonałem.

- Przygotuj się na przyjęcie nas. Za 48 minut Czasu Uniwersalnego będziemy na twoim pokładzie. Skończyłem.

Stali już w korytarzu. Par otworzył usta i plunął ogniem. Zęby kruszyły się i rozsypywały w proch. Ruszyli w stronę sterowni niszcząc wszystko po drodze. Matt wszedł pierwszy. W fotelu dowódcy spoczywał żółtawy kościotrup. Cały opleciony szczelnie pokrywającą go pajęczyną.

- Rar?

- Słucham, szefie.

- Jesteś najdłuższy z nas. Sięgnij do wyłącznika 328.

Rar sięgnął. “Wszystko" zniknęło. Pozostała ładna czysta kabina z ładnym czystym kościotrupem w fotelu.

- BLADES?

- Słucham.

- Wyłącz się.

-...

- Wyłącz się!

-...

- Wyłącz się!!!

- ... nie... nie mogę...

- Rozkazuję ci!

- Nie mogę... Nie mogę! Czy słyszysz Człowieku?! Nie mogę!!

Statkiem targnął nagle wybuch. Z trudem utrzymali równowagę. Podłoga zaczęła wibrować wraz ze wszystkim wokół. Sterownię zapełnił pył.

- Co się stało, BLADES? Skąd ten pył? Odpowiadaj! Słyszysz?!

-...

- Słyszysz? BLADES, odpowiadaj! Odpowiadaj!

- AMST 184239...

- Co?!!

-...

- Co AMST..,,Co się stało, BLADES... Co się stało...

- Matt, spójrz!

Na suficie wyrastały zęby. Coraz większe i większe.

- A więc to tak...

Matt milczał chwilę.

- Czy słyszysz nas? Czy słyszysz...

- Tak słyszę, słyszę!

- Słuchaj, puścimy cię wolno. Nie będziesz już Strażnikiem...

Przerwał mu śmiech.

- Więźniowie i ich dziecko już umarli. Słyszysz?! Umarli! BLADES, umarli!!!

- Zatkaj się, Rar...

Skrzydła spadły z chrzęstem na podłogę. Skręciły się skwiercząc. Włosy i paznokcie wypadały jedne po drugich.

- Dlaczego nas zabijasz?

-...

- Zapłacisz za to, łajdaku! Słyszysz?!

- Zatkaj się, Rar!

- Odpowiedz, dlaczego? Czy za tę samotność?...

- Miałeś przecież ludzi... więźniów... A może ty zwariowałeś... Co?! Odpowiedz BLADES! Odpowiedz!!! Słyszysz?!

- Cicho. Zatkajcie się!!! Cicho, powiedziałem!!! Cicho...

- Podły...

Skóra schodziła płatkami kładąc się na podłodze. Matt upadł... ł do tego to brzęczenie... przeklęte brzęczenie... Muchy?... Muchy!!

Zapadł się w ciemność... w przepaść bez dna... w nicość bez nicości. Cisza... cisza... cisza... I tylko ten głos... głos...

- Nazywam się Allan. Allan! Słyszycie?! Jestem Allan. Słyszycie? Gdzie jestem? Jestem w kosmosie. Przeliterować? Dobrze. W K-O-S-M-O-S-I-E! W kosmosie... kosmosie... kosmosie...


W roku 2012 postanowiłem zebrać ostatnio napisane opowiadania w antologię. I tak powstało Testimonium z okładką autrostwa mojej córki Natalii - dokonałem przypadkowego odkrycia jej talentu.


Lasssss

Planeta od wieków należała do Edimianidów. Przybyli tu w wielkim ziarnie o fantazyjnie pokręconym kształcie. Twardą skorupę roztopiła atmosfera. Białe, wewnętrzne mleko rozpuściły deszcze i cząsteczki porwał huraganowy wiatr. W przeciągu tygodnia mikroskopijne spory zagnieździły się wszędzie. W nieurodzajnych skałach Hamoloutu i Kinhaju, na szczytach Mo Bhoghar, Wewenti i Szuu.

      W ataku szalonej wegetacji opanowały suche lądy, bagniste wybrzeża, najgłębsze morza i  najszersze rzeki. Pyłem z eksplozji ponownego rozsadu zadławiły dawnych  mieszkańców planety, drzewiastych Eshajów. Pozostałych  Tymidów zatruły falą wydychanych gazów. Pracą korzeni rozsadziły monumenty, zamieniając w skalny gruz  wszystko, co przez wieki cierpliwego żłobienia i gładzenia zbudowały zaczepliwe trawy Ghimzu Ham.

      Przez setki lat kolonizacji penetrowały czułkami korzeni każdą szczelinę, wyrwę i jaskinię. Rozdrobniły wszystkie podejrzane o nasiona grudki cennej ziemi. Co odnalazły, natychmiast chciwie zagarniały.

       Wreszcie usadowione głęboko, pewne swego, zagnieżdżone w otchłani gruntu,  wystrzeliły dzikimi pędami Zarania. Potem wybujałą gęstwinę  gałęzi wsparły  prężnym ramieniem  Fundamentalnych konarów.  To z nich zbudowały piętro podstawy Eghimu, później poziomy Righany i Ozomii wypełnione pokrzywionymi mostami wyrostów, nadrostów i splotów. Dalej wybujały w powietrze setki roślinnych węzłów i finezyjnych zwisów. Powyżej szybko powstały piętra wspomagającej grzybni, wyprysków pleśni, plam mchów i innych symbiontów kory. Wreszcie, osiągnąwszy pełną dojrzałość,  wyeksponowały pulsujące oddechem drzewne korony dalej poza granice zmrożonej stratosfery. I tu…

       Zatrzymały się, porażone odkryciem.

       Planeta w porównaniu z ojczystą Wejszu była za małą, za ciasną dziurą, nie pozwalającą nawet na kompleksową kontrolę parametrów środowiska. Posiadała krótką orbitę, mnóstwo wody, słabe słońce i jeszcze słabszą własną grawitację. Przez pnie wkrótce zaczęła się przesączać woda. Stały się gąbczaste, leniwe i chorobliwie giętkie.

      Takie nigdy nie zrodziłyby twardych, uwierających w drzewnym kroczu – ziaren, które w podnieceniu ognistej Pory Fiajszu, na ogromnym globie Wejszu, z hukiem eksplodują, a następie mkną tysiącami w zachłanny kosmos.

     Stały więc uwiędłe w beznadziei.

     Czasem płynęła wspólna pieśń  –  o sensie istnienia i bliskości gnilnego wybawienia.     Pieśni obudziły nadzieję i wzmocniły ducha. Kto wie, czy to nie one  przywołały gościa z niezmierzonej ciemności międzygwiezdnej przestrzeni.

      Coś błysnęło na krańcach układu słonecznego Ohiuru.  W sensorycznym zasięgu  Edimianidów  trzasnęły radiowe komunikaty, jakieś pytania, ostrzeżenia i niezrozumiałe instrukcje. W wizualnej percepcji liści Kugionitu pojawiło się Obce ziarno. Trochę błądziło i paprało każdą docelową orbitę. Krążyło gdzieś przy odległych księżycach planet jowiszowych. Wreszcie odnalazło swój zamierzony cel i zbliżyło się na tyle, by rośliny mogły rozpoznać szczegóły. Okopcony kadłub szybko przebił atmosferę. Ich ziarno zatrzeszczało w szoku termicznego zderzenia, wytrzymało i rozpędziło  się z rykiem ponad obłokami. Wreszcie zgrabnie ześliznęło się na powierzchnię planety. Ze środka bezładnie wysypały się drobiny nowego rozsadu.  Idiotycznie wybrały na lądowanie najbardziej suchą, skalistą ziemię. Edimianidzi zatrzęśli się od grubiańskiego rechotu. Skrzypiały najstarsze pnie, chichrały się najmłodsze pędy.

     I jakież było zdziwienie drzew, kiedy  spostrzegły  niezależność i precyzyjną celowość zachowania drobin. Takie gówniane i niekształtne barachła stały w dowolnych pozach względem słońca Ohiuru, wypinały się na życiodajne promieniowanie gwiazdy, dostojnie kroczyły w cieniu, maszerowały dwójkami niemal sklejone, a nawet biegały w całych rozkrzyczanych grupach, nie obawiając się przyrostów!

    Edimianidzi wybuchnęli entuzjazmem. Ci obcy zrewolucjonizowali święte prawo Rozsadu! Drzewa natychmiast przerwały milczenie. Popłynęły entuzjastyczne komunikaty we wszystkich możliwych wiązkach telepatycznych. Poruszyły się w języku migowym liście. W werblowym poskrzypie konarów i w poszumie, korony nadały pierwsze, powitalne pieśni pory Fiajszu.

       Istoty pozostawały głuche i ślepe.

       Co gorsza, pomimo ostrzeżeń entuzjastycznie wdychały trujący tlen!

       Jedna z nich przytuliła roześmianą twarz do kory ogromnego drzewa, niemal całując wilgotnymi ustami chropawą, pełną symbiontów powierzchnię.

       – To piękne rośliny, Carl  – wyszeptała dziewczyna.

       – A jaki doskonały dadzą nam papier … – odpowiedział mężczyzna, nacinając nożem korę.

 Wysłane przez ilcattivo13 w wt., 29/01/2013 - 21:48

Krystyna Rataj

Rzadko zdarza się ostatnimi czasy, by w ręce czytelników trafiła książka tak niezwykła i zaskakująca jak antologiaTestimonium Jana Maszczyszyna. Wreszcie pośród produkowanej masowo, schematycznej i sztampowej literatury fantastycznej znalazło się coś, co szokuje i wybija z rytmu, jest zauważalne. I inne, zarówno pod względem formy, jak i tematu, oscylujące gdzieś między Mechaniczną Pomarańczą a Gwiezdnymi Wojnami, a przy tym niezaprzeczalnie oryginalne.

Zbiór ten jest popisem nieograniczonej niczym wyobraźni, obrazoburczej i destrukcyjnej, porywającej się na to, co w kulturze święte. Historie zawarte w Testimonium burzą utrwalane w literaturze od wieków mity i wyobrażenia. Pierwszy kontakt z obcą cywilizacją nie przyniesie ludziom ani szczęścia, ani wojny, sprawi natomiast, że ludzkość zetknie się z prawdziwą, niewyobrażalną obcością. Kosmici zniekształcą życie na Ziemi – nie wyeliminują go, a dostosują do siebie. Ludzie staną się dla nich drugorzędni. Opowieści te niszczą naiwną wizję tego, co ludzkość od wieków uznawała za nienaruszalne – sztuki, która staje się bezsensownym cierpieniem, i miłości, gnijącej w świecie pozbawionym kobiet, zdeptanej w rzeczywistości zdominowanej przez fanatyczną religię, patologicznej wśród stada obcych istot czy śmiesznej w dobie wszechobecnego Internetu i powszechnej sztuczności. Dzieci przestają być niewinne, religia, reinkarnacja, cuda i zbawienie to towar, przedmiot handlu. Zaświaty są nudne i trzeba z nich uciec, śmierć jest wybawieniem, ale nie dla każdego dostępnym. Człowiek wcale nie jest najważniejszą i dominującą formą życia we Wszechświecie. Gdzieś w tle kultura rdzennej Australii przeplata się z magią i obcymi formami życia, gdzieś pojawia się sen zmieszany z jawą. Wszystko dzieje się na opak, nigdy nie można być pewnym, w jakim kierunku potoczy się akcja. Każda opowieść to inny świat. I to jest niewątpliwa zaleta, bo na co komu przewidywalne historie. Autor pozwala swoim wizjom zmierzać w najróżniejszych kierunkach, doprowadzając je do absurdu, przez co stają się jeszcze bardziej wstrząsające. Każda opowieść zaczyna się względnie niewinnie, ale umiejętnie stopniowane napięcie... – nie, napięcie, nie jest stopniowane, ono galopuje aż dech zapiera. Aż każda wizja, każdy obraz na stałe wryją się w mózg. Bo są sugestywne. Przekonują.

Siłą rzeczy są to opowieści przede wszystkim o przyszłości. Ale nie tej pięknej i świetlanej. Raczej o tej, która sprawi, że upadną wszystkie nadzieje ludzkości, upadnie wiara w technikę, społeczeństwo, magię. I nie jest to prosta dekonstrukcja naszych wyobrażeń. Dekonstrukcja zakłada bowiem rozbicie czegoś na elementy, ale pozostawia nadzieję na złożenie ich od nowa w innym, lepszym być może porządku.

Bezceremonialne wepchnięcie naszego dobrze znanego świata w ramy przyszłości, która wymknęła się spod kontroli, sprawia, że rzeczywistość ulega całkowitej destrukcji. Opowieści ze zbioru Testimonium doskonale tę destrukcję pokazują, zawierają wizję tego, co się stanie, gdy ludzkość zetknie się z czymś absolutnie dla siebie obcym i nie podoła tej próbie. Czy będzie to kontakt z cywilizacją z innej galaktyki, czy wymykające się spod kontroli komputerowe systemy operacyjne, czy wreszcie nieokiełznana magia lub fanatyczna do granic absurdu religia – na każdym polu my, ludzie, polegniemy. W zetknięciu z innością ujawnia się cała prawda o ludzkiej słabości. I nie pomogą nam wartości, w które tępo wierzymy. W ekstremalnych warunkach szybko wychodzi na jaw, że tak naprawdę nie mają one znaczenia, natychmiast stają się wykoślawione i nieaktualne, nie mogą być żadnym oparciem.

Do tego dochodzi ogromny rozmach. Jeśli walczą – to całe galaktyki, jeśli giną – to miliony, jeśli cierpią – to wszyscy. Bez cenzury, bez zahamowań. Szerokość spojrzenia wbija w fotel. A całość napisana bardzo charakterystycznym językiem często przeplatającym humor z brutalnością, który sprawia, że narracja nigdy nie jest przezroczysta. Choć na początku może szokować – później staje się naturalna. Bo rozbija światy tak samo, jak rozbijają je obrazy.

Główną zaletą książki jest to, że brak w niej taniego moralizatorstwa. Wizje są ostrzeżeniem. Mają wstrząsnąć, zmusić do refleksji. Są terapią szokową, która nie stawia jasnej, prostej i jednoznacznej recepty. Diagnozą, która ma wywrócić do góry nogami patrzenie na świat, wybić z automatyzmu postrzegania rzeczywistości. Zmusić do zastanowienia. Można się nie zgadzać z poglądami, które leżą gdzieś głęboko u podstaw tych wizji. Ale nie można powstrzymać dreszczu niepokoju na myśl, że może jednak coś w tym jest.

I mam wrażenie, że każdy, kto przeczyta uważnie tę antologię, podniesie później wzrok znad książki, rozejrzy się dookoła, a potem spyta sam siebie: „Co ja tu, u licha ciężkiego, robię?!”. I będzie to pytanie nader adekwatne.


Tytuł: Testimonium
Autor: Jan Maszczyszyn
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 363
ISBN: 978-83-7805-325-5

K

Stąd kilka opinii i recenzji czytelników.

Są teksty (tu mam na myśli te “chore”) które czytam tylko dla samego pomysłu, przymykając oko na “toporny warsztat”(patrz. Roland – a jakże Topor:), są pozycje (tu ogólnie), którymi delektuję się tylko pod względem piękna i “poetyckości” języka (choćby twórczość Andrzeja Stasiuka), lecz gdy natykam się literaturę, która łączy warsztat literacki z najwyższej półki, równocześnie siejąc terror wśród moich biednych szarych komórek pomysłami tak pokręconymi, że czuję się jak uboczny produkt przemiany materii umysłu szaleńca, to jestem w siódmym niebie.
Niewątpliwie właśnie takiego “spełnienia” można oczekiwać po tej pozycji.
Nazwisko Maszczyszyn na pewno znajdzie sobie miejsce w elitarnej loży na mojej półce z książkami, obok nie tyle mistrzów pokręconej prozy “znanej i lubianej”, co odkrytych niedawno przeze mnie talentów aspirujących do tego miana. Do Kaina, Czartoryskiego i Kyrcza jr dostawiam Jana Maszczyszyna. (Wszystkich geniuszy pióra pominiętych, a czujących się niedocenianymi przepraszam. Nie daliście mi się jeszcze odkryć:)

Odpowiedz

Juliusz Wojciechowicz
25 Styczeń 2013 at 11am


Kiedyś zabrałem dzieciaki w niebezpieczną podróż. Do dziś tego nie żałujemy.




Jan Maszczyszyn
Jan maszczyszyn.jpg
Data i miejsce urodzenia16 stycznia,1960
Bytom
NarodowośćPolska



AGNIESZKA PILECKABIZARROCHARLIE LIBRARIANJAN MASZCZYSZYNKONKURSMACIEJ KAŹMIERCZAKNIEDOBRE LITERKIRECENZJARECENZJA TESTIMONIUMTESTIMONIUMWYNIKI KONKURSUZETER ZELKE

Wyniki konkursu z “Testimonium” Jana Maszczyszyna + premierowa recenzja zbiorku

In KonkursKsiążkaPatronatRecenzje książek i publikacji BIZARRO on Marzec 3, 2013 at 6:00 am

logo recaNie spodziewaliście się, że uderzymy tak szybko, co? Spokojnie, harujemy przy bizarro jak niewolnicy przy budowie piramid, jak socrealistyczni superherosi spod znaku 6900 % normy i tak dalej. I mamy dla was wyniki konkursu.

[didaskalia]Dramatyczne przedłużenie przerywnikowe a la Milionerzy, budujące napięcie i wnerwiające telewidzów.[end didaskalia]

Ale zanim ogłosimy któż to zabrał nas do prawdziwie dziwnej przyszłości oraz kto zrecenzował najbardziej wykręconą książkę, której nie ma, chcemy jeszcze dodać, że pod wynikami znajdziecie profesjonalną recenzję Testimonium, którą to obdarowała nas niezastąpiona jeśli chodzi o szerzenie bizarryzmu Zeter Zelke.Autorka analizy rozłożyła Testimonium na części pierwsze, a potem na jeszcze mniejsze, choć podobno tak się nie da. Zapraszamy do lektury!

Wyniki konkursu z Testimonium Jana Maszczyszyna

Po głębokim namyśle ekipa niedobrych literek, w składzie wiadomym, wraz z Janem Maszczyzszynem, jurorem honorowym i równie zakręconym, postanowiła wyłonić z prac nadesłanych na konkurs trójkę wyróżnionych:

W kategorii opowiadanie:

Maciej ‘Haskeer’ Kaźmierczak za tekst pt. New World

W kategorii recenzja fikcyjnej książki:

Agnieszka Pilecka za recenzję książki imć Jana Taka pt. Kadłubiaki

Charlie Librarian za recenzję książki niejakiego Gor Yla pt. Ludzie jak my

Autorzy, zgodnie z obietnicą Paskuda, zostają nagrodzeni egzemplarzem Testimoniumoraz publikacją tekstu na szalonych łamach literek. W związku z pierwszym elementem nagrody prosimy także zwycięzców o podesłanie nam adresów pocztowych na maila konkursowego, celem wysyłki nagród :D

A wy czekajcie cierpliwie na teksty naszych laureatów, albowiem zjawią się tu niedługo!

***

A teraz obiecana we wstępie recenzja książki, którą otrzymają zwycięzcy:

Testimonium – recenzja by Zeter Zelke

Roku pańskiego 2013, nakładem Warszawskiej Firmy Wydawniczej, objawiła się światu antologia Jana Maszczyszyna o klasycznie brzmiącym tytule “Testimonium”. Pomiędzy portalami, które objęły patronat nad książką, znajduje się dominium Niedobrych Literek. Przenikliwe oko Paskuda, jedynego pana i władcy portalu, spoziera z tylnej okładki, przeto należy przewidywać, że zbiór posiada abstrakcyjny potencjał, jakowąś domieszkę groteski bądź też wykoślawionego absurdu. Kto tak pomyśli, ani trochę nie zbłądzi.

Należy zacząć od tego, że czytelnik do ręki dostaje zbiór 19 niepowiązanych ze sobą opowiadań jednego Autora, uprzednio okraszony wstępem Marka Grzywacza, który całkiem dobrze przygotowuje odbiorcę do recepcji dzieł zebranych. Większość opowiadań znalazła wcześniej uznanie w oczach użytkowników portalu fantastyka.pl, mamy tu również pokłosie kilku literackich konkursów, jak i prace dotąd nigdzie niepublikowane. Opowiadania można zaklasyfikować jako science-fiction, gdzie środek ciężkości przechyla się w kierunku teoretyzowania na temat kondycji ludzkiego rodzaju. Całość wydana schludnie, na ponad 360 stronach, a więc będzie co czytać przez więcej niż jeden wieczór; a wrażenie po lekturze na pewno pozostaną na dłużej.

Powiedzmy sobie wprost, że antologia – choć przyjemna – wcale nie jest łatwa. Odsuńmy chwilowo na bok warstwę filozoficzno-koncepcyjną. Akcję sporej liczby opowiadań Autor umieszcza w ukochanej przez siebie Australii oraz okolicach, przeto często gęsto mamy do czynienia z anglojęzycznymi wtrętami oraz neologizmami zbudowanymi na tej kanwie. Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że istnieje jakiś językowo-konstrukcyjny dysonans pomiędzy opowiadaniem tytułowym a całą resztą. Czy różnica była zamierzona, czy nie – trudno stwierdzić. Rozpoczynające zbiór “Testimonium” wygląda na ciężki orzech do zgryzienia, zwłaszcza dla czytelników, dla których będzie to pierwsze spotkanie z prozą Janusza, a jest to proza niemal maksymalnie dziwaczna. Niemniej ci, którzy się nie zrażą na tak wczesnym etapie, w dalszej części zostaną sowicie wynagrodzeni.

Chwilami może też razić prezentowanie punktów widzenia bohaterów kosztem spójności akcji. Niekiedy bohaterowie – jakkolwiek sprośni, zbydlęceni czy przerażeni zbliżającą się Apokalipsą by nie byli – z nagła zamieniają się w równych sobie mówców i walczą na argumenty, przedstawiając swoje racje. Jest to poniekąd zrozumiałe, wszak antologia jako całość jest również dyskusją o ludzkiej naturze, niemniej zdarza się tej tendencji boleśnie kolidować z przebiegiem akcji i niekorzystnie wpływać na autentyczność samych bohaterów.

Pomimo to “Testimonium” jest zbiorem, jakiego dawno u nas nie było. Przede wszystkim: jest wymagające. Sposób wykonania przypomina mi nieco “Neuromancera” William’a Gibsona, gdzie Autor stwarza dziesiątki wyimaginowanych struktur, bytów, terminów, idei i tylko część z nich czytelnikowi objaśnia. Taka lektura wymusza ciągłość uwagi, nadążanie za tokiem narracji, łączenie porozrzucanych tu i ówdzie wskazówek, przez co coraz głębiej i głębiej wsiąkamy w świat przedstawiony oraz jego problemy. Tematem przewodnim większości opowiadań jest cywilizacja ludzi przyszłości i opłakane rezultaty jej spotkań z cywilizacjami obcymi. Przewijają się motywy polityki, religii i seksualności. W ogóle cielesność – tę zdeformowaną, groteskową, pełną płynów i anatomicznej formalności – spotykamy w twórczości Janusza bardzo często, toteż nic dziwnego, że w zbiorze jest coś zagadkowo turpistycznego.

Kolejna mocna strona antologii to pomysły. Większość z nich jest szalenia absurdalna, nadto przedstawiona w godny dla takiej dawki dziwactw sposób. Bo jakże inaczej określić rzeczywistość, w której włosy rosną z dziąseł, lalki popuszczają na złość w majtki, czekoladowe Froggies opiekują się spieczonymi ludźmi, a synowi sąsiada wyrasta nos z tyłu głowy. Zresztą wystarczy spojrzeć na okładkę książki – ona całkiem nieźle odzwierciedla pomylone uniwersum autora. Niektóre opowiadania są jak wyciągnięte z koszmaru, który – olaboga! – przy zbliżaniu się do końca opuszczamy z żalem. Janusz umiejętnie manipuluje tym, co obrzydliwe i tym, co sympatyczne oraz pociągające. Konstruuje jakieś monstra, z którymi – w zależności od tego, co w nas siedzi – albo sympatyzujemy, albo nie. Tutaj czytelnik będzie miał okazję przyłapać się na tym, że nie jest pewien czy przedstawiony koniec jest raczej zły, czy raczej dobry. A od tego tylko krok do autorefleksji. Mamy tu wizje końca świata, inwazji obcych, ludzkiej ewolucji, genetycznych transplantacji, życia po śmierci, śmierci po życiu, a także coś, co urzekło mnie najbardziej: futurystyczne, zupełnie zaskakujące, spojrzenie na wybrane aspekty przestępczości.

Po lekturze “Testimonium” można zgodzić się z autorem przedmowy i mieć nieco minorowe, mizantropiczne spojrzenie na własny gatunek. Z drugiej strony, zbiór jest przepełniony krotochwilną abstrakcją, w obliczu której ciężko zachować powagę. Czy dobrze to, czy źle – aż strach myśleć! Spotkanie z “Testimonium” na pewno przyda się każdemu, kto ma dość szarej rzeczywistości i pożąda powiewu świeżości w polskiej literaturze fantastycznej. Będzie to również gratka dla miłośników bizarro fiction, gatunku nieśmiało zapuszczającego korzenie w kraju nad Wisłą. Dlatego bierzcie, póki gorące, bo może się okazać, że za kilka dni zaatakuje nas kosmiczna pianka do golenia i okazja przepadnie raz na zawsze!

ZeZe





Wysłane przez ilcattivo13 w wt., 02/04/2013 - 20:06
Trybiki

Aleksandra Brożek


Nikt z nas nie widział kosmitów, a przynajmniej możemy założyć, że tak nie było, zadając kłam licznym doniesieniom rodem z „Archiwum X”. Nie wiemy nawet, czy istnieją inne cywilizacje w naszym Wszechświecie lub też w innych galaktykach. Co rusz jednak, czytając różnej maści opowiadania czy powieści science fiction, możemy się  spotkać z wyobrażeniem tego, jak mogłaby wyglądać nasza rzeczywistość, gdyby zawitali w niej obcy. Tak jest u Asimova, Wellsa, Vonneguta… wymieniać by długo. Także i autor „Testimonium” próbuje zmierzyć się z wątpliwościami, które nękają ludzi od dziesięcioleci. A równocześnie zaszczepia w nas strach. Kim są obcy? Czy istnieją? A jeśli tak, jakie mają wobec nas zamiary? 

Autor serwuje nam dziewiętnaście zróżnicowanych pod względem długości, tematyki i stylu opowiadań. Czytelnik może się uśmiechnąć, popaść w zadumę lub po prostu wystraszyć się. Czy można je wrzucić do jednej szuflady z podpisem science-fiction? I tak, i nie.

O fantastyczno-naukowym charakterze tekstów świadczą rozbudowane wątki dotyczące rozwoju technologicznego i jego konsekwencji dla ludzkości. Autor roztacza przed nami szerokie spektrum możliwości, przed jakimi stanąć mogą mieszkańcy Ziemi, dzięki niepowstrzymanemu postępowi i nowinkom w świecie nauki. Nowe zabawki, podróże kosmiczne, sięganie po niemożliwe… to wszystko brzmi wręcz bajecznie, jednak nawet najpiękniejsza baśń przerodzić się może w prawdziwy koszmar. 

Wizjom Jana Maszczyszyna definitywnie nie można odmówić oryginalności. Są rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło, jak zauważył niegdyś Szekspir. W „Testimonium” są obrazy i idee, na które nie wpadłby przeciętny czytelnik. To prawdziwa uczta dla wyobraźni, wycieczka w przyszłość, a zarazem w zakamarki ludzkiego umysłu.

Tematem przewodnim „Testimonium” bowiem są nie tyle wojny międzygwiezdne czy podróże w odległe światy, co ograniczenia i wady gatunku homo sapiens. „Człowiek – to brzmi dumnie”, napisał Maksim Gorki. „Człowiek – CZY brzmi dumnie?” – pyta nas Maszczyszyn. Czytając kolejne strony jego zbioru opowiadań, mamy co do tego coraz więcej wątpliwości, a patrząc na (świetną zresztą) okładkę, zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem każdy z nas nie jest tylko trybikiem wielkiego, zmierzającego ku nieuchronnemu upadkowi systemu. Może nie powinniśmy tak bardzo obawiać się kosmitów, a bardziej samych siebie – własnych ograniczeń wynikających ze strachu, wierzeń i egoizmu?

Zbiór opowiadań oceniam na 8/10. Trudno byłoby mi przedstawić konkretne zarzuty, niemniej pozycja nie rzuca na kolana tak, jak to bywa w przypadku książek wielu klasyków. Może powodem jest fakt, że w przypadku zbioru kilkunastu utworów czytelnik zmuszony jest wędrować z jednego świata do drugiego i trudno jest mu „dać się wciągnąć” jednej, konkretnej wizji. Niemniej jednak zdecydowanie polecam „Testimonium” jako literackie „świadectwo” ludzkich wad i słabości, a zarazem pozycję, która wnosi wiele nowego na poletko polskiej fantastyki.

Tytuł: Testimonium
Autor: Jan Maszczyszyn
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 363
ISBN: 978-83-7805-325-5

Zapraszam do tekstów i magii wizualnej.


Jestem zachwycony i nieustannie inspirowany twórczością graficzną pani Marianny Stelmach-Vuzel.
Prace tu prezentowane są obecne dzięki Jej szczególnej uprzejmości. Zapraszam zainteresowanych do działu wizji artystycznych Vuzel na portalu DeviantArt


http://browse.deviantart.com/?q=vuzel&order=9&offset=48Home







NIEDZIELA, 3 LUTEGO 2013

Zakręcona fantastyka Jana Maszczyszyna

Proj. okładki: Natalia Maszczyszyn
Taki pisarz to wyjątek wśród polskich literatów osiadlych w Australii. Mieszka w Melbourne. Nazywa się Jan Maszczyszyn.  Skąd takie rosyjsko brzmiące nazwisko?
Otoż jego dziadek Jan był synem bezprawnie poczętym przez ówczesnego  biskupa pewnego znacznego miasta kresów wschodnich. Osierocony jawnym wyparciem się czynu,  został później adoptowany przez rodzinę uczciwych,  biednych szewców.  I to oni podzielili się z nim tym ich największym skarbem rodowym, nazwiskiem.  
Maszczyszyn pisze opowiadania  z gatunku  science fiction. Opowiadana niezwykle zakręcone. W jednym z konkursów literackich pobił samego Andrzeja Sapkowskiego (autora  słynnego  zbioru opowiadan Wiedźmin, adoptowanego później w  filmie, serialu i grze komputerowej) .  25 stycznia nakladem Warszawskiej Firmy Wydawniczej  ukazała się  antologia opowiadań Jana Maszczyszyna  pt „Testimonium”  – zbiór mieniący się mnóstwem szalonych obrazów.

 Ponad dwadzieścia cztery lata temu opuscił Polskę. Nie wierzył w polskie przemiany i postanowił wziąć los w swoje ręce.  Zadebiutował mając 17 lat. Pisanie, jakie by nie było jakościowo sprawne, wywróciło jego życie. Publikował opowiadania w magazynach i antologiach SF. Teraz na emigracji  u progu do starości postanowił powrócić do swojej pasji,  wydał książkę  w selfpublishingu.

Uzyskał jak dotąd szerokie poparcie Fandomu SF. Książka jest anonsowana na portalach literatury fantastycznej niemal wszędzie, chociaż premiera odbyła się dopiero tydzień temu.

 Akcja wszystkich opowiadań fantastycznych rozgrywających się na Ziemi toczy się w Australii i Oceanii nawet czasem pośród polskich emigrantów. Tylko taka rzeczywistość od 25 lat jest mi znana – mówi autor. 

Jan Maszczyszyn urodził się w 1960 roku w Bytomiu. Debiutował w 1977 roku na łamach „Nowego Wyrazu” opowiadaniem „Strażnik”. Następnie publikował swoje teksty w „Fantastyce”, „Politechniku”, „Faktach”, „Merkuriuszu”, „Odgłosach” oraz fanzinach klubowych „Somnambul”, „Fikcje”, „Kwazar”, „Feniks”, „Spectrum”. Kilka opowiadań dostało się do zbiorów. W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie obecnie mieszka i pracuje. W pierwszym konkursie miesięcznika „Fantastyka” w 1985 roku zajął II miejsce, wyprzedzając Andrzeja Sapkowskiego.

Oto co pisze Marek Grzywacz, recenzent twórczości Maszczyszyna:
Twórczość pana Jana najłatwiej nazwać klasyczną science fiction. Może nawet bez czasem mylącego dodatku „hard”, ale właśnie klasyczną, w sensie tematycznym chociażby. Mamy w niej kosmitów, gwiezdne wojaże, przedziwne osiągnięcia technologii przyszłości, próby ukazania kierunku rozwoju ludzkości i cywilizacji, zagadnienia związane z moralnością, problemami egzystencjalnymi czy choćby religią. Ale można znaleźć inną, moi zdaniem trafną, szufladkę – jest to proza fiksacyjna. Nie mam wglądu w procesy twórcze autora, ale wyobrażam sobie, że musi być w tym element idée fixe, zachłyśnięcia się pomysłem, uporczywego maltretowania idei w umyśle. Te opowiadania są obsesyjne. Nie tylko dlatego, że czasem postacie w nich przedstawione jakąś obsesję mają, nieważne, czy chodzi o zaginiony skarb technologiczny, tajemnice rdzennych kultur wyspiarskich dżungli, czy zwyczajnie o kobietę. Chodzi bardziej o mroczne zauroczenie i podążanie za nietypową myślą, refleksją, które kończy się przedstawieniem świata będącego szerokim rozwinięciem początkowo prostego w swoim rdzeniu, ale przewrotnego pomysłu. A zwykle jest to wizja rzeczywistości zepsutej, uginającej się pod ciężarem nieuchronnych zmian, wykrzywionej nie do poznania.

W zbiorze opowiadań  „Testimonium” futurystyczne klimaty stanowią  atrakcyjną kopułę, pod którą mają miejsce gorączkowe rozważania na temat religii, ludzkiej tożsamości czy gwałtownego rozwoju cywilizacji. A wszystko to jest spisane obłędnym językiem i mieni się mnóstwem szalonych obrazów.

Czuje się, że opowiadania te nie tylko są napisane, lecz w jakiś dziwny sposób przeżyte. Nieobca im jest także ostra ironia i opary absurdu. Człowiek – to brzmi dumnie?  Po lekturze  tego  zbioru przyjdzie nam raz jeszcze się nad tym zastanowić.

  








Oto fragment opowidania z „Testimonium”, udostępniony Bumerangowi Polskiemu, poświęcony jednej z wielu pasji autora - maski Papui Nowej Gwinei.  Wyimaginowana fantastyczna podróż na tę wyspę.
Las nawiedzonych
1.
Lotnisko Tullamarine jest niewielkim portem lotniczym. Ponad płytą lądo-
wiska górują sczerniałe od wyziewów spalin parkingi i wieża hotelu Hilton.
Dwa mosty rozpięte ponad ruchliwą drogą łączą je z główną halą lotów. To
wszystko, co zbudowano tu dla pasażera.
Jeśli mowa o serwisie, to muchy stają na wysokości zadania. Mieszkają
na poręczach schodów, na kulkach przeżutej gumy, w puszkach z niedo-
kończoną colą. W spiekocie pory lunchu zajęte są spijaniem wilgoci z ust
spieszących ludzi. Niektórym wystarcza krótki, natarczywy taniec łapek na
lepkiej od potu skórze. W temperaturze czterdziestu stopni, jakie panują tu
w styczniu, nazwałbym to dreptanie złośliwością matki natury. Inne gubią
się w małżowinie ucha. Wypluwają tam swoje brzęczące żale, jakby na dobre
oczadziały w jaskrawym do bólu słońcu.
Nastał rok 2012. Każdy oczekiwał końca świata. Ale kto może przewidzieć
wydarzenie podobnej rangi? Na pewno nie starożytna cywilizacja, która
nigdy nie poznała koła. Nie kultura, która w codziennym życiu kierowała się
obłędnym rytuałem krwawego bóstwa. Nie ludzie przerażeni wykroczenia-
mi myśli. Przewidywalność wymagała perfekcyjnej lotności umysłu. A tego
brakowało wszystkim cywilizacjom Ziemi począwszy od zarania dziejów aż
do obłędnego dzisiaj.
Pozostało mi trochę zaległego urlopu i parę dolarów na skromnym koncie.
Panująca wokół mania nadchodzącego kataklizmu, w specyficzny sposób
napędzająca koniunkturę, udzieliła się również i mojej niespokojnej duszy,
popychając do czynów ostatecznych. Kupiłem najtańszy bilet, spakowałem
niewielką walizkę. Odnalazłem zakurzony pokrowiec na laptopa. iPhone’a
wrzuciłem w boczną kieszeń spodni i stanąłem w wielkiej hali lotniska
w kolejce do automatu obsługującego. Parę minut później maszerowałem
już w refleksach szyb do właściwego rękawa odlotowego.
Wszędzie tłoczyli się ludzie. Jakby całą tę hołotę nagle ogarnęła przemoż-
na chęć latania. Górował chaos dziecięcych krzyków. Jakieś wyścigi z lodami,
upadki, krzyki i płacz. Słyszałem ciągłe przestrogi przed złodziejami bagażu,
tkliwe jak niecierpliwe instrukcje matki. Informacje o statusie lotów w tym
kontekście brzmiały jak uderzenia przeciągłego werbla. Kłótnie, pożegnalne
pocałunki, okolicznościowe milczenia, rozpacz i nadzieje wypełniały pejzaż
ludzkich twarzy w dalekim tle. Zdawały się zamglone. Zlewały się w oddalony
o kilometry chaos dźwięków… Przysnąłem na stojąco.
Obudził mnie rozbłysk światła. Uaktywnił się rękaw odlotowy. Bramka
numer siedem stanęła otworem z miłą stewardesą na końcu dusznego kory-
tarza.
Nie było nas zbyt wielu. Port Moresby nie stanowił ulubionego punktu
docelowego dla poszukiwaczy odpoczynku. Kilku posiwiałych inżynierów
górniczych, grupa wielbicieli Kokoda Trail, gdzie australijscy żołnierze wraz
z zaprzyjaźnionymi plemionami nowogwinejskimi spuścili łomot japońskiej
armii inwazyjnej podczas drugiej wojny światowej.
Jakaś ładna dziewczyna zaledwie mignęła w tłumie. Nie wiadomo, skąd
się tu wzięła, pośród tego kwaśnego zapachu męskiego potu i papierosów.
Wyglądała jakby była filigranowo wykończona, w każdym drobiazgu do-
skonała, jednocześnie zagubiona i zmieszana. Miała jakiś cień uśmiechu
na twarzy, ale nasze oczy już więcej się nie spotkały. Zginęła gdzieś poza
brudnym okapem siedzenia.
Miałem miejsce w parszywie roztrzęsionym ogonie samolotu i obserwo-
wałem srebrne iglice wieżowców w City. Domy uparcie opierały się o ołowia-
ne niebo. Malały, kiedy maszyna ociężale wspinała się na swój bezpieczny
pułap lotu. Jeszcze przebłyskiwały refleksami szyb, gdy resztę rozciągniętych
w nieskończoność dzielnic już dawno przykryła mgła oddalenia.
Mieliśmy swoją wysokość.
Samolot pochodził z jakiejś zapomnianej rodziny DC-10. Wiedziałem,
że ta wibracja wcześniej czy później zaprowadzi mnie na krawędź przeciągłej
sraczki. Silniki ryczały, podłoga drżała, a wraz z nią moje kolana i wspomnie-
nia, w których to drżenie mnie w końcu zatopiło.
Odkąd pamiętam, moje życie na tym lądzie wypełniała fascynacja sztu-
ką plemiennej maski. Nie wszystkie okazy mnie interesowały. I nawet nie
zawsze te najbardziej intrygujące wizualnie sprawiały mi przyjemność pa-
trzenia. Główną rolę odgrywało coś jeszcze. Coś przedziwnie nieokreślonego,
wstrząsające zimnem i jednocześnie wywołujące jakieś przyjemne mrowienie.
Doznanie niemal o seksualnym podtekście.
W artyzmie tkwiła, jak zwykle, przyczajona groza. Tajemne wzory posia-
dały… Świadomość? Cała gorączka kolekcjonerska sporadycznie wybuchała
i gasła.
Czym były maski? Według wierzeń Papuasów rodziły się z inspiracji
wyobraźni, z rozdwojenia kreatywności jaźni. Były zatem tworem absolutnie
duchowym, o własnej, niezależnej percepcji świata. Rodziły się w potrzebie
zaistnienia i wpływania na losy żyjących ludzi. Dla Papuasów głowa była
siedliskiem duszy i jako taka, nawet odcięta, spełniała funkcję opiekuńczego
ducha. Zbyteczna więc była owa zniewalająca wiara w pomocne towarzystwo
ubezpieczeniowe. Wystarczał prawidłowo odrąbany łeb wroga, umieszczony
na wybornym kawałku bambusa, aby skutecznie chronić poletko, powiedzmy,
bratków przed atakiem szarańczy, bądź znienawidzonych dzieci sąsiada.
Posiadałem w skromnej biblioteczce wszystkie opracowania zajmujące się
szczegółowo badaniem sztuki plemiennej Nowej Gwinei. Wybitnym dziełem
było trójjęzyczne opracowanie wydawnictwa Konemann – Sztuka oceaniczna
Anthony’ego J.P. Meyera. Prawdziwa biblia kolekcjonerska. Stamtąd czerpa-
łem niezliczone chwile natchnienia i paranormalnego pouczenia.
Rok wcześniej nabyłem przedziwną maskę pochodzącą z nieprzebytego
gąszczu tego lądu. Nie istniała żadna dotycząca jej informacja. Katalogi mil-
czały. Zdobiące ją linie nie należały do żadnych znanych prądów artystycz-
nych. A sama maska była szczególnie mała. Zaledwie zakrywała pół twarzy.
W jakim celu ją wykonano? Do czego służyła? Czy noszeniu towarzyszyła
jakaś pieśń? Czy magia słowa budziła kolory? Miałem takie, które reagowały.
Kilka słów w narzeczu Asaru wyjaskrawiało, dodawało głębi i lśnienia! Ta
zdawała się na swój sposób jałowa. Zagmatwana w wyrazie. Materiał przy-
pominał wyschniętą skórę węża. I tak właśnie twierdził jej dawny właściciel
– antykwariusz.
– Pierdolona żmija naciągnięta na bambusową ramę – warknął obojętnie.
Nie przekonało mnie to wyjaśnienie sprzedawcy. Przeszukałem Internet.
Było kilka artefaktów o podobnym profilu artystycznym w Danii. Tam po-
dobne tworzywo budziło podejrzenie, że skóra pochodzi z jakiegoś niezna-
nego praszczura. Sam pamiętam, że odnalezienie podobnego fragmentu
w Ameryce Południowej swego czasu zrobiło furorę. Okazało się auten-
tycznym okazem megafauny tego kontynentu. Tylko gigantyczny leniwiec
posiadał tego typu gruzełkowatą skórę.
Niezmiernie podniecony odkryciem, za kilkaset marnych baksów pod-
dałem to coś analizie genetycznej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało
się, że próbka posiadała odwrotną polaryzację białek kodu DNA. Czyżby
obcy? A może analityczna pomyłka? To ostatnie było całkiem prawdopo-
dobne. Facet robiący analizy za flaszkę whisky zatańczyłby nago na środku
Federation Square. Dodatkowo na poczekaniu zrobiłby z tej skórki fiuta
aliena. Niektórym portfel zastępuje mózg. Nie wierzyłem w rezultaty ani
trochę, a jednak… ciągnęło mnie do tego lądu jak cholera. Pragnąłem całą
duszą tego spotkania trzeciego stopnia z kulturą tak archaiczną, że wręcz
przerażającą.
2.
W samolocie podano niewielki posiłek, który wytrącił mnie z zamyślenia.
Jakiś niesforny żart z jedzenia umieszczony w kartonowym gównie, pośpiesz-
nie okraszony standardowym uśmiechem stewardesy. Zerknąłem przez okno.
Ciągle jeszcze australijski kontynent.
Ta ziemia trwała w oczekiwaniu na jakąś inną, bardziej przychylną
epokę geologiczną. Niewielkie rozbłyski wodnych tafli wyglądały tu jak
pośpiesznie zagrabione diamenciki, w panice roztrzęsione przez złodzieja
w gigantycznej twarzy przerdzewiałej skały. Długie godziny lotu zepchnęły
wreszcie ten upieczony do szaleństwa kontynent poza horyzont. Krajobraz
orzeźwiła błękitno-lazurowa wstęga oceanu. Rafy koralowe i wtopione w nie
wyspy.
Wreszcie Port Moresby. Mały, zatłoczony, wrzeszczący spoconym tłumem
czarnuchów. Miał mnie stąd odebrać przyjaciel plantatora kawy. Pojawił się
wreszcie, zziajany i spocony do granic ciekłej możliwości, dopiero po godzi-
nie. Przepraszał namolnie. Miał kłopoty z realizacją czeków w banku. Ale
przywiózł ze sobą niewielki kawałek tej rybiej skóry i krótki list polecający.
Właśnie tego szukałem. To był nowy trop i prowadził do ludów Ramu.
Nasz samochód w końcu potoczył się wąskimi uliczkami. Wkrótce mknę-
liśmy pośród pól całkiem niezłą drogą w kierunku Borea, gdzie przyjaciel
miał dom i stojący na froncie samolot-awionetkę. Samolocik był w komple-
cie z czarnym, usłużnym pilotem. Po lunchu, zakrapianym przywiezioną
w prezencie „Wyborową” wódką, wrzucił moją walizkę na siedzenie i kazał
usadowić się wygodnie na pozostałych kilku centymetrach. Jakoś najtrudniej
przyszło mi zmieścić się w zaduchu kabiny.
Lot nie należał do przyjemnych, ale był najtańszym i najbezpieczniejszym
sposobem dotarcia do stolicy prowincji Madang, stamtąd udałem się zaś
górniczym samochodem przez Bogia do Awaru. Przewodnicy mieli popro-
wadzić mnie do wioski pomiędzy Muruken a Kwanga w dorzeczu Ramu,
gdzie zdecydowałem się spędzić czas i doświadczyć gościnności ludu Ramu
tuż przed końcem świata 2012 r.
Dobrze opłaceni przewodnicy to tak zwani porterzy. Wyspecjalizowani
i doskonali w swojej profesji. Ci akurat nie prezentowali się okazale. Przez
dobrą chwilę kłócili się, kto ma nieść mojego laptopa i stwierdzili, że do-
łączy do nas trzeci porter za sto dolarów ekstra. Młody chłopak o imieniu
Mayolo. Był chorobliwe chudy, a jego głowa, będąc niedorzecznie wielką,
ledwo utrzymywała się na wątłej szyi. Chłopak szedł czwarty, tuż za mną,
kiedy wkroczyliśmy w pierwsze pasma dżungli.
Nieraz byłem już w tego typu lesie, ale jeszcze nigdy w tak wściekłej pląta-
ninie zieleni jak ta. Woda i parne powietrze napierały na nas jak szkło. Stopy
wytaczały breję błota i martwych liści przy każdym stąpnięciu. Gdyby jeszcze
nie insekty… Ale było ich wszędzie zatrzęsienie. Co ciekawe, w Australii nie
wchodziły do nosa, a te tutaj wprost lubowały się we wtykaniu swych ciał
w zasmarkaną głębię, drążąc i wiercąc się szybkim ruchem w poszukiwaniu
smakowitości.
Ścieżka zwężała się. Biegła teraz na szczyt lesistego wzgórza. Wkrótce
pomknęła pomiędzy omszałymi głazami. Nieco dalej zamazała się, niemal
ginąc w świeżych trawach. Raptem znów ostro zarysowana ciągnęła się po-
między palmami i leżącymi pniami spróchniałych drzew. Wszystko to było
dla mnie nowe, ale jednocześnie czułem, że współgra z jakąś najgłębszą,
dotąd ukrytą struną mojej duszy. Nastraja ją, rzeźbi na nowo, wygładza na
niej zmarszczki i nagradza trudy.
W ciągu niespełna dwóch dni marszu pokonaliśmy dwadzieścia pięć kilo-
metrów dżungli. Niezwykły wynik, muszę przyznać. Stanęliśmy u progu wioski
późnym popołudniem. Oparliśmy bagaże o wielki pal, zwiastujący istnienie
chaty gdzieś powyżej. W koronach palm czaił się już ponury mrok. Akurat
lunął rzęsisty, tropikalny deszcz i przez chwilę słychać było tylko przewalające
się krople wody. Szczeble drabiny były aż szkliste od nadmiaru wody. Ledwie
pierwszy porter wdrapał się na wysokość płaszczyzny podłogi, a już krzyknął
przeraźliwie. Odskoczył. Wpadł na mnie. Strącił mnie z pierwszych szczebli
wprost na mokrą ziemię. Wcale nie patrząc, pobiegł w dżunglę, wrzeszcząc
niezrozumiałe komendy do reszty. Mój laptop pomknął wraz z chłopcem, a zło-
śliwie kopnięta walizka wysypała swą zawartość wprost do kałuży pełnej błota.
Ręce mi opadły. Przecież jeszcze chwila i tragarze zginą w dżungli, a deszcz
zamaże w błocie ślady. Stałem przez chwilę, nie widząc, co zrobić. Dręczyło
mnie pytanie. Co ten kretyn tam zobaczył? Wspiąłem się ostrożnie po drabinie
i w niekończącym się poszumie deszczu zajrzałem do wnętrza chaty.
Panował tu półmrok. Ulewa szeleściła na słomianym dachu. Spływające
chaotycznie krople pluskały na kałużach poniżej. Wzrok przyzwyczajał się.
Zobaczyłem bezgłowe trupy leżące w całym tym pomieszczeniu jak wiel-
kie, napuchnięte poduchy. Szyje były już dawno wyschnięte. Krew stężała
w czarne, złowieszcze plamy.
Nieruchomość ciał i ruchliwość deszczu mnie już nie przerażały. Ogarnęły
mnie obojętność i spokój. Przemierzyłem wszystkie siedem chat i wszędzie
napotkałem ten sam widok. Dzieci miały dodatkowo wyrwane ręce. To
wzbudziło moją nienawiść do tych istot z głębi nieprzebytego lasu. Las był
strażnikiem ich porządku, wiecznego obrzędu, usprawiedliwienia czynu,
wzniecenia i narodzin barbarzyńskiego gniewu.
W naszym świecie prawo, sprawiedliwość, kordony policji, mury więzień.
W ich przypadku las deszczowy, jako jedyny oskarżyciel i obrońca. Tam
ukrywali swoje troski, ból i samotność. On wyznaczał im kary za zbrodnie,
których nie było, bo istniał las. Las wiecznie wydzierający życie wszystkiemu,
co żywe, i oddający zgromadzony skarb temu wszystkiemu, co tak niecier-
pliwie oczekuje ponownego ożywienia.
W końcu pobiegłem za moimi porterami w dżunglę, próbując pośpiesz-
nie zamknąć zabłoconą walizkę. Zupełnie mokry w strugach deszczu, nie
miałem pojęcia, czego jest więcej w tej przejmującej wilgoci, obcej wody czy
swojskiego potu.
W dżungli nie było już żadnych śladów po moich tragarzach. Tylko
rozrzucone w jakimś szalonym bezładzie puzzle wprasowanych w błoto liści,
patyków i kamieni. Kiedy trącałem gałęzie, wybuchały chmurą złośliwych
insektów. Jakaś roślina poszarpała mi skórę. Nie widziałem kolców, ale czu-
łem, że mają się dobrze głęboko pod skórą, rozpalając ogień piekącego bólu.
Biegłem i przystawałem, nasłuchując. Walizka ciążyła mi jak głaz. Deszcz
zamienił się rozszalałą ulewę. Strącał lawiny liści. Gdzieś wysoko w górze
wiatr szarpał korony drzew. Ptaki umykały w popłochu, milczące i głuche.
Dałem spokój tej bezsensownej pogoni… Usiadłem na walizce. Droga
wydawała się ślepa we wszystkich kierunkach. Pod stopami czułem coraz bar-
dziej mięknącą ziemię, jakby chciała mnie wchłonąć, rozpoczynając trawienie
od rozmoczonych już spodów butów. Ziemista masa była wewnątrz gęsta od
świeżych korzeni i dopiero co zagrzebanych pnączy. Przypominała tkankę
pełną nerwów i soczystych żył. Nie było w niej już miejsca na wetknięcie
świeżego trupa. Mogłem co najwyżej położyć się na powierzchni i wniknąć
w nią jakiś czas później jedynie soczystościami wnętrza, pozostawiając wy-
suszone truchło kości na pastwę owadów i wiatru.
Nie widziałem drogi ucieczki. Zdawałem sobie sprawę, że wioska będą-
ca w pobliżu nosi niewidzialne piętno zagłady, że to coś powróci i upomni
się o wciąż żywych. Z drugiej strony las proponował perspektywę tułaczej
śmierci. I to wybrałem, gdy w końcu przebrzmiał werbel deszczu. Ruszyłem
pomiędzy drzewa, goniąc umykający szelest kropel. Walizka już teraz nie
przedstawiała żadnej wartości. Wczoraj zjadłem ostatni kawałek sera, a toreb-
ki cukru z restauracji McDonald’s w Port Moresby upchałem po kieszeniach
spodni.
Było tu całe mnóstwo palm. Prześcigały się w  drodze do światła.
Gigantyczne figowce oplatały każdy napotkany przedmiot. Obojętne czy
była to skała, obce drzewo czy żywy człowiek. Przypuszczam, że gdybym
zatrzymał się na dostatecznie długo, jakiś figowiec oplótłby mnie na swym
szorstkim i seksownym korzeniu…
Droga wiła się w dół. Napotykałem strumienie, ale woda cuchnęła gli-
ną. Wolałem spijać pozostałości deszczu z szerokich liści filodendronów.
Prawdziwy głód dał mi się we znaki dopiero późnym popołudniem. Nie
znalazłem nic, czym mógłbym go zaspokoić.
Wieczorem dotarłem do pierwszych wzgórz. Ale wzniesienia były inne
niż te, które mijaliśmy z tragarzami. Szczyty wypełniały omszałe głazy, po-
łamane drzewa, kłębiące się liany i rzędy świeżo w nie wetkniętych młodych
palm. Tam nocowałem. Pierwsza prawdziwie samotna noc na mojej wyspie
marzeń. Jakby los postanowił mnie tu zaciągnąć tajemniczą siłą i uśmiercić
dla zwykłego kaprysu.
Noc nie przyoblekła szaty z gwiazd dla nieproszonego gościa. Nadeszła
uzbrojona w kłębiastą zbroję chmur. Upuściła delikatną mżawkę, która nie
wybudzała ze snu życia, tylko zachęcała do nękania owady. Całymi chma-
rami lepiły się do mojej twarzy, ramion i nóg. Rankiem byłem czerwony
od ukąszeń jak najwspanialszy wschód słońca. Uciekałem od tego miejsca
do późnego popołudnia. Zauważyłem też pijawki na skórze. Były wszędzie.
Odrywałem je z obrzydzeniem. Barbarzyńskie stworzenia pozostawiały nie-
gojące się rany. Pod wieczór odnalazłem zupełnie przypadkiem roślinę, której
liście przytknięte do skaleczenia przynosiły krótkotrwałą ulgę.
Wieczorem znów wypełniały tłumnie moją skórę. Łydki były naprawdę
biedne. Wątpiłem, czy została tam kropla krwi. Wtedy odkryłem nowe prze-
znaczenie pijawek. Kiedy głód stał się problemem nie do zniesienia, ostrożnie
rozgryzałem je w ustach i szybko połykałem, kiedy umierały w konwulsjach.
Owszem, czułem posmak krwi, ale to była w końcu moja własna, swojska
krew. Stanowiłem niezłą przynętę. Zebrałem dobre dziesięć dekagramów
przysmaku. Miały gorzki, kwaskowaty smak. Wtedy przypomniałem sobie
o torebkach cukru z McDonald’s i postanowiłem osłodzić sobie resztę kolacji.
Był to pierwszy posiłek od dwóch dni zjedzony w tym piekielnym lesie.
Czas odmierzał deszcz. Był dokładny jak zegarek. Noce spędzałem na omsza-
łych głazach. Dni w podobnych do siebie wąwozach. Powoli zatraciłem poczucie
rzeczywistości. Buty zamieniły się w kule zaschniętego błota. Nogi piekły od
zadrapań, wolno zamieniających się w przewlekle zainfekowane rany. Pozostałem
już tylko w swojej ulubionej podkoszulce i szortach. Kapelusz mokry od potu
i ciężki od soli już tylko mi przeszkadzał. Miałem wszystkiego dość. Drzewa
wydawały się wszystkie takie same. Ścieżki wiły się w dal jak labirynt wiecznej
zasadzki. Jadłem jakieś grzyby, żułem orzeszki, próbowałem owoców podobnych
do wielkich jagód. Pragnąłem już tylko przerwać jak najszybciej to zjawisko zwane
życiem. Siła, która mnie tu przyniosła, była niewątpliwie szaleństwem i obłąka-
niem mojego umysłu. Nie istniało sensowne wytłumaczenie nieracjonalnego
zachowania. Maska? Teraz pragnąłem tylko od tego lasu śmierci. Pragnąłem,
aby stał się wyrocznią i mądrym do niej przewodnikiem.
3.
Naprędce pożerane owoce mnie jednak nie zabiły. Wyostrzyły mi tylko zmy-
sły, naćpały mnie jakąś niebywałą wrażliwością. Nieoczekiwanie doznałem
krótkotrwałego olśnienia. Ptaki ponad moją głową nie nawoływały się tak
bezmyślnie i jałowo jak dotąd myślałem. Wydawały dźwięki zachęty do ma-
gicznie natchnionego tańca. Wybijały rytm dla nóg, dla moich nieustających
kroków w błocie i mazi z liści. Usłyszałem tę nagłą, wybuchającą wzniosłymi
tonami muzykę, która wypełniła mnie nadzieją na zmianę. Ucieszyłem się
i wkrótce zatańczyłem. Nagle objawiły mi się wszystkie ścieżki i kierunki,
i cele. Wszystkie najbliższe wioski i te najdalsze.
Poczułem zapach oceanu zaledwie o setkę kilometrów przed sobą i runą-
łem kolanami w błoto. Zadyszany tańcem, chichoczący. Potem zawstydzony…
Niespodziewanie upadłem na wznak. Tak trwałem godzinami, poruszając
ramionami jak zbłądzony pływak. Maź przepływała ponad ręką ciepłą falą.
Nagle zauważyłem pochylającą się postać. Twarz miała zamazaną i starą
jak kora drzewa. Bezzębne, głębokie w rozwarciu usta. Oczy przymrużone
i mocno zapadnięte w czaszkę. Zamknąłem powieki, kiedy poczułem ręce
tego człowieka zaciskające się na moim gardle. Wahał się.
„No dalej” – myślałem. Przyduszał delikatnie i puszczał, jakby z szyi
wyrabiał ciasto. Znów spróbował. O ile dotąd miałem jakieś mętne pojęcie
o rzeczywistości, to teraz straciłem przytomność na dobre.
Budziłem się kilkanaście razy. Zawsze w jakimś duszącym dymie. Były to
wnętrza chat. Możliwe, że tylko różne jej pokoje, ale odnosiłem nieprzeparte
wrażenie, że były to odrębne chaty. Małe, większe, czasem zwykłe szałasy.
Ludzie wpatrywali się we mnie osłupiali, z niedorzecznym zachwytem,
a czasem z wręcz bogobojnym lękiem. Były to wszystkie wioski, które
znałem z mapy i też te, których na mapie nie było. Skąd wiedziałem? Hm…
Śniłem?
Pewnego dnia znalazłem się w duszącym dymie sam. Panująca cisza
mnie zaszokowała, ale nie przejęła lękiem. Czekałem. Czułem, że coś nastą-
pi. Po godzinie dostrzegłem rysy znajomej twarzy. Ten człowiek zdawał się
być wyciosany w grubej warstwie niezmiernie starego drzewa. Niezwykła
chudość tworzyła wizję nieregularnego w zarysie ciała. Kości miał chaotycz-
nie i bez sensu wystające. Z zapachu starzec przypominał stare, wilgotne
książki na półkach mojego domowego stryszku. Mrużył oczy. Sapał. Kasłał
przeciągle i ciężko. Poruszał się momentami jak ślepiec, dorzucając pach-
nących ziół do palącego się ogniska, ale jednocześnie jego kroki posiadały
wiele magicznej precyzji. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że pełen
był tych wizualnych sprzeczności i niezgody z jakiegoś ważnego powodu.
Trwało misterium… Mamrotał chłopięcym głosem i chrypiał jak starzec.
Wyśpiewał jakiś fragment pieśni głosem młodej indonezyjskiej praczki, by
po chwili zaklinać w dymie ogniska tonem zatrutej fanatyczną gorączką
wiedźmy. Znów milczał i kołysał się na skrzyżowanych nogach. Zatrząsł się
w malarycznym jasnowidzeniu i… Nagle spostrzegł mnie. Jego usta drgnęły
i wydały ciche cmoknięcia. To były krótkie wyrazy języka ludu Ramu.
„Mój Boże, co się ze mną dzieje?” – pomyślałem z dzikim przestrachem.
Nie rozumiałem ani słowa!
Obudziłem się innego dnia. Dym niósł z sobą ostry zapach palonej ptasiej
skóry. Gryzł w oczy. Budził odruch kaszlu i wymiotów, wyostrzał percepcję
niemal do granic ostrego bólu. Wtedy poczułem… Ją! Miałem na sobie jakąś
przedziwną suknię. Chyba żywą! Co ja mówię? Żywą? Przypomniała mi
dziecięcą zabawę w ducha z długim prześcieradłem narzuconym na głowę.
Tym razem wszystko doskonale widziałem, jakby tkanina przyrosła do czaszki
albo zabrakło jej w miejscu głowy! Czyżby zaszeleściła zaintrygowana? Spała
setki lat. Zesztywniała nieco i wyschła od tego leżenia, ale na powrót wracała
do pełni życia.
Starzec mówił do mnie.
Ignorowałem jego wołanie. Zatańczyłem w tej ciężkiej szacie zupełnie
pozbawiony poczucia rzeczywistości. Tkanina przypominała śliską i lepką
skórę ryby. Tę samą, z której wyprodukowano moją miniaturową maskę.
Nagle poczułem, jak moje wirujące nogi zdrętwiały i, na Boga, odpadły
z przedziwnym, długim stukiem kolan o drewniane bale podłogi. Słowa
starca brzmiały teraz jak magiczne wezwania. Pętały mnie! Osaczały. Może
po prostu śniłem?
Starzec śpiewał. Płomień ogniska lizał mu brzuch, niemal opalał nagie
przyrodzenie, łasząc się do brudnych kolan. Nagle krzyknął, a mi odpadły
wirujące ręce, zapadły się piersi i ciało pozostało w jednym momencie
bez oddechu. To był krytyczny moment. Poczułem odkręcającą się szyję
i usłyszałem głuchy łoskot padającego ciała. Rozpadło się jak części pla-
stikowej lalki.
W sumie było to bez znaczenia. Ciągle wirowałem w tańcu. Czułem się
wyzwolony, radosny i lekki. Suknia była teraz wszystkim. To ona pozwalała
na tę szaloną, swobodną lewitację.
– Janie?
Ktoś wołał mnie po imieniu? Któż mógł mnie tu znać?
--
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Linki do tego posta

Utwórz link

REKLAMA








Ciernie

Opowiadanie, które zmieniło wszystko, nie przynosząc nic.


                     Ciernie

 

Twarz  miała fakturę suchej żywiczej bryły. Szalony artysta napiął w niej nici zmarszczek, zasklepił skórą guzowate twory i głębokie wyrwy. Osadził oczy, które wydawały się najżywotniejsze, i ledwo zaznaczył brwi, jakby nie przekonany o potrzebie ich istnienia. W tym strasznym świetle wydawało się, że szkielet usiłuje połknąć ciało. Usta niemal całkowicie zapadły się w bezzębną jamę. Policzki, szare i wyschnięte, uporczywie wciągały dziąsła. Głowa, przyprószona bielą włosów, wznosiła się na krótkiej chudej szyi, a drobna szczęka drgała z cichym mlaskaniem języka.

Człowiek ten żył…

Luźna szata, którą nosił, była poplamiona i zmięta. Dziwnie drżące dłonie miały przygnębiający odcień brązu, a długie paznokcie przypominały plastry żółtego wosku, który tylko przypadkowo zlepił czubki palców.

- Do licha ciężkiego – powiedział.

Robot pomógł mu zejść ze stromych schodów pojazdu, potem usłużnym ruchem podał laskę. Miał w swej lśniącej gotowości tyle uroku, że przez twarz człowieka przesączył się uśmiech i osiadł miękko na ustach.

Dalsza pomoc robota miała już charakter nadmiernej, w szczególny sposób irytującej opiekuńczości. Człowiek odtrącił podtrzymujące dotknięcie, mruknął coś przy tym niechętnie. Robot nie odstępował go nawet na krok. Noar pokręcił w zniecierpliwieniu głową.

- Aby dalsze lata niosły tylko radość… - powiedział ktoś z przeciwka, tocząc się na skrzypiącym wózku inwalidzkim. Noar spojrzał na szarą, ostrą w zarysach twarz. Rozpoznał i roześmiał się skrzekliwie.

- Bratog! – zamachał w powietrzu laską. - Stary, sędziwy Bratog. Bratog, drogi druhu…

Ich dłonie zwarły się słabym, drżącym uchwytem i prawie zaskrzypiały. W mocno przymglonych oczach słabo zapaliła się radość.

- Ostatnim razem widzieliśmy się chyba ćwierć wieku temu, na pogrzebie sędziwego, niech spoczywa w pokoju, Seplygora! Kondukt pogrzebowa miał dobre pięć mil długości.

- Jak zwykle szyderczy – mruknął Bratog. – Doskonale wiesz, że on miał niewielu przyjaciół…

- Ba! Miał zbyt wielu wrogów.

- Był niepopularny – podchwycił z uśmiechem.

Był złośliwy!

- Był skąpy!

- Był zrzędliwy!

- Był ł-y-s-yyy… - ryknęli śmiechem. Dźwięk buchnął w twarde światło hali, zmieszał się z opiłkami blasku i pozostawił ich gdzieś w dole. W tym ryczącym prądzie humoru obaj byli jak dwie zasuszone mumie, cudem tylko przywrócone do życia. Śmiech przygasł jak echo.

- Co cię tu sprowadza? – zapytał już ze swoją zwyczajową, ponurą miną Noar.

Bratog milczał chwilę, taksując go swoim przenikliwym spojrzeniem.

- Twyrdy …- głoski chrypiały, kiedy wypadały z jego ust.

- A więc to, co i mnie.

- Boże, jak ona potrafiła kłamać…

Zachmurzył się ponad wspomnieniami.

- Wiesz coś? – zapytał Noar.

- Na pewno nie więcej od ciebie – Jego twarz wykrzesała postanowienie milczenia. -  Chodźmy… - wycedził przez bezzębne dziąsła.

- Mamy czas – Noar wsparty na swej rzeźbionej lasce stał jak rozchwiana brzoza. On też był uparty.

- Nie – zabrzmiało to definitywnie. Szczęka i skórne fałdy szyi drgały, kiedy mówił. W słowach brzmiała pogróżka. – Ragor się niecierpliwi. Wszyscy czekają tylko na ciebie. Wysłał mnie po ciebie aż na stację – wzrok Bratoga był więcej niż znaczący.

Noar skinął głową, w jego oczach zatlił się lodowaty lęk. Próbował ukryć swe uczucia, ale dręczyło go  męczące przeczucie. To… znaczenie jego osoby… niepokoiło.

Jego kroki były twarde. Mozolnie odrywał stopy i opuszczał, a one upadały na posadzkę jak uderzenia kamienia.

 

2.

 

Pozostawili jaskrawo oświetlony tunel komunikacyjny za sobą i przez wąskie przejście kontrolowane przez jazgotliwą, dobrze uzbrojoną gromadę robotów dotarli na ruchomy chodnik.

Wyglądali przedziwnie na lśniącej tafli podłogi. Rachityczne, ledwo ruchome twory. Nawet ich cienie były blade i zniszczone, jakby ich organizmy nie stanowiły bariery dla tego ostrego światła.

Dlaczego tak uparcie trzymali się życia? Oni, którzy nie powinni już więcej grabić na nie czasu. Dlaczego nie umierają? Oni, o których dawno powinno wygasnąć nawet wspomnienie.

Trwali od dwóch tysięcy lat, ukryci w głęboko położonych bunkrach, wysterylizowanych i bezpiecznych, połączonych nićmi tuneli z innymi, podobnymi, rozrzuconymi pod powierzchnią całej planety. Ukryci, zaszczuci przez śmierć, samotni do bólu.

Cz-ł-o-w-i-e-k…Czy nie brzmi to idealistycznie? Kiedy wielkie połacie galaktyki pozbawione są życia, a nawet najmniejszej szansy na jego przetrwanie? Kiedy tysiące globów wznosi pióropusze żałobnych pyłów ukrywając ruiny, zgliszcza, trupy? Kiedy sama przestrzeń przeżarta jest subtelnym promieniowaniem, nośnikiem nienasyconej śmierci?

O przekorna historio! Pozwól im wreszcie zginąć, skoro nie potrafią zmazać swych win, skoro rodzą się mordercami, rodzą się niszczycielami i rodzą  się ślepi, rodzą się ukryci…

- Kiedy to się stało? – Noar był niespokojny. Kropelki zimnego potu zaigrały na jego czole jak diamenty.

- Przedwczoraj – Bratog dał znak dyżurującemu robotowi i ten uruchomił mechanizm pancernych drzwi. Stalowe płyty odsłaniały przed nimi coraz to nowe komory. Szczęk zasuw towarzyszył im w ich trudzie posuwania się naprzód. Nieskończone plastry zimnej stali.

Na chwilę utknęli w obszernej komorze sterylizatora. Powietrze było tu kwaśne i duszne, wciągane do płuc miało posmak rzygowiny. Skrzywili się z niesmakiem. Kiedy założono im do nosa i ust specjalne filtry, poczuli się raźniej. Ragor używał wszelkich możliwych zabezpieczeń. Był stary jak na warunki panujące w Bunkrach. Jego organizm potrzebował specjalnie spreparowanej atmosfery konserwującej, sarbinowych maści i  szybko przyswajalnego pożywienia. Gdyby nie to, rozlazłby się w podmuchu wentylatora. Ponury cień życia, drogi im wszystkim… bo najstarszy.

 

3.

 

Sala zalana była mdłym blaskiem wydzielanym przez  ściany. W kątach stały na wpół przeźroczyste proporce i sztandary rodów. W tym świetle mocno pomarszczone twarze ludzi wyglądały jak worki skóry niedbale zarzucone na czaszki.

Wszystkie głowy zwróciły się jednocześnie w ich stronę, gdy pośpiesznie zajmowali swoje miejsca. Włączyli kody sygnałowe i wtedy pod wpływem pełnego brzemienia szyfru posępnie lśniący sześcian uniósł się ponad okrągły stół i rozwarł z przeciągłym sykiem. Natychmiast pojawił się medor. Szybkimi i zarazem delikatnymi ruchami poprawił ułożenie ciała siedzącego wewnątrz człowieka.

- Czuję, że powietrze jest skażone – skrzekliwy głos wyrażał skargę.

- Wszystko w porządku  -  spokojnie wyjaśnił robot.

- A poziom skażenia bakteryjnego? O tym przecież mówię, ty idioto – wyraził gniew i irytację.

- W ustalonych normach.

- To dobrze…

W Sali rozniósł się niemożliwy do wytrzymania fetor. Gazy…

Ten staruch nie panuje nawet nad tym – pomyślał Noar krzywiąc się mimo woli. I wtedy dojrzał naprzeciw wyrozumiały i ciepły uśmiech Forga. Pokłonił mu się z szacunkiem, prawie wstrzymując oddech.

Forg był następcą Ragora, po jego śmierci miał dziedziczyć platynowy merhor rodów. Już z wyglądu był władczy, nieujarzmiony, w rozmowie nieprzystępny, a nawet wrogi, lecz mimo to zawsze wydawał się Noarowi sympatyczny.

- Moi drodzy… - głos Ragora drżał ledwo na granicy słyszalności. – Moi drodzy… - jęczał jakiś leniwy, jednostajnie zanikający, a równocześnie górujący w nabożnej ciszy, jak zapadła.

- Tak, pani – odpowiadali po kolei obecni.

Kiedy głowa starca zwróciła się w stronę Noara, ten zamilkł porażony widokiem. Ta twarz  oblepiona białym nalotem ochronnej sadzy, uszy i czaszka sprawiające wrażenie pokrytych chityną, oczy tak ciemne, że ślepe, nawet dzikie korytarze Bunkrów nie wyglądały bardziej ponuro. I ciało, spękana bryła mięsa, niepowstrzymanie dążące do rozkładu, białe i cuchnące potem…

Ragor, już rozkładasz się dziadku – pomyślał z cierpkim uśmiechem Noar.

- Oniemiałeś, chłopcze?... – Ragor okazywał mu zawsze wiele pobłażliwości.

- Panie, wybacz mi – Noar próbował ukryć zamieszanie.

- Pomimo swoich sześciu i pół tysiąca lat życia zachowujesz się jak szczenię – mówił i śmiał się dziwnym, gardłowym chichotem. Górna warga drgała w gwałtownych strugach wydmuchiwanego powietrza, zebrała w dodatku nieco śliny i wyglądała jak spieniona fala, cudem tylko unieruchomiona w bloku szczęk.

Medor pośpiesznie sprawdził tętno. Śmiech był zbyt forsownym przeżyciem dla tego organizmu.

- Przy tobie, panie, zawsze czuję się jak szczeniak – pochlebstwo z trudem opuściło usta Noara. Czuł się jak skończony kretyn, usadzony przy stole dla faworytów.

- Ja przy tobie, synu, jak staruch, zrzędliwy staruch – gdzieś głęboko w ciemnych oczach zapaliły się weselsze ognie. – Dobrze, że jesteś Noarze.

Oczy Noara pozostały puste… Ragor…

Odwrócił się, przyjmując oznaki hołdu od innych ludzi zgromadzonych za ogromnym stołem. Po kwadransie ceremonię powitania zakończył ciężki kaszel. Medor z trudem opanował rozdrgany organizm. Ragor odsunął go zniecierpliwionym ruchem ręki.

- Nie traćmy czasu – rzucił ochryple. – Myślę, że obecny tu czcigodny Forg wyjaśni w sposób jasny i prosty obecną sytuację.

 

4.

 

Forg uśmiechnął się na swój dziwnie młodzieńczy sposób i dźwignął nieoczekiwanie ciężko z miejsca. Skłonił głowę stronę patriarchy. W jego oczach igrały blaski spełnionego oczekiwania.

- Mów wreszcie, chłopcze. Wszyscy się niecierpliwimy – mruknął Ragor.

Forg stężał, z jego postaci biła siła. Wzrok stwardniał pod białymi brwiami, policzki lekko zaszły rumieńcami, co wśród zgromadzonych wzbudziło prostą zazdrość.

- Wszyscy znaliśmy Twyrdy – zaczął niepewnie. – To była dziarska dziewczyna, mimo że najstarsza z naszych pań. Zawsze zastanawiała mnie jej niesłabnąca świeżość, jej rozległość wiedzy i zainteresowań, jej uroczy sposób stawiania sprawy. W tym miesiącu obchodziłaby swoje 8776 urodziny. Niestety, śmierć zaprowadziła ją do krainy nieświadomości, nie żyje.

Przez salę przebiegł dreszcz, trochę podobny do mroźnej bryzy, bo twarze objął im lodowaty całun bladości. Forg zdecydowanym ruchem powstrzymał pytające ręce zwykłych panikarzy.

- Wiem, co czujecie -  nie potrafił opanować drżenia warg. – Przede wszystkim strach… - przesunął spojrzeniem po pomarszczonych twarzach. Czuł, że jest teraz bardzo blisko nich. – Tak. Odwykliśmy od myślenia o śmierci. Przedłużenie okresu życia komórki, zwielokrotnienie jej zdolności podziału, wzmocnienie sekwencji nukleotydów to nie wszystko, za tym muszą pójść zmiany w organizacji. Ale w tym potrzebujemy nadzwyczajnej odwagi. Trzeba uporać się z idealistycznymi prawdami o Zachowaniu Oblicza, o roli organizacji komórek, o roli gatunku. Pogodziliśmy się już wtedy, kiedy obraliśmy drogę, organicznie konserwatywną, kiedy skazaliśmy się na biologiczny tradycjonalizm.

Przerwał, mierząc się ze skupionymi spojrzeniami.

- Problem tylko w tym, że groźba śmierci dotyka nas w najczulszym miejscu. Leży w urządzeniu szczególnie bliskim naszym sercom. Wszyscy przecież często korzystamy z dobrodziejstw rur emisyjnych. To jądro zadowolenia, jakie przynosi nam nasze życie. Dzięki rurom możemy odbywać podróże po linii życia, podróże w naszą przeszłość. Przez śmierć Twyrdy droga ta została zamknięta.

Przez salę przebiegł pomruk, teraz gniewny i wzburzony. Forg zaczekał aż przycichł.

- Doszliśmy do porozumienia z klanami południa i wschodu. Tylko klan Chordhil nie rozumie jeszcze powagi sytuacji, jawnie przeciwstawia się naszym zakazom kontynuowania podróży. Jeśli Ragor uzna za stosowne, to uruchomi blokady, wtedy zapłoną im dusze. Nie mam nawet nic przeciwko temu – powiedział, choć  zimno tych słów jemu samemu zmroziło kark. Chordhilowie bywają coraz częściej bezczelni.

- Pragnę poparcia dla naszych działań – przerwał Ragor. – Nic nie robię wbrew sumieniu, pragnę tylko waszego dobra. Doszedłem do porozumienia ze starszymi pozostałych klanów. Uznali mój plan za realny, pomimo że wyszedł z głowy Segharella, rodu nie cieszącego się dobrą reputacją, aczkolwiek zasłużonego.

Powiódł przygaszonym wzrokiem po zebranych. Czekał. Jakaś zniecierpliwiona postać uniosła się spoza żółtej płaszczyzny stołu.

- Jak przypuszczam , panie, Twyrdy naruszyła jedną z naszych podstawowych zasad – powiedział ten człowiek rwącym się głosem. – Wiem z całą pewnością, że podróż jest całkowicie bezpieczna.

- Teraz mogę i ten pewnik zakwestionować.

- Jak to?

Ragor obrzucił rozmówcę piorunującym spojrzeniem.

- Wiem, łotrze, że i ty dokonywałeś rzeczy wzbronionych. W swoich archiwach mam całą półkę z dokumentacją. Służby medorów polega nie tylko na pomocy doraźnej, ale również głębokiej i wnikliwej analizie wpływów podróży na organizm ludzki. Interweniują tylko z konieczności. Z reguły nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy. Wiem, że przenikanie w linie życia innych ludzi dla osiągnięcia jeszcze odleglejszej i nie poznanej przeszłości nie należało do rzadkości. Prędzej czy później musiało się to tak skończyć!

W Sali zaległo kłopotliwe milczenie. Trawili informację. Ragor nie przeciągał struny. Znał swoich ludzi i doskonale wiedział, jak bardzo nie cierpią morałów, jak niecierpliwi są w zagrożeniu.

- Kilka osób uda się teraz ze mną. Reszta pozostanie tutaj – powiedział.

Wszyscy zastygli w oczekiwaniu, wpatrzeni w ekrany wywoławcze. Przed Noarem ekran rozmazał się i zafalował. Nie wierzył własnym oczom. Nie – to niemożliwe. On taki pewny w swoim bezpieczeństwie. Tego rodzaju misje brali zwykle na swoje barki najbardziej doświadczeni, najstarsi. On?

Wzywał go czerwony sygnał wywołania.

Pulsował w ciszy, grzmiał jak jego myśli, nagle zwalone w bezmiarze czaszki.

Wstał, choć nogi ciążyły mu jak nalane ołowiem.

Zauważył, że wychodzi wraz z innymi. Za nim cicho podążał sześcian Ragora i świata usłużnych czarnych medorów. Jeden z nich podał mu jego niezastąpioną laskę.

Skleroza…Skleroza!

Przestraszył się, jego ciało coraz częściej zawodziło. Nieoczekiwanie furknął strugą cuchnących gazów.

I jeszcze to – mój Boże…

Szedł drobnymi kroczkami. Często zastanawiał się nad sztywnym ciężarem palców, nad palącą nieruchawością stawów. Zycie stawało się udręką, a jak cierpliwie je znosił.

Człowiek jest twardy – myślał – Wszechmogący nadał nam życie, abyśmy stali się męczennikami ku swojej i jego chwale. Aby przekonać się, jak wytrzymała jest dusza. Zniosę to wszystko i nie dam umrzeć ciału. Zniosę wszystko! Nawet ten piekielny ból w kościach zniosę.

Odczuł nieprzepartą chęć zważenia ciała. Usłużny medor uspokoił go. Waga pozostawała niezmieniona od dwóch lat. Ultraszybkie prześwietlenie wykazało obecność tylko niewielkich ubytków w ściance żołądka, ale to była stara sprawa. Odetchnął z ulgą. Bardzo obawiał się śmierci. Może dlatego, że częściej niż inni o niej myślał. Stała się jego zmorą, nocną, dzienną, wiecznotrwałą…

Nawet w podróży często myślał, że jego życie się kończy. Jako zjawisko na skalę planetarną, ba, galaktyczną, zanikło już dawno. Przetrwały tylko relikty. Oni? – psiakrew…lepiej nie nazywać siebie anachronizmem, stąd bliższa droga prowadząca do śmierci.

Dotarli do niewielkiego pomieszczenie pogrzebowego, w którym na czarnej pościeli w rzeźbionym łożu leżała martwa Twyrdy. Siność jej ciała kontrastowała ze światłem świec. Wydawało się, że one nie wydzielają światła. Ale na twarzach żyjących kładły złoty blask.

Dopiero teraz nadpłynęły głosy towarzyszących mu ludzi. Brzmiały jak bulgot. Niebawem odkrył znaczenie słów, zauważył zarysy wyrzucających je warg i skórny rezonans twarzy.

- Spójrzcie na tę wielką ranę na brzuchu – mówił Ragor przez komunikator z wnętrza swego sześcianu. Szczególnie obawiał się oparów rozkładu. – Przypomina dziurę, która pozostaje po zdrapaniu z rany wielkiego strupa. Jest różowiutka i śliska, jakby ta dama składała się wyłącznie z grubego plastra jednopostaciowego mięsa bez wnętrzności.

- To obrzydliwe – mruknął forg. Widać było, jak mozolnie walczy z mdłościami. – Gdyby biedna Twyrdy wiedziała, jak odpychająco będzie wyglądała po śmierci. I jeszcze ten dym świec sprawia wrażenie nierealnego, ta ostra mgła uwędzi jej twarz!

- Uspokój się Forgu… - przerwał mu Bratog. – Jej doznania milczą w równie grobowy sposób, jak i ona.

- Co o tym sądzisz, Noarze? – zapytał, gdy przeciągało się milczenie Ragor. – Twyrdy była twoją przyjaciółką.

- Nie wiem co powiedzieć, panie. Ona wolałaby, żebym milczał nad jej martwym ciałem…

Ragor roześmiał się skrzekliwie. Wszystkich obecnych przejął dreszcz grozy.

- Znalazłem ją w rurze emisyjnej, całą we krwi. Mój medor niosąc ją, dziwił się, że jest tak przeraźliwie lekka. Jakby kielich jej zawartości został doszczętnie wypity. Byłem wstrząśnięty zarówno jej przedziwnym kształtem, jak i tym, co się stało. Obudziła mój strach. Chodźcie, pokażę wam coś jeszcze.

Wyszli.

Ragor poprowadził ich długim korytarzem. Było tu ciemno i tłoczno. Co kilka kroków mijali stanowiska bojowych robotów. Na czołach maszyn paliły się cyfrowe sygnały bojowe. Tylko Ragor miał do nich klucz.

Noar przypatrywał się krzemowym cielskom. Krzątały się wokół z chłodnym zapałem, takie usłużne i przyjacielskie. Nie puściłyby ich dalej bez skwapliwych badań identyfikacyjnych. Noar nie myślał o nich w kategoriach zagrożenia. Jeszcze nigdy żaden z nich nie wyrządził człowiekowi krzywdy. Wszystkie pałały żądzą służenia mu.

Zresztą cieszyły się bezgranicznym zaufaniem ludzi. Jeśli gdzieś nie należało wchodzić i robot wyskakując jak spod ziemi zabraniał tego, to należało przejść nad tym do porządku dziennego. To nic, że przestrzeni w Bunkrach ciągle ubywało. Nikt nie podejrzewał w tym intrygi wszędobylskich maszyn. Główną rolę w zniszczeniach odgrywały ruchy tektoniczne podłoża. Mury były stare.

Zresztą tak mawiały roboty, zamykając kolejny sektor ich świata.

Roboty paplały swoim zwyczajem. Medory sypały dowcipami w kodzie, inne, o nieznanym przeznaczeniu wodziły po nich laserowymi celownikami jak myśliwy po zwierzynie.

Ragor we wnętrz swego superwytrzymałego sześcianu wydawał się z tego wszystkiego piekielnie zadowolony. Forg marszczył brwi. Należał do niecierpliwych. Bratog na swoim wózku sprawiał wrażenie obojętnego.

Wreszcie przekroczyli posterunki.

 

5.

 

Drzwi zasunęły się za nimi z głuchym hukiem. Znaleźli się w obszernej hali. Jej rozmiary przekraczały wszystko, co do tej pory widzieli.

- Podejdźcie bliżej – rzucił daleko przed nimi podekscytowany Ragor.

Ich nogi niosły dość niepewnie, i jeszcze ten przeraźliwy pisk wózka Bratoga. Posuwali się wolno i niezdarnie, docierając do centralnego obiekt hali, głębokiej studni, której długi lej sięgał chyba nieskończoności. Zatrzymali się, odgrodzeni od otchłani metalową ścianką, patrząc w głąb z chłodnym zainteresowaniem.

- Ta studnia jest zabezpieczona złożonym systemem pola reliktowego. Nic i nigdy nie wydostanie się z jej wnętrza. Co do tego mam absolutną pewność. Jeśli spojrzycie w okulary wizjerów, to ujrzycie mordercę Twyrdy – wyjaśnił.

Wszyscy pochylili się zafrapowani. Każdy przy jednym z okularów. Nawet Bratog powstał, sapiąc. W głębi, bardzo głęboko, bo na dnie, coś się poruszyło.

- Ależ to nie ma kształtu!

- Wygląda jak oderwane od większej całości! – krzyknął Bratog. A wszyscy skrycie przyznali mu rację.

Stary Ragor zachichotał z cicha.

- I nie musi mieć kształtu, żeby zabijać – mruknął.

- Co to jest? – Noar tkwił przewieszony ponad brzegiem balustrady i tylko wątła ścianka powstrzymywała jego ciało przed upadkiem w dół. W takich sytuacjach bywał lekkomyślny.

Jednak w tym położeniu przedmiot w dole wydawał mu się niemal namacalny, bliski. Trzymał ramię wizjera drącymi palcami. Patrzył.

- Nie wiem, chłopcze… - patriarcha zamilkł zakłopotany.

Zaległa chwilowa cisza.

Tylko to coś w głębi szamotało się i wydawało dźwięk łopotu skrzydeł. Noar widział oślepiająco srebrny bezkształt, któremu w tym szczególnym oświetleniu i niepowstrzymanym ruchu nadawał formy skłębionych gałęzi. Czasami wydawało mu się, że widzi istotę małą i niezgrabną, która wąski ryjek wznosi w jego stronę i opuszcza nieprzerwanie, aż do fazy tego łopotliwego dźwięku i szurania gałęzi. Tak jakby rzucone w głąb strzępy mgły uformowały przerażające lśnienie, wytwarzające sztywne, urywane ruchy i czasem piskliwy, krótki grzechot…jakby naśmiewało się ze spoglądających nań ludzi.

W chwilach jakiejś szatańskiej wściekłości wspinało się na śliską ścianę i wyglądało wtedy jak płomień.

- Na tego rodzaju ściankach nie ma zjawiska tarcia. Nie wiem jak ono to robi – mówił cicho i poważnie Ragor. – Nie macie nawet przybliżonego pojęcia, co owo coś potrafi zrobić z człowiekiem, a Twyrdy dała temu radę…- zawiesił głos.

- Nie rozumiem – przynaglił go Noar.

- Jak wiecie, w przypadku zagrożenia życia czuwający medor natychmiast przerywa podróż za pomocą tak zwanego przerzutu bezpieczeństwa.

- To jest piekielnie szkodliwe.

- Właśnie. Medor wie o tym doskonale i korzysta z tej możliwości w przypadku skrajnych zagrożeń. To coś jakimś cudem się o tym dowiedziało. Działało z rozmysłem i podstępnie. Zaczaiło się gdzieś w pomroce lat i zaatakowało naszą pannę. Medor zadziałał z opóźnieniem. Do ciała powrócił tylko strzęp energii. Niestety za mało. Po sekundzie Twyrdy nie żyła, lecz odrobina jej jaźni jak w eksplozji runęła gdzieś w drugą stronę jej życia. Owo coś tak wżarło się w nią, że przybyło aż tutaj. Żywe…- jego głos zadrżał.

- Więc ona żyje? – zapytał Noar w uniesieniu.

- Pozornie, gdzieś tam, tak – głos Ragora nagle stwardniał. – Tak przynajmniej twierdzi ów medor.

- Ukarałeś go? – zapytał Forg z iskrami gniewu w głosie.

- Oddałem w odpowiednie ręce.

Cień uśmiechu przemknął przez pomarszczoną twarz Forga.

- Moje życie się kończy – rzekł Ragor tym samym tonem.

- Przeżyjesz nas wszystkich , panie – Bratog uśmiechnął się nieśmiało. – Wszyscy przeżywamy chwile rozterki.

- Nie – był stanowczy. – Chwila konania nadchodzi, a ja nie mam się jej czym przeciwstawić. Dobrze, że ta sprawa wynikła teraz, kiedy jestem jeszcze sprawny na tyle, by pokierować akcją. Umrę spokojniejszy o losy klanów. Niepokoją mnie Chordhilowie, ale oni byli zawsze wściekle przeciwni Sagharella. Nie możemy dłużej czekać na ich magów. To coś nie pozostawi nam wkrótce żadnych szans. Noar!

Przez grzbiet Noara przebiegł dreszcz lęku i złego przeczucia.

- Wiesz już, że ciebie wybrałem.

- Dzięki ci, panie… - Noar wcale nie był zachwycony.

- Jesteś najsilniejszy z nas.

 

 

6.

 

 

To był szok. Widział ich jak przez mgłę, a same słowa napływały, napływały i były bez wartości. Wypłowiałe i przerażająco jaskrawe zarazem. To był szok.

- W podróżach nie masz sobie równych – mówił Ragor żywszym, przekonywującym tonem – tonem usprawiedliwienia może. – Głównie na twoich barkach chciałbym złożyć losy naszego starego świata. Oni będą ci towarzyszyć. Wszyscy byliście zaufanymi naszej drogiej Twyrdy. Wasze linie życia wielokrotnie biegły obok siebie. Rozumiecie ją.  Odszukajcie jej podróżującego ducha.

Noar był załamany…

Najsilniejszy z nas… - myślał.

Nie ma sobie równych…

Towarzyszyć… Przy czym?! Będą patrzyli, jak konam?!

- Panie, ona była z nas najstarsza… - ośmielił się zauważyć Forg. – Podróż Noara zakończy się na barierze niemowlęcej.

Ragor sprężył się w sobie.

Podstępny łotrze – pomyślał. – Chcesz to usłyszeć z moich ust, więc dobrze…

- Doceniam twoją troskliwość o Noara. Ale znam go i Twyrdy lepiej niż wy wszyscy. On wie o czym mówię…- tu wszystkie spojrzenia zatrzymały się na pustych oczach Noara. Skinął po chwili głową, potwierdzając słowa najstarszego.

- Widzisz, Forgu, że wszystko przewidziałem – w jego ustach rozpleniła się pycha. Jakoś ich zaraziła. Może czas był nieodpowiedni? – Zaufajcie starcowi, który dotąd z powodzeniem wiódł was w przyszłość- rzucił żartobliwie, zauważając ich udrękę.

Ruszył w stronę wyjścia. Wkrótce znaleźli się w rozległym gabinecie patriarchy.

Na ekranie ponad pulpitem pojawiła się gwarna i rozkaszlana sala konferencyjna. Ragor uniósł się w swoim na nowo otwartym sześcianie, korzystając z pomocy nieocenionego medora. W oczach starca paliła się duma. Sagharella zamieszkiwali niegdyś rodową planetę Ekradel, skąd pochodziła sztuka długowieczności.

- Widzieliście na ekranach to stworzenie – powiedział z uwagą śledząc reakcje. – Zapewniam was, że jest dobrze strzeżone. Te reliktowe macki zdolne byłyby utrzymać w ryzach średniej wielkości planetoidę… - przerwał raptownie, zdając sobie nagle sprawę z przyczyn napięcia malującego się na twarzach zgromadzonych. Słyszał jak gwałtownie bije mu serce, jak szumi krew i walą wodospady skroni pod skorupą ochronnej sadzy. W nagły, jaskrawy sposób zdał sobie sprawę z niewyraźnej emanacji niosącej  się od strony podziemi…

Coś jak cząstkowa, złośliwa, żarłoczna świadomość.

Potęgował zagrożenie fakt ryczącej ciszy, która zapadła ponad gronem najstarszych i jedynych. Ragor drżał. Krzywy uśmiech wykrzywiał mu twarz. Napłynęły wspomnienia. Przed laty odszukał tę gromadę wśród światów i sprowadził na planetę-matkę, by zamierającej ludzkości przywrócić nadzieję i godność.

I teraz ten drobny fakt, atak Nieznanego obezwładniał nawet te strzępki wspomnień, krępował go i dławił. Zachwiał się. Medor pomógł mu zachować równowagę.

- Róbmy coś…- jęknął jakiś głos na sali konferencyjnej.

- Za chwilę będzie to nie do zniesienia – kontynuował inny.

Głos chwilę wzbijał się w ciszy, aż zrodził cichy pomruk poparcia. Noar nie widział ich nigdy tak głęboko wzburzonych. Paniczny strach lśnił w ich oczach, w drżeniu wysuszonych warg, w urywanym kaszlu.

- Natychmiast podejmiemy stosowne kroki – rzucił szybko Ragor powstrzymując potężniejący chór gniewnych głosów. Był rozgoryczony.

- Mówisz o tym od godziny, panie – mruknął ktoś niechętnie.

- Ta zwłoka była konieczna – rzucił tonem usprawiedliwienia.

- Żadna zwłoka nie jest konieczna. Dobra organizacja…

Forg wyłączył ekran. Na pytające spojrzenie Ragora odpowiedział uśmiechem.

- Te puste słowa niczego by nie przyniosły. Ciągłe usprawiedliwienia… bądź władcą, panie! A jeśli jesteś pewny swej decyzji, to ją podejmij nie pytając – Forg dostojnym krokiem podszedł do patriarchy. Ich oczy lśniły od tej życzliwej bliskości. Wreszcie Ragor westchnął. Napięcie zeszło z jego twarzy. Skinął głową.

- Niech będzie, Forgu. Działajmy – powiedział w przypływie energii.

- Na to czekałem, mój panie.

Forg zawsze ich zdumiewał. Miał w sobie niewyczerpane zasoby siły i dobrego humoru. Napawał zaufaniem.

- Panowie. Proszę za mną – dźwięk zawisł ponad nimi jak brzęk stali. Ragor mówił jak prawdziwy Sagharella. -  Skorzystamy z moich prywatnych rur emisyjnych. Są w najlepszym stanie technicznym, a jest nam potrzebna naprawdę dobra aparatura. Poza tym przy moich pulpitach istnieje możliwość zainstalowania większej liczby medorów.

Przeszli do niewielkiej komory połączonej z pokojem krótkim korytarzem. Na ich twarzach zaigrały czerwone blaski konsolet programowych. Bratog na swym wózku podjechał najbliżej Ragora.

- Wchodźcie po kolei – powiedział patriarcha surowym tonem, otwierając syczące klapy rur. Pierwszy wczołgał się Forg. Był już rozebrany. Jego pofałdowane  ciało mechanizm przyjął z cichym buczeniem.

Noar stał sparaliżowany widmem niebezpieczeństwa. Z jego oczu sączył się żal. W tym stanie nawet pożółkłe białka wydawały się mocno pomarszczone.

Na jego ramieniu legła uspokajająco dłoń Ragora.

- Ocknij się chłopcze. To nie zabawa…

A ten dolewa jeszcze oliwy do ognia – pomyślał z paniką Noar. Rozglądał się jak w gorączce.

- Gdzie moja laska?! – ryknął.

- Głupcze! Zostawiłeś swoją cholerną laskę na klamce mojej starej szafy – Ragor kipiał gniewem. Skąd bierze tyle siły? – zastanawiał się Noar. Twarz Ragora w nawale półcienia i zwykłej furii była jeszcze straszniejsza. – Wszyscy poruszacie się jak obłąkani. Jakby ta pieprzona śmierć was dotąd nie dotyczyła! Musimy się bronić choćby za cenę życia, bo coś pragnie nas zniewolić, a to gorsze od najwymyślniejszych tortur! – Noar patrzył bezmyślnie, jak medor delikatnie ściąga z jego ubranie, jak opryskuje maścią zdarty naskórek. – Przeklęci, ockniecie się chyba w podróży… - rzucił za nimi Ragor, kiedy roboty pakowały ich razem do ciasnych rur emisyjnych. Leżeli wpółprzytomni ze strachu. Ragor zajrzał do Noara. Jego ciało leżało jak zwłoki. O życiu świadczyło tylko drżące lśnienie. Był śliski od potu. Spomiędzy nóg ciekła mu cienka strużka moczu zmieszanego z krwią.

Ragor z irytacją pokręcił głową. Spróbował zamknąć właz, ale przeszkodziły mu suche i obrzmiałe stopy pasażera. Schwycił je i popchnął. Nawet się nie zgięły w stawach, tylko oślizłe ciało posunęło się gdzieś w głąb.

- Jacy oni są bezradni – wyszeptał spoglądając na swoje dłonie. Sam był zdumiony własną siłą. Od lat niczego nie zrobił samodzielnie. Zamknął właz. Jego krótki, urywany oddech połączył się na chwilę z przeciągłym buczeniem aparatury. Chciał zamknąć właz do rury Bratoga, ale tylko usunął się bezwładnie na ziemię.

Noar znalazł się zupełnie nagle i nieoczekiwanie w podróży. Sam ze zdumieniem zauważył, że całkowicie panuje nad sobą. Sama zmiana otoczenia wpłynęła uspokajająco na jego poszarpane nerwy. Sięgnął swymi wyostrzonymi zmysłami w błękitny wirujący lej czasu. Tutaj czuł się jak ryba w wodzie. Mijał właśnie martwe lata. Lata, od których datowało się uruchomienie pierwszych linii emisyjnych, pierwszych podróży po liniach życia. To nie było zwykłe wspominanie. To była realna obecność obok świadomego Ja lat minionych. Wspaniała przygoda ludzkości lat dwudziestotysięcznych. Doskonałe antidotum na nudę. Sześcio czy dziewięciotysiącletni staruszek miał w swoim życiu wrażeń wystarczająco dużo, aby korzystać z nich do samej śmierci. Niektórzy, ci odważniejsi, sięgali dalej w przeszłość. Twyrdy, jeśli nie kłamała, korzystała nawet ze życia starożytnej Kleopatry… Piekielnica! Potrafiła trzymać nerwy na wodzy.

Noar minął martwe lata i zagłębił się w okres swych niezwykłych przygód w czasach Kampanie Deltańskiej. Kiedy ujrzał  młodą Twyrdy, natychmiast powróciła groza ostatnich przeżyć. Powiódł swe linie wrażeń w tory jej obecności. Nic, nawet szmer nie nadszedł z jej życia.

Jego towarzysze już go oczekiwali w umówionym miejscu. Nie było wśród nich Ragora. Przyjął to ze zdziwieniem.

- Co mam robić, Forgu? – zapytał drżącym głosem.

- Spróbujemy odszukać aktywną Twyrdy. Każdy przefiltruje własne linie węzłów z jej osobą. Mam niejasne przeczucie, że gdzieś tutaj jest. Szkoda, że nie ma z nami starego.

- Może coś się stało?

- Ragor jest zbyt ostrożny. Przybędzie tu, jak tylko upewni się co do zachowanych wymogów bezpieczeństwa.

- Zauważyłem drobne przesunięcia w czasie wydarzeń – odezwał się nagle Bratog. – To różnica subtelna, dochodząca do kilku sekund zwłoki, ale mój sumator to rejestruje na wykresie alarmowym.

- Niemożliwe – Forg sprawdził szybko, rzeczywiście, w jego umyśle drobna wartość cyfrowa płonęła alarmową czerwienią. – Należałoby o tym poinformować Ragora – w słowach Forga brzmiała fałszywa nuta emocji. Nie brał tego na serio. Nie było mocy, która poradziłaby sobie ze sztywną geometrią czasoprzestrzeni. – Myślę, że ma to związek tylko i wyłącznie z zakłóceniami emisji.

- A jeśli nie? – pytał Bratog.

- To mamy do czynienia…chyba tylko z gniewem Bożym. Może Stwórca niepokoi się faktem, że tak długo zwlekamy na naszej drodze do Nieba. Może chciałby zamknąć ten rozdział w historii świata? – roześmiał się bezczelnie, zaskakując nawet samego siebie. Spadła na nich piorunująca cisza. W tym świecie należało się skupić do granic możliwości, aby głosy zewnętrzne uzyskały moc szeptu. Moc szeptu…to straszne! – myśleli. – Jak tu cicho!

- Jeśli to coś istnieje?

- Nie istnieje taka siła. Z całą pewnością nie istnieje.

- Boję się, Forgu – wpadł w ich rozmowę Noar. – Co to jest?

Lej czasu przed nimi pulsował nienaturalną czerwienią. Ogłupiał tym rytmem, jakby toczony chorobą. Zapadło kłopotliwe milczenie.

Znów pędzili przez lata swego życia, odosobnieni, każdy osamotniony na swoim torze. Tylko te rozgorączkowane słowa w komunikatorze ich zbliżały.

Mijali swe dni jak drzewa wyrosłe w poboczu szosy. Prawie obojętnie…tylko aromat budził ich wzruszenie, bo każde było zamglone, sczepione z sobą w szczelny mur. Ta pustka i zimno, przyprawiały Noara o dreszcze.

- Co to jest, Forgu?! Odpowiedz!

- Do diabła, uspokój się, Noarze. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Ty masz mniej powodów do obaw. Jesteś najmłodszy. Posiadasz najwięcej sił, masz szansę to przetrwać i wrócić do żywych. Spróbuj w sobie zwalczyć instynkty. Śmierć, jeśli nastąpi, jest konieczna. Trzeba ustąpić innym wydarzeniom w trwaniu Wszechświata.

- Całe życie to jedno wielkie podporządkowanie instynktom!

- Masz rację…

- Ta cholerna złuda człowieczeństwa…

- Złudzenia mają tylko idealiści i przeżywają wielkie zawody. W naszej epoce dźwigamy całą zgniliznę wieków, odpowiedzialność za błędy pokoleń i krzywą historię. A jednak bez końca pozostajemy tacy sami. To podstawa naszej autentyczności, wierności ideałom i jednocześnie topór naszej zagłady. Niezmiennie dumni…

- Twyrdy! – krzyknął Noar głosem pełnym rozpaczy. – Twyrdy!

Głos utonął w blasku tego świata. Jego wołanie drżało  i pozostawało zawieszone w zniekształceniu, jakby było nierzeczywiste, straszne, wypowiedziane w rozkrzyczanym monologu.

Mknęli coraz dalej i dalej w przeszłość. Świat zewnętrzny był dziwnie rozrzedzony. Może była temu winna sama prędkość, a może…

Jakoś wszyscy pomyśleli równocześnie o tym drugim. Spowolnili podróż. Świat powrócił do swych barw i wymiarów, co zauważyli z prawdziwą ulgą. Liniami wrażeń grzebali w przeszłości życia jak jakieś gigantyczne owady.

Tory obecności pozostawały nadal puste, a Twyrdy, biedna Twyrdy, nie odpowiadała.

- Zbliżam się do bariery niemowlęcej – jęknął Noar. – Nigdy nie byłem bliżej tego niebezpiecznego miejsca. Nie jestem Sagharella, żeby przeżyć zderzenie.

- Zwalniamy – Forg był tym razem wyrozumiały. – a co do Sagharella to jednak jesteś…

- Nie rozumiem.

- Daj spokój, Forg – przerwał im z gniewem Bratog. – Nie pora na tego rodzaju wyjaśnienia.

- Chcę wiedzieć! – Noar Był wściekły. – Dlaczego dowiaduję się o tym ostatni?

- Stary nie chciał ci przysparzać kłopotów. Chordhilowie po jego śmierci najpewniej dopadliby cię w jakimś martwym roku…

- Mówisz o morderstwie?

- Naturalnie. Wielokrotnie truli Starego, ale jakoś z tego wyszedł. Od twojej przynależności do rodu wiemy tylko my obaj, stąd nasza obecność w tej misji. Ragor jest sprytny.

 

7.

 

Znaleźli się w wielkiej hali portu kosmicznego. Panował tu tłok i delikatny poszum świadczący o ogromnym hałasie. Byli tu tylko obaj z Bratogiem. Forg pozostawał gdzieś w podróży. Był z całej paczki najstarszy.

Znali się już wówczas, obaj służyli na tym samym liniowcu. Twyrdy była wtedy dwutysiącletnią laską, w co mało kto wierzył. Należeli do jej malutkich pupilków, których w wolnych chwilach karmiła specjałami z Ekradel i uczyła tajemnic długowieczności wymarłej rasy Ekionów.

- Nie ma jej tutaj – usłyszeli słaby, ledwo uchwytny głos Forga. . Dotarłem do swojej bariery niemowlęcej i nie ma tu nawet jej śladu. Wracam do was.

- Nie musisz. Zrobimy to sami -  Noar był jeszcze przygnębiony poprzednią informacją. Czuł, że w jakiś nie w pełni uświadomiony sposób oskarżają go o intrygę. Wyglądało to mniej więcej tak, Ragor pozbywa się potencjalnych informatorów, a on, Noar, okraszony sławą powraca, jako jedyny pretendent do merhora władzy rodowej.

Wiedział do czego zmierza Forg, a teraz ten jego wyczekujący ton wyjaśnia wszystko. Nie zamierzał, tego więcej słuchać. Sam podjął decyzję.

Nie widzieli się z Bratogiem. Mogli tylko rozmawiać.

- Zaczekajcie – głos Forga miał stanowczość rozkazu.

- O czym myślisz, Noarze? – zapytał Bratog z udaną obojętnością.

- Zrobimy to, co niewątpliwie zrobiła nasza przyjaciółka, pakując się w tarapaty. Złamiemy prawo i wedrzemy się w obce życie.

- Ale to niebezpieczne – Noar nie widział, czy Bratog pyta, czy tylko upewnia się.

- Ni tak jak myślisz. Trzeba tylko precyzji i woli. Reszta się uda.

- Zaczekajcie,  głupcy! – wołał Forg bezsilny w swym oddaleniu.

- Masz zamiar przysłuchiwać się temu skomleniu? – zapytał ze złością Noar. Jego pewność siebie przekonała nawet strachliwego Bratoga. Gdzieś ulotnił się strach.

- Do diabła, masz chyba rację. On ze swymi morałami działa mi na nerwy. Ruszajmy. Pamiętaj jednak o łączności – dodał drżącym szeptem. – Bo ja piekielnie boję się samotności.

- Dobrze. Trzymaj się.

Noar rozglądał się gorączkowo w otoczeniu. Zobaczył oficera o dumnym spojrzeniu. Znał go z widzenia. Wiedział, że ten w przeszłości wielokrotnie widywał się z Twyrdy i utrzymywał towarzyskie stosunki z jej rodziną.

Zaczekał, aż spojrzenie oficera powędruje w jego stronę.

Oficer mówił do niego. Tamten Noar sprzed lat, coś odpowiadał służbistym tonem, ale Noar-starzec nie słuchał słów, tylko wpatrywał się w dumne błękitne oczy. Oficer odszedł, ale Noar w przeciągu sekundy zdobył pewność. To było odpowiedni człowiek. Ogarnął mocą całe swoje jestestwo i runął w poprzednią chwilę.

Oficer znowu rozglądał się, poszukując kogoś w barwnym tłumie. Jego ręka jak przedtem, powędrowała do kieszeni, ale powróciła pusta, bo właśnie odkrył jego obecność w tłumie. Noarowi-starcowi wystarczyło jedno przenikliwe spojrzenie, aby skoncentrowana energia jego Ja znalazła się w przeskoku. Odczuł to w fatalny sposób. Jakby zderzył się z jakąś obcą formą życia. Wędrował w przeszłość tego człowieka , przedzierając się przez dziwnie grzęską, oleistą maź jego krótkich dni…

To było okropne.

- To jest okropne – zajęczał z daleka Bratog.

- Gdzie jesteś? – zapytał z niepokojem Noar, bo sam czuł się nieswojo. Rozmowa przywracała mu w takiej sytuacji równowagę ducha.

- Na Ziemi. Ten człowiek to potwór. Poza tym jest kobietą.

- Mój Boże! Nie wybieraj nigdy kobiety. Ich specyficzne zachowanie działa na psychikę. Wrócisz nieprzytomny z bólu.

- Już teraz jestem w strachu.

Roześmiali się obaj. To rozładowało resztki napięcia.

- Zmień linię życia, to ci poprawi samopoczucie – poradził Noar. – Sam też wybieram inną. Znudził mnie ten zgorzkniały facet. Acha ! przelotnie widywałem Twyrdy. W młodości była piękna.

- Piękna?

- Och, tak…

Obaj zamilkli, porażeni jedną myślą. Rzadko bywali zaskakiwani. Sam fakt przypisywania do kogoś wartości estetycznej…

- Ty naprawdę zachowujesz się jak młodzieniaszek. Mnie od dobrych trzech tysięcy lat nie przyszła taka myśl do głowy.

- Już dobrze. Siedzę cicho. Znalazłem odpowiedniego człowieka  do przeskoku. To ojciec chrzestny naszej drogiej przyjaciółki – powiedział przeciągając ostatnie głoski Noar. – Przechodzę na jego linię życia.

- Zrozumiałem Noarze. Trochę cię wyprzedzam, ale odszukam kogoś odpowiedniego i zwolnię – w tonie Bratoga nie widomo dlaczego pojawił się lęk.

- Czy coś się stało?

- Nie, nie. Tylko posuwam się nieco szybciej, niż bym sobie tego życzył.

Noar pomyślał, że to wina szczególnych okoliczności, w jakich się znaleźli.

- Najpewniej ulegasz złudzeniu.

- i jak tak myślę, Noarze.

Zycie tego człowieka było przejmująco zimne. Noar pędził poprzez nie jak huragan. Nagle w zamglonej dali usłyszał Głos. Jego dziki, starczy śmiech zagłuszył na chwilę wszelkie dźwięki.

- Twyrdy! Przyjaciółko! – wstrzymał podróż, oddech i wszystko, co w nim żyło, patrząc na coś, co tkwiło w delikatnym uchwycie rąk człowieka , w którego życie wkroczył. Mały różowy kształt, owinięty w równie różową tkaninę, wydawał z siebie urywany płacz.

- Twyrdy… - jęknął. To było zdumiewające, jak blisko narodzin zdołała się zatrzymać. Nie lada sztuka, nawet dla kobiety tak doświadczonej jak ona.

- Co, mój chłopcze? – jej głos wyrażał kres sił. Urywany jak płacz, cichy jak najdelikatniejszy szmer.

- Odszukałem cię, pani – entuzjazm Noara jemu samemu wydawał się mocno przesadzony.

- Mów ciszej, chłopcze – jej słowa były wilgotne i zimne. Noar czuł je głęboko pod skórą jak dreszcz.

- Ty żyjesz? – zapytał przestraszony.

- Czekałam tu na kogoś z was. Ta okropna walka mnie wyczerpała – mówiła w sposób dobitny i jednostajny. – Czekałam – dodała z westchnieniem. Zanim na nowo zebrała siły, minęło kilka dobrych chwil. – Myślę, że wiesz, co znaczy przekroczenie bariery niemowlęcej. Ja już praktycznie nie istnieję. Zderzyłam się z narodzinami. Moja energia dogasa z każdym słowem skierowanym do ciebie. Ja nawet nie patrzę na ten świat, bo to oznacza utratę…

- To coś dotarło do nas.

- A więc dotarło aż tam.

- Jest uwięzione…

Przerwa, która teraz nastąpiła, była znacznie dłuższa niż zasoby cierpliwości Noara. Patrzył z irytacją w maleńkie oczy niemowlaka, w jego przerażająco gładką twarz i pulchne rączki drgające w spazmach płaczu. Jak mechaniczna zabawka?

- NO…

Ocknął się, bo przypomniał sobie, że zdrobniale tak go nazywała.

- Tak, słucham cię, pani.

- Jeśli posuniesz się dalej w przeszłość śladem mojej walki, odnajdziesz pewne krematorium, a w nim kilkoro dzieci.

- D-z-i-e-c-i?

- Nie przerywaj mi. To nie są zwykłe dzieci, ale potwory, które zagrażają nie tylko naszej egzystencji, ale również czasoprzestrzeni. Leżą sparaliżowane. Ktoś Obcy wyrzucił je w śmietnik naszej historii i nie zadbał nawet o minimum bezpieczeństwa. Niejedno z nich nie dostąpiło nigdy świadomego życia. To grudy złośliwej, żarłocznej  energii. Przewodzi im sprytne indywiduum o imieniu Barr. Potrafi wykorzystać swoją władzę. Jednocząc wysiłki spowolnili czas. Boją się ognia, boją się tych pieców, które mają ich w najbliższej, aczkolwiek nieustalonej przyszłości  spalić na popiół, stąd ich gorączkowe poszukiwanie szansy ratunku. Są potworami…

- Co mam… co m-a-m robić? -  Noar był przerażony. Sześć tysięcy lat ciążyło na nim jak rana.

- Przede wszystkim opanuj się, chłopcze. Wiem, że nie boisz się śmierci – powiedziała z naciskiem. – To świadczy o twojej dojrzałości intelektualnej. O przynależności do rodzaju ludzkiego zaświadczy twoja zdolność do poświęcenia.

- Czy ten Barr…naprawdę stanowi dla nas aż takie niebezpieczeństwo?

Twyrdy milczała przez chwilę. Potem jej głos zdawał się grzmieć.

- Jak śmiesz o tym wątpić, gówniarzu? Straciłam życie w walce z jednym z tych smarkaczy. Oni rozmawiają ze sobą poprzez czas. Ich szept jest słyszalny aż tutaj. Pragną nas jak ogień opału.

- Ale… ja jestem za słaby! Jestem słaby!

- Pójdziesz tam i udźwigniesz ciężar! Zaniesiesz na śmietnisko naszego Czasu. Jesteś najsilniejszy z nas. Pójdziesz tam, gówniarzu!

- Twyrdy, nie mów tak do mnie!

-…

- Twyrdy, nie mów tak!!!

- Gówniarz…

Noar zaszlochał cicho. Ciało Twyrdy nie zmieniało położenia, było jak kamień, jak kamień lśniące.

- Pójdziesz? – jej głos znów był bardzo słaby. Straciła dużo sił. Zresztą nigdy już nie będzie dla niego istniała, choćby tysięcznymi krokami przemierzał jej życie. Kochana…

- Pójdę, pani, w imię naszej…

- Zabraniam ci tak mówić, chłopcze. Nie cierpię, kiedy tak do mnie się odnosisz. Nie jesteś moim wymarzonym. Wiesz o tym … - jej powaga, jej przejęcie tą sprawą zawsze wydawało mu się śmieszne. W jego umyśle pulsowała żarem inna myśl.

- Boję się – powiedział.

- Ja też się boję. Chociaż mój koniec jest bliższy, to zauważ, że nie szczędzę ci otuchy.

- Pójdę.

- Dobrze. I nie cofaj się.

Noar rzucił jej jeszcze jedno z tych przeciągłych spojrzeń, jakich za życia unikała. Teraz jej maleńkie oczy pozostawały pusta, a zawsze figlarna dupka nieruchoma.

- Idź – warknęła.

 

8.

 

Noar usłuchał. Z początku jego ruch po niciach ludzkich istnień był ostrożny i przemyślany. Potem pozwalał sobie na odrobinę ryzyka. Miał do przebycia dwa tysiące lat. Każde z istnień było inne. Każde przerażająco krótkie, intensywne i pełne cierpienia. Czuł je jak ukłucia, jakby droga prowadziła przez ciernie. Z jednego na drugi. Za każdym razem pozostawał na nim ślad, długa rysa wrażenia. Później znalazł się w dziesiątym tysiącleciu. Nagle… zobaczył czyjeś wierzgające nogi. Za wiele było w nich plastyczności i blasku, aby mogły pochodzić z realnego świata. Ta prawda uderzyła w niego jak grom. Zawołał długo i przeraźliwie w pustkowiu tego pomieszczenia. Krzyk uderzył w rzędy śpiących ludzi i ogromne piece krematorium.

Bratog! Zapomniał o przyjacielu…cholerna skleroza. – jego rozpacz nie miała granic. Jęczał, zawodził, błagał o litość.

- Jestem tutaj! Bierz mnie! Bierz MNIE!

Człowiek, z którego wnętrza oglądał tego przerażającego chłopca, wzdrygnął się. Noar wychylał się z jego korpusu jak potępieniec. Jego płonąca sylwetka, chorobliwie pomarszczona twarz i bezzębne usta posiadały swoją potworną wymowę. Dosiadał tego człowieka, spływał z niego jak płomień ze świecy biegnącego. Żałosny, żałosny, i jeszcze raz żałosny.

- Bierz mnie! Bierz! Oddaj Bratoga!

Nagle ogarnęło go zrozumienie. Nie wiedział, że cokolwiek może być tak przerażająco jasne. Ta istota – była nienasycona. Nienasycona!

Unosił się ponad gładkim ciałem tego chłopca. Gładziutka twarz, delikatność brwi, usta jak muśnięcie wiatru, wszystkie te atrapy łagodności bezczelnie kłamały. Ta istota kłamała! Pożerała przyjaciela z przeciągłym pochlipywaniem. Bratog tonął w niej, zauroczony może młodzieńczą barwą duszy, śpiący w krzyku, ostygły w zdumieniu blok lśniącego kształtu, roziskrzonej ciszy.

Chłopiec leżał sparaliżowany, ale teraz jakby na nowo ożył. Uniósł się, urósł na wykrzywionej wrędze kręgosłupa. Jego przeklęte usta drżały, głos zdawał się śpiewać. Noar przerwał tę magiczną pieśń z jadowitym śmiechem.

- Bierz mnie. Bierz przeklęty!

Chłopiec trwał w swym skupionym, nabożnym stanie. Tylko skóra na jego lewym policzku nieznacznie się pofałdowała. Ale Noar przypuszczał, że było to raczej niezwykle mocne zniekształcenie przestrzeni spowodowane jego obecnością albo zmienny kąt padania światła. Chłopak zadrżał. Jeden z pieców  w ogromnym krematorium dla sparaliżowanych właśnie się otworzył. Wolno, ale nieubłaganie. Nie pomogły tu spowolnione minuty. Cienie uciekały w popłochu przed rozedrganym cielskiem ognia. W półmrok uderzył czerwony żar, porwał kilka zniekształconych ciał i znikł, obecny tu jak przymknięcie oka.

- Chodź tu staruchu. Zeżrę cię tak samo skutecznie jak tę starą wiedźmę i tego wybrakowanego szczura! – jego głos falował jak brzmienie tej pieśni. Wysoki ton i piskliwość skutecznie znosiły wrażenie realności. – Wkrótce wszystkie nici zaprowadzą was do mnie – zagroził z chichotem.

Noar w zdumieniu poddał się tym delikatnym, wibrującym prądom. Poczuł, że nadciąga coś nieubłaganego, nieprzeliczonego w sile. Chciał się rozpłakać – nie uciekał, nie , jeszcze nie teraz… Widział coś piekielnie jasnego, nasuwającego się nań z nieskończonego mroku tej istoty, coś niematerialnego, nieziemskiego, szemrzącego jak fala, a wypełniającego go całkowicie aż do dusznej pełności. Szmer ten wdzierał mu się w umysł i trwał dziki i nieznośny. Lekkie falowanie tego głosu przenikało jak lód, zadając mu tak straszliwe męki, że załamywały się nawet myśli. Z głębi ducha wyrwał mu się krzyk tak potężny, potężny, że jak skała uderzył w tę istotę. To było wycie nieprzeliczonych warstw rozpaczy.

Wyrwał się i pogonił w przyszłość, w przyszłość – do swego ciała.

Twyrdy wołała go po drodze jak oszalał, zanim nie umilkła definitywnie. Śmierć, wszędzie osaczała go śmierć! Ci przeklęci ludzie umierali po drodze jak muchy. I musiał sporo się nagłowić, żeby przypadkiem nie podzielić ich losu.

 

9.

 

Wreszcie kroczył po błyszczącej posadzce ogromnej Sali kosmicznego portu w ciele zaspanego oficera. Rozglądał się jego nieruchomymi oczami, poszukując swojej smarkatej twarzy w tłumie. Nagle dojrzał ją, ale natychmiast przysłonił ją korowód przechodzących ludzi. Płonął z niecierpliwości. Oficer sięgnął do kieszeni spodni. Powinien teraz wyciągnąć dłoń i zauważyć go… - ale on wyciągnął paczkę zmiętych papierosów i spokojnie zapalił. Noar ryknął jak śmiertelnie ugodzony zwierz. Coś ciągnęło go do tyłu, w ubiegłe brudne lata. Siląc się na spokój zawrócił w decydujący moment.

Znowu mignęła mu własna twarz. Z krótko jak na kontakt. Znowu zmęczonym ruchem ręka oficera wędrowała do kieszeni, wracała pełna i drżącym uchwytem podtrzymywała żarzącego się papierosa. Dym płynął wolno, jakby jeszcze ktoś na dodatek naciągał czas.

Nie miał już ani sekundy. Nie miał już żadnej szansy. Nie miał nawet wątpliwości.

- Barr…- wyszeptał ze zmysłową nienawiścią. Gdyby miał zęby, zacisnąłby, aż trzasnęłyby okrwawiając mu sta.

- Czy słyszysz mnie, Noarze?

Noar nie wierzył zmysłom. Zapytał drżąc.

- To ty, Ragorze?

Niepewność i nadziej krzyżowały się w ciszy.

- Tak, chłopcze – westchnął z ulgą, prawie zapłakał, słysząc to starcze mruczenie. – Przybyłem, aby dodać ci otuchy. Pomóc w tej ważnej chwili i przeżyć ją razem z tobą.

- O czym mówisz? – w jego słowach wibrował strach.

- O śmierci, chłopcze…

- Nnnie… Nie!

- Uspokój się. Każdy z nas przeszedł w życiu wiele bólu. Posiadamy doświadczenie stopniowania. Wydaje nam się, że śmierć jest granicą bólu, granicą wytrzymałości na ból. To nieporozumienie. To nie boli, Noarze. Trzeba tylko pogodzić się z goryczą i trzeba odejść, Noarze. Trzeba pozostawić ten świat innym.

- Nie chcę. Nie. Nie chcę!!!

- Daj spokój. To już przesądzone.

- To wy założyliście blokadę. Chcecie mnie zmusić do ofiary… Przeklęci. Ilu jest takich Barrów w otchłani wieków, pozostawionych przez obcych, naszych, innych? Lu jest takich głupich Noarów? Lepiej poddajcie się już teraz tym potwornym maluchom!

- Milcz! My ci ufamy. Chyba wiesz o czym mówię – głos Forga napełnił go smutkiem. -  ten tutaj.

- Wiem, że cofniecie blokadę. Wiem, jak wiele zależy od mojej dobrej woli. Ale mylicie się w jednym. To nie przyniesie definitywnego rozwiązania. Twyrdy opowiadała mi Czarnych Cieniach. To istoty, przy których Barr jest niewiniątkiem. Z trudem udało jej się zatrzeć swój trop. Wymogła na mnie przyrzeczenie milczenia, ale one tu przybędą. Może dotknie was cierpienie większe niż mnie. Żyjcie sobie! Czekajcie sobie!

- Milcz! – ryczeli obaj, wstrząśnięci.- Milcz! Milcz!

Krzyk słabł z przebyciem każdego roku. Znów był sam.

Pędził do utraty tchu i mówił coś do siebie, coś o nieszczęściu, które go spotkało. Mówił, a jego głos i przebywane lata brzmiały jak werbel. Dziesiątki twarzy rozrzuconych na przestrzeni wieków, starych, mięknących w prasie lat jak guma, młodych, a potem kruchych jak wosk.

Noar. Noar – wzywał go ktoś, zamiatając czas swymi ramionami. – Noar, Noar – trzęsły się dni od szeptu. Przywoływał go, wsysał jego przybywające kroki, z każdą chwilą bardziej podniecony, z każdą chwilą bardziej zwycięski. Wołał, wołał natchniony w udręce oczekiwania. Wreszcie Noar ujrzał go wijącego się pod sobą. Potem zwalił się z przeciągłym krzykiem w jego ciało i zatonął. Nie stracił przytomności umysłu nawet na moment. Strach odpłynął, obcy jak muzyka w tej potwornej ciemności.

Barr długo oddychał upojony chwilą.

- Jesteś wreszcie.

- Ty choleryn, mały skurczybyku!

Chłopiec roześmiał się. Dziko i zachłannie wsysał go w siebie.

- Czemu nie poddajesz się?! – w jego głosie zabrzmiała straszliwa drapieżność. – D-A-JJJ.

Noar zdzierał z siebie lepkie macki. Z coraz większą, nie opanowaną sennością zdawał sobie sprawę, że musi wytrzymać, że można wytrzymać.

- Daj. Daj. Daj… - słowa były jak kłapnięcia szczęk. I wtedy oderwał się od chłopca, jak smaczny kąsek odpłynął w mroczną przyszłość, pozostawiając go przybitego do blatu paraliżem i wzrastającą wściekłością. San się dziwił, że poszło tak łatwo. Oni mieli rację – pomyślał. – Ragor i Twyrdy mieli rację… Znów poddał się prądom tego wstrętnego dzieciaka.

- Wróciłeś? – Barr był teraz ostrożniejszy. Siorbał go delikatnie, prawie z czułością.

- Zabiję cię – ostrzegł Noar. Jego słowa kąsały.

Chłopiec roześmiał się pod ich wpływem.

- Dziadku… Nie rozśmieszaj mnie – powiedział.- Jest nas tu więcej, rozrzuconych jak nowotwory po tych ciałach. Dopiero wrastamy w ten świat.

- Kłamiesz! – Noar dopiero teraz zdał sobie sprawę z ogromu nieszczęścia. Jego świeżo zrodzona nadzieja spłonęła na sadzę. – Ty…Ty smarkaczu.

- Nie blaguję – sine usta malca drżały. – Podobasz mi się staruszku. Tkwię tu od tej cholernej niedzieli, kiedy skostniało mi ciało. Obserwowałem was przelatujących i chcę się dołączyć.

- Chciałeś mnie  najpierw pożreć – nadzieja, znowu nadzieja. Tak bardzo chciał żyć.

- Początkowo chciałem, ale teraz się rozmyśliłem. Tak będzie dla nas lepiej.

- Dla nas? Słuchaj, co ty mówisz?

Chłopiec mamrotał coś w nieznanym języku, a z Sali nadciągnął przeciągły odzew. Noar odczuł gwałtowny, dławiący ciężar. Jakby przyklejone tuby z ciężkim klejem uczepiły się jego gardła. Jak za pierwszym razem tak i teraz ogarnęła go panika. Barr uspokajająco go poklepywał.

- Nic ci nie zrobimy. Jesteś dla nas cenny.

- Co oni mówią?

- Tylko gaworzą. Nigdy nie udało mi się zaszczepić w nich prawdziwej świadomości. Są mi wierni jak psy. Teraz wybierzemy się do twojego świata. Nigdy nie byłbym do tego zdolny bez twojej pomocy. W zamian nauczę cię, jak wykrzywiać linie życia i zmiękczać czas…Albo lepiej nie…

Barr śmiał się długo.

- No staruszku… Ruszaj… Ruszaj.

Noar oderwał się od tej ponurej rzeczywistości krematorium.

- Prędzej! Ruszaj!

Runęli przez lata ludzkiego istnienia w przyszłość. Coraz szybciej, szybciej aż bolała dusza od ciemności i blasków. Wirował w pomarańczowym leju czasu. Jak ciężko było mu dźwigać te przerażające dzieci! Rosły na nim jak białe grzyby, gorące jak lawa. Teraz wiedział, że ma je w garści. Nawet go nie zadrasną, tak boją się śmierci. Noar usłyszał po drodze szepty przyjaciół. Ragor oddał mu ostatnie porcje energii swego życia. Nie było tego za dużo, ale wystarczyło, aby przyśpieszyć. Forg pożegnał się z nim i radził, radził, radził. Towarzyszył mu do granicy teraźniejszości. To, co zrobił później Noar, zaskoczyło nawet jego samego.

Brnęli poprzez przyszłość. Coraz głębiej, głębiej wdzierając się w jej otchłań. Barr wyczuł coś w jego niepewności.

- Co robisz? Co robisz nędzny staruchu?! Nigdy tu nie byłeś!

- Byłem, byłem.

Ledwo mu starczyło tchu na działanie. Barr ze swą piekielną hołotą rozgniatali jego siły, hamowali lot.

- Nigdy tu nie byłeś?

Zatrzymali się nagle i uroczyście…aż oślepiło ich zachodzące słońce. Opadły już pyły. Który to może być rok? –  chaotycznie myślał Noar.- Jeszcze trochę. Jeszcze kilka chwil wytrzymać. Wytrzymać!

Barr rwał się do tyłu. Zmuszał do  cofnięcia się, miażdżył jego duszę, szukając w niej posłuszeństwa. Barr dyszał rozwścieczony. Chciał uciekać, uciekać jak najdalej od umykających minut. Byle dalej od tej przejmującej samotności. Zmętnieli w szarości tego dnia.

Wytrzymać! Wytrzymać… Noar trzymał ich ze wszystkich sił. Trzymał ich, szydząc w śmiechu i przekleństwach. Szalone wycie malców pobudzało jego wątłe siły. Te dzieci płakały.

Umierały cicho, spokojnie, ostatecznie, przenosząc cały ciężar odpowiedzialności, cały ten ludzki i nieludzki śmietnik na barki ostatniego człowieka na Ziemi, ostatniego we Wszechświecie. Upadli razem na tę Ziemię, Ziemię, która uczyniła ich swymi dziećmi, swoją własnością i dumą. Upadli pomarszczoną twarzą tego człowieka w strachu przed pokorą, w przekonaniu o swej ważności.

Umierali.

Konali.

- To był Chordhil czy jakiś  Sagharella? – pytał siebie Noar. Na pewno… Na pewno… Na p…

- Mam na imię Barr. I zaraz się podniosę… Zaraz.

 Jan Maszczyszyn


SPOKÓJ PRZEKLĘTYCH MYŚLI


Zwirowa droga zwijała ciasną pętlę wokół ła¬godnie wypiętego wzgórza Hendsonów. Zwieńczał je równie bogaty co okazały dom, którego białe ściany tonęły w ciemnej zieleni drzew rosnących poniżej, a czer¬wona dachówka roztrząsała leniwe promienie słońca. Dom otaczał ozdob¬ny parkan, a u stóp masywnej bramy rozciągał spękaną wstęgą omszały chodnik.
Rozgrzany, rozfalowany obraz przesytu światła zalegało to - popołud-niowe zmęczenie - nazywane przez niektórych sjestą, a przez innych odbierane jako żarliwa modlitwa niespokojnego słońca do martwej ziemi. Białe, oszalałe z nadmiaru światło tłoczyło się poprzez warstwy drgającego powietrza wprost w koślawy chodnik i sczepiony z nim parą zabłoconych kół granatowy banchan.
Samochód stał tak, jak pozostawił go stary Orson Ray Hendson, to znaczy z rozwartymi na oścież drzwiami, spomiędzy których opadały, łącząc ziemię z beżowym siedzeniem, jego bezwładne stare ręce. Twarz obrzmiała ciemnym szkarłatem, zmierzwione włosy spinające ją z chodnikową płytą i rzecz jasna stanowiące środek wyrazu, nie domknięte a przysnute bielmem oczy były dostatecznym dowodem na to, że prawa do skromnego majątku państwa Hendsonów odziedziczyli ich syn bądź ewentualnie córka. Żona Elizabeth leżała nie opodal. Śmierć wydobyła z niej ból, czego dobitnym aczkolwiek wstrząsającym dowodem było jej niewiarygodnie skręcone ciało i krzyk drzemiący pośród wyszczerzonych zębów. Umarła, zamierzając zapewne w tej ostatniej drodze towarzyszyć swym męczącym usposobieniem równie staremu jak ona mężowi.
Tylko muchy nieznośnym brzęczeniem napełniały jej milczącą prośbę. Rój iskrzył się. W powietrzu wyglądało to jak ospowata wysypka na szklanej twarzy południa. Rósł, gęstniał, rozwijał się w leniwej eksplozji.
Nagle wiatr roztrącił chwilowy gwar i włosy starszej pani, przemykając ponad plamami zadumanego cienia. Wzniósł się, zakręcił z cichym żałobnym świstem, trącił gałęzie drzew, wzburzył trawę, potem naparł przeźroczystym, pulsującym cielskiem na wspienione blaskiem słońca okienne szyby. Rozmaza¬na poza świetlnym refleksem twarz pozostawała jednak nienaturalnie nie¬ruchoma.
Biała, z zadumanym spojrzeniem pod gładkim, nieco uniesionym czołem, trwała. Usta i nos, o szlachetnych wrażliwych rysach, rzeźbą swego subtelnie zastygłego kształtu mierzyły się z okrutnym obrazem za oknem.
Jasne oczy z wprost dziecinną wiarą szukały w leżącym ciele matki odrobiny otuchy, radości jaką gdy żyła przepełniała cały dom. Widok pogłębiał tylko szok jakiego doznała w popołudnie tej upiornej środy. Nieznośna monotonia minionych trzech dni utwierdziła ją w przekonaniu swej bezradności. Świat milczał, pozbawiony ludzkiego jazgotu był pusty i jałowy, był okrutny. Arpys była wstrząśnięta. Dotąd nie odważyła się opuścić domu. Przeczuwała coś groźnego w wymowie otaczającej ciszy, jakieś rozleglejsze nieszczęście, nawet katastrofę. Zresztą czymże jest dla siedemnastoletniej dziewczyny równoczesna śmierć rodziców i szaleństwo brata, jak nie katastrofą. W blasku dnia była to śmierć beztroski i spokoju,, zagłada dzieciństwa. I jeszcze jedno, jak dotąd nikt nie zainteresował się nieobecnością państwa Hendsonów na arenie spokojnego życia miasteczka. Co gorsza nawet wideofon milczał, kiedy próbowała wezwać pomoc. Jakby cały kraj, ba - cała planeta Salkhor pogrążyła się w ponurej psychozie strachu przed nieznanym. Złowróżbna cisza, martwa, bezwzględnie pusta...
Nawet dzisiejszy dzień wzbudzał w niej nostalgiczne wspomnienia - niedzielny dzień. Dziś nie zabrzmiał zwyczajowy skromny dźwięk, a z reguły, z wielowiekowego zwyczaju o tej porze bracia galaktycznego kościoła Wiary Ratenonu zwoływali wiernych i w tym rodzinę Hendsonów na uroczystą, cotygodniową mszę oczyszczającą. Milczał dzwon. Milczała przestrzeń, zagnieżdżone w niej miasta i miasteczka, ponure dymiące kosmodromy.
Drgnęła - przestraszona upiornym jękiem dobiegającym gdzieś spoza drzwi. Drażliwy, straszny chłód tego dźwięku udzielił się jej ciału. Białą dłonią sięgnęła do czoła. Uspokoił ją ten ruch. Oderwała się od okna i cicho podeszła do drzwi.
W holu panował półmrok. Subtelny blask słońca wlewający się poprzez sito okiennic dostatecznie zdecydowanie ujawnił ciemny kształt postaci zlepionej ramionami z mroczną ścianą.
- Jervis... Wsunęła się do środka. Jej suknię, zwiewną, delikatną rozczesał gwałtowny powiew kroków.
- Jervis...
Zaszlochała przypadłszy do jego zimnych kolan. Patrzył na nią swym matowym wzrokiem, a w ustach zaczaił mu się dziki śmiech. Ale nie zabrzmiał, tylko lśnił pasmem nierównej bieli.
- Jervis, braciszku.
Przywarł jeszcze bardziej do chłodnej ściany. Wyprężył kark, skulił głowę wstrząsany falą dreszczy. Nagle krzyknął przeraźliwie i po omacku umknął przez uchylone drzwi pobliskiego pokoju. Arpys usłyszała jak ciężko upadł na łóżko, aż głuche echo wypełniło dom, a może tylko jej skołataną duszę.

Siedziała nieruchomo.
Ze smutkiem obserwowała pełznące po podłodze cienie, zanim nie znikły roztopione w krwawym zmroku. Później, zupełnie niespodziewanie przyczołgał się do jej twarzy srebrny poranek i rozwarł rozzłocone oczy. Uniosła głowę z chłodnych desek. Wsiała wpółprzytomna. Wygładziła suknię. Później cichy krok zaprowadził ją do drzwi wejściowych. Odnosiło się wrażenie zwiewności, nierealności jej rysującej się w półmroku postaci. Wyglądała jak kąpiący się w półsennym świetle miraż. Szczęknął zamek, masywna zasuwa i diamentowy jęzor poranka liznął podłogę, ściany holu, zakręcił pyłkami, zbielałym powietrzem, wreszcie znieruchomiał. Dziewczyna wsparła się zdrewniałą ręką o odrapaną framugą. Orzeźwiający oddech przywrócił jej siły.
Nagle jej ciało przybrało postawę wyczekiwania. Gdzieś daleko brzmiał dzwon. Cicho, nieśmiało, potem w porywie wiatru gniewnie i wyzywająco. Nasłuchiwała, zgłodniała lego leniwego tonu. I jeszcze len subtelny szelest sukni w pieśni wialni, rozbłysk dwudniowej pajęczyny w zacisznym rogu drewnianych listew włączyły się w tę radosną kompozycję zmartwychwstania świata ludzi.
Tylko pobliskie wzgórza, już spopielone blaskiem nieba, pęczniały od chełpliwego milczenia. Wytrwale zalegały horyzont.
W progu stanął Jervis, przywiedziony tu raczej blaskiem światła niż urokiem poranka. Jego wychudłą twarz wypełniała gorączka. Zakrzepła pod zlepioną falą włosów, kurcząc usta, pijąc wilgoć z warg, skóry, z oczu. Pokryła to oblicze ziemistą bladością. Jak wiatr pustyni obmywa z piachu czaszę skał, tak zdzierała z niego życie.
Arpys zrozpaczonym wzrokiem szukała w nim oznak świadomości, potem w nagłym porywie determinacji pociągnęła go za rękę. Nie stawił oporu. Szedł za nią jak bezwolny, ślepy cień.
Droga wiła się pośród wzgórz. Obrzeżające ją wiekowe wierzby wspinały się w niebo zlizując pędzlami roztrzęsionej zieleni jego błękit i stada roz-pędzonych ptaków.
Posuwali się nieporadnie w stronę miasteczka, które wyłoniło się nie-spodziewanie zza trawiastych grzbietów wzniesień. Ponad szczytami z dachó-wek i rozsrebrzonych lip wypełniających opuszczone miejsca w dziąśle wielkiej szczęki domów wznosiła się metalicznie lśniąca wieża świątyni. Wkrótce zbliżyli się na tyle, że można było zauważyć w metalu liczne, mister-ne ornamenty, sama wieża spotężniała, a jej spęcznioną podstawę opięły solidne, kamienne mury.
Droga niebawem zazębiła się ze smolistym nurtem szosy. W pobliżu stał porzucony samochód, obok leżał strącony w pobocze autobus. I tu, jak tam za plecami, wznosiły się w powietrze natarczywe, brzęczące ciałka. Muchy, całe tysiące much.
Arpys poczuła opór. Odwróciła się przyglądając się z niepokojem stojące-mu Jervisowi. Delikatnie położyła na jego ramieniu dłoń. Zerwał ją z siebie i z przeraźliwym rykiem, jakby natchniony sinością leżących ludzi, pobiegł wprost w ciche ulice miasta. Przepychał się przez przestrzeń, przed siebie, przed siebie,
opętany ludzki mięsień, rwący prąd człowieczy, przerażający swą pustką, prawie martwy...
- J-e-r-visss! - krzyknęła przerażona jego słabością, czy może swoją bezsilnością. 
- Zaczekaj - dodała do gwałtownego biegu. W odpowiedzi
zniknął za węgłem najbliższego domu. Usłyszała tylko łoskot usypującego
się szkła.
Sztywne światło słońca upadło na okrwawioną twarz, kiedy wymykał się wraz z bezwładną głową ze stosu puszek. Arpys szybko pociągnęła jego chude nogi wystające z rozbitej witryny sklepu. Po chwili przelewał się w jej ramionach. Tuliła go, drżącymi palcami ścierając plamy krwi na jego twarzy. Tylko rozmazała je na płaskim czole, mizernych policzkach, potem w fałdach swojej osłonecznionej sukni.
- Co zrobiłeś głuptasie... - szeptała pełna niepokoju, bo pan Short...
stary, dobry pan Short, do którego należał sklep kolonialny na rogu ulicy
Tourne, dotąd się nie zjawił. A przecież obok starej żony był najcenniejszą
zdobyczą jego życia. Kosztował go czterdzieści lat piekielnej harówki na
rozlicznych okrętach floty galaktycznej. Teraz posiadł, jak słusznie się domyślała, posąg chłodu jaki zazwyczaj stawia ciału hojna śmierć.
Jervis ocknął się, mamrotał niezrozumiale, chwytając zesztywniałymi dłońmi obolałą głowę. Wstał, wtedy również wstała, chciał odejść, ale po-wstrzymała go, a on usłuchał. Rozejrzała się gorączkowo w pustce otaczają-cych ulic. Schwytała go pod ramię i poprowadziła w cieniu domów w stronę świątyni. Niebawem weszli na rozległy plac. Ogarnął ich przytłaczający w swej wymowie obraz chaosu, porzuconych pojazdów, stężałych w suchości słońca trupów, wiszącej ciszy głosów ludzkich... prostokątna, wybrukowana zastygłym cierpieniem platforma. Obraz przyjął ich zupełnie bezwiednie, zatknął ponad nimi rozkołysane korony wierzb w centralnym klombie, rozciągnął w polu spojrzenia kotarę na wpół ocienionych domów. Miodowe szyby rzucały uspokajające wstęgi złota, jakby pokusiły się na wieniec z bruku i światła dla tych, których twarze mieszały niegdyś swą biel z mgłą szkieł.
Arpys posadziła brata na ławce u stóp niskiego ogrodzenia osaczającego świątynię, która tu nieco górująca zzębiała się z uciszonym miasteczkiem.
- Siedź tu i czekaj... - nakazała mu nagle zdecydowanie i twardo. Milczał, w jego twarzy senność walczyła z obojętnością. Takiego go pozosta-wiła wbiegając na rozległe schody. Jej cień pełzł z wolna za nią w miarę jak zbliżała się do potężnych wrót. Wreszcie zakołatała w nie cicho i nieśmiało, potem silniej, już agresywnie, jakby warujące u jej stóp miasto czerpało z niej siły dla swego istnienia zamienione w przyczajonego potwora. Nie-bawem zaszemrały czyjeś kroki i z nagła uchylone podwoje ukazały wewnątrz melancholijne oblicze. Jednak na widok zmierzwionej czupryny, jasnych oczu, w których czaiły się jeszcze nie wypłakane łzy, twarz zakonnika wypogodziła się. Zmarszczył ją po chwili subtelny grymas, który w szczegól-nym świetle mógłby uchodzić za uśmiech.
- Rat... - zdołała wyszeptać zanim przytulił ją do siebie.
- Uspokój się - wyrzekł chroniąc jej załzawioną twarz w szorstkim materiale kombinezonu. - Najgorsze za nami. Jesteś młoda, dzielna... - próbował tchnąć w nią siłę, ale ona dotknięta tonem współczucia jęknęła tylko przeciągle w spazmie żalu. Tłumiony od szeregu dni ból, rozpacz, samotność i żal próbowały z niej się wytoczyć w dreszczach i szlochu, lecz nie dał im na to czasu.
- Kto tam siedzi na ławce? - zapytał udając poruszenie, chociaż z daleka rozpoznawał zarysy twarzy i charakterystyczną, zgarbioną sylwetkę.
- To przecież Jervis - wydarła z siebie westchnienie, jakby było to oczywiste. W jej oczach cierpienie ustąpiło miejsca trosce. - Siła obłędu zajęła jego umysł. On wkrótce będzie stracony, jeśli mu nie pomożesz... Rat?
- Pomogę mu - mówił spokojnie, - to powinność i najgłębszy sens sług kościoła Ratenonu - jego dłoń czule pogładziła jej rozgrzane plecy. - Zaufaj mi, ocalimy go... oboje.
Spojrzała na niego spod wilgotnych powiek, uśmiech żalił się jeszcze na jej ustach, ale to było już tylko epitafium dla tamtego smutku.
Wziął ją pod ramię i ruszyli w dół schodów. Po chwili wrócili z Jervisem. Rat złożył masywne skrzydła drzwi cierpkim zgrzytem zasuw. Jego wzrok z wolna spoczął na Arpys, błękitnej w świetle witraży. Uśmiechnął się, schwycił jej dłoń i zaprowadził ich do niewielkiego loszku. Tutaj z wprawą uruchomił ukryty mechanizm i w podłodze ukazał się otwór. Zeszli. Jak się okazało po chwili panował tu delikatny półmrok. Arpys stanęła bezradnie.
- R-aaat?
- Nie obawiaj się. Ja znam się na Spowiedzi. Często byłem przy niej obecny. Asystowałem swego czasu nawet wielebnemu Krochowi.
- Ja go bardzo kocham, Rat...
- Wiem o tym - rzucił pośpiesznie, bo zmieszały go te szczere oczy. - Znamy cię przecież od dzieciństwa. Twój ojciec woził mnie na kolanach, kiedy był jeszcze pilotem kosmicznym...
- Pamiętam - lekki uśmiech wywiodła z tych kilku odległych wspom-nień. - Lataliśmy do bazy galaktycznych liniowców na Ortobacie - dodała beznamiętnie. Wyblakłą dłonią pogładziła zmierzwione włosy Jervisa.
- Tak - zapalił się do wspomnień. - chodziłaś wtedy po raz pierwszy blisko mnie. Robiliśmy takie różne rzeczy...
- Przestań Rat! - rzuciła gwałtownie. Przestraszyła się tego zapału, błyszczących oczu i chrypiących cicho głosek. Od lat bała się tego człowieka. Od czasu tamtej podróży.
- Ja nie jestem szalony - posłał jej to przeciągłe spojrzenie jakiego unikała. Odgadywał jej najskrytsze myśli. Przypomniała sobie. Miała na sobie tę niebieską suknię i jego natarczywość nie miała granic. Zrobił wtedy coś, co ją przeraziło. Znalazł się w niej, tak dosłownie, z całym bagnem swego zapalczywego umysłu przeniósł się w głąb jej jestestwa. Nakłaniał ją by tego spróbowała, ale dopiero gdy krzyknęła, przestał.
- Obawiasz się mnie, chociaż na pewno nie wiesz nawet dlaczego. Musisz to stłumić w sobie jeśli mamy ze sobą żyć!
Prawie krzyczy, pomyślała szybko. - Żyć? - zabrzmiało to jak jęk.
- Tak, żyć - powiedział. - W obrębie kilku tysięcy kilometrów nie ma tu żywej duszy. Może całą planetę Salkhor objęła ta okropna zaraza.

- Zaraza?
- Objawy są zawsze podobne. Znasz poczwarki z Arrugath Thul?
- Coś słyszałam.
- Wylęgają się w umysłach ofiar, potem opuszczając je zabijają.
- Ale oni już są martwi... 
Milczał, oczekując wybuchu.
- To... - rzuciła prawie z płaczem, - to nie ma nic wspólnego z zarazą księżyca Arrugath Thul!
- Chciałem, żebyś wiedziała o tym Arpys - stwierdził z ulgą. - Ale zawiadomiłem bazę na Ortobacie. Najdalej za miesiąc przybędzie tu kapitan Dromar - skłamał.
- Za miesiąc... - jej głos rozpadł się na pojedyncze dźwięki.
- Tak, Arpys. Przez ten miesiąc należymy więc do siebie - roześmiał się cicho, aż zadrżała. Przerażenie zajęło jej usta jak pożar. - Mhm. Przy tobie dokonam tej wielkiej rzeczy.
- Jakiej rzeczy? - wyrzuciła pośpiesznie, ze łzami w oczach.
- Ocalę twego brata.
Twarz dziewczyny rozpogodziła się gwałtownie, jakby echo tamtych groźnych słów zaginęło gdzieś bezpowrotnie.
- Może wtedy będziesz mi ufała.
- To będziesz raczej trudne.
- Ale gwarantuję, że przyjemne. Chodźmy.
Nie rozumiała. Zimną dłonią pociągnął ją naprzód. Korytarz rozwidlał się. W upiornym blasku ścian dostrzegała jakieś groźne, figlarne błyski. Prawie biegli ciągnąc się nawzajem w niedorzecznej papce zmrożonego powietrza, sinych, czasami krwawych iskier. Wydawało się, że stają się bladzi, podobni do cieni, jakby przestawali być raptem istotami z krwi i kości.
Skręcili, po czym zatrzymali się w niewielkiej sali.
Usadowili Jervisa na krześle obok rozległego pulpitu. Rat krzątał się pośród splątanych ze sobą kabli. Uśmiechem pokrywał swoją nieudolność, zmęczenie dwóch bezsennych nocy, kiedy koncentrował swą moc po ucieczce z ekspedytora.
- Czy będę mogła pójść z tobą?
Przyjrzał się jej z uwagą. Zmarszczył brwi, twarz stężała mu w cichym skupieniu.
- Hm... Korzyści z twojej tam obecności mogą być wymierne. Pamię-tam, że w przypadkach szczególnie nie rokujących nadziei wielebny Kroch zabierał z sobą krewnych dotkniętego obłędem.
- A czy to jest obłęd?
- Twój brat przeszedł wstrząs... - podszedł do Jervisa. Stanął tak, aby zasłonić swój szybki i wprawny ruch. Przechylił głowę swego pacjenta. Rozsunął jego zwarte powieki. Źrenica, nienaturalnie powiększona, zajmo-wała niemal całe oko. Przebiegł palcami skórę. Twardniała, dostrzegł jej stalowo wiśniowy połysk. - Tak więc symptomy nieszkodliwego szaleństwa są w tym przypadku uzasadnione - rzucił za siebie, próbując jednocześnie kciukiem wyczuć tętno ofiary. Jak przypuszczał, uderzenia następowały co dwanaście sekund.
- Uratujesz go Rat?
- Będziemy o niego walczyli, Arpys.
Odszedł w stronę pulpitu. Przełączył coś i wskazówki ruszyły w precyzyj-ne skale z przeciągłym buczeniem, zadrgały ekrany, rozbłysły kontrolne światła i zalał ich blask mdłej tęczy. Jervis siedział obojętny nawet wtedy, gdy Rat zakładał na jego głowę obciążony kiśćmi światłowodów hełm, oplatał ciało płaszczem mierników i aplikatorów substancji aktywujących.
- Teraz chodźmy do kabiny ekspedycyjnej. Tam sprawdzę resztę.
Odeszli w głąb pomieszczenia. Rat chwilę mocował się z zamkiem, nim przez na wpół otwarte drzwi dostali się do wnętrza ciasnej kabiny zawalonej po sam sufit aparaturą. W centrum tłoczyło się pięć wąskich foteli.
- Usiądź. Ja sprawdzę jeszcze sektory kontrolnych oddziaływań -rzucił nie odwracając głowy. Arpys, rozcierając zmarzłe ręce patrzyła przez
zajmującą ścianę szybę. Znieruchomiała stopiona wzrokiem z postacią Jervisa.
Poruszał wolno rękami, potem tupał nogą, jak do taktu, w głuchą podłogę,
potarł zwiotczały kark i siedział chwilę, zdaje się że zdumiony ich widokiem.
Dziewczyna rozchyliła usta zaskoczona tą niezwykle przekonującą manifestacją.
Rat odwrócił się z triumfującą miną.
- Zrobiłem wszystko na medal - parsknął wesoło. - Nie patrz tak, zupełnie mnie to nie bawi. Teraz to tylko marionetka w moich rękach. I tak naprawdę to potrzeba czasu, wysiłku i cholernego sprytu, aby zrobić z niej człowieka.
- Zrób coś, żeby przemówił - rzuciła opuszczając powieki.
Położył jej rękę na ramieniu. Drżała.
- Uda nam się. Musi się udać - powiedział stanowczo. - A on może
powtarzać wyłącznie słowa zapamiętane, zasłyszane w przeszłości. Nic więcej.
- Chcę usłyszeć jego głos...
Rozkapryszona smarkula - pomyślał.
- Mógłby przemówić. Leży w mojej mocy zmusić go do artykułowania
dźwięków. Ale to okrutne. Nie zrobię tego.
Rzuciła mu jedno z tych chłodnych spojrzeń, którym niegdyś pogrążała jego nadzieje. Usiadła.
- Nie - był stanowczy.
Zaszlochała nagle, chroniąc twarz w dłoniach. Westchnął ciężko. Po raz pierwszy odważył się jej przeciwstawić i czuł rosnący w tej glebie autorytet.
- Przesiądź się o jedno miejsce dalej. Bezpieczniej siedzieć bez kontaktu
cielesnego. To tak jak podczas koszmarnego snu, można zdrowo oberwać.
Usłuchała. Podał jej zwinięty w ciasny kłębek kombinezon. Przebrała się na tyle szybko, że nie mógł, mimo sporych chęci, żadnym dyskretnym spojrzeniem prześliznąć się po jej nagim kształcie. Podała mu splamioną sukienkę.
- Zraniłaś się?
Zaprzeczyła głową
. - To Jervis wpadł do sklepu pana Shorta. Mocowa¬ła się z zamknięciem.
- U pasa jest automatyczny stymulator termicznej tkaniny...
Odpowiedział mu cichy szelest. Arpys uśmiechnęła się kącikami ust.
Kombinezon opinał jej zgrabną figurę, dodając całej postaci dodatkowego uroku.
Rozparli się na swoich miejscach. Rat założył szary, okopcony kask, zasunął poczernioną szybkę. Kątem oka zauważył, że Arpys robi dokładnie to samo. Tkwili teraz nieruchomo w miękkich fotelach. W ich twarzach rozlało się ciche skupienie, podkreślone jeszcze pulsującą czerwienią podręcz¬nych pulpitów sterowniczych.
- Jesteś gotowa?
- Tak - wyszeptała.
Rat uśmiechnął się do swoich myśli, śmieszyła go jej nabożna powaga. - To tylko na początku jest nieprzyjemne. Ma w sobie coś z koszmaru. Chwila-mi duszne, lepkie ciepło zdaje się rozsadzać ci płuca, pozbawia cię woli, czyni cię swą igraszką. Spróbuj to opanować i proszę nie histeryzuj.
Skinęła głową w odpowiedzi.
- A teraz skup się...
Zamykał oczy słysząc jeszcze jej łagodny głos, ale słowa zatraciły już sens, splatały się z ciszą i rozkołysanym mrokiem. Westchnął ciężko, najciężej jak potrafił. Ile to już razy?... zadawał sobie to pytanie, pytanie bez odpowie¬dzi. Słyszał głuchy wiwat udręki, skomlący ton gdzieś na dnie duszy, jakby kuliła się tam w strachu jego jaźń.
Z namaszczeniem wyregulował ostrość widzenia w lornetach optomatycz-nej łączności i jednym zdecydowanym pociągnięciem włączył potężną, drżącą od pożądania maszynę. Natychmiast fala konwulsyjnego drżenia i mdłości przebiegła jego trzewia. Widział w optomacie, że zbyt szybko rozpoczął przejście. Na chwilę stracił nawet przytomność. Przeraził się... Jeśli ktoś lub coś czekało tylko na jedno jego potknięcie, miało teraz znakomitą okazję, by zrobić z niego krwawy strzęp. Szarpał zapamiętale dźwignię. Dopiero po chwili zorientował się, że strumień emisji otwarty jest do oporu. Opanował się. Chłód i przerażające gorąco na przemian tłoczyły się w jego bezwładne ciało. Potem chwyciła go przemożna chęć ucieczki, krzyknął przeciągle, kiedy zapadł w otchłań. Mknął poprzez sczerniałe twarze, zamglone wydarze¬nia, jakiś chichot, piskliwy skrzek, rozmazane, pofalowane głosy. Raptem wszystko ucichło. W optomacie zapełgała siną barwą cyfra zero. Rozwarł oczy. Wolno, z białej, lepkiej mgły wyłonił się obraz. Jeszcze nie kojarzył szczegółów, lecz mozolnie wykrystalizował się w jego umyśle określony porządek. Wreszcie ujrzał Arpys. Siedziała na żwirowej drodze z twarzą zanurzoną w dłoniach. Jej ciemne włosy były poszarpane i przykurzone.
- Wszystko w porządku? - zapytał zaniepokojony.
- Czuję się potwornie.
- Może... Wrócimy?
- Nie, nie - zaprzeczyła pośpiesznie. Miało to dla niej ogromne znaczenie.

Uśmiechnął się pod wąsem.
- Czy grozi nam tu jakieś niebezpieczeństwo? - zapytała.
- Dopóki nasze ciała znajdują się tam, niemal żadne. Oczywiście zdarzały się przypadki zaginięcia zakonnika, ale źródło błędu znajdowało się wewnątrz tej olbrzymiej aparatury. Od czasu jej unowocześnienia żadna z tych ewentualności nam nie zagraża - odetchnął z ulgą, że kłamstwo przychodzi mu tak łatwo. - Z małym buntem urządzeń zawsze sobie poradzimy.
- To dawno nie było używane - w pytaniu brzmiała jeszcze wątpliwość.
Rat skrzywił się, w oczach rozbłysły mu gniewne ognie.
- A powinno! Według słów Najwyższego Dostojnika kościoła Ratenonu urządzenie to ma olbrzymie znaczenie dla przetrwania najwyższych wartości kościelnych. Nikt nie powinien w to wątpić.
- Ja nie wątpię Rat - rzuciła pośpiesznie, jakby bojąc się jego pełgają-cego fanatyzmem oblicza. - Ja głęboko wierzę.
Rozpogodził się pod wpływem tej szczerej bojaźni.
- To świat Jervisa - rzucił swobodnie, zapominając o chwilowym
uniesieniu. - Gdyby zdawał sobie sprawę z naszej tu obecności odruchowo
modelowałby jego kształt. Teraz jest to tylko stygmat wspomnień, w którym
nasze postanowienia mają decydujące znaczenie. Następuje jednocześnie
właściwe naszej ingerencji pomieszanie.
Rozejrzała się, jej oczy niewiadomo dlaczego wilgotniały pod wpływem wiatru.
- To wszystko jest takie nierealne - podsumowała łagodnie.
- To chore obrazy. Tak chore i zmienione jak chory jest człowiek, który nosi je pod czaszką. Stare jak stary jest jego mózg i zwyrodniałe jak jego pamięć.
Obok na wzgórzu, ocieniony drzewami stał rodzinny dom. Arpys ze wzruszeniem usłyszała śpiewającą mamę, zobaczyła ojca bielącego ogromną szczotką drzewa w przyległym ogrodzie. Wiatr kołysał drzewami i te miłe odgłosy z trudem przedzierały się przez kakofonię poskrzypów i szumu.
- Pójdziemy tam zaraz - starał się pohamować jej nadmierną radość. - Najpierw pozwól, że poinstruuję cię, jak się masz zachować...
- To nieprawda Rat, oni żyją. To wszystko był sen, a ty mnie utrzymu-jesz w jakiejś straszliwej hipnozie...
Podszedł do niej. Miał przyjemny wyraz twarzy i Arpys ze zdziwieniem dostrzegła w nim to piękno.
- To pociągający świat. W pierwszej chwili niewielu ma ochotę wracać stąd do rzeczywistości, potem następuje zrozumienie. To świat osobisty, szybko to poczujesz na własnej skórze. Zresztą musimy wrócić, wiesz o tym. Chodzi o życie twojego brata. Rozumiesz? - w odpowiedzi przytuliła się do niego.
- Teraz posłuchaj. Zwracaj specjalną uwagę na szczegóły. Wiele detali uległo deformacji, ale jest to zjawisko naturalne związane z zacieraniem się pamięci. Jednak nie mogłem zanalizować dotąd psychiki twego brata, jego tak charakterystycznej konstrukcji duchowej, gdyż nie potrafię posługiwać się koniecznym w tym przypadku komputerem. Dlatego ty będziesz stanowiła główny motor mojego działania.
- Na czym będzie to polegało? - w jej oczach, gdy tak patrzyła, gnieździł się smutek.
- Jeśli chodzi o szczegóły krajobrazu, to dysponuję specjalną kopiarką świata realnego sprzężoną z odpowiednim komputerem, oczywiście sterowa¬ną moim umysłem. W innym wypadku Jervis mógłby ulec przeładowaniu informacją, co mogłoby się dla niego skończyć śmiercią. Kłopot polega więc na tym, że korekty wydarzeń dokonać nie mogę, nie znając przebiegu wydarzeń autentycznych.
- A więc ja...
- Ty będziesz szukała chorobliwych zniekształceń jego pamięci i siłą swojej woli usuwała. Ostrzegam cię przed pochopną interpretacją. Cały ten świat jest piekielnie delikatny, przesycony wyobraźnią Jervisa, jego marze-niami, wstrząsającymi mirażami, niezatartymi snami. Mogą spotkać cię niemiłe niespodzianki. Ale pamiętaj - jesteś tu silna!
- Rozumiem - stwierdziła, w jej oczach obok smutku pojawiło się zainteresowanie. - Spowiedź polegała na wymazywaniu tych nieprzyjem¬nych wrażeń, wyrzutów i niepożądanych myśli?
- Raczej na korekcie interpretacyjnej. W przeciwnym razie dokony-walibyśmy spustoszenia. Miałoby to zdecydowanie ujemny skutek. Pacjent świadomy takiej korekty popadałby wówczas we frustrację, podejrzewając, że wydarto z niego coś plugawego, coś z czym przedtem nie potrafił żyć. Dążąc więc, zupełnie mimowolnie, do przypomnienia sobie swojej zbrodni. I w ten sposób odbijało się to karygodnie na jego zdrowiu psychicznym.
Rat uniósł kopiarkę i złowrogi refleks przysiadł na jego twarzy.
- Ach tak... - rzuciła prawie z obojętnością, obserwując misterną gałkę uwieńczającą srebrną rurkę zagubioną gdzieś w ciasnym uchwycie mężczyzny. Spostrzegł jej zaciekawione spojrzenie. Milczał jednak, a i ona nie przerwała jego zaciętych ust pytaniem. Odwróciła głowę, rozsypując w obrocie włosy. Miała w tym ruchu tyle nagłej radości, że i on objął spoj-rzeniem jasny, śpiewający dom na wzgórzu.
Jęknęła furtka, gdy wkroczyli do ogrodu. Wspięli się po olśniewająco białych schodach wprost do uchylonych drzwi. Rat pchnął je delikatnie.
Hol był pusty. Arpys odwróciła się, w jej twarzy wahanie krzyżowało się z napięciem. On wydął usta w chłodnej zadumie, zachęcił jednak spojrze-niem.
Jej stopy zaszemrały na schodach. Wiedział, że ciągnie ją do sypialni brata. Najgorsze miejsce gdzie mogła pójść... Nie oponował. Wstrząs był i tak nie do uniknięcia.
Przeszedł do przyległego pomieszczenia. W kominku żarzyły się nie do-palone polana. Podniósł wzrok wyżej. Na marmurowej płycie trząsł się ze złośliwego rechotu bogato zdobiony dzban. Z obłego brzucha zerkały chytre oczka i usta tuż poniżej szczerzyły wykrzywione wściekłością zęby. Huśtał się na pająkowatych nogach jakby chciał uszczknąć trochę z tej zaglądają¬cej nań główki...

W rogu stał mały chłopiec. Przyciskał małe dłonie do twarzy. Dygotał z przerażenia. Szlochał. Światło w tym pokoju wydawało się przygaszone. Cienie stawały się matowe od przyczajonej tu zawiesistej mgły czy kurzu. Chłopiec szlochał, ale słuch płatał tu figle i Rat usłyszał przedziwne szeptane zaklęcia, tajemne dziecięce demonysłowa. Mógłby tak trwać w apoteozie tego szeptu, w hipnotycznym bezruchu, gdyby nie szelest rozkołysanych zasłon ocierających się z niezaspokojonym szaleństwem o ściany i sufit. Blask dnia falował w tym niezniszczalnym tańcu. Cienie tylko drżały w kątach.
Rat roześmiał się głucho. Jakże mu bliski był ten świat. Wybiegł zatrzasku-jąc drzwi. Przeskoczył kilka stopni naraz. Stanął na piętrze, obok Arpys. Jej przerażony krok zatrzymały jego twarde ramiona. Poszedł w ślad jej błędnego wzroku.
W pokoju naprzeciw rozwijało wachlarz promieni białe słońce. Przez ruchliwą firankę kładło się na drgające w szerokim łóżku ciała. W prostoką-cie rozwartych drzwi dzikie westchnienia, lubieżny ruch sprawiały wrażenie nienaturalnych. Białe powietrze aż piekło oczy. Jeszcze mieszało się z ogłu-szającym śpiewem matki, przekleństwami ojca duszącego bosą stopą ogromną gąsienicę.
Czarna czupryna zsunęła się poniżej, odkrywając sterczące piersi, rozpalo¬ną twarz. Jej usta rozchylił cichy jęk. Rozrzuciła ramiona chwytając spęcznio-ne rogi poduszki. Pod pachami zaczerniały jej kępy obrzydliwych włosów. Leżały ohydnie tłuste, długą skazą w białej pościeli. Tą kobietą...
Rat spojrzał w oczy Arpys. Zaprzeczyła gwałtownie głową mocniej pełznąc w jego ramiona, aż odpychały ją swym milczeniem.
- To nieprawda! - krzyknęła wybuchając płaczem.
Przytulił ją czule.
- Wierzę ci Arpys - mówił. - To doskonale dobrze mogła stworzyć jego wyobraźnia. W nas wszystkich tkwią jakieś niemoralne, głęboko ukryte pragnienia. Ale moralność to w dużym stopniu kwestia umowy. Nie wolno ci tego niszczyć.
Naprowadził jej oczy na swoją twarz. Nie potrafił schwycić jej spojrze¬nia. Umykała.
- On cię kochał równie mocno jak ty jego - powiedział. - Tylko może być i tak, że ta manifestacja uczucia w wyobraźni przebiegała trochę inaczej - uśmiechnął się z nieopanowaną ironią. Wyrwała się.
- Ja... Mam tego dość!
- Uspokój się - szeptał gładząc jej policzek. - Czy ty nigdy nie miałaś takich marzeń? Nigdy nie podglądałaś brata?
Chwilę milczeli. Później odepchnęła jego rękę z odrazą. Celowo uraził jej dumę.
Zręcznie zmienił temat.
- Czy stojący w pokoju gościnnym dzban na kominku wiąże się z ja¬kimś złym wspomnieniem Jervisa?
- Niegdyś, w dzieciństwie pociągnął serwetę, na której stał. Spadł wtedy dotkliwie raniąc mu głowę. Co dziwniejsze nie stłukł się.
Skinął głową w zamyśleniu.
- Chodźmy stąd rzucił przeciągle. - Tutaj nic nie znajdziemy.
Zamierzali odejść, gdy nagle ich czujność zbudził ruch w pokoju. To Jervis odepchnął się od leżącej siostry i nagi zbliżył się do drzwi. Arpys krzyknęła... nie miał twarzy. Na jej miejscu lśniła naciągnięta, szpetna skóra. Wypinała ją tylko kość nosowa, wydłużał podbródek. Zagulgotał przeraźliwie, zanim z trzaskiem zamknął drzwi. Rat patrzył w najwyższym stopniu zdumiony. Coś - zaczynało działać, działać nie całkiem tak jak chciał.
- Nie miał twarzy Rat!
- A czy ty znasz swoją twarz? - w jego głosie brzmiało zdenerwowa¬nie. Pytanie postawił zupełnie obojętnie skoncentrowany na swoim proble¬mie. Czuł coś, coś niezwykłego.
- Trochę przynajmniej.
- Raczej czasami, bo przeważnie nie znamy nawet tego. W szczegółach nie potrafimy odtworzyć niczego. Nasza powierzchowność obserwacji jest wręcz zatrważająca.
- Ale w przybliżeniu...
- Nad tym trzeba się koncentrować Arpys. Do tego trzeba czasu, a ludziom zazwyczaj go brakuje. Bądźmy ostrożni. Każdy krok w tej chwili jest nadzwyczaj ryzykowny - przyjrzał się jej z uwagą. - Nie przeraź się Arpys, ale on nie powinien był tak postąpić. Nic jeszcze nie zrobiliśmy. On przecież nie wie, że tu jesteśmy...
Zrozumiała niesamowitą wymowę tego faktu, bo chwyciła go pod ramię. W jej dłoni było coś z niepewności. Chyba drżała, ale to drżenie wydawało się rodzić z zagubienia, a nie strachu. W tym stanie była ujmująca.
Pociągnął ją w stronę schodów. Schodzili zgodnym rytmem, gdy nie-oczekiwanie Arpys potrząsnęła gwałtownie ramieniem jakby opędzając się od czegoś niewidzialnego. Na jej twarzy odmalowało się najgłębsze przeraże¬nie. W optomacie czerwone światełko alarmu drgało nerwowo, wiedział że oznacza to przybycie kogoś obcego. Może było ich kilku, bo czujnik delikat¬nym, prawie na granicy postrzegania, piskiem dawał mu znak o przekracza¬niu ram tego świata przez istoty całkowicie mu obce. Rozejrzał się, sondując każdy szczegół otoczenia. Napotykał chłodną pustkę. Tylko lampa kołysała się w holu.
- Czułam, jak dotyka mnie jakaś lodowato zimna dłoń. Czy to był Jervis? - zapytała z przestrachem.
- To mógłby być on, gdyby zanikły objawy choroby i pojawiała się...
- Świadomość... - dokończyła za niego. Tylko skinął bezwiednie głową. Wiedział doskonale, a ona przy odrobinie wyobraźni mogła podejrze¬wać, że automat bezpieczeństwa przerwałby strumień emisji i w rezultacie znaleźliby się w rzeczywistości.
W jakiś przedziwny sposób ich stopy przylegały do podłogi. Stali w holu. Powietrze stało się ciężkie, ostre prawie jak szkło. Miał wrażenie, że wdycha opiłki chłodnego metalu. Światło dnia zatańczyło w tym domu, spłowiało. Tylko szare smugi wirowały jeszcze, unosząc pyłki i raptem z niebytu wynu-rzyły się pomarszczone dłonie. Ze wszystkich możliwych stron gładziły ich
czule, zapamiętale, mocniej, mocniej wpijając się w oporny materiał kombi-nezonów i patrzyły na nich oczy, przejmujące, przedzierając się z niebytu, przez ciało na wskroś. Wreszcie porwały ich w przeraźliwym krzyku Arpys. Obraz zafalował. Rat ocknął się. Złapały go gwałtowne mdłości, ale wydalił z trzewi porażonych dziwacznym chłodem tylko bezsilne skurcze.
Z rykiem wściekłości wyrwał ją i siebie z tych upiornych objęć. Świat zdawał się przygasać. Mdłe światło ujawniło kilka tych straszliwie oszpeco-nych istot, zwierzęcych w błyskawicznej ucieczce w mroźny niebyt.
Nie zwlekając pociągnął Arpys w stronę drzwi. Przeszli zaledwie kilka kroków, kiedy nastąpił drugi atak, a drzwi pod wpływem tajemniczej siły bezlitośnie się zamknęły. Jeszcze krok, dwa. Dziewczyna krzyczała nieludzko, targana zmieszanymi rękami za włosy i ramiona. Długie szramy zadrapań na jej twarzy, teraz już sine, wytaczały zamiast krwi przeźroczysty, klejący śluz. Koszmar nie kończył się, narastał. Rat, niespodziewanie dla samego siebie, zobaczył ją w powietrzu. Nie panował nad jej pomieszanym lotem. Chciał ją schwycić i tylko na próżno szafował drapieżnymi dotknięciami. Stanął oniemiały ze zdumienia, wściekły. Wokół rozsypywał się zmieszany chichot, mdły odór ciał prześladowców.
- Arpys!... - nie wiedział, że stać go na tyle rozpaczy.
Rzuciła mu błędne spojrzenie.
Szarpnął za najbliższą oślizłą rękę. Pociągnął z całych sił. Kiedy pomarsz-czony potwór wypadł ze swojej kryjówki, silnym uderzeniem ściął go z nóg. Upadł z warczeniem. Rat dopadł jego obnażonej, popielnej szyi. Chwycił, dusząc płytki oddech. Nagle na plecach poczuł ciężar i rwący ból. Odwrócił zesztywniała w karku głowę. Gorący strumyk krwi popłynął mu w dół kręgosłupa, potem dalej, ginąc w rozwidleniu nóg. Naprzeciw szarzała mała, szydercza twarz. Zbliżyła się. Przeraźliwe kły tym razem wbiły się w jego ramię, szarpnęły. Objęła go niezwykła drętwota. Nie mógł, nie potrafił - strząsnąć z siebie tego sennego spojrzenia, czarnej mgły zstępują¬cej na świadomość.
Ryknął, przerażony do granic możliwości. Rozglądał się gorączkowo. Arpys zniknęła, lecz w zasięgu ręki ujrzał porzuconą w czasie walki kopiarkę. Jak nie mógł o niej pomyśleć! - przecież była to teraz najlepsza broń... Zacisnął zgrabiałe palce na srebrzystej tulei. Podniósł i skierował za siebie. Wcisnął spust. Fioletowy błysk odrzucił wroga na wątłą ścianę. Z głuchym sykiem objął go niebieski płomień. Huczał przez chwilę dziko, potem równie nagle zgasł. Osłabienie minęło i Rat przyjrzał się swemu więźniowi, tkwiące-mu nieruchomo w ciasnych kleszczach jego kolan. Leżał, a w jego oczach malowało się osłupienie.
Rat przywarł drapieżnymi palcami do jego szyi. Zdusił. Szyja pod nacis-kiem zwężyła się w płaską rurę. Pod opuszkami nie było nawet najlżejszego tętna. Zacieśnił uchwyt. Głowa odskoczyła od ciała jak gumowa piłka. Odbiła się od ściany i po chwili, kiedy uniósł bezradne ręce, przywarła na powrót do szyi. Rat ponowił atak, tym razem pełen dzikiej furii. Wtedy pysk potwora wydłużył się w niewiarygodną trąbkę i wąskie szczęki nerwowymi kłapnięciami raniły mu palce. Czuł jak kanały przeraźliwie ostrych zębów pompują truciznę.

Porcja za porcją. Już tylko spływa z bezsilnego pyska, bo Rat skoczył na równe nogi. Cofnął się z przestrachem. Wymierzył i strze¬lił. Nie trafił. Je niedoszła ofiara uniosła się w powietrze i trąciła go straszliwą siłą wyprężonego ciała. Upadł tłucząc się boleśnie o zamknięte drzwi holu. Uniósł się na łokciu. Wiele razy walczył z eksploratorami, ale, na Boga, nie tak...
Spod nadpalonych powiek spoglądały na niego oczy pełne okrucieństwa. W zestawieniu z krwiście czerwonymi źrenicami istota sprawiała wrażenie głęboko nieludzkiej. Nie miał czasu na dalsze obserwacje, bo w powolnym locie zmierzała do drzwi, tych samych, przy których stał! Nadlatywała niczym szary, nie opierzony ptak. Długie, bezwładne ręce prowadziła po wytartej walką podłodze. Wychudłe nogi zaledwie muskały powierzchnię. Rat niepewnie wycelował broń, kiedy zawisła nad nim nieruchomo. Gdy zamierzała ostrymi palcami rozszarpać mu twarz, rzucił się na ziemię, rażąc jej odkryty, siny brzuch wybuchem fioletu. Palona zawyła skrzekliwie w ohydnym fetorze ciała. W ślepej ucieczce runęła w drzwi, roztrzaskując je na drzazgi. Rat wybiegł za nią. Dobiegły go ciche przekleństwa.
Buorn! To był naprawdę Buorn - pomyślał zachłystując się swym zdumieniem. Jak ogromną musiał dysponować energią, by stać się tak myląco podobny do przybysza z obcych światów podświadomości. Nie zniósł jednak udręki rażenia promieniem kopiarki. Rat z zadowoleniem pomyślał, że go w tym przewyższał.
Buorn wył coraz słabiej, słabiej, aż zawisł bezwładnym strzępem, nabity na zwęglone gałęzie. Z domu wypełzła milcząca gromada żółtych cieni. W blasku słońca wyglądały jak dym. Obserwowały go, bo czuł głęboko w jaźni ich przejmujący, pulsujący warkot. Wzdrygnął się. Nie identyfikował tych ludzi, ale znając Jogdea doskonale wiedział, że do pilnowania swoich interesów wybiera zawsze najlepszych.
Rozejrzał się jeszcze uważnie. Nie, nikt go nie atakował. Przestawił urządzenie na powrót. Już za chwilę mocował się z kaskiem. Po chwili wstał i razem z kopiarką cisnął go w fotel.
Kabina tonęła w półmroku. Z sali za szybą sączyło się stonowane niebies-kie światło.
- A-r-p-y-s - zdołał zawołać zdławionym głosem.
Szybko pochylił się i zajrzał pod jej pusty fotel, jakby tam chciał ją odnaleźć. Chciało mu się ryczeć z rozpaczy. Rozejrzał się, zmąconym spojrzeniem utknął za szybą, na ciemnym kształcie gramoląc się z podłogi. Podszedł, oparł dłonie o pulpit i tak zastygł patrząc na przyobleczonego w światło, śliskie i zimne, okaleczonego tym wszechobecnym błękitem Jer-visa.
- Arpys, do diabła, gdzie jesteś dziewczyno? - jęknął zdumiony ruchem
tego człowieka, jego siłą, jego życiem.
Jervis wolno i dziwnie niezdarnie zbliżył twarz do szyby. Patrzyli na siebie w milczeniu, jakby spotkanie ich oczu było grą na szachownicy dzielącej ich przestrzeni. Rat ochłonął nieco. Strząsnął z siebie to spojrzenie. Wtedy Jervis warknął, tak przejmująco i niesamowicie. Jego twarz była plastyczna, zamazana,rozpływała się w dźwięku, jaki wydawał. Nie, nie była to wina szyby. Miała w sobie coś z rysów upiora. Uparcie ociosywana tylko wolą w hieratycznej geometrii ciała.
Nie całkiem tak...
Przerażała swoją sztywnością i jednocześnie irytowała niezdecydowa-niem formy, jakby wahała się w swej treści.
Znów patrzyli na siebie. Teraz ich spojrzenia miały w sobie moc niszczą¬cą. Zetknęły się falami wściekłości, które łagodziła tylko szyba. Zimne, wyrachowane i wspaniale bezlitosne.
- Coś się stało... - myślał szybko Rat. - Urządzenie zabezpieczające
eksplorator nie zadziałało. Było za słabe w zestawieniu z psychiczną siłą
tego chłopca. Jestem więc w świecie kreowanym przez jego myśli. Pomyślał
jeszcze, że jest zgubiony i... Skoczył błyskawicznie w fotel. Zakładając hełm
pociągnął gałkę zakresu emisji do oporu. Pociemniało mu w oczach. Krzyk¬
nął przerażony, bo nagle z przejmującą jasnością zdał sobie sprawę, że
przenosi się tylko w tej dziwnej przestrzeni, dokonując jakiejś piekielnie
skomplikowanej ewolucji nad miastem. To, że było to miasto wyczuwał
z nieśmiałej emanacji jego murów gdzieś pod stopami. Jervis wołał go
w złowrogim szepcie, sam jak gigantyczna nienawiść. Przez jakiś czas
prześladował go jego rudy, niekształtny cień, zanim zatonął w świetle dnia.
Rat leżał na bruku. Na jego dłoniach błyszczała krew.
- A-r-p-y-s d-z-i-e-w-c-z-y-n-o... - jęczał kuląc się z rozpaczy. -
Twój przeklęty brat mnie zabija! - krzyknął wstając z ziemi. Ulicę, na
której stał, objęła chmura jaskrawej żółci. Ze zdumieniem usłyszał dochodzą¬ce stamtąd głosy i natarczywe szepty. Raz po raz wybuchały na niebie niepowstrzymane chichoty i piski. Z boku docierało gwałtowne tupanie bosych stóp, jakby ktoś usiłował go przestraszyć albo odwrócić uwagę od rozgrywających się ponad głową wydarzeń.
Istotnie, blask słońca nieco przygasł, niebo stężało w fali rozdzierających je błysków, aby nagle splunąć na niego oślepiającym łańcuchem niebieskich płomieni. Tylko ugiął się pod ciosem. Chciał sięgnąć po broń, chciał walczyć... dłoń trafiła w próżnię kabury. Zapomniał! Oblał go zimny pot. Krzyknął i zerwał się uciekając na oślep. Byle dalej, dalej od tego przeklętego miejsca.
Pomknął przez ciche podwórka, puste bramy. Przebiegł centralny plac. Wierzby na klombach szemrały pod batem wiatru. Skręcił w pierwszą ulicę. Mijał rozmazane w zamglonym świetle słońca domy i twarze. Obserwowały go ciekawe spojrzenia, oczy, tysiące bladych, zamazanych oczu. Nie widział tego powszechnego zainteresowania, tego uporu w obserwacji, drwiących uśmiechów. Biegł, zręczny jak pantera, rozgorączkowany, rozzuchwalony w swym strachu.
Wieczna kolejka do piekarni Surwena schroniła się we wnętrzu sklepu, brzękły zamykane szklane drzwi. Rat obrócił głowę o kilka stopni w prawo. Na taborecie siedział mrużąc w blasku słońca stary Short. Drzwi do jego sklepu były otwarte. Rat myślał o strzelbie wiszącej nad kominkiem w pokoju sprzedawcy. Wpadł do środka sklepu, przeskoczył kantorek, odsłonił kraciastą zasłonę.

W pomieszczeniu panował mrok, ale on znał tu na pamięć każdy szczegół. Sięgnął po broń, założył chłodne ładunki i wyszedł na ulicę. Jak przypuszczał, krążyły już nad nią niebieskie płomienie. Ich syk był nie do wytrzymania. Przyłożył strzelbę do ramienia, pociągnął za spust mierząc w migotliwe jądro blasku.
Błysło mu w oczach albo to świat się wywrócił, kołysząc się jeszcze jak opętany. Tyle, że pękło niebo, bo z czarnej dziury w brudnym błękicie posypał się szary pył, lżejsza sadza i wreszcie wypadł jakiś jęczący kształt. Był to przedziwny, zabłocony kundel, który rzucił się na niego wprost z za-kurzonej ulicy.
Rat usiłował się bronić, uderzał kolbą, kopał. Kudłaty stwór wyrwał mu broń i powalił sięgając szczękami gardła. Rat krzyknął, walił skrwawionymi pięściami w charczącą paszczę, aż poczuł, że słabnie. Chwyciła go przejmują-ca niemoc, potem strach, gdy dłonie uwięzły w gardle stwora, ścierpły i zeszty¬wniały. Ryknął jeszcze rozpaczliwie, gdy obraz wolno się zamazał, ustępując fali niespokojnych szeptów. Stracił przytomność.
Ocknął się w samochodzie. Obok niego siedział szpetny eksplorator już w ludzkiej postaci, ale za to w źle skrojonym uniformie służby zwiadowczej.
- No, jesteśmy na miejscu - śmiał się cicho z brzmienia słów, którym
powolny jeszcze umysł Rata nie mógł przydać właściwego znaczenia.
Pojazdem zarzuciło na zakręcie. Rat poczuł na przedramieniu dotknięcie stali. Sięgnął niewidzącą, drapieżną dłonią. Chłodny kształt podziałał na niego jak uderzenie bata, pociągnął. Strumień powietrza natychmiast go orzeźwił. Wypadł w czarną noc, potoczył się w chmurze kurzu. Zerwał się i stanął chwiejnie. Przetarł obolałe czoło, szeroko otwarte oczy walczyły z ostrymi ziarnami ciemności, nim wytarł je załzawioną dłonią.
Zobaczył, jak stary samochód zatrzymuje się, usłyszał trzaskające drzwi. Potem jego spojrzenie pobiegło wyżej, na twardy, ogromny kształt wrzynający się w niebo. W świetle samochodowych reflektorów jaskrawo odcinała się niewielka część i o barwie obiektu można było powiedzieć tylko, że jest oślepiająca. W ogniu świateł Rat odczuwał zachwyt...
Nieoczekiwane uderzenie w brzuch wywróciło na chwilę jego myśli. Skulił się. Pięść zaczepiła wtedy o szczękę. Zwalił się na ziemię z przeciągłym jękiem.
- Wystarczy Kabb - powiedział ktoś stanowczym tonem. - Jodge
chce go widzieć całego!
Jakieś silne ręce podniosły go i pociągnęły w stronę szeroko otwartego włazu tajemniczego obiektu. Weszli do obszernej windy i po przejechaniu paru zatłoczonych poziomów dotarli do zawalonego jakimiś gratami koryta-rza. Zatrzymali się przed czarną taflą drzwi. Gdy się otworzyły z hałasem, brakowało mu sił, by podnieść ciążącą brodę.
- No i mamy naszego buntownika - stwierdził ktoś z ironią, prawie
sarkastycznie. Witamy panie Asternvile na pierwszym ekspedytorze galaktyki.
Jodge wstał, ciężki brzuch hamował jego kroki. Podszedł i jednym pociągnięciem za zmierzwione włosy naprowadził twarz Rata na swój złośli¬wy uśmiech.

- Och! Lyngman doprowadź go do porządku - rzucił przeciągle za
siebie. - Gotów mi zabrudzić podłogę swoją bezczelną krwią.
Lyngman skinął posłusznie głową.
- Ja na razie idę porozmawiać z dziewczyną. Wygląda na rozsądniejszą
od tego przeklętego smarkacza. Przyślij mi go do gabinetu, jak tylko zrobisz
swoje...
Jodge przeszedł ciężko do sąsiedniego pomieszczenia. W zamyśleniu zamknął drzwi. Przygotował uśmiech i odwrócił się do siedzącej w czarnym fotelu młodej kobiety. Przesunął się za rozległe biurko. Wolno pociągnął za szufladę. Otworzyła się z łoskotem. W palcach Jodgea pojawił się migotli¬wy cukierek. Podniósł go wyżej, aż zaszeleścił ponętnie. Arpys odwróciła się nieznacznie. Dopiero teraz ujrzała stojące cicho przy ścianie dziecko. Jodge nadal zachęcał. Dziewczynka usztywniona światłem patrzyła na niego bladą buzią, w której chyba tylko przypadkiem znalazły miejsce duże, wiecz¬nie zdziwione oczy. Wreszcie uśmiechnęła się. Jodge odwzajemnił uśmiech, nawet nie wiedział, że stać go na tyle ciepła.
- Chodź... - rzucił z humorem. - Dobry Jodge da ci cukierka.
Zbliżyła się. obchodząc dookoła biurko. Podniosła małą dłoń... Ścisnął ją ze złośliwym śmiechem, potem chwycił za biały nos i wykręcił z mściwą satysfakcją, póki bezbarwnego śluzu nie zastąpiła krew. Dziewczynka darła się całą mocą ochrypłego gardła. Arpys spróbowała się wyrwać z fotela, ale wtedy... dziecko wybuchło tęczowymi strzępami ciała, prysło jak nie¬realna, mydlana bańka. Jodge stał, patrząc z nieukrywanym zainteresowa¬niem w pobladłą twarz Arpys. Rozchmurzył się na widok jej przerażenia.
- Wrażliwa jesteś - wyrzekł przeciągłym basem z odrobiną uszczypli-wości. Rzucił cukierka w otwartą szufladę i zamknął ją z trzaskiem.
- Jest pan potworem!
Roześmiał się hałaśliwie.
- Każdy z nas ma w sobie trochę zwykłego gówna - rozsiadł się wygodnie w przyległym do biurka fotelu. - To była tylko zjawa, produkt mojej wyobraźni, solidnie wzmocnionej aparaturą ekspedytora - dodał tonem usprawiedliwienia.
- Gdyby była człowiekiem zrobiłby pan niewątpliwie to samo, - mówiąc kręciła się niespokojnie w fotelu.
- Widzę, że jesteś znawcą ludzkich charakterów, Arpys. Pochlebia mi, że pozwalasz mi szczycić się twoją znajomością.
- Nie na długo - spróbowała wstać.
- Ten fotel, moja droga, jest zabezpieczony paralizatorem. Działa na system nerwowy i nie opuścisz go wcześniej niż... - tu uśmiechnął się ironicz-nie - ja tego zechcę.
Znieruchomiała w brzmieniu tego złowrogiego zdania.
- Widzę, że zmądrzałaś - zasępił się na chwilę. - Właściwie to już nie masz wyboru.
Jej pytający wzrok doprowadzał go do pasji.
- Twój brat osaczył was w tym świecie. Odciął jedyną drogę powrotu.Zdana jesteś na moją łaskę - w jego oczach znów połyskiwała ironia. - myślę, że wiesz co to znaczy?
Nie wiedziała. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
- Oto jest nasz bohater - oznajmił Jodge, wskazując zamaszyście Rata sadowiącego się w wolnym fotelu. Młodzieniec rozglądał się gorączkowo po wnętrzu i wreszcie zobaczył siedzącą obok Arpys. Jego usta drgnęły rozcięte słowem, którego Jodgeowi nie udało się złowić. Kryjąc swoją porażkę otworzył hałaśliwie szufladę. Rat rzucił mu przeciągłe, nienawistne spojrze-nie.
- Siedzisz w fotelu paralizatoryjnym - rzucił od niechcenia Jodge.
- Wiem, wuju!
- Jednak wolę się zabezpieczyć przed napadami twojego szaleństwa - kontynuował Jodge ostrym tonem. Z szuflady wyrzucił na biurko wielki sześciostrzałowy clober, aż stęknął dębowy blat. Skrzywił usta, gdy Rat skupił całą uwagę na tym złowrogim błysku metalu.
- Dawno już powinienem był wpakować ci jeden ładunek w czoło synku. Tylko liczyłem się ze zdaniem twojego ojca, pastora Krocha...
- Mogłem się domyślić - rzucił obojętnie Rat.
- Tak - Jodge wytarł zwilgotniałe kąciki ust. - Lyngman ostrzegał mnie przed tobą. Uważał twoje poglądy i determinacje za zbyt niebezpieczne. Muszę przyznać, że cię zlekceważyłem. Dopiero później dowiedziałem się, co masz w ręku. Więź telepsychiczna, co? Przyznaję, z tą dziewczyną miałeś wielką szansę, szkoda tylko, że ją zaprzepaściłeś...
- I tak jesteście w kłopotliwej sytuacji.
Jodge roześmiał się hałaśliwie.
- Tak. He, he. Ja nie jestem taki zły Rat - przechylił głowę sięgając
ręką po zmiętą kartkę na biurku. Rozwijał ją wolno w trakcie mówienia. -
Jestem człowiekiem tolerancyjnym, ale w sprawach dotyczących dobra mojej
kolonii, bezlitosnym dla jej wrogów. Ty Rat... - tu wycelował w niego
grubym palcem, - jesteś jej wrogiem!
Rat ściągnął tylko usta, zmrużył zmęczone oczy.
- Ta śmieszna kartka - Jodge potarł spocone czoło.
Rat patrzył na niego z uwagą. W jego oczach, gdzieś głęboko, rozgorzała nadzieja... - Lyngman! - zawołał Jodge ostro i drapieżnie. - Lyngman do cholery!
Drzwi otworzyły się cicho. Wszedł niepozorny, zgarbiony człowiek.
- Skąd się to wzięło u licha?! - warknął Jodge.
Lyngman błysnął spojrzeniem, zanim jego miękkie palce nie zacisnęły się na zmiętej kartce, wtedy znieruchomiał. Patrzył długo i badawczo, potem wyszedł w pośpiechu. Oczy Jodgea napotkały wyczekujące spojrzenie Rata. Zapłonęły w nim drapieżne żądze. Mimo to wyjaśnił spokojnie.
- Jervis ośmiela się grozić.
Rat wyraźnie się odprężył.
- Cieszy cię to, co? - zapytał Jodge. - Nie wiedziałem, że mam do czynienia z wariatem. Przecież ty też będziesz w tej walce ofiarą.
- Ale nie ostatnią...
Jodge uśmiechnął się do swoich myśli.
- Nie zdążyłem ci wyjaśnić Arpys - mówiąc zagłębił spojrzenie
w niespokojnej twarzy dziewczyny, - że twój obecny tu niedoszły bohater,
s-a-m - podkreślił - brał aktywny udział w przygotowaniach do inwazji.
Abyś więcej zrozumiała z tego co mówię, sięgnę do historii. Od lat nie
mogliśmy uporać się z zarazą na Arrugath Thul. Przywlekła ją ze sobą jakaś
zapomniana wyprawa wracająca z odległej planety w jądrze galaktyki.
Choroba szybko rozpleniła się w okolicznych systemach. Zabijała szybko.
Byliśmy bezradni. Zamknęliśmy przestrzeń, co okazało się posunięciem
kosztownym i niepotrzebnym. Na planetach nie było już żywej duszy. W rejon
zarazy wysłaliśmy ekspedycję badawczą. Wyjaśnili zagadkę, płacąc życiem.
Następnych ludzi wysłaliśmy już z odpowiednią szczepionką. Na szczęście
dla nas wszystkich udało się już za pierwszym razem, była skuteczna. Chorobę
powodowały tajemnicze owady, wylęgające się w ludzkiej wyobraźni. W doj-rzałej fazie rozwoju wypełzały z ciała swego żywiciela w świat rzeczywisty.
Żywiciel umierał z wycieńczenia, a one... - Jodge nabrał powietrza. Jego
oczy błyszczały, kiedy mówił. - Dzięki Bogu atmosfera tlenowa działa na
nie zabójczo. To jedna z okoliczności, która je powstrzymała. Badania
biologicznych mechanizmów działania tych organizmów wykazały, że mogły
one w sposób zasadniczo prosty pokonać przestrzeń kosmiczną. Co gorsza,
na pewnym etapie rozwoju wykształcała się pomiędzy nimi, w szczególnie
sprzyjających okolicznościach, pewnego rodzaju więź telepatyczna. Mogły
stworzyć zaborczą i piekielnie niebezpieczną cywilizację. Z obawy przed
przyszłością rozpoczęliśmy bardziej szczegółowe badania.
Jodge splótł palce, jego łokcie ułożone na biurku wyglądały jak podpory dwóch potężnych kolumn. - Wreszcie odkryliśmy prawdę. Nasz niezapom-niany mistrz, Rotter Cambel po zbudowaniu maszyny spowiedniczej, skonstru¬ował pierwszy, prototypowy aparat ekspedytora. Było to dwadzieścia lat temu. Istniejące do tej pory były jeszcze niedoskonałe. Umożliwiały tylko bierną obecność w świecie wyobraźni. Ten najnowszy, skonstruowany nie¬dawno, jest pod tym względem doskonały, choć energochłonny... - zakaszlał. - Ten wielki pojazd, na którym się obecnie znajdujemy, potrzebował ogromnych zasobów energii psychicznej, aby wnieść swoją masę w umysł człowieka... - jego jadowity wzrok zatrzymał się na znudzonej twarzy Rata. - Długi czas wybieraliśmy odpowiedniego. Musiał być młody, zdrowy i dość bogaty w życie wewnętrzne. Wybór padł na Jervisa.
Rat spojrzał na niego z uwagą, graniczącą z wściekłością.
- Tak... - Jodge uśmiechnął się z dobrze udanym smutkiem. - Wyboru dokonał obecny tu Rat.
- Co mówisz... - głos Arpys załamał się gwałtownie. Nagle zrozumiała. Czuła się oszukana i bezsilna.
- Przeklęta stara świnio! - Rat szarpnął się w fotelu.
Jodge przekrzyczał go.
- Wysłałem eksploratorów w umysły mieszkańców Farnworth i jed¬nym z nich był obecny tu, twój sojusznik i towarzysz! Doskonale zna się na procesie przenikania. Mogłaś się o tym przekonać w dzieciństwie. Kilkakrotnie próbował na tobie eksperymentować. Te uzdolnienia nabył na drodze pewnej skomplikowanej choroby, pochodnej zarazie. Wszelkie urządzenia pomocnicze są zarówno w jego przypadku, jak i innych eksploratorów, zbędne. Oszukiwał cię od początku do końca. Ma w sobie tyle mocy, że potrafi w tym świecie mnie z całym tym złomem postawić sobie na głowie - Jodge roześmiał się ubawiony. - Tylko czekałem z Lyngmanem, aż to zrobisz, Rat...
- Bardzo chętnie, ale nie mogę...
- Ty nie możesz?! Cholerny nicponiu, ty nie możesz! Ty? - Jodge zachłysnął się. - Masz manię władzy. Uważałeś zawsze, że jesteś niedocenio-ny, pognębiony i wykorzystywany. Wymyśliłeś niezłą intrygę. Wpakowałeś nas w kabałę i jak przypuszczam chcesz dyktować warunki. Mylę się?!
- Mylisz się - Rat uśmiechnął się, - ale tylko trochę.
- Na dodatek jesteś bezczelny.
- Sam powiedziałeś, że zdobyłem niezbędne atuty,
- Nie powiedziałem tego. Nie posiadasz ich.
- Jervis pożre was tak, jak pożera mnie. Wobec jego mocy moje siły są zupełnie bez szans. Pociesza mnie fakt, że jeśli zginę to razem z wami.
Jodge przypatrywał mu się z uwagą.
- Co to, wuju, zbladłeś? - szydził Rat. - Ty i twój przeklęty Lyngman będziecie przeklinali dzień urodzin!
- Słuchaj smarkaczu, doprowadzasz mnie do pasji. Nie wytrzymam i za chwilę usmażę was tu na miejscu! - powiedział sięgając tęgą prawicą po broń. Oczy Rata błysnęły spod przymrużonych powiek jak dwa rozżarzone węgle.
- Wuju Jodge, nie zrobisz tego. Mógłbyś zrujnować te drogie fotele... Jodge parsknął cicho.
- Masz rację. Zawsze zdążę przypalić taką wesz.
- Nie masz wiele czasu.
- Przeciwnie, w tym świecie do mnie należy nawet czas. Rat nie zrozumiał. Siedział zachmurzony i ponury.
- Zdaje się, że mówisz o przeszłości - rzucił od niechcenia.
- M-o-ż-e?
Jodge rozparł się w fotelu.
- Ty jesteś moim wyrzutem sumienia, jakąś wstrętną wydzieliną moje¬
go umysłu. Ciągle wracasz. Zabicie ciebie mnie uspokoi, odciąży. Nie mam
innych pragnień. Zbrodnia jest podniesieniem wartości, tej wartości wspar-ciem. Zawsze zabijałem i zawsze sprawiało mi to satysfakcję. Nasz pojazd
zabił tysiące ludzi, ale może aż po wieczność stać się źródłem szczęścia milionów.
Jodge zapalił się cło swych wywodów. Napęczniał w rumieńcach i pocie jak worek przysmażonego tłuszczu.
- Ci wszyscy szarzy ludzie – kontynuował - nigdy nie pojęliby doniosłości naszego odkrycia. Ślęczeli tylko nad swoim życiem, zamieniając się w zakurzone strupy istnienia. Ludzkość od lat podbija przestrzeń galaktycz¬ną i wbrew swym nadziejom nie znajduje w tej czynności nic, oprócz przyjemności ekspansji.

Zawsze napotyka tę samą rzeczywistość, nigdzie nie odnajduje ujścia dla swojej potrzeby ucieczki. Ekspansja zalicza się tu w poczet mechanizmów instynktu. Jest to ślepy, beznadziejny ruch w obawie przed stagnacją, w obawie przed śmiercią.
- To nieprawda! Ci wszyscy szarzy ludzie, jak ich nazywasz, żyją w symbiozie z otaczającą ich rzeczywistością. Żyją pełniej i dojrzalej, bo ją rozumieją. Widzą zupełnie gdzie indziej możliwości swojej ekspansji, co in-nego stanowi ich cel. Nie jest nim na pewno twoja ucieczka, którą przyozda-biasz ludzkie pragnienia. Ludzkość, o której ja mówię, pragnęła żyć zawsze pełniej, dojrzalej, nie uciekać od sensów, ale je poznawać, pogłębiać i realizo¬wać swoje wizje w dynamiczny, ciągle się zmieniający sposób. Na tym polega jej głęboki artyzm. Jej symbolika zawsze próbowała objąć to niepoję-te, niezmierzalne i nieskończone. Gdzie ty jesteś wraz ze swymi szalonymi towarzyszami? Skąd bierzecie tyle siły, żeby żyć z takimi przeklętymi myśla-mi? Wasze życie tutaj będzie piekłem, bo właśnie rzeczywistość, ze swym twardym kodeksem praw jest wytchnieniem dla umysłu człowieka, a nieskoń¬czone z nim obcowanie, ewolucja z formy do formy bardziej zniekształconej i fałszywej bo oderwanej od świata.
Jodge wypiął sapiącą pierś.
- Ha! A ja myślałem, że przyszedłeś tu po władzę. Tylko skamlesz o swo¬ich śmierdzących ideałach. Ja będę żył wśród swoich ideałów. W moim świecie człowiek i jego uczucia zdominują tworzoną przez niego rzeczywistość. To będzie jedna, gigantyczna eksplozja sztuki.
- Co warta jest sztuka oderwana od wszechświata, w którym się narodziła. Zresztą w samotności człowiek wypluwa tylko przekleństwa.
- No proszę, jeszcze próbujesz mnie wyprowadzić z równowagi - Jodge wytarł wilgotne usta, przetarł czoło. Robił to zbyt często. - Tutaj przy pomocy potężnych modulatorów wyobraźni potrafimy kreować dosłow¬nie dowolny świat. Owszem, nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością, ale z naszymi najtajniejszymi marzeniami.
- Wtedy powstaje koszmar mój starcze. Wszystkie zachcianki przestają być zachciankami. Uzyskują patent szarego, realnego świata. - Jodge wstał nagle i... usiadł...
- Dla każdego inny wszechświat - rzucił, głośno krzycząc swoją myśl.
- Dobrze wiesz, że nie ma dwóch takich samych ludzi... - podjął skwapliwie Rat. - Wszyscy różnimy się w odbiorze tego, co nas otacza.
- Ty!... Musiałbyś stworzyć ludzkość od początku, żeby wyplenić jej święte wady. Wyrwać z człowieka jego biologizm, wyjałowić go i postawić wieczny pomnik tylko kontemplującej świadomości. Ja, zwierzę, bydlę z najgorszego rodzaju zbuduję tu monolit dla tego całego zasranego bagna, jakim jest ludzkość, bo człowiek to coś, czym bywa się tylko czasami.
Rat zamilkł zaskoczony wybuchem. Wpatrywał się ze zdumieniem w to pałające oblicze.
- Ufam, że nam się uda - już spokojnie brnął przez swe słowa Jodge.
- Światy, które będziemy kreować, będą coraz bardziej odległe od rzeczywistości, będą nierealne i jednocześnie artystycznie bogate, pełne głębokich wrażeń i niespożytego piękna...
- I chętnie będziecie wracali do tej rzeczywistości, którą tak lekkomyśl-nie utraciliście... - wtrącił Rat, ale wyraził się nieprecyzyjnie i Jodge zdawał się nie słyszeć, mówił.
- To nas zmieni, sprawi, że staniemy się względnie lepsi. Jestem szczęśliwy, ty cholerny smarkaczu, że tu, gdzie nie ma praktycznie czasu, mogę dożyć tej chwili!
Milczeli, ale każdy z nich przeżywał niewyplute przekleństwa, każdy czuł się zwycięzcą.
Arpys przypatrywała się im w zamyśleniu.
- Myślę, że możemy na tym zakończyć rozmowę - mruknął Jodge.
Rat był zaskoczony.
- I tylko po to zadawałeś sobie tyle trudu, żeby mnie tu sprowadzić?
Jodge roześmiał się cicho i chrapliwie. Wyglądało to tak, jakby zagrzmia¬ła jego dusza pod skałą mięśni i tłuszczu.
- Rozmyśliłem się chłopcze. Nie jesteś mi potrzebny jako sojusznik, nie jesteś mi potrzebny jako nikt. Możesz odejść Rat... - stwierdził bez ironii. Rat był wytrawnym słuchaczem Jodgea, zbyt wytrawnym, aby nie wyczuć podstępu. Miał nadzieję, że jest to tylko podstęp. Znał tego człowieka na wylot, pogardzał nim, ale kiedy robił coś nietypowego, był podejrzliwy i czujny.
- Nie ruszę się bez niej - próbował grać na zwłokę.
- Ależ możesz ją sobie zabrać kochany! Byle prędzej się stąd wynoś-cie... - mruczał Jodge. Sprawiał wrażenie diabelnie zadowolonego. Przy¬cisnął ukryty sygnalizator. Do gabinetu przez otwarte drzwi wsunęło się dwóch eksploratorów. Na ich twarzach połyskiwały stalowe maski, w których oczy wydawały się prawie przeźroczyste.
- Odprowadźcie ich do samochodu - rzucił sucho, gdy Arpys i Rat podnieśli się ze swych miejsc. Gdy wychodzili, pozostał sam wśród przy-ciemnionych świateł, przyciskając do biurka chłodną broń.
Drzwi zamknęły się cicho. Rat spoglądał za siebie z niepokojem. Jodge nie blefował. Jodge najspokojniej w świecie rzucał go na pożarcie...
- W-u-j-u... - jęknął cicho, ciągnięty przez drapieżne ręce eksplorato-rów. I wtedy usłyszał gromki śmiech dochodzący spoza zamkniętych drzwi.
- Wuju! - krzyknął szarpiąc się w paraliżującym uchwycie. Tyle było w jego wezwaniu żalu i przerażenia, że śmiech zawisł nagle w ciszy. Ale nikt nie zawołał go z powrotem, nawet szept nie popłynął spoza zamkniętych drzwi.
Eksploratorzy przezwyciężyli jego wściekłość. Siłą zawlekli go do windy. Arpys szła cicho z tyłu. W jej oczach błyszczały łzy, gdy widziała przed sobą wierzgające nogi.
Zjechali na najniższy poziom, później przez otwarty luk wyrzucono ich na zewnątrz.
Snop światła z zamykającego się włazu jeszcze przez chwilę topił się im na twarzach, nim nagle zgasł, pozostawiając ich samotnych w tumanie chłodnej mgły.
Rat szybko przyzwyczaił się do mroku. Wyłuskał w końcu słabo widoczne kontury zaparkowanego nie opodal samochodu. Dotarli do niego niemal biegiem. Otworzyli drzwi i znaleźli się po chwili w przytulnym wnętrzu.
- Wybacz mi Arpys - stówa tylko ją rozjuszyły. Zesztywniała, a potem z całej siły rąbnęła go w twarz.
- A masz! Ty cholerny, cwany łajdaku!! - jej palce drapały, oczy ciążyły jej od łez. Nagle przestała, zlękła się swego gniewu.
- Ja chcę wrócić, Rat! - rzuciła mu się na szyję łkając.
Pogładził jej włosy. Czuła, jak drży jego dłoń.
- Nie ma nadziei - powiedział cicho. - Jodge wydał wyrok. Jervis na pewno mnie nie oszczędzi. Zbyt jestem silny i niebezpieczny, aby mógł mnie pozostawić przy życiu.
- To uciekajmy Rat. Choćby to miało trwać całe życie, uciekajmy! 
Spojrzał na nią łagodnie.
- Dokąd?
- Ty wiesz... - rzuciła z przekonaniem.
- Nie można stąd uciec. Ostatnia droga została za nami zamknięta.
Możemy tylko prosić o litość, a o to prosić nie będę.
Rat chwycił za starter i samochód zadrżał w rytm pracy silnika.
- Gdzie jedziemy?
- Jak najdalej stąd. Niech ci degeneraci nie widzą naszego strachu... - zamierzał chwycić lewarek biegów, kiedy z tylnego siedzenia dobiegło go dzikie, chrapliwe warczenie.
Odwrócili się równocześnie.
Wciśnięty pomiędzy dach i podłogę, zniekształcony, ogromny Jervis wodził po nich krwiożerczym wzrokiem. Długimi, wychudzonymi rękami próbował chwycić szyję kierowcy. Domacał się tylko w zimnej ciemności próżni, Rat błyskawicznie otworzył drzwi i wyskoczył w noc. Już za chwilę zmarzniętymi rękoma siłował się z zamkiem tylnych drzwi. Trwały z uporem, jakby ugodziło w nie przekleństwo. Naparł dłonią na szybę. Rozejrzał się gorączkowo, potem uderzył w nią z całej siły pięścią. Prysła drzazgami białego szkła. Chwycił kościste, trupio blade dłonie Jervisa i pociągnął. Zdziwił się, że poszło tak łatwo. Ujrzał, że za rękami podąża całe potworne ciało Jervisa, jakby nie było materialne albo lekkie jak dym. Warknął przeciągle, gdy ciężki but Rata przycisnął jego gardło do ziemi. Wił się rozpalony do białości, ale zimny, złowrogi, wreszcie wyglądało na to, że martwy...
Rat wskoczył do samochodu. Zatrzasnął drzwi i ruszył gwałtownie z miejsca. Arpys ocknęła się z przerażenia. Sprawiała wrażenie dotkniętej obłędem. Odwróciła się, śledząc z napięciem gramolącego się z ziemi upiora.
- On idzie za nami, Rat! - krzyknęła z przestrachem.
Rat rzucił krótkie spojrzenie w lusterko. Rzeczywiście, rozchwiany, chudy cień podążał za nimi w tumanach zaczerwienionego światłami kurzu.

- Niech to się wreszcie skończy... - powiedziała, widząc jego bezrad-ność. Zagryzł nerwowo wargi.
- Słyszysz?! - drżały jej usta, gdy pytała. - Skończ z tym!
- Nie mogę...
- Skończ!!!
- Ale ja nie mogę! Nie mogę! Słyszysz?! Nie mogę!! Jestem bezradny wobec tego świata, wobec jego wyroków tak samo, jak bezradny jest śmiertel¬nie chory człowiek. Muszę się ugiąć wobec bezlitosnego losu. Już porwał mnie prąd przeznaczenia - przerwał, rozglądając się w mroku rozświetlo¬nym tylko smugą reflektorów samochodu.
Noc z wolna wypełniał czerwony sok nadchodzącego dnia albo był to przedsmak jakiegoś odrażającego światła.
Jervis... - pomyślał. - J-e-r-v-i-s... - zawołał z trwogą.
Światło dotknęło go jak uderzenie bicza. Skulił się i zamilkł. Głęboko czerwone plamy tajemniczych błysków w atmosferze przeniosły się nagle na przednią szybę wozu, gdzie zatańczyły z sykiem. Potem krwawy wir, w rozprysku szyby uderzył w zdumione oczy Rata. Jęknął, gdy blask, dziwnie materialny i zimny, przelał się z jazgotem w jego jaźń. Westchnął ciężko, boleśnie, w miarę jak złowroga siła obejmowała jego istnienie cal po calu. Gwałtowne drgawki zmięły mu twarz. Stracił panowanie nad kierownicą, puścił ją i opadł w fotel. Samochód kierowany jakąś potężną siłą niesamowi-cie przyśpieszył. Zaraz też objęła ich ciemność, zawładnęła nimi, oślepiła...
Arpys ogarnęła mieszanina seksualnego podniecenia, wrażenia przenikli-wego zimna i nie zidentyfikowanego bólu.
- Pomóż mi... - usłyszała. Słowa wstrząsnęły nią wypowiedziane tak nagle. Były bliskie, ich źródło tkwiło na wyciągnięcie ręki. - Pomóż - oddalały się osłabłe od brzmienia. - Arpys... - tyle było w tym tonie rozpaczy, że aż drgnęła z przestrachu. - Arpysss - dźwięk zamienił się w niekończący się, falujący grzmot, na który nie potrafiła odpowiedzieć. Wtedy zgięła kolana od gwałtownego zetknięcia się z powierzchnią ziemi. W jej oczy wtłoczyło się białe światło nagle zapalonego słońca. Z bólu zamknęła powieki. Nie wiedziała nawet, że tak może boleć światło. Po chwili, długiej jak wiek, uniosła się ciężko z ziemi. Zatoczyła się w parnym powietrzu. Z wahaniem otworzyła oczy. Stała w ciasnej uliczce Farnworth, dokładnie naprzeciw sklepu pana Shorta.
Twarda dłoń ścisnęła jej ramię. Poczuła ból i ostre szarpnięcie. Jej oczy, niczym nożyce, przecięły wściekle roześmianą twarz, należącą do potężnego korpusu Jodgea.
- A mam cię bezczelna panienko - rzucił z humorem, silniej gniotąc w uścisku jej ramię. Arpys stała zdezorientowana. Spojrzenie Jodgea zapro-wadziło ją do skurczonej na ziemi postaci. Samochód zniknął. Należał do projekcji świata ekspedytora.
- Teraz jest mi posłuszny jak pies - mruknął Jodge. - Ty też będziesz mi uległa, Arpys. Mam dla ciebie szereg niespodzianek, które zapewne cię zachwycą.
Arpys roześmiała się histerycznie. Jej usta, nos i białe czoło były jednym, nieskończonym pasmem udręki. W jej oczy wstąpiło zrozumienie, gdy zobaczyła, że leżący Rat drży w agonii.
- Potwór!... - krzyknęła. Wyrwała się z jego ramion. Jej paznokcie zdążyły jeszcze rozdrapać mu czoło.
- Ech, ty suko! - ryknął sunąc na nią ciężkim krokiem. - Będziesz jeszcze lizała moją krew!
- Stary, zboczony wieprzu... - jęknęła, kiedy szarpnął jej rękę. 
Nagle zwalista sylwetka Jodgea zatrzymała się. Wyczuł czyjąś drapieżną obecność. Odwrócił się. Z tyłu stał Jervis.
Zostaw ją - warknął cicho. 
Jodge usłuchał. Cofnął się niezgrabnie na bok.
Arpys rzuciła się do leżącego Rata. Spróbowała go podnieść. Ciało parzyło jej ręce, było wysuszone i lekkie jak ptak. W pomarszczonej twarzy widziała wąskie usta, bardziej przypominające pęknięcie, bo powleczone jakąś szarą masą, może pyłem... i pocałowała je. Zdumiona własną odwagą patrzyła z nadzieją. Jakby ta odrobina wilgoci, jej mokry język dodały im barwy. Stały się delikatnie fioletowe z odcieniem nieśmiałego szkarłatu. Zatrząsł się na jej rękach, jakby w porywie wewnętrznego wiatru. Śmierć - pomyślała.
Ciało Rata stało się mokre, mokre i ciężkie jak namoczony chleb i jak namoczony chleb przełamało jej się i runęło pomiędzy uchwytem dłoni na ziemię, z której gorączkowo próbowała kurczące się kawałki zbierać i łą-czyć... łączyć... łączyć!
Jervis delikatnie położył jej rękę na ramieniu. To ją powstrzymało. Wstała, odwróciła się i napotkała piorunujące spojrzenie Jodgea. Nikt nie mógł tak patrzeć. Nikt nie potrafił tak patrzeć!
Z przestrachem przytuliła się do brata.
Jodge roześmiał się rubasznie, bardziej podobny do nadętego worka niż do człowieku. Jego ręka wolno powędrowała do obwisłej kieszeni, skąd wyciągnął c-u-k-i-e-r-k-a... Zaszeleścił nim wysoko ponad głową, tak, żeby zamglone oczy Jervisa mogły go zobaczyć.
Straszliwa myśl przeszyła umysł Arpys...
- Chodź tu Jerrr... Dobry Jodge da ci cukierka.
Czyżby wszystkie wydarzenia, całe jej życie było wyłącznie mieszaniną wspomnień, wyobraźni i zwykłych wyrzutów sumienia tego człowieka? - z narastającą grozą pytała samą siebie.
Z najwyższym zdumieniem ujrzała, jak jej brat odchodzi. Ze zgrozą zobaczyła, jak pękł w tęczowych strzępach, a... Tam, gdzie przed chwilą stał, ziała pusta przestrzeń, zamglona jeszcze w zawirowaniach. Przeświecał przez nią szkaradny uśmiech Jodgea.
- A może ty Arpys? - zapylał, a kiedy jeszcze nie rozumiała, zaszeleścił
głośno cukierkiem. - A może ty próbujesz?
Zrozumiała i... u-c-i-e-k-ł-a...

 


Mój adres mailowy

jahusz@gmail.com



IV
11
2012
Wyniki konkursu na  zimową miniaturę
Wyniki konkursu na zimową miniaturę

Znamy już wyniki zakoń­czo­nego w marcu kon­kursu na zimową minia­turę grozy. Spo­śród dzie­więt­na­stu tek­stów dopusz­czo­nych do kon­kursu (jeden został nie­stety zdys­kwa­li­fi­ko­wany ze względu na prze­kro­cze­nie limitu zna­ków) jury w skła­dzie: Agnieszka Bro­dzik, Michał Budak oraz Rafał Siciń­ski, po nie­za­leż­nym gło­so­wa­niu przy­znało nagrody 5 autorom:

1 miej­sce Janowi Masz­czy­szy­nowi za „Szkłolud”;

2 miej­sce Rober­towi Bącz­kow­skiemuPaw­łowi Waś­kie­wi­czowi za „Śnieg”;

oraz 3 miej­sce ex aequo Mar­ci­nowi Knop­p­kowi za „Zamieć” oraz Jaku­bowi Kotowi za „Nie o taką wojnę wal­czy­li­śmy” (prze­pra­szamy jeśli źle odmie­ni­li­śmy nazwi­ska autorów).

Wszyst­kim auto­rom ser­decz­nie gra­tu­lu­jemy. W ciągu kilku naj­bliż­szych dni ode­zwiemy się w spra­wie nagród (musimy to zro­bić w odpo­wied­niej kolej­no­ści ze względu na nad­pro­gra­mowe 3 miej­sce). Wszyst­kie nagro­dzone tek­sty (a także wybrane z pozo­sta­łej pięt­nastki) zostaną opu­bli­ko­wane w ser­wi­sie, poczy­na­jąc od minia­tury „Nie o taką wojnę wal­czy­li­śmy”, która pojawi się już w sobotę.

Agnieszka Brodzik




Od 1982 roku za sprawą konkursów literackich, rozpoczęły się wielkie kariery Feliksa W. Kresa, Marka S. Huberatha, Andrzeja Sapkowskiego czy Tomka Kołodziejczaka. Konkurs literacki - czy jest to złoty środek na udany debiut?

Andrzej Sapkowski / Fot. Szymon Sokół. Wikimedia Commons. Licencja  GNU. http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Sapkowski.jpgAndrzej Sapkowski, twórca znanego bohatera książkowego, Wiedźmina, czyli Geralta z Rivii, wcale nie zajął pierwszego ani nawet drugiego miejsca w drugim konkursie literackim miesięcznika "Fantastyka". Wyniki ogłoszonego w marcu 1985 roku pojedynku na słowa i przecinki były jednoznaczne: I miejsce w konkursie zajął Marek S. Huberath, na II miejscu uplasował się Jan Maszczyszyn, a dopiero na III podium znalazł się pospołu z Aleksandrem Bukowieckim i Markiem Dyszlewskim, sam Andrzej Sapkowski, który przedstawił czytelnikom debiutanckie opowiadanie "Wiedźmin".

Przyszłość pokazała, że był to sukces na skalę międzynarodową. Wraz z "Wiedźminem" narodził się AS polskiej fantastyki. Wieść gminna niesie, że Sapkowskiemu numer "Fantastyki" z informacją o konkursie podsunął syn, wówczas trzynastoletni, któremu kupowano ten miesięcznik. Opowiadanie Andrzeja Sapkowskiego zostało szybko zauważone. Głównie dlatego, że rywalizowało z pracami w znanym conanowskim stylu. Wyróżniło się i zasłużyło na dobry debiut.

Nikt prawdopodobnie nie przypuszczał, że po pierwszym konkursie literackim, zorganizowanym przez "Fantastykę", polska proza fantastyczna zyska uznanie jeśli nie na całym świecie, to przynajmniej na Starym Kontynencie. Stało się jednak inaczej. Przygody Geralta z Rivii zostały przetłumaczone na osiem języków. Feliks W. Kres zajął się na poważnie rozwijaniem rzemiosła u młodych pisarzy, jego kącik porad najpierw na łamach "Fenixa", potem w "Magii i Mieczu", a teraz w miesięczniku "Science Fiction" stał się dla wielu piszących "do szuflady" wentylem bezpieczeństwa.

"Fantastyka" przeprowadziła dwa konkursy: pierwszy w 1982 roku, drugi zaś w 1985 roku. Redakcja "Nowej Fantastyki" postanowiła kontynuować tradycję - laureaci ostatniego konkursu tematycznego zostali ogłoszeni w 2003 roku. Po niemal pięcioletniej przerwie "Nowa Fantastyka" zaprasza wiernych i niewiernych czytelników do spróbowania swoich sił w strzelaniu do pióra! Szczegółowe informacje na www.fantastyka.pl.

W XXI wieku, prawie każdy młody autor, rozpoczyna "pisarzenie" od fantastyki. Nic w tym złego. Bo może, gdyby nie to, nie mielibyśmy wspaniałego staropolskiego pióra Anny Brzezińskiej lub mrocznych historii Łukasza Orbitowskiego, o którym mistrz horroru, Stephen King, miał powiedzieć "Who's the fuckin' Orbitowski?".

Rynek księgarski, polski fantastyczny rynek księgarski, wychodząc z poważnego regresu, stawia na młodych i zdolnych pisarzy. Nie jest to zresztą rodzima reguła. Przypadki Catherine Webb i Christophera Paolini potwierdzają tylko tą tezę. Debiutanckie tytuły znalazły się na listach bestsellerów. Oczywiście, nigdy się nie dowiemy, ile w tych książkach jest PR-u i redakcyjnych zabiegów, a ile talentu angielskiej pisarki i amerykańskiego pisarza. Pisanie powieści fantastycznych, albo całkiem inaczej: pisanie powieści fantasy, SF czy powieści głównonurtowych, nie jest najważniejsze. Trawestując znany cytat, pisać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej.




http://pl.wikipedia.org/wiki/Boles%C5%82aw_Twardowski