nowości







Krzysztof „Jary” Jaryczewski

opublikowane: 18 sie 2011, 07:07 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 18 sie 2011, 07:20 ]

wystąpił na III edycji Day Without Drugs w Miejskim Domu Kultury w Stalowej Woli.
Day Without Drugs, czyli Dzień Bez Narkotyków to inicjatywa Tomasza Tymańskiego. Ten młody człowiek zajmuje się walką z narkotykami, między innymi poprzez spotkania z uczniami w szkołach. A przed trzema laty wraz z kolegą, narobili sporo szumu filmem „Datur”. Nakręcony aparatem cyfrowym „Datur” pokazywał nałóg i upodlenie z tym związane, jakie przeżył Cezary. Film jest „mocny”, można go obejrzeć w Internecie. Życie dopisało do historii Cezarego happy end, udało mu się wyjść z nałogu. 


Człowiek z nożem w duszy

opublikowane: 27 lut 2011, 06:23 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 27 lut 2011, 06:54 ]


http://i.wp.pl/a/f/jpeg/24891/jup_noz_reka_morderstwo_580.jpeg
Michał był po ciężkich doświadczeniach, choć miał zaledwie dwadzieścia kilka lat. Jego biologiczny ojciec był pijakiem i odszedł z domu, gdy Michał był małym dzieckiem. W sumie nic niezwykłego. Statystyczna rzeczywistość wielu polskich rodzin. Matka miała jeszcze jednego syna i próbowała sobie radzić, jak umiała. A umiała funkcjonować w związkach ze współuzależnieniem. Wyszła więc z czasem ponownie za mąż. Obiecała tylko sobie, że nie będzie to alkoholik. Jej drugi mąż miał jednak inny problem — lubił małe dzieci. Dwójkę swoich biologicznych dzieci molestował seksualnie przez kilka lat.

Michał na to patrzył i czuł, że musi coś z tym zrobić, ale był taki bezsilny. Jego rodzony brat niebawem zaczął ćpać, a choroba powoli odbierała mu rozum i zdrową perspektywę na życie

Historia byłego geja

opublikowane: 15 sty 2011, 09:59 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 10 lut 2011, 04:24 ]



H
istoria byłego homoseksualisty Christophera Yuana.
 Nagranie to pochodzi z 2007 roku. Można je pobrać jako MP3 lub obejrzeć FILM
                              
link do wideo - KLIKNIJ

link do  mp3 - KLIKNIJ

TRUDNE DZIECKO BOGA

opublikowane: 28 wrz 2010, 06:10 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 6 paź 2010, 08:34 ]

Marka spotkałem na obozie w Zatoniu, niedaleko Drawska Pomorskiego. Wesoły, ciepły i miły chłopak. W żaden sposób nie wyglądało na to, że kiedyś tkwił w bagnie narkotyków.


                                                                                                                                                 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                Awangarda

Polska lat 80. W sklepach puste półki. W sercach niepokój o przyszłość. W powietrzu unosi się smutna nuta beznadziei. Szare blokowiska i popękane płyty chodnikowe nie napawają optymizmem. Jedni czerpią sens życia z walki z systemem, inni ze zdrowych więzi rodzinnych, ale są i tacy, którzy tego sensu nie widzą w ogóle.

Ojciec Marka jest alkoholikiem. Wcześnie umiera. Matka ciężko pracuje na trzy zmiany, aby utrzymać jego i brata. Zazwyczaj nie ma jej w domu. Często płacze, gdyż ciężko jej związać koniec z końcem. W obecności dzieci stara się być silna i optymistyczna. Marek wspomina ją jako dobrą kobietę, która bardzo starała się być dobrą matką. Wychowuje go jednak ulica i tam uczy się życia. Złego życia. Wypróbowaną i łatwo dostępną atrakcją jest alkohol. Dla koneserów są narkotyki. Ci, którzy ćpają, to awangarda. To oni zażywają pełni „szczęścia i wolności”. Tak się przynajmniej czują. Marek jest jednym z nich. Jeszcze nie wie, że to, co tak przyjemnie się zaczyna, tak podle się kończy.

Chłopak gra w przyzakładowej drużynie piłkarskiej. Zarabia równowartość pięciu pensji górniczych. Ma dużo pieniędzy i „przyjaciół”, którzy do niego lgną, bo kupuje im „działki”. Sam każdego dnia bierze. Gra w piłkę powoli staje się fikcją. Zwalnia się z meczy, unika treningów. Grając na gitarze w zespole punkowym, wciąż jednak należy do elity.

Markowi i jego dziewczynie rodzi się dziecko. Mają po 17 lat. Z materialnego punktu widzenia mają warunki, by stworzyć szczęśliwą rodzinę. Ewa liczy, że małżeństwo go uzdrowi i wyprowadzi na prostą drogę. Myli się jednak. Emocje powichrowane przez używki nie kierują go na rodzinne szlaki. Dziecko jedynie komplikuje młodzieńczy związek.

Otwarty worek

Mimo wysokiej pozycji w towarzystwie Markowi jest źle. Próbuje ogarnąć swoje życie, ale zmienne emocje, brak wzorców nie pozwalają mu wyłonić stabilnego szkieletu, na którym mógłby coś zbudować. W tym, co robi, nie ma logiki ani rozsądku. Kierunek w życiu wyznaczają mu jego oczy i odczucia. Brak mu wewnętrznej mądrości. Dopada go hasło: żyj szybko, kochaj mocno i umieraj młodo. Czuje, że się stacza. Boi się, bo chce żyć, ale nie potrafi. Ma silną depresję. Jest mu szkoda Ewy, bo dziewczyna jest dobra. Nie ćpa, nie pije. Kocha dom. Jest jednak bardzo nieszczęśliwa. Dlaczego ja to wszystko robię? — Marek zadaje sobie pewnego dnia pytanie. Rodzi im się drugie dziecko. Spogląda na małego Artura i Dawida i jakby przez mgłę przedziera się do jego świadomości myśl, że normalne życie — z żoną i dziećmi — jest fajne. Jego dobry kolega z osiedla, też Marek, pojechał leczyć się do ośrodka dla narkomanów i właśnie z niego wrócił. Już nie ćpa. Kumple mówią, że mu odbiło i chodzi teraz z Biblią w ręku.

Narkomanów obiega przerażająca wieść o wirusie HIV. Marek nagle dowiaduje się, że jeden kolega jest „trafiony”, potem drugi i trzeci. Zarażanie powoduje kompot — heroina produkowana metodą domową, podawana w brudnych strzykawkach. Sam ją rozprowadza. Jest tania, a przez to łatwo dostępna. Życie komplikuje się coraz bardziej.

W tym czasie uczy się w szkole w Tychach. Ćpa, cierpi samotność, poczucie winy i beznadzieję. Narkotyki pomagają mu ukoić ból. Często myśli o początkach przygody ze strzykawką. Jedni brali raz i mówili „dziękuję”. Większość jednak przekroczyła drzwi do świata ułudy i w nim pozostała. Brali twardo do końca. Już ich nie ma. Mieli po 20 lat. Umierali zarówno chłopcy, jak i dziewczyny. Marek naliczył ich pięćdziesięcioro. — Byli moją rodziną. Ten worek otworzył się, gdy miałem 17 lat. Nigdy nie chodziłem na ich pogrzeby. Bałem się. Byłem bezsilny wobec nałogu — wspomina.

Wśród tych, co grzali, były osoby z kiepskich domów, ale i z ustawionych rodzin. Zdarzało się, że niektórzy dostawali pieniądze na działkę od rodziców. Znajdowali je codziennie rano na stole. — Ci, co mieli większy komfort ćpania, szybciej umierali. Ci, co dostawali kopa od rodziców i lądowali na ulicy, częściej się opamiętywali — mówi Marek.

Nawróć mnie, proszę

W ręce wpada mu ulotka przedstawiająca człowieka zakładającego różne maski. Obok jest droga prowadząca w kierunku krzyża. Marek jest u znajomego. Właśnie sobie „puknęli”. Pomimo zamroczenia do jego świadomości dociera myśl, że ta ulotka jest o nim. Niestety, to nie sumienie, ale utrwalone nawyki wyznaczają styl życia. Obiecuje sobie, że jak spotka drugiego Marka, tego, który właśnie ukończył leczenie, to powie mu, co myśli o jego nawróceniu. Jednak w konfrontacji z tamtym zamiast wyzywać go od idiotów, mówi coś zupełnie przeciwnego: — Marek, nawróć mnie, proszę, bo ginę.

W nocy intensywnie myśli. Nie śpi. Tęskni za wolnym życiem. Czuje odpowiedzialność za rodzinę. Skorupa pęka. Serce wali mu mocno. Nie wie jednak, co i jak ma robić. Chce się spotkać z drugim Markiem. Umawia się z nim na wtorek na 16.00. Tego dnia bierze wózek z małym Arturem i wychodzi z domu. Po drodze chce jednak jeszcze coś załatwić. W centrum Pszczyny znajomy produkuje „towar”. Zatrzymuje się u niego na chwilę. Wkrótce odpływa. Zapomina o spotkaniu i o całym świecie. O 19.00 wychodzi z wózkiem z bramy i natrafia na Marka. — Gdzie byłeś? Szukam cię od kilku godzin — mówi tamten. Idą razem do domu. Zaczyna się od awantury z żoną: — Gdzie byłeś?! Co robiłeś?! Czy Artur coś jadł?! Marek nic nie pamięta. Nie wie, czy Artur coś jadł. Idą do drugiego pokoju. Rozmawiają. Wyleczony Marek opowiada o duchowym wyzwoleniu. Po dłuższej rozmowie obaj padają na kolana. Modlą się. Mają po 22 lata. Chory Marek po modlitwie jakby unosił się metr nad ziemią. Przestaje brać. — To był taki feeling, że wszystkie narkotyki razem do kupy nie dawały takiego speedu — wspomina.

Ewa widzi zmiany. Powstaje grupa czterdziestu młodych ludzi, którzy wspólnie modlą się. To, co robią, to nie religia. Są z dala od teologii i Kościoła. Jest to ruch serc. Nikt nie myśli o obciachu. Ludzie są ratowani. Kolejne osoby wychodzą z nałogu. W przypadku Marka wolność trwa jednak tylko trzy miesiące. Znowu zaczyna się staczać. Ewa to widzi i jest przerażona. Ostatniego dnia października każe mu się wyprowadzić z mieszkania i wiąże się z jego dobrym kolegą.

Wszystko się wali. Marek traci rodzinę i mieszkanie. Wyrzucają go z drużyny piłkarskiej z powodu braku formy. W dodatku pracuje w jednej brygadzie z Olkiem, nowym chłopakiem swojej żony. Kilka razy chce go zepchnąć z budynku. Postanawia pójść po pomoc do Kościoła. Tam dostaje nocleg i wsparcie.

Marek próbuje poukładać sobie życie. Zapisuje się do ogólniaka. Wcześniej nie było na to czasu. Nie może jednak uporać się psychicznie z rozpadem związku. Zaczyna znowu brać. Czuje się niezrozumiany. Ludzie w Kościele nie potrafią mu pomóc. Pytają go jedynie zdziwieni: To ty, bracie, wciąż bierzesz? Dlaczego? A on sam nie potrafi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Potem obraża się na wszystkie osoby, które mu dotąd pomogły, kłóci się z nimi, a w końcu okrada swojego przyjaciela na dużą kwotę pieniędzy. Pali wszelkie mosty. Znowu idzie ostro w narkotyki. Przez kilka lat jest w ciągu. Ludzie nie chcą z nim przebywać. Jego twarz przeraża. Ma ksywę „Kiler”. Jedynie płacz matki jest dla niego bodźcem do zmian, większym niż wszelkie napomnienia, uwagi, krzyki. Podczas gdy ona śpiewa pieśni nadziei, on skręca się na głodzie w strachu przed policją. Więzienie ratuje mu życie. Niestety, po wyjściu na wolność pierwsze kroki kieruje do „bajzlu”, aby wziąć działkę. Więzienie chroniło go przed braniem, ale nie zmieniło jego nawyków. Psychicznie jest wciąż uwikłany w mechanizmy nałogu.

Przerwany detoks

Nadchodzi moment przełomowy. Spotyka dziewczynę, którą znał z „bajzlu”, która kiedyś była na dnie. Prostytuowała się dla narkotyków. Teraz jest odmieniona. Wygląda inaczej. Inaczej mówi. To dodaje mu nadziei i otuchy. Poza tym nie może zapomnieć o trzymiesięcznym okresie wolności, jaki pojawił się po spotkaniu ze zdrowym Markiem. Zaczyna wracać. Myśli o ośrodku. Trudno tam jednak się dostać. W załatwienie ośrodka trzeba włożyć dużo wysiłku, a potem czeka się miesiącami czy nawet latami. Marek w tym czasie nie potrafi bez narkotyków zawiązać nawet sznurowadeł. Ćpa już nie dla przyjemności, ale po to, aby móc funkcjonować. Jest coraz gorzej. Jeden z kolegów odstępuje mu miejsce w ośrodku w Wapiennicy. Marek idzie na detoks. Sprawy idą w dobrym kierunku. Jednak tuż przed wyjazdem do ośrodka znowu bierze. To mu może zamknąć drzwi. Na szczęście przyjmują go dopiero następnego dnia, kiedy już dochodzi do siebie.

W ośrodku uczą go rozumieć mechanizmy uzależnienia, w które się uwikłał. — To ty masz znaleźć sposób na swoje wyleczenie — mówią mu. Po pewnym czasie cała grupa jedzie na wycieczkę do Kołobrzegu. Jeden z uczestników terapii jest w ośrodku wbrew własnej woli. Strasznie się męczy. Chce się wydostać. Marek przez kilka chwil znajduje się z nim sam na sam. Wypalają razem trawę. Chłopak, który poczęstował Marka trawą, zostaje wyrzucony z ośrodka, bo zrobił jakiejś dziewczynie dziecko. Po kilku miesiącach stara się ponownie o przyjęcie. Społeczność zadaje mu pytania. Wówczas wychodzi na jaw kwestia wspólnego palenia trawy w Kołobrzegu. Teraz z kolei wylatuje Marek. Prawo w ośrodku jest proste jak 10 przykazań — pełna wstrzemięźliwość. Marek nie kończy terapii. Sięgając po skręta z marihuaną, podjął decyzję.

Na zewnątrz nie może odnaleźć siebie. Z ludźmi na ulicy rozmawia się inaczej niż z tymi w ośrodku. Nie słuchają, przerywają, nie zastanawiają się za wiele. Biegają, nie mają czasu, aby wysłuchać, a jak wysłuchają, to źle zrozumieją i potem obgadują. Ludzie w ośrodku byli wspólnotą. Ufali sobie nawzajem i troszczyli się o siebie. Byli do bólu uczciwi i szczerzy. Chłopak opowiadał o tym, jak odcinał swojego ojca ze sznura. Drugi o tym, jak zabił swojego brata. Marek uważa, że większość osób powinna przejść terapię w ośrodku, aby zrozumieć, co się dzieje w nich samych.

Jestem w drodze

Marek od wielu lat nie ćpa. Pytam go o moment, w którym stał się wolnym człowiekiem. — Takiego momentu nie było nigdy. Wciąż jestem w drodze. Jak jestem z Bogiem, to jest dobrze, jak nie jestem z Nim, to jest źle. Sukces nie polega na tym, że od 10 lat niczego nie wziąłem, ale na tym, że zbliżam się każdego dnia do Niego, a On mnie uwalnia. Jestem trudnym dzieckiem Boga. Wiem, że On jest dla mnie jedynym ratunkiem. Gdybym nie miał dzisiaj tej nadziei, to idę się zabić. Życie bez nadziei, w lęku jest bez sensu. Czasami płaczę nad sobą, bo nie wiem, jak mam żyć, nie wiem, co mam dalej robić ze sobą, bo nienawidzę tego, co robię. W ośrodku nauczyłem się jednak potępiać to, co złe w moim życiu, i nie tracić poczucia własnej wartości. Przez większość czasu jest dobrze. Są momenty trudne jak u każdego. Moja przeszłość sprawia, że konsekwencje moich upadków są większe, ale cała ta sytuacja ma swoje dobre strony. Widzę wyraźnie, kiedy jestem z Bogiem, a kiedy nie. Może inni ludzie, przez to, że nie upadli kiedyś aż tak nisko, mają większą skłonność do oszukiwania siebie i usprawiedliwiania się, że nie robią nic złego, a przez to nie czują się słabi, nie szukają pomocy. Wiele osób dostrzega swoją wartość w swoich działaniach, a to nie zawsze jest wymierne, bo czasami robią rzeczy dobre, podczas gdy wewnątrz są przesiąknięci zazdrością, nienawiścią czy obojętnością wobec innych.

Marek od wielu lat jest odpowiedzialną osobą. Wciąż szlifuje swój gitarowy warsztat. Ma mądrą żonę, dziecko, dobrą pracę i wielu przyjaciół. Pozostała mu jednak pamiątka ze starego życia — jest nosicielem wirusa HIV. Z żoną nie boją się jednak przyszłości. Mają siebie i Boga. — Wiara jest szaleństwem — uśmiecha się Marek.

Maciej Strzyżewski

ŹRÓDŁO

Obrazek "http://cache.wysylkowa.pl/cache.php?f=http://wysylkowa.pl/o/d2/8/826118.JPG" nie może zostać wyświetlony, ponieważ zawiera błędy.
POLECAMY
książka biograficzna

Niesamowita historia gwiazdy rocka (gitarzysty rytmicznego grupy KORN) , który stracił kontrolę nad własnym życiem; o uzależnieniu od narkotyków i cudownym wybawieniu mocą Chrystusa. W swojej, miejscami brutalnej, autobiografii ...


  DOPALACZE !!!


                           

Wejść do klatki z lwami

opublikowane: 30 sie 2010, 04:28 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 30 sie 2010, 04:36 ]

Czy dopalacze są „niewinne”, kto stoi za wróżeniem z kart i czym grozi przewidywanie przyszłości? Rozmowa z LESZKIEM „KORZENIEM” KORZENIECKIM.

- Masz sporą wiedzę, jeśli chodzi o narkotyki. Teraz można legalnie kupić dopalacze. Czy twoim zdaniem dopalacze są równie niebezpieczne jak narkotyki?


http://www.sztafeta.pl/plugins/content/mavikthumbnails/thumbnails/200x141-images-gotek-korzen.jpg
- Ludzie stojący za tym przemysłem stwierdzają, że to produkt kolekcjonerski, nie do spożycia. To związane jest z chęcią uniknięcia konsekwencji prawnych w przypadku nieprzewidzianych kłopotów zdrowotnych i psychicznych konsumentów. Zdają sobie sprawę, że dopalacze niszczą życie ludzi, więc umieszczają ten napis: „Produkt kolekcjonerski”. Ta logika zdradza, że producenci są świadomi zagrożeń zdrowotnych i boją się roszczeń prawnych ze strony osób, które się uzależnią.

- Można się uzależnić od zwykłych dopalaczy?


Startujemy już 16.08.10!

opublikowane: 21 lip 2010, 07:42 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 21 lip 2010, 08:41 ]

DAY  WITHOUT  DRUGS
          16 sierpnia o 16.oo wystartuje druga edycja DAY WITHOUT DRUGS.
Tym razem przygotowaliśmy dla was jeszcze więcej atrakcji.
Więcej niespodzianek i prezentów.

datur  2010
 Gwiazdą wieczoru będzie postać niezwykła - Korzeń

W wieku lat 13 byłem satanistą, który pił zwierzęcą krew. Rok później byłem uzależniony praktycznie od wszystkich używek. W swoim środowisku traktowano mnie jako guru - mówi Leszek „Korzeń” Korzeniecki. Seks, dragi i rock and roll - to było moje motto, od kiedy skończyłem 12 lat. Wydawało mi się, że tylko o to w życiu chodzi - opowiada „Korzeń”. Całe dzieciństwo snuliśmy się z kumplami po polach, uciekając przed pijanymi ojcami. Jako nastolatek wiedziałem już, że ludzie to egoiści, a życie jest przerażające i nie ma sensu. Uległem modzie na heavy metali satanizm. Ściany piwniczki koło naszego domu wymalowałem krwią- mówi Korzeń. - Tam medytowałem, składałem ofiary ze zwierząt i piłem ich krew.
słuchaj


NIE MOŻESZ TEGO PRZEGAPIĆ!































Uzależniony od heroiny

opublikowane: 1 maj 2010, 22:10 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 2 lip 2010, 04:16 ]






     Moja historia z narkotykami zaczęta się w wieku 18 lat. Wówczas po raz pierwszy spróbowałem, i w krótkim czasie stałem się narkomanem. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że narkomania ma swoja przyczynę w duchowej pustce, spowodowanej przez brak modlitwy, miłości i sensu życia, czyli przez brak szczerej wiary w Boga. Prawdziwe narkotyki, a więc proszki, pastylki czy "trawa" są tylko próbą wypełnienia duchowej pustki, spowodowanej przez brak otwarcia się na miłość Jezusa. Dzisiaj już wiem, ze tę pustkę może zapełnić tylko Jezus Chrystus. Najgłębsze przyczyny narkomanii sięgają czasu mojego dzieciństwa. Wtedy pojawiły się pierwsze kłamstwa, kradzieże i lęki - wszystkie je bardzo dokładnie pamiętam.

     Oszukiwałem swoich rodziców, aby ukryć prawdę o moim fatalnym zachowaniu w przedszkolu, czy później w szkole. Kłamałem, aby ukryć swoje złe zachowanie czy słabą ocenę, lub znaleźć wytłumaczenie, gdy wracałem do domu znacznie później, niż obiecałem rodzicom.

     W dzieciństwie wykorzystywałem okresy, w których rodzice kłócili się, i potem przez jakiś czas ze sobą nie rozmawiali. Szybko zorientowałem się, że jest to doskonała okazja, aby zdobyć coś dla siebie. Prosiłem ojca, a on kupował mi różne zabawki i rzeczy, zabraniając mówić o tym mamie. Oczywiście potem prosiłem również mamę i znowu dostawałem to, co chciałem, pod warunkiem, że ojciec nie pozna "naszej" tajemnicy. Krótko mówiąc, dla osobistych korzyści posługiwałem się kłamstwem. Chciałem żyć łatwo i przyjemnie. Uciekałem od wszystkiego, co mogło wiązać się z trudem, ciężką pracą, wysiłkiem i cierpieniem.

     Dzisiaj zdaję sobie sprawę również z tego, że nasze życie rodzinne niszczyła telewizja, a to dlatego, że oglądaliśmy prawie wszystko: wojny, przygody Tony Halika, zamachy terrorystyczne, wiadomości sportowe itp. i dwa, trzy seriale dziennie. Telewizor był nieustannie włączony, i nawet gdy siedzieliśmy za stołem, to on był najważniejszy, a kiedy czasami mama zniecierpliwiona wyłączała go, następowała cisza tak straszna, że ciężko było mi wytrzymać. Dopiero dzisiaj rozumiem, jak fatalnie telewizja wpłynęła na nasze życie rodzinne.

     Nie rozmawiałem z rodzicami o moich problemach i o moim życiu. Między nami nie było zaufania. Jeżeli zdarzyło się, że zaczęliśmy rozmawiać, to dialogi były pełne wzajemnych pretensji i złych emocji. Unikałem takich rozmów i izolowałem się w świecie muzyki i filmu. Będąc nastolatkiem, do domu wracałem coraz później. W wieku 17-18 lat dom rodziny stał się dla mnie hotelem, w którym tylko spałem, jadłem i dostawałem pieniądze.

     Innym moim problemem były lęki. Od dzieciństwa czułem bardzo silny brak miłości ojca, jego uczuć, zdecydowania, rad i obecności. Gubiłem się we wszystkich rzeczach wymagających zdecydowanego działania. To rodziło wiele niepewności, lęków, poczucie coraz większego osamotnienia.

     Oczywiście, na zewnątrz nie dawałem nawet poznać po sobie, co nosiłem w środku. Nakładałem maski. W domu udawałem, że wszystko jest w najlepszym porządku, że nie mam żadnych problemów. Rodzice byli pewni, że byłem świetny w szkole, że szedłem prostą drogą do celu, że przyszłość układa się przede mną dokładnie, jak w filmie czy w bajce. Oni byli tego pewni!

     W szkole byłem przemądrzałym uczniem, który znał się najlepiej na wszystkim, najlepszym, gwiazdą i "the best". Specjalną maskę zakładałem w obecności dziewczyn. Przebywanie z nimi nobilitowało mnie, starałem się zachowywać przed nimi tak, aby zwrócić na siebie ich uwagę. A kiedy udało mi się zbliżyć do którejś z dziewczyn, odgrywałem zawsze rolę chłopaka czułego i dobrego. Po jakimś czasie spostrzegłem, że maski przyczepiały się do mnie jedna po drugiej, co sprawiało, że nie byłem sobą, brakowało mi szczerości i otwartości. Tak naprawdę, czułem lęk we wszystkich jego kolorach i odmianach: przed odpowiedzialnością, przed osądem drugich, lęk przed tym, że odkryję, kim naprawdę jestem.

     Takie były skutki mojego życia bez Boga - ciemności ducha, które powoli ogarniały coraz większą część mojej osoby. W ten sposób rozpoczynał się najtragiczniejszy i najbardziej mroczny okres mojego życia.

     W trzeciej klasie liceum pojawiły się problemy w szkole, po prostu z lenistwa nie chciało mi się uczyć. Trzecią klasę musiałem powtarzać trzy razy. W sumie, dopiero po sześciu latach zdałem maturę, będąc już narkomanem. Pamiętam, jak po niepowodzeniach w szkole spotykałem się z przyjaciółmi, którzy mieli podobne problemy, z reguły była to dziewiąta lub dziesiąta godzina wieczorem. Zwykle jechaliśmy na plażę na gdańskich Stogach, dokąd było najbliżej. Tam po raz pierwszy wypiłem sporo alkoholu, również wtedy ktoś dał mi pierwszego jointa. Po raz pierwszy nie wróciłem na noc do domu. Innym razem ktoś poczęstował mnie LSD lub podzielił się porcją halucynogennych grzybów, ktoś inny podał mi strzykawkę z heroiną. Zacząłem wtedy pełnymi garściami korzystać z tego, co oferowali mi starsi koledzy. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Wydawało mi się to wtedy proste, trzeba iść na maxa i używać, ile się da, życia i przyjemności. (...)

     Wydawało mi się wtedy, że narkotyki są dla mnie najlepszym rozwiązaniem moich problemów, ponieważ dają chwilową przyjemność i zapomnienie. Początkowo, dzięki narkotykom czułem się swobodny i bezpieczny w sytuacjach, w których nigdy taki nie byłem. Łudziłem się, że mogę w ten sposób rozwiązać wszystkie swoje problemy i trudności. Po wzięciu narkotyków było odlotowo, gorzej było potem, gdy przestały działać. W przeciągu jednego roku stałem się narkomanem uzależnionym od heroiny. Na początku nawet się tym nie przejąłem, że jestem uzależniony. Kiedy przychodziły momenty kryzysowe, potrafiłem na jakiś okres przestać i żyć dalej, na pozór normalnie w rodzinie, w szkole, z dziewczyną, z przyjaciółmi. Znajdowałem jeszcze dość siły na sport i moje hobby - film. Ale w miarę upływu czasu, wszystkie moje myśli nieustannie dążyły tylko do jednego - za wszelką cenę muszę mieć heroinę. To właśnie ona stała się najważniejsza w moim życiu. Powoli, krok za krokiem, oddawałem jej wszystko, co miałem. Zaczęła ze mnie wysysać całe dobro, radość, szczęście i życie. Dla zdobycia narkotyku wydawałem wszystkie zarobione pieniądze, potem zaczynałem kłamać coraz więcej i więcej, aby zdobyć pieniądze na narkotyk, dopuszczałem się kradzieży, oszukiwałem bliskich, stawiałem na pierwszym miejscu tylko móją potrzebę zdobycia narkotyku. Stałem się niesamowitym egoistą. Na każdą przyjaźń patrzałem interesownie, co ja z tego będę miał, jakie może mi to przynieść korzyści.

     Pojawiały się wtedy we mnie bardzo silnie uczucia zazdrości, zawiści, zaczynałem nienawidzić drugich nawet za to, że mieli coś, czego ja nie miałem. Czułem, że staję się wrogiem każdego. Rodzice nieraz mi wtedy powtarzali, że źle mi z oczu patrzy albo, że diabeł wstąpił we mnie. Kiedy mnie o coś pytali, patrzałem tylko nieufnie, ze strachem, że znów odkryją kolejny mój grzech, a wtedy byłem gotów gryźć i szarpać. Przy tym, stałem się tak znerwicowany, że dostawałem drgawek mięśni i tików nerwowych. Kiedy byłem sam, opanowywało mnie uczucie nieograniczonego smutku, rozpaczy i braku nadziei. Próbowałem wtedy zbliżyć się do kogoś, znaleźć dziewczynę, być z kimś blisko, ale to nie wychodziło, bo w sercu nie miałem ani krzty miłości. Wszyscy byli zdumieni moją zmianą, żadna dziewczyna nie była w stanie ze mną wytrzymać, bo nie znajdowała we mnie miłości, spokoju i oparcia.

     To było bezpośrednie zetknięcie się z tajemnicą zła. Doświadczyłem go realnie i rzeczywiście, stałem się jego niewolnikiem, nosiłem je w sercu, i tylko zło widziałem wokół siebie. Całe życie straciło sens, stało się puste, głuche, ślepe i przeraźliwie smutne. Czułem straszny ciężar i ból żyjąc bez wiary, nadziei i miłości. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek z tego się wydostanę, że przebiję się do świata ludzi szczęśliwych, radosnych, pogodnych, kochających, życzących sobie nawzajem dobrze. W tym przerażającym zniewoleniu przez narkotyki żyłem przez dziewięć lat. Było coraz ciemniej, coraz gorzej, powoli zbliżałem się do śmierci. Gdy otarłem się o śmierć, czułem, jakbym żegnał wszystkich i odchodził długą, prostą drogą przez puste pola i od czasu do czasu oglądał się za siebie. I wtedy przychodziła odrobina życzliwości dla tego świata. Było to strasznie przygnębiające - być samemu, zupełnie samemu, bez żadnego głosu, który mówiłby do ciebie, czy oczu, które by na ciebie patrzyły, ręki do ciebie wyciągniętej.

     Moi rodzice, kiedy odkryli, że jestem narkomanem, doświadczyli również wielkiego cierpienia. Widzieli, że zło, które tkwiło we mnie było tak silne, że nie mogli zrobić z nim właściwie nic, byli bezradni i zrozpaczeni. Cierpieli szczególnie, kiedy widzieli mnie ze strzykawką w ręku, padającego nad wanną, po której spływały strużki i krople krwi, które bezradnie i bezskutecznie, półprzytomny, próbowałem zmyć. Cierpieli, kiedy po kolejnych próbach skończenia z nałogiem, wciąż na nowo zaczynałem brać heroinę, za każdym razem pogrążając się coraz głębiej, a oni byli bezsilni, ponieważ nie mogli w żaden sposób, wyrwać mnie z tej przerażającej niewoli.

     Rodzice doświadczyli wstydu przed osądem drugich, ukrywali przed znajomymi, że ich syn jest uzależniony od heroiny i można go czasami zobaczyć na dworcu kolejowym, na uliczkach Starówki, słaniającego się na nogach i próbującego przejść przez jezdnię. W pewnym sensie cierpienie scaliło ich trochę. Podejmowali wspólne wysiłki, aby mi pomóc, próbowali zrobić coś razem! Przez długi czas nie dawało to żadnych rezultatów. Wtedy zaczęli się modlić.

     Dopiero po pewnym czasie w pełni sobie uświadomiłem, że jestem wśród narkomanów, gdzie do leczenia narkomanii nie stosuje się żadnych środków farmakologicznych, lecz jedynym lekarstwem jest miłość Jezusa. Cała wspólnota przyjęła mnie takiego, jakim byłem, i w zamian za zło i bezradność, które z sobą przyniosłem, oferowała mi sposoby walki o moje dobro, o moje szczęście i mój pokój. Na początku było bardzo ciężko zaakceptować każdy dzień. Ciężko jest zaczynać od początku, a musiałem zacząć budować siebie od zera. Czułem się jak bezradne dziecko, niezdolne do niczego. W dodatku na samym początku brak narkotyków sprawiał mi cierpienie nie do wytrzymania. Wcześniej żyłem w świecie, w którym były narkotyki, muzyka, film, alkohol, telewizja, seks, papierosy, gazety. Kiedy znalazłem się na odwyku, zostałem pozbawiony tego wszystkiego, czym dotychczas żyłem. Był to dla mnie ogromny szok. Odczuwałem niezwykle boleśnie brak tych rzeczy, które do tej pory były główną treścią mojego życia. Korzystałem z nich, one wypełniały mi dzień, z nich było skonstruowane moje życie, a tu nagle zostałem ich wszystkich pozbawiony. Dla każdego narkomana, pierwsze miesiące nowego życia  są niezwykle trudne do zaakceptowania. Nie ma tu telewizji, radia, gazet, nie można wychodzić na zewnątrz bez specjalnego pozwolenia, nie można w ogóle palić papierosów i pić alkoholu, w tym również piwa. Regulamin dnia jest wymagający:  Dużo jest modlitwy i ciężkiej fizycznej pracy.

     Na początku czułem się obco i nieswojo pośród uśmiechniętych i radosnych kolegów, którzy byli starsi stażem pobytu. Dzielił mnie od nich mur nieufności. Nie mogłem ścierpieć ich radości życia, wydawało mi się to nienormalne. Przede wszystkim nużyła mnie modlitwa, często spałem podczas niej, w pracy nie mogłem się skupić. Podczas posiłków milczałem, nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Każdy nowo przybyły otrzymuje opiekuna, tak zwanego "anioła stróża", który nie odstępuje na krok swojego podopiecznego. Moim "aniołem" był chłopak z Włoch, który towarzyszył mi wszędzie i był bardzo stanowczy, dzięki temu pomógł mi przetrwać najbardziej kryzysowe momenty.  

     Wyznałem Jezusowi wszystkie moje grzechy. Był to przełomowy moment mojego wyzwalania się z niewoli narkomanii. Od tego czasu doświadczam w sobie nieustannej duchowej przemiany dzięki miłości Jezusa. To sam Jezus, swoją miłością, nieustannie leczy rany mojego serca, przez modlitwę, oraz daje niesamowitą radość życia i wolność ducha. To, co wcześniej wydawało się niemożliwe, bo przecież wielokrotnie bezskutecznie poddawałem się leczeniu, stało się możliwe dzięki przyjęciu miłości Jezusa. Wiem, że moje leczenie tym jedynie w pełni skutecznym lekarstwem, powinno trwać aż do końca ziemskiego życia.  Każdego dnia staram się podczas pracy i modlitwy angażować na sto procent, wkładać całe serce w to, co w danej chwili robię, przebaczać wszystko wszystkim, prosić o przebaczenie tyle razy, ile zawiniłem. Staram się również oddawać potrzebującym swój czas, nawet jeśli to kosztuje mnie godzinę snu, lub grę w piłkę nożną.

     Teraz nie wyobrażam sobie życia bez modlitwy, jest ona dla mnie tak konieczna do życia, jak jedzenie lub spanie. Bywają dni, kiedy na modlitwie Pan Jezus wydaje się być nieobecny, nie zniechęcam się tym jednak, ale wtedy tym bardziej ufam i oddaję siebie Jezusowi.

Grzegorz

wykop  blip  googlebookmarks  facebook  twitter 
 

Zawsze żyłam pełną parą

opublikowane: 6 kwi 2010, 02:48 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 23 kwi 2010, 02:41 ]


Kim jestem, doszło do mnie dopiero w chwili, kiedy przez przypadek w autobusie usłyszałam o sobie wrak człowieka. Zabolało. Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam żywego trupa.
Zawsze żyłam pełną parą. Nawet z narkotykami musiałam być najlepsza, to jest najtwardsza, najsilniejsza, będąca na szczycie narkomańskiej hierarchii. W haszysz bawiłam się krótko, szybko przestał mi wystarczać. Nie chce za bardzo wnikać w moja drogę na dno, po drodze do najgorszego przetestowałam chyba wszystkie środki nasenne i pobudzające, LSD i inne badziewia. Ale mi było zawsze mało. Pierwszy raz władowałam sobie mając 16 lat. Heroina dawała mi wreszcie poczucie wolności. Dawała mi chwilę, w której cały życiowy syf znikał. Wszystko się urywało, nie było żadnych problemów.Byłam tylko ja i moja głowa. Myśli, wyobrażenia, które były autentycznie piękne. Przez kilka godzin pierwszy raz w życiu byłam autentycznie szczęśliwa. Nie myślałam co się ze mną dzieje. Nie zwracałam uwagi już na nic i na nikogo. Nie pytajcie też, skąd brałam pieniądze na kolejną działkę. Niedawno obliczyłam, ze miesięcznie w porywach wydawałam ok 1500 zł. Czyli jak 3 osobowa rodzina. Nie chciałam się leczyć. Nic już nie chciałam. Przeszłam kilka razy żółtaczkę, nie mówiąc już o zapaleniach żył i wątroby. Powoli cały organizm odmawiał mi posłuszeństwa. Ale mi nie zależało. Matka, ktora na początku stawała na głowie żeby mi pomoc przestała już wierzyć. Zrobiłam domowy odwyk. Prosiłam ją o zamykanie mnie w pokoju na klucz. Nie podziałało. Zawsze w przeciągu tygodnia znowu byłam w ciągu. Potem mieszkałam chyba u każdej osoby u nas w rodzinie w najgorszych zadupiach Polski. Nigdzie nie miałam problemu ze zdobyciem prochów. Aż do momentu, gdy usłyszałam, że jestem wrakiem. Podobno narkoman musi znaleźć się na dnie, żeby zacząć się leczyć. Dla mnie dnem było bycie chodzącym trupem. Zrozumiałam, ze dalej tak nie pociągnę, organizm odmawiał już posłuszeństwa. Byłam trzy razy w ośrodkach zamkniętych, raz w psychiatryku. Zawsze uciekałam. Z tym, że od ostatniego odwyku jestem czysta już prawie pół roku. Matka jest ze mnie dumna, wróciłam przecież do szkoły, żyje jak każda osiemnastolatka. Ale przeszłości się nie wymaże. Życie znowu boli i wszystko zaczyna się od nowa. Nie przyznam się matce, ze znowu jest zle. To by ją zabiło. Ja też już jestem coraz słabsza. Widzicie może jeszcze jakieś wyjście z sytuacji?

Sex, narkotyki, alkohol i rock n'roll

opublikowane: 28 lut 2010, 11:00 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 12 kwi 2010, 17:18 ]


     Mam na imię Artur, mam 35 lat.
     Byłem uzależniony od narkotyków, alkoholu i papierosów przez około osiemnaście lat. Moja "przygoda" z narkotykami i alkoholem zaczęła się, kiedy miałem może jedenaście, dwanaście lat. Zawsze dużym autorytetem dla mnie był mój Ojciec, ale kiedy w Polsce wprowadzono Stan Wojenny, Ojciec mój został internowany za to, że był działaczem Solidarności. Wtedy zacząłem szukać autorytetów wśród kolegów. Imponowało mi to, że pili piwo i wąchali klej. Wtedy do nich dołączyłem. Zaczęły się problemy w szkole, ucieczki z lekcji, wagary, moja matka "wychodziła z siebie", aby mnie powstrzymać. Ja jednak nic sobie z tego nie robiłem, pogrążałem się coraz bardziej. Nawet powrót Ojca niczego nie zmienił. Coraz częściej się upijałem, a klej wąchałem chyba codziennie. Gdzieś w tym wszystkim rozwijałem też swoje zainteresowania, nauczyłem się grać na gitarze, moim idolem był Jimmi Hendrix. Wielu moich kolegów w tamtym czasie również uczyło się grać na różnych instrumentach. Zakładaliśmy rockowe zespoły i naśladowaliśmy naszych idoli, czyli sex, narkotyki, alkohol i rock n'roll. W wieku piętnastu lat po raz pierwszy sięgnąłem po polską heroinę "kompot" Koszmar zaczął się na całego. Wiele razy próbowałem przestać, podejmowałem pracę, próbowałem założyć rodzinę, ale wszystko na nic. Prawie z każdej pracy mnie wyrzucano, albo sam ją porzucałem. Rodzina, którą próbowałem utrzymać rozpadła się. Moje życie sięgało dna, chodziłem brudny, nie miałem, w co się ubrać, bo wszelkie,(przeważnie nie uczciwie)zdobyte pieniądze wolałem przepić niż kupić sobie jakieś ubranie. Odwracali się ode mnie przyjaciele i znajomi. Coraz częściej, związany przez nałogi, obarczony problemami z tym związanymi, marzyłem o normalnym życiu, często siadałem w domu w fotelu zastawiony alkoholem i marzyłem... Myślałem: co zrobić, aby zacząć żyć inaczej.

     W 2000 roku podjąłem drugą próbę leczenia w świeckim ośrodku. Pierwszy raz ukończyłem ten ośrodek półtora roku wcześniej, ale bez skutku. Już w ośrodku zacząłem znów brać narkotyki. W tym ośrodku nie wolno było oglądać telewizji, słuchać radia, czy czytać literatury niezwiązanej z problemem uzależnienia. Nie zabraniano tam czytać Biblii. Bardzo lubiłem czytać, więc poprosiłem mojego przyjaciela, z którym przez wiele lat brałem narkotyki i piłem, a który kilka lat wcześniej nawrócił się, poprosiłem go, by przywiózł mi Biblię. Zacząłem ją czytać jako książkę przygodową, po ukończeniu ośrodka wróciłem do alkoholu i sporadycznie do narkotyków, ale Biblię czytałem nadal. Coraz częściej zacząłem w niej widzieć siebie, jaki jestem, że wszystko, co robię jest złe.

     Zacząłem poznawać Jezusa Chrystusa, jako żywego Boga, zacząłem rozumieć Jego misję. Zacząłem wierzyć w jego obietnice. Wiedziałem, że On może mnie uwolnić. I pewnej nocy, kiedy siedziałem sam w domu, w swoim fotelu zastawiony alkoholem, usłyszałem gdzieś w swoim sercu głos, abym oddał swoje życie Bogu. Przed oczami przeszedł mi, jakby obraz tego wszystkiego, z czego musiałbym zrezygnować, czyli sex, narkotyki, alkohol, papierosy i wiele innych przyjemności. Zadzwoniłem do mojego nawróconego przyjaciela i poprosiłem go, aby do mnie przyjechał i modlił się ze mną, bo nie wiedziałem, jak to zrobić. Kiedy on do mnie przyjechał, upadliśmy na kolana i z moich ust popłynęła moja pierwsza modlitwa. Wyznałem Jezusowi swoje grzechy i zaprosiłem Go do mojego serca. Od tej chwili moje życie się zmieniło, byłem wolny, moje serce wypełniał niepojęty pokój, jakiego wcześniej nie znałem. Po dwu miesiącach ciągu alkoholowego, nie miałem typowych objawów abstynencyjnych, nie miałem lęków, nie trząsłem się, odszedł też niepohamowany przymus picia. Po około trzech miesiącach od tej nocy znowu napiłem się piwa, co skończyło się tygodniowym ciągiem. Wtedy postanowiłem podjąć skuteczne leczenie (...) Dziękuję dziś Panu Jezusowi za to, że mogę mu służyć całym sercem Za to, że objawił mi się, jako żywy Bóg i dał mi się poznać przez swoje Słowo, za to, że dziś, dzięki jego łasce jestem wolny od wszelkich nałogów.

AMEN

http://c.wrzuta.pl/wi11642/c4b1e866001be6c54b1fcbd5/0/zakaz%20%32b
więcej świadectw

AUDIOBOOK

http://c.wrzuta.pl/wi8184/77c9edf700069f7c4b952638/0/droga


FILM



Stalowe Gardła

Trując się środkami psychotropowymi...

opublikowane: 30 sty 2010, 10:45 przez Cezary Rogowski   [ zaktualizowane 24 kwi 2010, 01:08 ]


Jak większość ludzi pochodzących z tzw. marginesu społecznego nie miałem szczęśliwego dzieciństwa. Gdy tylko otworzyłem oczy, jedną z niewielu rzeczy jakie ujrzałem, była butelka wypełniona przeźroczystą cieczą, którą z rozkoszą spożywali moi rodzice. Dość wcześnie pojąłem, że owa przeźroczysta ciecz przewraca im w głowach. Wydawało mi się wtedy normalne, to że ojciec bił moją matkę. Również to, że bił mnie kablem od żelazka, aż wywoływało to u mnie wymioty. To była dla mnie normalność. To przecież była moja rodzina i mój dom, w którym byłem szczęśliwy, bo nie miałem innego wyjścia.

Jak zwykle bywa w takich przypadkach, moje życie potoczyło się według utartego szablonu. Moje "szczęście" rodzinne skończyło się w wieku ośmiu lat, kiedy to wbrew własnej woli trafiłem do Domu Dziecka. Nie było to jednak miejsce, w którym mogłem być szczęśliwy. Ciągłe ucieczki, podczas których dokonywałem drobnych kradzieży sprawiły, że umieszczono mnie w "poprawczaku". Miałem wtedy trzynaście lat.

To dziwne, ale w "poprawczaku" nie nauczono mnie niczego dobrego. Prawdopodobnie to tam nastąpiło wypaczenie mojej osobowości. To właśnie tam uczyłem się jak trzeba kraść. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z homoseksualizmem i różnymi zboczeniami wśród nieletnich. Często byłem zmuszony bić się w obronie własnego honoru. Nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszą nawet przegraną, bo wówczas dołączyłbym do grona osób, którymi wysługiwano się na różne sposoby. Musiałem żyć tym wszystkim i uczyć się wielu złych rzeczy tylko po to, aby przetrwać i aby nikt mną nie pomiatał. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to wszystko tak głęboko utkwi w mojej psychice. Nie zdawałem sobie sprawy również z tego, że zmienił się mój sposób postępowania, myślenia, że zmieniła się moja osobowość. To wszystko wydawało się takie normalne. Musiałem tak postępować, bo nie miałem innego wyjścia.

Kiedy w wieku osiemnastu lat opuściłem "poprawczak", byłem doświadczony w każdej dziedzinie życia. Był to rok 1984. Byłem już dorosły i uważałem, że mogę robić wszystko na co mam ochotę i tak też postępowałem. Miałem swoich kolegów i przyjaciół i byłem akceptowany w środowisku przestępczym. Czegóż mogłem jeszcze pragnąć od życia? Utrzymywałem się głównie z włamań i kradzieży. Miałem "własne" pieniądze, które z powodzeniem wydawałem na różne przyjemności, a coraz częściej na alkohol. Było wspaniale. Nigdy nie myślałem o ludziach , którym wyrządziłem krzywdę i nie zastanawiałem się nad konsekwencją swoich czynów. Moje sumienie nie oskarżało mnie więc nigdy nie czułem się odpowiedzialny za to co robiłem. Taki sposób myślenia sprawiał , iż czułem się bezkarny. Pozwalałem sobie na coraz więcej. Przestałem kraść rowery i inne drobiazgi. Kiedy miałem ochotę na przejażdżkę kradłem samochód. Gdy brakowało mi pieniędzy włamywałem się do sklepów i magazynów. Sięgałem coraz częściej po cudze. Sięgałem coraz wyżej i wyżej, aż któregoś dnia wpadłem. Wpadłem na dobre. Sąd nie był dla mnie łaskawy. W roku 1987 wymierzono mi karę łączną trzynastu lat pozbawienia wolności. Gdy znalazłem się w Zakładzie Karnym, załamałem się psychicznie. Myślałem o samobójstwie, ucieczce - o wszystkim co mogło by uwolnić mnie od tego koszmaru. Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat. Mijały dni, miesiące i lata, a moja sytuacja nie zmieniała się. Szybko jednak przystosowałem się do więziennego otoczenia. Pracowałem, uczyłem się i robiłem mnóstwo rzeczy, aby zabić czas. Przypadkowo też usłyszałem o Bogu. Tak się złożyło, że dzieliłem celę z człowiekiem, który próbował mnie nawracać. Mówił coś o Bogu, ale nie mogliśmy dojść do porozumienia, ponieważ nie mogłem uwierzyć w Boga, którego nie widziałem. Poza tym, miałem ważniejsze (jak uważałem) sprawy na głowie. W roku 1991 opuściłem Zakład Karny korzystając z przedterminowego, warunkowego zwolnienia. Darowano mi wówczas resztę kary, zawieszając ją. Nie wykorzystałem jednak tej szansy i wkrótce ponownie trafiłem do więzienia, z którego za wszelką cenę próbowałem się wydostać. Zacząłem niszczyć sobie zdrowie trując się środkami psychotropowymi, ale to w niczym mi nie pomagało. Myślałem, że opuszczę areszt ze względu na stan zdrowia. Postanowiłem więc zrobić coś innego, coś niezwykłego, coś co mogłoby zrobić na wszystkich wrażenie. Wpadłem na genialny pomysł i obciąłem sobie ucho. Myślałem, że w ten sposób zwolnią mnie z więzienia jako chorego psychicznie. Faktycznie zrobiło to duże wrażenie na całej administracji więziennej, ale w ten sposób nie odzyskałem upragnionej wolności. Uznano mnie za niebezpiecznego i chorego psychicznie człowieka , ale nadal pozostałem w więzieniu. Postanowiłem więc, że dokonam ucieczki i zagram wszystkim na nosie. I tak się stało. Pewnej jesiennej nocy opuściłem Areszt Śledczy, w którym wówczas przebywałem. Środki bezpieczeństwa, które zastosowano wobec mnie, w niczym mi nie przeszkodziły. Wreszcie byłem wolny. Czułem się jednak zaszczuty, a przede wszystkim musiałem się ukrywać. Bałem się każdego napotkanego człowieka, który mógł przecież być policjantem po cywilnemu. Do tego jeszcze ukrywałem się w swoim rodzinnym mieście - Częstochowie - u swojej dziewczyny. Trochę zmieniłem swój wygląd i podrobiłem dowód osobisty zmieniając oczywiście dane personalne, co pomogło mi podjąć pracę. Nie trwało to jednak długo. Po upływie około trzech miesięcy zostałem aresztowany. To było nieuniknione. Musiałem rozstać się ze swoimi bliskimi i pod specjalnym nadzorem odwieziono mnie do Aresztu Śledczego w Łodzi, skąd po upływie kilku miesięcy trafiłem do Zakładu Karnego w Strzelcach Opolskich (1993). Nie było to dla mnie nowością. Więzienie jak każde inne. Szybko przystosowałem się do panujących w nim warunków. Nie mogłem tylko przyzwyczaić się do bólu, który bardzo mi dokuczał . Był to rezultat samouszkodzenia ciała, którego dokonałem wcześniej podczas pobytu w łódzkim areszcie. Połknąłem kilka żyletek, które tkwiły gdzieś wewnątrz mojego ciała. Nie mogłem spać a także normalnie siedzieć. Lekarze wytykali mi moją głupotę, ale nie mogli mi nic pomóc, jak to bywa z " więzienną" służbą zdrowia. Miałem już wszystkiego dość, a najbardziej życia. Nie mogłem spokojnie myśleć ani na niczym się skoncentrować. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Silny ból dokuczał mi prawie przez trzy lata aż do grudnia 1994 . Byłem już wtedy bardzo zmęczony psychicznie. W mojej głowie krążyły wstrętne myśli i żyłem tylko nienawiścią do ludzi , którzy mnie skazali na to wszystko. Całymi latami planowałem zemstę. Kilka razy dziennie zabijałem prokuratora i sędziów, którzy pozbawili mnie wolności. Czekałem tylko na dzień w którym opuszczę więzienie i wyrównam rachunki. Byłem pewien, że nikt mnie przed tym nie powstrzyma. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jak bardzo się mylę. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest ktoś taki kto odważy się stanąć mi na drodze. Wszystko potoczyło się tak nagle niespodziewanie , że nawet nie wiem w której chwili przewróciło mi się w głowie. Pamiętam tylko, że było to dnia 17-tego grudnia 1994 roku a osoba która stanęła na mojej drodze miała na imię Jezus. Duch Święty natychmiast zaczął mnie zmieniać. Stałem się dziwnie oszołomiony, tak jakbym był pod wpływem środków odurzających. Coś dziwnego działo się z moim umysłem. Zacząłem odpoczywać. Poczułem wielką ulgę psychiczną. W bardzo szybkim tempie Bóg selekcjonował moje myśli. Czułem jak opuszcza mnie zło. To tak jakby ktoś wymazał błędne dane z komputera. Wszystkie złe myśli, które pielęgnowałem przez całe lata, nagle się rozpłynęły. Nie odczuwałem już potrzeby zabijania kogokolwiek.

Więzienie to dziwne miejsce. Dzieją się tam rożne rzeczy, ale rzadko można przeżyć coś wspaniałego. Nie rozumiem tylko dlaczego przytrafiło się to mnie. Nigdy przedtem nawet nie wyobrażałem sobie, że moje życie tak się zmieni. Po raz pierwszy w życiu uwierzyłem w Jezusa. Chociaż wcześniej nikt nie mógł mnie przekonać o istnieniu Boga. Ale Bóg posłał do mnie człowieka. Może się to wydać dziwne, ale gdy go ujrzałem już wiedziałem, że moje życie się zmieni. W rezultacie pod wpływem rozmowy z nim nie mogłem się doczekać, kiedy zostanę ochrzczony. Nie miałem wtedy jeszcze pojęcia o tym , co Bóg dla mnie uczynił dwa tysiące lat temu. Nie znałem Boga ani jego charakteru i możliwości. Uwierzyłem w Imię Jezus, wyznałem przed Nim swoje grzechy i własnymi ustami wyznałem, że Jezus jest moim Panem. W dniu 19-tego grudnia 1994 roku przyjąłem chrzest w Duchu Świętym. Było to dla mnie wspaniałe przeżycie. Przestałem wypowiadać przekleństwa, a zamiast tego wielbiłem w Duchu Pana. Zacząłem spokojnie i szybko zasypiać. Ludzie mówili mi, że się zmieniłem, że stałem się jakiś dziwny. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek mógł się zmienić sam z siebie. Jestem pewien, że ta przemiana jest dziełem Pana Jezusa. On dał mi nowe życie i dał mi również zdrowie. Na krótko przed chrztem dowiedziałem się, że nasz Pan uzdrawia nie tylko wewnętrznego człowieka ale również jego chore ciało. Tak bardzo potrzebowałem uzdrowienia, że postanowiłem poprosić o nie Jezusa. Byłem nowonarodzony i Bóg uzdrowił moje wnętrze, ale wciąż dokuczał mi ból, który towarzyszył mi od czasu połknięcia żyletek. Dokładnie uświadomiłem to sobie którejś nocy, gdy dosłownie zacząłem płakać z bólu. Nie widząc innego wyjścia postanowiłem prosić Jezusa aby się nade mną ulitował. Położyłem ręce na chore miejsce i zacząłem się modlić. Nie trwało to długo. W pewnej chwili poczułem silne ciepło w miejscu, gdzie dokuczał mi ból. W chwilę potem nie czułem już nic. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Gdy się obudziłem następnego dnia byłem pewien, że Pan Jezus uzdrowił moje chore ciało. Jestem tego pewien do dnia dzisiejszego. Trwam w Panu już ponad dwa lata i wiem, że wszystko co uczynił mi Bóg było dobre i zgodne z Jego Słowem. Żałuję tylko, że dużo wcześniej nie poznałem Jezusa. Może wtedy nie włóczyłbym się po więzieniach i nie wyrządziłbym ludziom krzywdy. Może moje życie wyglądało by dzisiaj inaczej. A może to dobrze, że trafiłem do więzienia - to przecież tutaj poznałem Jezusa i oddałem Mu swoje życie. Wydaje mi się i jest to prawda, że wcześniej nie doszło by do tego bo przecież nie doszło. Gdybym w tym samym czasie przebywał na wolności kradłbym z pewnością, a może robiłbym też gorsze rzeczy. Faktem jest, że poznałem Jezusa w więzieniu i tylko to się liczy. Moje życie obecne jest inne, lepsze, prawdziwe. Potrafię odróżnić dobro od zła i radować się w Panu. Pragnę, aby Bóg otwierał oczy wszystkim więźniom, nie tylko tym, którzy przebywają w więzieniach, ale tym wszystkim którzy są niewolnikami szatana i grzechu, nie zdając sobie sprawy z tego. Bo przecież nikt nie wie co będzie dnia następnego. Droga do Jezusa jest prosta i w Nim prowadzi do życia wiecznego zaś inne drogi prowadzą do śmierci. Chwała Bogu, że w porę się opamiętałem i dokonałem właściwego wyboru .

http://img231.imageshack.us/img231/4853/impra.gif
http://tajemnica.files.wordpress.com/2009/01/system-klucza-uniwersalnego-skyscraper.jpg






1-10 of 33