Strona główna‎ > ‎

Historia pisma

Redakcja z tradycjami
Ja jestem Zmartwychwstaniem” i historia parafialnej prasy

19 marca 2009 roku tytuł „Ja jestem Zmartwychwstaniem” skończył 20 lat. Gdy w Polsce rodziła się nowa, postkomunistyczna epoka, a niezależne media miały stawiać dopiero pierwsze kroki, w parafii pojawił się miesięcznik „Ja jestem Zmartwychwstaniem” założony z inicjatywy ówczesnego ks. proboszcza Ireneusza Hanzewniaka i grupy zapaleńców. Wśród nich był m.in. pan Ireneusz Kaczmarek, dzisiejszy szafarz, i państwo Janina i Andrzej Gołębniakowie (pan Andrzej – również szafarz). Trudno podać inne jeszcze nazwiska, bo być może przez skromność twórców na łamach pisma nie umieszczono stopki redakcyjnej. Pierwszy numer zawierał kilka tekstów poświęconych parafialnej wspólnocie (autorzy ks. Kuba i ks. Bernard) i harmonogram Wielkiego Tygodnia i świąt Wielkanocnych. 
Pismo było wówczas miesięcznikiem, liczyło zazwyczaj od czterech do ośmiu stron, a drukowano je aż w Krakowie. To, że cały nakład pierwszego numeru dotarł do Poznania, graniczy niemal z cudem. Ksiądz Czesław Marchewicz (alias Kuba), który go przewoził, miał wypadek. Na drogę wyjechał mu z drogi podporządkowanej maluch. By uniknąć z nim stłuczki, ks. Kuba próbował go ominąć, wpadając przy tym poślizg. Niesprzyjające warunki sprawiły, że skoda dachowała. Na szczęście ks. Kuba wyszedł z wypadku z paroma niegroźnymi obrażeniami i cały nakład gazetki dowiózł do Poznania.
Co prawda tragiczne były nasze początki. Ale szczęśliwe zakończenie było znakiem, że pomysł gazetki był niezwykle trafny. I z tym nastawieniem kolejne pokolenia przez blisko dwadzieścia lat ją współredagują.

Stan Anno Domini 2009
Jesteśmy różni pod każdym względem: płci, stanu, wieku, wykształcenia, zainteresowań i dziennikarskich doświadczeń. Łączy nas pasja zabawy słowem pisanym. Dlatego z niesłabnącym zapałem oddajemy się pracy nad pismem, które ma informować, przybliżać i zbliżać naszą parafialną wspólnotę. Wszyscy też lubimy spotkania w bibliotece proboszcza, gdzie wśród stosów książek rodzą się niezliczone ilości pomysłów. I tylko ogranicza nas limit stron, ale zdarza się, że rozbujamy się do 18 (!). Dodatkowo działa na nas unoszący się aromat włoskiej kawy i przeróżnych herbat, którymi jesteśmy częstowali. Jest to dopełniający argument, dla którego tak chętnie się zbieramy.
Nie zawsze udaje się nam spotkać co drugą środę (robimy dwutygodnik) w pełnym składzie. Nie mamy takiego obowiązku, co najwyżej wrodzone jego poczucie. Jak wiadomo, różnie w życiu bywa. Niemniej w tym samym składzie: ks. Adam Błyszcz, ks. Janusz Dyl, Danuta i Hieronim Piotrowie, Romana Zygmunt, Agnieszka Jankiewicz i od niedawna Agnieszka Gałdowska-Tarchalska udaje nam się z przyjemnością i niemalejącym entuzjazmem współpracować od ponad dwóch lat.
Zespół redakcyjny tworzą również osoby, które nigdy nie pojawiły się i raczej nie pojawią na zebraniu. Są to tzw. współpracownicy. Przeszkodę stanowią albo dzielące ich od nas kilometry, albo zbyt młody wiek. Szymona (o. Tomasza Szymczaka) nie widział nikt poza Romą, z którą chodził przez 10 lat do szkoły w rodzinnych Chojnicach. A mimo to punktualnie raz w miesiącu wywiązuje się ze swojego nadobowiązkowego zadania. Swoje korespondencje przesyłał z dalekiej Jerozolimy (rubryka Manuskrypty mnicha) lub z bliższego niego Rzymu (Z Romy do Romy). Uratował nas również w niejednej sytuacji awaryjnej.
Niepełnoletni synowie Agnieszki, a raczej ten starszy, nie są zainteresowani jeszcze uczestnictwem w kolegiach redakcyjnych i zadowalają się krzewieniem oświaty wśród najmłodszych na ostatniej stronie gazetki, przygotowując Kącik dla dzieci z krzyżówkami i rebusami. Kto wie, może kiedyś przejmą pałeczkę od nas – na razie muszą skończyć podstawówkę.
Leszek (mąż Romy) z kolei uaktywnia się dopiero, gdy komputer lub gazetowe pliki odmawiają Romie posłuszeństwa, co zazwyczaj ma miejsce w okolicach środy i czwartku przed oddaniem pisma do druku.
Zważywszy, że każdy z nas prowadzi aktywne życie rodzinne i zawodowe, zdarza się, że co któryś numer powstaje tylko w oparciu o e-mailową wymianę, parę SMS-ów i telefonów, a do tego na ostatnią chwilę. Zwłaszcza w takie tygodnie cieszy nas więc głos z zewnątrz – czyjś list, dostarczony nam wiersz, opinia, ogłoszenie. Te 12 lub 16 stron (czyli trzy lub cztery arkusze) trzeba nieodwołalnie przesłać w co drugi piątkowy ranek Mironowi do zaprzyjaźnionej cyfrowej drukarni przy ul. Pamiątkowej.
Staramy się wydawać pismo na czasie, tj. takie, które odnosi się do bieżnych wydarzeń parafialnych, kościelnych czy naszej dzielnicy. Rozmawiamy z częstymi w naszej parafii gośćmi lub przedstawiamy naszych parafian o ciekawych życiorysach czy szczególnych zasługach. Drukujemy teksty najważniejszych lub najbardziej interesujących kazań, zamieszczamy zapowiedzi wydarzeń i imprez. I stwarzamy przestrzeń na chwilę zadumy, modlitwy i wysiłku umysłowego (poezja, ciekawe myśli, modlitewnik czy quiz biblijny).

U źródła
„Ja jestem Zmartwychwstaniem” w 1989 r. powstało na mocnych fundamentach, które przetrwały lata komunizmu i wszechobecnej cenzury. Podwaliny pod parafialną prasę położyli bowiem już w latach 20. XX wieku księża zmartwychwstańcy. Gdyby więc nie ustrój polityczny, i my moglibyśmy w tym roku świętować 85-lecie.
Przed wojną co niedzielę na terenie parafii był dostępny – co ciekawe sprzedawany – „Tygodnik Kościelny Parafji Zmartwychwstania Pańskiego Poznań-Wilda”, redagowany przez księży. Choć pismo przede wszystkim informowało o wszystkich datach, zebraniach i wydarzeniach parafialnych (a w tych latach było ich doprawdy wiele, kościół pełnił rolę nie tylko centrum życia religijnego, które interesowało liczniejsze szeregi, ale i kulturalnego. Telewizorów, a tym bardziej komputerów wszak nie znano, w przykościelnej Sali parafialnej mieściło się więc kino, co najmniej raz w miesiącu odbywały się przedstawienia teatralne, akademie czy koncerty), to nie brakowało i obszerniejszych artykułów, które miały zainteresować czy kształtować moralną postawę czytelników. Korespondencje z podróży dostarczał po swoim wyjeździe z parafii ks. Franciszek Torbus – „Z pobytu za oceanem”. Przedruki zachowanych jeszcze numerów dołączaliśmy w ubiegłym roku duszpasterskim.
Historia znów zatacza koło – nie trudno o ten wniosek, słuchając ostatniego sprawozdania rocznego księdza proboszcza i czytając poniższe ogłoszenie na niedzielę 5 października 1930 roku:
Zwracamy się do Szan. Parafjan z prośbą, aby Tygodnik Parafjalny zechcieli popierać i kupować tenże, gdyż dopłata do tegoż znacznie obciąża kasę parafjalną, a przestanie wydawania tegoż byłoby przerwaniem łączności w porozumiewaniu się naszem za pomocą tegoż pisma. Wypisy z ksiąg parafjalnych zapowiedzi, ślubów i pogrzebów będą w dalszym ciągu wychodzić.

Nic lepiej nie było cztery lata później:
Ponownie zwracam się z prośbą do wszystkich parafjan, aby według własnej możności starali się rozszerzać Tygodnik Parafialny. Kasa parafjalna do tego czasu dokłada tygodniowo do tegoż Tygodnika około czterdziestu zł. Rocznie wypadałoby około dwóch tysięcy czterysta zł. Jest to suma, jak wszyscy słyszą, dosyć poważna. Wobec tego zamierzałem zaprzestać wydawać w naszej parafji Tygodnik Kościelny, lecz obawiam się, co o nas pomyślą inne parafje?
Takie biedne parafje, jak Główna i inne przedmiejskie utrzymują Tygodnik tak, że im się opłaca, a nasza parafja licząca dwadzieścia kilka tysięcy dusz miałaby go zwijać?... Zarzucanoby nam wtedy wielką obojętność dla spraw parafjalnych i dlatego na zniesienie Tygodnika Kościelnego godzić się stanowczo nie możemy.
Jest w naszej parafji przeszło pięć tysięcy rodzin, gdyby każda rodzina starła się mieć u siebie tygodnik, to wtedy z Tygodnika Kościelnego byłby jeszcze dochód na biednych. Wymówki, że chłopak Tygodnika nie przyniósł do domu nie są uzasadnione, gdyż w niedzielę można tenże kupić przed kościołem lub w zakrystji. Proszę, więc o większe zainteresowanie się sprawą parafjalną, jako sprawą katolicką i dobrą sprawę zawsze popierać.

I jeszcze z tego samego okresu, widać apele nie przynosiły żądanego skutku:
W sprawie Tygodnika Parafialnego podaje się Drogim Parafjanom do wiadomości, że w ubiegłym tygodniu roznosiciele powinni go byli dostarczyć każdej rodzinie w parafji. Gdyby komu Tygodnika nie dostarczono – niech zgłosi swój adres w biurze paraf. Opłatę za gazetkę należy składać t y l k o do puszki roznosiciela i nie żałować tych 10 czy choćby 5 groszy, bo koszta druku i roznoszenia są znaczne i jak w tym tygodniu – suma zebrana za gazetkę pokryła coś więcej jak połowę wydatków.
Rodziny biedne, które pragną czytać Tygodnik Parafialny, a nie są w stanie płacić za tenże, niech się zgłoszą do biura parafjalnego celem wpisania swego nazwiska na otrzymanie tegoż Tygodnika Parafjalnego bezpłatnie.
Niech wszystkie rodziny w naszej parafji chętnie czytają Tygodnik Parafjalny, gdyż w nim wychodzić będą wiadomości tyczące się życia katolickiego, które każdy parafjanin powinien znać.

Od czasu do czasu więc ponawiamy na łamach lub z ambony apel sprzed 75 lat. Zależy nam, aby „Ja jestem Zmartwychwstaniem” było postrzegane jako pismo wspólnoty, o której i dla której się pisze.

Za przyzwoleniem i w imieniu zespołu
Romana Zygmunt i Agnieszka Gałdowska-Tarchalska


Comments