artykuły


wyjście ewak...

WEJDŹ

moj baner mały

POKONAĆ GOLI...

datur kod qr

1

koszulka 3

twórcy filmu...

plakat datur ...

plakat DATUR ...

jazzrock plak...


Horror ćpania


Brudny, zaćpany, we własnych wymiocinach. Bez jedzenia i picia przez parę dni. A w głowie tylko jedna myśl. Jak tu zdobyć pieniądze na kolejne porcje narkotyku. Tak przez prawie 4 lata wyglądało życie 32-letniego Czarka Rogowskiego ze Stalowej Woli. Teraz wspólnie ze swym kolegą Tomkiem Tymańskim nakręcił film o tym, jak łatwo wpaść w narkomanię i jak trudno się z nałogu wydobyć. Pokazał własną drogę do wyzwolenia się z nałogu. Ku przestrodze innym.

Z autorami filmu umówiliśmy się w miejskim parku. Młodzi mężczyźni, Tomek po 20-stce, a Czarek tuż po 30-stce. Nikt by nie pomyślał, że jeden z nich miał przez spory czas problem z narkotykami. Czarek nosi okulary, delikatną brodę. Można o nim pomyśleć – student. Ale nie ćpun.

Kiedy się spotkaliśmy, Tomek i Cezary właśnie wracali z Urzędu Miasta. – Chcemy prosić prezydenta o wsparcie. Bo z naszym filmem chcemy trafić do szkół, chcemy pokazać go uczniom, powiedzieć, że nie warto zaczynać „przygody” z narkotykami. Ale na to potrzeba zgody Ministerstwa Edukacji Narodowej i poparcie takiego autorytetu jak prezydent bardzo by się nam przydało – mówi Tomasz Tymański.

Kręcili wszystko „cyfrówką”

Ponadgodzinny film o ćpaniu i wychodzeniu z nałogu to mroczny spektakl. Lasy, opuszczone kanały, ciemne piwnice. Odwiedzamy wszystkie te miejsca, gdzie kiedyś ćpał Cezary. On sam nie ukrywa, że po tylu latach wejść do brudnych, głębokich betonowych kręgów, gdzie najczęściej się narkotyzował, to było traumatyczne przeżycie.

Filmowcy amatorzy ze Stalowej Woli obawiali się, czy uda się wszystko nakręcić. – Miałem stracha, że nie pokażemy wszystkiego, co chcemy, bo będzie to dla Czarka zbyt trudne. Było ciężko, ale się nie złamał – mówi Tomek Tymański.

Sam film, zatytułowany „Datur”, powstawał przez niemal rok. Cały materiał nakręcono przy użyciu kompaktowego aparatu cyfrowego – tak zwanej głupawki. Czarek grał siebie. Wspólnie z Tomkiem napisał scenariusz. Tomek zajął się montażem, stanął również za „kamerą”. Nagrane sekwencje kopiowali na komputer, montowali, dodawali dźwięk i muzykę. Z tym zeszło najdłużej, bo filmowcy-amatorzy nie mieli ani szybkiego komputera, ani profesjonalnych programów do montowania.

Obraz „Datur” może zobaczyć każdy. Dostępny jest w sieci na stronie www.datur.eblog.pl. Można pobrać go za darmo, nawet w wersji na komórkę. Co oznacza tytuł filmu? Datur to nazwa trującej rośliny – bielunia. Ze względu na jego narkotyczne i trujące własności dawniej nazywano go także czarcim zielem czy trąbą anioła.

Narkotyki skasowały mi mózg

Tak o swojej pamięci mówi Cezary Rogowski. Choć od momentu, kiedy skończył ćpać, minęło już ponad 10 lat, to blisko 4 lata odurzania się butaprenem, rozpuszczalnikami i innym paskudztwem, zostawiły ogromne spustoszenie w jego umyśle. Choćby chciał, nie może tego odwrócić.

– Mogę przeczytać od deski do deski książkę. W skupieniu i z uwagą. Ale po dwóch tygodniach ja już nie tylko nie pamiętam, co czytałem, ale nawet nie znam tytułu książki. Tak jakbym nigdy jej nie miał w rękach – mówi Czarek. – Kiedy już wyszedłem z nałogu, poszedłem na studia, do seminarium duchownego. Ale moja pamięć płatała mi takie figle, że nie ukończyłem pierwszego semestru. Wkuwałem cały dzień, ale bardzo szybko wszystko zapominałem – wspomina.

Dziś, tak jak wielu z nas przed większymi zakupami robi listę sprawunków, tak Czarek rozpisuje sobie każdy dzień. Gdzie i po co ma pójść, co i z kim zrobić. Jeśli tego nie zanotuje, istnieje duże prawdopodobieństwo, że o tym zapomni. – Ja już się do tego przyzwyczaiłem. Wiem też, że Czarek i tak ma szczęście. Bo narkotykami można sobie całkowicie zresetować mózg. Nie ma znaczenia, jak długo i co się ćpa. Można zostać roślinką, nawet po pierwszym razie – wtóruje mu Tomek.

Sprzedał wszystko, potem kradł

– Początkowo na ćpanie nie wydawałem wiele kasy. Dawki, od których zaczynałem były niewielkie. A co za tym idzie – niedrogie. Z biegiem czasu przestały być jednak wystarczające. Ilość narkotyku, po której jeszcze kilka miesięcy wcześniej miałem niezłego „kopa”, nie robiła potem na mnie większego wrażenia. Zwiększałem dawki. Dwu-, trzykrotnie. I potrzebowałem też więcej pieniędzy na narkotyki... – opowiada w filmie Cezary.

Na początku uciułanie kilku złotych nie sprawiało Czarkowi większego problemu. Z czasem musiał się nieźle nakombinować, żeby „zarobić” na towar. Matka, znajomi, nieznajomi. Z biegiem czasu wszyscy domyślili się, na co tak naprawdę wiecznie brakuje mu tej złotówki czy dwóch złotych. I przestali go sponsorować.

– Kij im w oko! – pomyślał Czarek i zaczął sprzedawać „fanty”. Coś, co ma jakąkolwiek wartość i da się szybko spieniężyć. Zdolny gitarzysta za grosze wciskał kolegom kasety z muzyką, swoje instrumenty i sprzęt grający. Było mu już wszystko jedno. A jego kumple cieszyli się, że mogą za pół darmo dostać coś fajnego. Cezary – wtedy jeszcze nastolatek – nie do końca zdawał sobie sprawę, że życie ćpuna składa się z dwóch elementów. Pierwszy – zdobyć towar. Drugi – skonsumować towar. Bez jedzenia można się obyć. Priorytetem jest głód narkotyku, a jego zaspokojenie – sprawą nadrzędną. Kiedy Cezary sprzedał już wszystko, wyniósł z domu wszystko to, co mógł wynieść, zaczął kraść w sklepach. Byle tylko zdobyć pieniądze na nałóg...

Mogłem być każdym. Ale sobą być nie chciałem...

– Ćpanie było dla mnie religią. Szukaniem głębi, wiedzy niedostępnej. Na haju doświadczałem innych wymiarów. Mogłem być, kim chciałem. Byłem wszechmogący, nic mnie nie ograniczało. Mogłem być na podniebnym koncercie Steve’a Vai’a, mieć każdą dziewczynę i kupę kasy. Mogłem mieć superbrykę, najlepsze ciuchy i jeszcze więcej kasy. Mogłem być każdym. Ale sobą być nie chciałem... Jak się potem okazało, nawet najgorsze błoto stwarza pozory głębi – słyszymy głos w filmie.

Momentem zwrotnym w życiu Czarka było ciężkie pobicie, którego padł ofiarą. Dostał, bo był naćpany, był łatwym celem dla kilku niewyżytych młodzianów. Pijane opryszki pastwiły się nad niewiele zdającym sobie sprawę z tego co się z nim dzieje chłopakiem. Wybite zęby, połamane żebra, skopana głowa i wiele innych obrażeń. Lekarz nie mógł uwierzyć, że ktoś tak poturbowany sam doszedł na pogotowie.

Nie mógł pokonać nałogu, aż odnalazł Boga

Po zabiegu i kilku tygodniach przymusowego odwyku w trakcie rekonwalescencji młody chłopak znów wrócił do worka. Worka, do którego wlewał rozpuszczalnik, a potem wdychał jego opary. I mimo tego, że czuł się z tym bardzo źle, potrzeba ćpania okazała się silniejsza... Choć chciał wyjść z nałogu, nie bardzo wiedział, jak go pokonać. Coraz częściej zauważał to, czego wcześniej przez ćpanie nie był w stanie dostrzec. Z uśmiechniętego, wygadanego chłopaka – do tańca i do różańca – stał się zamkniętym w sobie odludkiem. Zaćpanym, zarzyganym, leżącym gdzieś w betonowych kręgach. Miejsce koleżanek i kolegów zajęły puste butelki po rozpuszczalniku i wyrzuty sumienia. Ćpał, bo był sam. Był sam, bo ćpał.

– Zacząłem poważnie myśleć nad rzuceniem dragów. I pukać do ośrodków uzależnień, psychologów. Tam szukać pomocy. Niestety, w moim przypadku konwencjonalne metody leczenia nie przyniosły efektu. Ćpałem dalej, choć coś wewnątrz mnie mówiło, że nie można tak żyć – opowiada w filmie Czarek.

Poszukując drogi wyjścia, zwrócił się w stronę medytacji. Zafascynowany obyczajami Dalekiego Wschodu, bezgranicznie ufał swoim nauczycielom. To pomogło mu wyzwolić się z nałogu. Ale jak się okazało, nie na długo... – Dało mi to wiele nadziei, ale poskąpiło sił do zerwania z ćpaniem. Budda zostawił mnie z kwitkiem, na którym było napisane: „radź sobie sam” – ocenia po latach Cezary.

W końcu młody narkoman, który czuł, że sam nie poradzi sobie z nałogiem, o pomoc zwrócił się do Boga. W filmie obserwujemy wstrząsającą scenę. Cezary płacze w ciemnej piwnicy – Boże, zabierz mnie ze sobą albo uratuj. Nie mogę tego znieść, wybacz mi. Oddaję całe życie Tobie, niech się dzieje, co chce... – krzyczy.

Wkrótce po tym zaczął czytać Pismo Święte. Jednego dnia zerwał z narkotykami. Zaczął ćwiczyć, jeździć na rowerze, uprawiać sport, zdrowo się odżywiać. – Dawniej myślałem, że chrześcijaństwo to religia dla leniuchów i darmozjadów, którzy zamykają się w klasztorach, licząc na jamłużnę. Mój pogląd na ten temat zmienił się, gdy przeczytałem w Piśmie Świętym słowa „Kto nie pracuje, niech też nie je”. Te słowa mnie oskarżały, bo byłem bezrobotny, a jeść potrzebowałem. Wiele się nie zastanawiałem – zatrudniłem się na budowie. Nie zarabiałem kokosów, ale przynajmniej zacząłem żyć na własny rachunek – tak Cezary wspomina pierwsze lata po wyjściu z nałogu.

Dragi łatwo zdobyć

Czarek wyszedł z nałogu, ale chce zrobić coś więcej. Ostrzec tych, którzy już zaczęli albo zastanawiają się, czy nie spróbować narkotyków. Albo staną kiedyś przed wyborem: wziąć działkę czy nie. – Dziś zdobycie narkotyków to żaden problem. Mam znajomą w Przemyślu, uczy w technikum. Jestem przerażony, bo mówi o tym, że łatwo może znaleźć tych, którzy ćpają. W zasadzie tam większość młodzieży odurza się dragami. Ciężko znaleźć tych, którzy tego nie robią – mówi Cezary. – Także w Stalowej Woli nie ma żadnych problemów ze zdobyciem narkotyków. Wystarczy znać osobę, która zna dilera. Porcja skuna – chemicznie wzmacnianej marihuany, kosztuje 25-30 złotych – wtóruje Tomek Tymański.

Dawniej ćpanie dotyczyło głównie ludzi znajdujących się w tzw. grupie ryzyka – pochodzących z patologicznych rodzin przestępców, członków hipisowskich komun, punkowców. Dziś pojęcie „grupa ryzyka” straciło znaczenie. Dziś ćpają wszyscy. Młodzi, starzy. Dziewczyny, chłopaki. Wykształceni, nieuki. Bogaci i biedni. Dziś ćpun to nie tylko dreszcz żebrzący na działkę gdzieś na terenie dworca PKP. Dziś narkoman to gość, który leczy ci zęby, broni cię w sądzie czy uśmiecha się beztrosko z ekranu telewizora...

Jak się odbić od dna

Dziś 32-latek w niczym nie przypomina brudnego ćpuna sprzed 10 lat. Pracował na rzecz Fundacji „Agnieszka” jako wolontariusz-koordynator. Ostatnio – przez kilka miesięcy, pomagał przygotować konie do hipoterapii. Chce też jechać na misje. I pomagać ludziom w odległych krajach. Ale wcześniej ma jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Wspólnie ze swoim kolegą Tomkiem Tymańskim chce ostrzec jak największą rzeszę młodych ludzi przed zgubnym nałogiem. A tym, którzy ćpają – pokazać, jak się odbić od dna.

Tomek i Czarek jeszcze nie wiedzą, czy uda im się dostać zgodę od ministerstwa edukacji na pokazywanie filmu w szkołach i opowiadanie o pułapkach narkomanii. Ale są szanse, że film „Datur” będzie jednym z elementów programu profilaktycznego „Narkotykom nie”, który w Stalowej Woli i Nisku realizuje Stowarzyszenie „Integracja”. I „Datur” zostanie omówiony i pokazany młodzieży.

TOMASZ GOTKOWSKI

Twój komentarz  - forum tego tematu



Ja, ćpun...

Ja, ćpun, zabiłem człowieka

Jerzy Mielniczuk

Czarek ma dziś trzydzieści dwa lata. Dopiero od niedawna wie, że żyje. Kiedyś, w bardzo młodym wieku, popełnił błąd.

- Praca nad filmem zajęła nam dziesięć miesięcy - mówi Tomek Tymański (z prawej). Obok główny bohater i odtwórca głównej roli Cezary Rogowski.

(Fot. Jerzy Mielniczuk)

- Jestem mordercą - wyznaje dziś. - Ja wtedy zabiłem w sobie człowieka.

Kolega z podstawówki, do której chodzili, zaimponował mu butaprenem. Któregoś dnia obaj powąchali i tak się zaczęło. Może ktoś się śmiać, że jedno sztachnięcie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, ale Czarek dokładnie pamięta tamten dzień i wie, że to był początek jego końca.

Honor początkującego

Dojrzewał, a głód narkotykowy w nim jeszcze bardziej.

- Dawka narkotyku, po której nie tak dawno miałem solidnego kopa, nie wystarczała i musiałem brać coraz więcej. Normalne, że na większe działki musiałem mieć więcej pieniędzy i tu zaczęły się problemy - wspomina czasy, o których najchętniej by zapomniał.

Bliscy szybko pojęli, na co Czarkowi wiecznie brakuje pieniędzy. Przestali go finansowo wspierać, więc się od nich odwrócił. Taki honor początkującego ćpuna. Stracił dziewczynę i powoli zaczął pozbywać się wszystkiego, co miał. Kiedyś jeszcze gitara była jego miłością, ale i ona przegrała z dragami. By kupić rozpuszczalnik, wyprzedał całą mozolnie gromadzoną fonotekę. Na co mu ona, skoro już nawet tej muzyki nie rozumiał. Rozumiał, co się z nim dzieje, ale... było już za późno.


Życie bez wartości

Zaczął kraść, stał się odludkiem. Może by i czasami z kimś posiedział, ale sam się kiedyś wyrwał z towarzystwa. Bo co to za przyjemność dla innych - przebywać z bełkocącym po swojemu ćpunem, który od czasu do czasu spał we własnych wymiocinach i moczu.

Z wesołego chłopaka i zdolnego gitarzysty, który był duszą towarzystwa, został wrak człowieka. Miejsce dla gratów, nawet ludzkich, jest w piwnicy, kanale i pod mostem. Tam też spędzał większość z najczarniejszych czterech lat swojego życia. On i worek na rozpuszczalnik. Nie miał marzeń, nie chciało mu się jeść, dzień czy noc, wszystko jedno. Można rzec: wolny człowiek, ale wolny tylko w przenośni.

- Narkoman może się obejść długi czas bez jedzenia i picia, ale nie bez narkotyków. One są przed wszystkim, nawet przed życiem. Ono ma wtedy chyba najmniejszą wartość - wspomina Czarek.


Datur - to nazwa (z esperanta) popularnego w naszych ogrodach bielunia. Jego kwiaty mają narkotyczne właściwości.

Pierwsza abstynencja

A jednak młody stalowowolanin zawsze chciał wrócić do życia. Najbardziej wtedy, gdy był od niego już bardzo daleko. Przypadki śmiertelnych pobić bezdomnych czy narkomanów nie są u nas czymś wyjątkowym. Czarek był ćpunem, czyli chwastem, a chwasta trzeba wyrwać. Tak zamierzyła grupka podpitych chłopaków, która go dopadła. Był bezbronny, bo znów miał sine usta po mocnej dawce rozpuszczalnika. Jak roślina wił się pod ich kopniakami. Wybite zęby, połamane żebra, zmasakrowana głowa... Sam doczołgał się do pogotowia.

Wtedy pierwszy raz przestał ćpać. Przestał, bo musiał, bo w szpitalu nikt mu dragów nie podał. Ale po kilku tygodniach zło wzięło górę. Znów nie rozstawał się z workiem na rozpuszczalnik. Znów był rośliną.

W tej roślinie zaczęła kiełkować chęć życia. Zaczął szukać pomocy w poradniach, u psychologów. Na nic. Drzwi przychodni otwierały się tylko przed tymi z silną wolą, a on nawet tej słabej nie miał.


Budda nie pomógł

Cezary postanowił zwrócić się o pomoc do Boga. Zaczął dużo czytać, stał się gorliwym katolikiem.

- Uczono mnie, że jest Bóg, który każdemu pomaga - mówi człowiek, który wtedy "chodził za Bogiem”. - Chodziłem na siódmą rano do kościoła i gorąco się modliłem... A po południu znów byłem naćpany, nie mogłem znaleźć drogi do domu. W moim przypadku religia nie miała mocy. Zło było silniejsze.

Nie on pierwszy skierował się do Buddy. Dowiedział się, że bóg jest w nim, medytował, czytał. Przez kilka miesięcy oczekiwał cudu, ale się nie doczekał.

- Budda zostawił mnie z kwitkiem i w stanie jeszcze gorszym niż mnie zastał - słyszymy od bohatera filmu "Datur”.


Bóg go zostawił na Ziemi

Na cud Czarek musiał jeszcze trochę poczekać. Kiedyś, na skraju wyczerpania, zszedł do piwnicy - z postanowieniem, że ... już z niej nie wyjdzie. Dzień albo dwa siedział tam z workiem, chłonął opary rozpuszczalnika i rozmawiał z Bogiem. To był w zasadzie monolog, bo Bóg tylko ćpuna słuchał.

- Boże, przerwij to - błagał, łkając. - Zabierz mnie ze sobą albo uratuj. Dalej tak nie mogę żyć.

Ta scena to najbardziej wstrząsający moment amatorskiego filmu "Datur”. Jest oparty na czterech latach z życia Cezarego Rogowskiego. Bohater gra w filmie siebie samego.

Teraz już tylko zagrał, bo ćpunem nie jest. Po tamtej rozmowie z Bogiem, a było to jakieś dziesięć lat temu, Czarek złamał swoje postanowienie i z piwnicy wyszedł. Stało się coś, co trudno wytłumaczyć, ale jednego dnia przestał ćpać, palić i pić. Dziś jest człowiekiem całkowicie wolnym od nałogów.


Niech to będzie przestrogą

Historię jego upadku i cudownego wręcz powstania znał kilka lat młodszy Tomek Tymański. Łączy ich nie tylko fakt zameldowania w Stalowej Woli.

- To było jakiś rok temu - wspomina Czarek. - Siedzieliśmy na schodach kina "Ballada” i jakoś tak sam z siebie przyszedł pomysł na zrobienie filmu. Po pół godzinie mieliśmy w głowach gotowy scenariusz.


Przed kamerą

Czarek znów wszedł w mroczny świat narkotyków. Tym jednak razem już tylko grał. Tomek stanął "za kamerą”. Za kamerę robił zwykły kompaktowy aparat cyfrowy. Taką "głupawką” czasami trudno jedno zdjęcie zrobić, a oni nakręcili przeszło godzinny film. Kręcenie scen nie było tak czasochłonne, jak ich montowanie, podkładanie dźwięku. Wszystko robili na domowym "pececie”.

Dziś film można zobaczyć w internecie. Jest wstrząsający i daje dużo do myślenia. Jego autorzy chcą z "Daturem” trafić do szkół, pokazywać, jak można łatwo się stoczyć. I przestrzegać, że nie każdemu uda się odbić z dna, jak Czarkowi. Na wejście z filmem do szkół musi wyrazić zgodę Ministerstwo Edukacji Narodowej. I tu musiałby się wydarzyć kolejny cud.


Tamto jest przeszłością

Nie czekając na reakcję MEN, w poniedziałek, w największym stalowowolskim kinie odbyła się prapremiera. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Ostatni raz komplet widzów w tym kinie był chyba na "Ogniem i mieczem”. Po godzinnej projekcji rozległy się oklaski. Potem młodzi ludzie podchodzili do Czarka i klepali po ramieniu.

- Siedziałem na widowni i patrzyłem na siebie jak na zupełnie inną osobę. Tamto życie jest już dla mnie przeszłością - wyznał odtwórca głównej roli. Gdyby dziesięć lat temu nie wyszedł z mrocznej piwnicy, nigdy żadnej roli by nie zagrał.


Zresetowany

Cezary jest wolontariuszem, pomaga innym powracać do życia. Zaczął żyć na własne konto, zarabiać na jedzenie. Zaczął nawet studia, ale nie dotrwał końca pierwszego semestru.

- Dragi zresetowały mi pamięć - wyznaje. - W skupieniu czytam książkę, a po tygodniu, dwóch, nie pamiętam, o czym była, kto ją napisał, ani nawet jej tytułu. Gdy zaplanuję, żeby coś zrobić, muszę to zapisać. Straciłem pamięć, ale tamtego koszmaru nie mogę zapomnieć.

Twój komentarz  - forum tego tematu

Liryczno-prozatorskie słowa o Datur


datur logo www

MMM: Czy możecie powiedzieć kilka słów o sobie: kim jesteście, czym zajmujecie się na co dzień i kiedy powstał pomysł na nakręcenie filmu?
TT: Nazywam się Tomek Tymański. Mam dwie nogi, którymi od 21 lat wydeptuje stalowowolskie ulice. Mam dwie ręce, które wyciągam do wszystkich, którzy ich nie odrzucają. Mam dwoje uszu, nadsłuchujących, co w trawie piszczy. Mam parę oczu wpatrzonych w harmonie nieba, lecz jednocześnie ich uwadze nie umyka chaos i fałsz tego, co jest pod nim. Mam usta, które dawniej, w akcie buntu, ciskały gromy ze scen w takt punkowej muzyki, a dziś, mimo upływu lat, ten bunt wcale nie stracił na sile, lecz wzrósł jeszcze bardziej, i tylko zmienił się jego obiekt. Mam czoło, które marszczy się nieustannie. Mam włosy, które szybko posiwieją, jeśli moje nogi nie zboczą z drogi, którą obrały. Mam mózg, który bezustannie toczy bój z sercem, raz wygrywając, a innym razem odchodząc z niczym. Mam krew, której co dwa miesiące tracę 450 ml, a na co dzień gotuje się ona we mnie. Nie noszę zegarka, ponieważ na żadnym nie znalazłem wskazówek jak żyć. Mam rodzinę, która mimo tego że daleka geograficznie, to jednak bliska memu sercu. Nie mam psa, ani kota, ale moli mam od groma. Gdy nie patrzę, zjadają moje stare i niemodne ciuchy (za toje najbardziej cenię - nie idą ślepo za modą).
Obawiam się, że po tym „lirycznym” wstępie fani prozy dadzą sobie spokoju z czytaniem dalszej części wywiadu. Obiecuję więc, że od tej chwili będę mówił tylko po polsku. A powracając do pytania: film powstał na przełomie sierpnia 2007 i czerwca 2008. Zdjęcia trwały dwa miesiące (sierpień/wrzesień), a sam montaż 6 miesięcy. W międzyczasie mieliśmy krótką przerwę, spowodowaną problemami w zdobyciu odpowiedniego oprogramowania, który był konieczny w trakcie montowania poszczególnych scen. Jednak pomimo lawiny najróżniejszych trudności, Datur został „poczęty” i jako jeden z jego rodziców, mogę się poszczycić, że ma się bardzo dobrze.

MMM: Dlaczego, Czarku, zacząłeś brać narkotyki i dzięki czemu przestałeś?
CR: Cezary Rogowski, mam 32 lata i wile różnych doświadczeń życiowych. W ubiegłym roku napisałem książkę „Pokonać Goliata” (dostępną na portalu www.czasdecyzji.pl) Do niedawna zajmowałem się pracą na rzecz organizacji pożytku publicznego w okolicach Płocka. Teraz poświęcam się promocji filmu:). Mój „pierwszy raz” z narkotykami przypominał nieco romans. Większość ludzi, którzy zdradzają swych partnerów, robi to, ponieważ związek w którym są obecnie przestał być dla nich atrakcyjny. Zawiedzeni i rozczarowani - „skaczą na inny kwiatek”, myśląc, że „nowy model” okaże się strzałem w dziesiątkę. Często jednak bywa i tak, że „nowy model” zajmuje miejsce swego poprzednika, i tak jak on zostaje wymieniony na „nowszy model”. Narkotyki były moim „nowym modelem”. Zawiodłem się na „starym”, a może to „stary model” zawiódł się na mnie...? Już sam nie pamiętam.
Drugim czynnikiem, który skłonił mnie w stronę ćpania był niewłaściwy czas, miejsce i okoliczności, w których się wychowałem. Wielki „przewrót”, jaki miał miejsce w naszym kraju po roku 89' roku i jego bezpośrednie konsekwencje, były gruntem, na którym wykiełkował mój nałóg. Te niepewne czasy, i trudna sytuacja materialna, doprowadziły nie jednego do straty orientacji między tym co dobre, a co złe. Stres i niepewność jutra jednych motywuje do wytężonego działania, a drugich doprowadza do załamania i ucieczki w alternatywny świat pełen błogości i iluzji. Ja wybrałem tę drugą drogę. Swoją rolę, w mojej drodze na samo dno, odegrała również ówczesna kultura. Lata 80. i 90. to przecież okres największego rozkwitu muzyki punkowej w Polsce. A nikomu nie trzeba tłumaczyć, że punk i styl życia z nim związany, miał niewiele wspólnego ze wstrzemięźliwością i abstynencją. Dziś punk nie jest już taką potęgą jak przed laty, pałeczkę po nim przejął rap i kultura hip-hopowa. Czarna muzyka z USA wyparła Dezertera i Włochatego, jednak jej stosunek do używek jest, moim zdaniem, jeszcze bardziej pobłażliwy, żeby nie powiedzieć - zachęcający. Na większości teledysków rapowych składów widzimy palące się skręty, nie wspominając nawet o samych tekstach utworów, w których narkotyki są gloryfikowane, a ich przeciwnicy wyśmiewani i mieszani z błotem. Wolność słowa, która pokonała cenzurę, okazała się być mieczem obosiecznym, który czyni wiele dobra i nie mniej zła.
Mógłbym jeszcze wymienić wiele innych czynników, które sprawiły że zacząłem „brać”, jednak dalsze ich wyliczanie jest pozbawione sensu, ponieważ przypomina spór dotyczący tego, który z piłkarzy odpowiedzialny jest za zwycięstwo swojej drużyny. Jedyną właściwą odpowiedzią jest ta, że każdy członek drużyny, który grał w meczu, miał swój większy lub mniejszy udział w jego końcowym wyniku. Być może decydującą bramkę strzelił zawodnik X, ale bez wsparcia ze strony zawodnika Y, nawet by nie dostał piłki, a co dopiero zdobył gola. Tak też jest z narkomanią. Wiele czynników może nawarstwiać się przez całe lata, a kiedy napięcie osiągnie stan krytyczny, byle błahostka (pała z matmy, zawód miłosny, niewielki stres, czy chwilowy brak czasu ze strony bliskiej osoby w momencie, gdy potrzeba rozmowy jest bardzo wielka) potrafi, niczym iskra wywołać ogromny pożar, którego skutki ciągnąc się mogą prze całe lata.

MMM: W filmie prowadzisz widza dokładnie tymi samymi ścieżkami, którymi chodziłeś kilka lat temu. Co czułeś, kiedy musiałeś zagrać w filmie kogoś, kim już nie jesteś i chyba nie chciałbyś być?
CR: Jakiś znany reżyser powiedział kiedyś, że dobry aktor gra, a kiepski musi się wczuwać w rolę przez siebie odgrywaną. Nie jestem aktorem, a tym bardziej dobrym aktorem. Dlatego też, żeby odtworzyć przed „kamerą” sceny z mojego starego życia, musiałem się mocno wczuć, aby efekt był taki, jaki możemy zobaczyć w filmie. Chyba każdy aktor lubi się wcielać w rolę amanta bądź bohatera, który ratuje życie pięknej kobiecie, w zamian otrzymując deszcz pocałunków. Lecz rzadko który przyjmuje z uśmiechem na ustach ofertę zagrania kogoś z tzw. marginesu społecznego, np. złodzieja, oszusta, czy osoby uzależnionej od alkoholu lub/i narkotyków. Mi właśnie przypadła w udziale taka rola do odegrania. Nie miałem innego wyboru, życie napisało taki scenariusz. Wcielając się w samego siebie sprzed lat, uświadomiłem sobie, jak diametralnie się zmieniłem. Trudno mi to opisać, ale w niewielkim stopniu można ten stan porównać z uczuciem, które towarzyszy nam, gdy oglądamy nasze stare zdjęcia. Z dnia na dzień nie zauważamy w swoim wyglądzie znaczących zmian, jednak gdy porównamy go ze zdjęciami np. z dzieciństwa, to dopiero wówczas uświadamiamy sobie ogrom zmian, którym ulegliśmy. Kręcąc zdjęcia do Datura, nie musiałem oglądać swoich starych zdjęć, lecz zdołałem przyjrzeć się bardzo blisko mojemu portretowi psychologicznemu. Nie był to miły widok. Napawał mnie on odrazą i politowaniem do samego siebie z przeszłości. To niesamowite, że człowiek może spaść aż tak nisko, lecz bardziej nieprawdopodobne jest to, że wbrew „grawitacji” może się w pewnym momencie „odbić” i zrobić krok, który choć niewielki dla ludzkości, to jednak ogromny dla człowieka.

MMM: Czy scenariusz do Datur pisaliście sami, czy też może ktoś w niego ingerował?
TT: Scenariusz filmu jest tak dramatyczny i zaskakujący, że dla większości osób, które nie miały bezpośredniego kontaktu z narkotykami, wydaje się być zmyślony lub co najmniej - mocno przerysowany. Jednak prawda jest taka, że dla Czarka, i wielu setek tysięcy innych ludzi w Polsce i na całym świecie, historia przedstawiona w Daturze nie jest zmyśloną historyjką, mającą moralizatorskie przesłanie, lecz rzeczywistością tak realną, jak powietrze, którym oddychamy. Scenariusz jest streszczeniem życia bohatera filmu, rozgrywającego się na przestrzeni od dwóch do czterech lat (ten brak precyzji wynika z faktu, że Czarek sam nie pamięta, ile tak naprawdę „brał”. Narkotyki uszkodziły jego „ośrodek pamięci”). To, że scenariusz przedstawia życiorys realnej osoby, a ponadto ta osoba zagrała w filmie samą siebie, jest moim zdaniem, największym atutem tej produkcji. Widz ogląda, jak gdyby przez dziurkę od klucza, życie narkomana, sam wyciąga wnioski i obiera własne stanowisko wobec zagadnienia narkomani i narkotyków.

MMM: Do kogo przede wszystkim chcielibyście trafić swoim filmem?
CR, TT: Bezpośrednimi odbiorcami Datura są wszyscy ludzie i kropka. Nie dodaje żadnego dodatkowego przymiotnika określającego adresata filmu, ponieważ, jak można to usłyszeć w jednej ze scen: „Dziś jednak pojęcie grupy ryzyka straciło znaczenie, ponieważ dziś ćpają wszyscy. Młodzi, starzy, dziewczyny, chłopaki, wykształceni, nieuki, biali, czarni, czerwoni, zieloni. Wszyscy! Dziś ćpun to nie tylko dreszcz żebrzący na działkę na peronie PKP, lecz także koleś, który leczy ci zęby, broni cię w sądzie, uczy w szkole, uśmiecha się beztrosko z ekranu telewizora”. Datur mimo tego, że porusza bardzo nie atrakcyjny i niewygodny temat, ma jednocześnie ponadczasowe przesłanie dla wszystkich ludzi. Narkotyki są tylko nośnikiem mającym za zadanie przekazać odbiory o wiele bardziej uniwersalne prawdy. Tym przesłaniem jest apel w myśl którego, nie ma problemu, który byłby nie do pokonania. Każdą przeszkodę można przezwyciężyć, a każdy ciężar udźwignąć, jeśli znajdzie się odpowiednio wielkie źródło energii. Film tak naprawdę opowiada o tym niewyczerpalnym potencjale, do którego każdy ma dostęp, bez względu na to, kim jest, co przeszedł w życiu i jak nisko upadł. Starałem się tego za wszelką cenę uniknąć, ale rzeczywiście istnieje konkretna grupa osób, do której staraliśmy się dotrzeć, tworząc film. Grupę tę cechuje szczerość i chęć pokonania swoich słabości, z którymi nie dają sobie już sami rady.

MMM: Czy problem narkomanii jest według Was dużym problemem w Stalowej Woli? Jacy ludzie sięgają do narkotyków?
CR, TT: To pytanie przywołało mi w pamięci tytułu piosenki jednej z łódzkich kapeli, a mianowicie chodzi o kawałek „100 000 jednakowych miast”. Stalowa Wola nie jest białym krukiem. Niczym się nie różni od innych miast w naszym kraju czy w Europie. W Stalowej identycznie, jak w Berlinie, na każdej imprezie rave, amfetamina jest nieodłącznym elementem dobrej zabawy. W Stalowej tak, jak w Amsterdamie marihuana jest niezawodnym panaceum na stres i monotonię szarego dnia. W Stalowej, jak i w Moskwie kleje i rozpuszczalniki są nadal popularne wśród najmłodszych, a to ze względu na łatwość ich zdobycia, jak również niską cenę. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo związane z bagatelizowaniem problemu narkomani, a wywołuje je stereotyp, który zamyka zjawisko narkomani w sztywne ramy społeczne, uwarunkowania genetyczne, bądź klasyfikuje narkomana jako członka konkretnej subkultury. Narkomania to zaraza, która nie wybrzydza w doborze swych ofiar, a same narkotyki niczym wirusy z taką samą łatwością infekują wszystkich ludzi, którzy nierozważnie wystawili się na ich zgubny wpływ. Świat jest pełen różnych kultur i nacji, jednak narkotyki jednoczą nas wszystkich skutecznej niż nie jedna unia.

MMM: Na realizację filmu poświęciliście niecały rok. Co teraz jest Waszym priorytetem na przyszłość? Nadal będziecie działać na rzecz uświadamiania młodych ludzi w kwestii narkomanii?
TT: Moje i Czarka priorytety są niezmienne od lat, przybierają różne formy, lecz posiadają wspólny mianownik, a jest nim bezinteresowna służba na rzecz dobra bliźnich. Nie trzeba zrobić filmu, otworzyć ośrodka Monar, czy zostać terapeutą, żeby móc pomagać innym. Każdy ma potencjał! Dlatego wielkim marnotrawstwem jest siedzieć z założonymi rękami, gdy np. twój kolega z podwórka właśnie założył sobie w domu plantacje konopi. Nie zrzucajmy odpowiedzialności na instytucje i urzędy, lecz sami, we własnym zakresie, czyńmy, co w naszej mocy. Jeden poświęcony sprawie człowiek osiągnie więcej niż tysiąc zainteresowanych, lecz niezaangażowanych. Musimy nauczyć się empatii i odpowiedzialności w podejmowaniu własnych decyzji, jak również w stosunku do otaczających nas ludzi. Uważam, że jest to najskuteczniejsze lekarstwo w walce z zarazą narkomani.

MMM: Dziękuję za rozmowę.

Katarzyna Adamska

Twój komentarz  - forum tego tematu


datur na kom...

4

koszulka 1

d

plakat JAREK ...

sztafeta datur

tygodnik Sztafeta 20 sierpnia 2009

http://www.antyportal.net/szablony/antyportal/obrazki/logo_h.gif