Strona Główna‎ > ‎Wojna 1939-45‎ > ‎

Operacja III Most


Opis akcji wg ppłk. Władysława Kabata "Brzechwa"

„Kolegom z koła ZBOWiD Wietrzychowice z wyrazami uznania za ich wzorową postawę żołnierską w opisywanej przeze mnie akcji egzemplarz ten ofiarowuje.”

„Brzechwa”

Władysław Kabat „Brzechwa”

Sobótka ul.Słoneczna 21

Powiat Wrocław


Relacja o „Operacji III Most”

(na prawach rękopisu)


Ogólna sytuacja polityczna.

Była piękna słoneczna wiosna – rok 1944. Okres przygotowań i czas wykonania „Operacji III Most” był brzemienny w cały szereg niezwykle doniosłych wydarzeń i na frontach i na arenie politycznej. Armie marszałka Rokossowskiego wychodzą z Polesia i prą na Warszawę. Marszałek Koniew rozbił VIII armie niemiecką i ściga ją wzdłuż Karpat. Monte Cassino padło i idzie natarcie na Rzym. Armie sprzymierzonych po wylądowaniu we Francji łamią opór niemiecki i od zachodu i południa idą na Paryż. W Niemczech nieudany zamach na Hitlera wprowadza duże zamieszanie.

Po przekroczeniu przez Armię Czerwoną Bugu, Krajowa Rada Narodowa powołuje do życia Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który wydaje manifest do Narodu Polskiego.

Rząd londyński przeżywa kryzys. Mikołajczyk ustąpił ze stanowiska premiera. Działacze emigracyjni w Londynie chcą wzmocnić swoją pozycję premierem z kraju. Właśnie prof. Tomasz Arciszewski wraz z dr Rettingerem oczekują na odlot z okupowanego kraju nad Tamizę.

W te pamiętne i pełne napięcia dni formuje się w rejonie Radłowa „Zgrupowanie Motyl”, które ma przygotować i wykonać „Operację III Most”.


Teren i ludzie.

W widłach pomiędzy Wisłą a ujściem do niej Dunajca leżały na styku powiatów Brzesko i Dąbrowa Tarnowska dwie gminy zbiorowe Wietrzychowice i Radłów. Obecnie obowiązuje tu inny podział administracyjny.

W oparciu o aktyw „Wici” zorganizowano w tych gminach w czasie okupacji hitlerowskiej 2 silne placówki o kryptonimach „Weronika” (Wietrzychowice) i „Rozalia” (Radłów). Placówki te działały od miesiąca kwietnia 1940 roku i były najlepiej ustawionymi organizacyjnie zakonspirowanymi oddziałami Obwodu A.K. „Drewniaki” (Dąbrowa Tarnowska). Gmina Radłów należała administracyjnie do pow.Brzesko. Placówka „Rozalia” nie wchodziła jednak w skład Obwodu A.K. „Batuta” (pow.Brzesko), a podlegała komendantowi Obwodu A.K. „Drewniaki”. Na styku tych gmin na północ od Lasów Radłowskich ciągnie się duży obszar równych jak stół łąk chłopskich. Jest to prawie idealna równina, którą przecina płynąca do Wisły z południowego wschodu rzeczka Kisielina. Już w roku 1940 na wiosnę łąki przyległe do Lasów Radłowskich zostały wytypowane jako miejsce dogodne dla ewentualnych zrzutów broni i lądowań samolotów. Szczegółowy opis terenu przesłałem do komendy głównej Z.W.Z. W roku 1942 dane o lądowisku powędrowały ponownie do Komendy Głównej A.K. W latach 1940-43 byłem Komendantem Obwodu A.K. „Drewniaki” i z polecenia Inspektorów Inspektorów.A.K. „Tama” (Tarnów) ppłk. Kazimierza Kosiby, a następnie ppłk. Kaczały rozpracowywałem szczegółowo dane o omawianym lądowisku.

Niezłe to było lądowisko, te łąki przyległe do Lasów Radłowskich, wykorzystywali je Niemcy bezpośrednio po „Operacji III Most”, a wojska marszałka Koniewa w styczniu i lutym 1945 roku. Stąd lotnicy radzieccy bombardowali dzień i noc Wrocław i jego obronę.

W gminach Wietrzychowice i Radłów zamieszkiwała w okresie zaborów i międzywojennym biedota chłopska. Żyli tu chłopi w biedzie na rozdrabniających się w nieskończoność gospodarstwach karłowatych. Był to z dawien dawna rezerwat kandydatów na „saksy” i do emigracji za chlebem do Ameryki czy Francji. Osiadłe na terenach gmin Wietrzychowice, Radłów i Szczurowi chłopstwo jest ruchliwe, pracowite i zadziorne. Bieda, strajki polityczne, walka z sanacją i o chleb uczyniły z żyjących tu ludzi zwarte, solidarne i świadome swoich celów gromady ludzkie.

Na terenach tych gmin wyrósł twardy i niezłomny w walce o wyzwolenie społeczne aktyw „Wici” i Stronnictwa Ludowego. Stąd pochodzą przecież znani w skali wojewódzkiej i krajowej tacy działacze jak: Stanisław Mierzwa, Stanisław Miłkowski, Józef Marcinkowski, Mieczysław Kabat, Jan Miłoch, Józef Migała i inni. W pobliżu miasteczka Radłów leży wieś Wierzchosławice gdzie urodził się, mieszkał i pracował na roli wielki Polak, mąż stanu i wódz chłopów polskich Wincenty Witos. Okoliczne gminy i powiaty stanowiły niewątpliwie twierdzę polityczną Witosa i dynamiczną bazę Ruchu Ludowego. Nic więc dziwnego, że zorganizowane w tej okolicy na twardym witosowym aktywie oddziały bojowe i partyzanckie wyróżniały się wyrobieniem patriotycznym i bojowością.


Sytuacja w okolicy lądowiska.

W jesieni 1943 roku Placówka „Weronika” (Wietrzychowice) dokonała przygotowań na przyjęcie zrzutu broni. Zrzut nie doszedł do skutku. Samoloty nie doleciały – dwa strącono nad Niemcami, a jeden zawrócił. Techniczną stronę zrzutu we wsi Jadowniki Mokre przygotowywał por. lotnik Legutko ”Kra”. Ten aresztowany po pewnym czasie w Mościcach koło Tarnowa i torturowany przez tarnowskie gestapo ujawnił nazwiska całego szeregu dowódców Placówki „Weronika”. Aresztowany w kwietniu 1944 roku adiutant Placówki „Weronika” kpr. Jan Miłkowski „Okoń” wysypał całą jej obsadę. W dniu 3 maja 1944 roku wieczorem doręczono mi gryps od „Okonia”, w którym przyznaje się, że się załamał na torturach wszystko ujawnił. Wszystkie komórki organizacyjne „Weroniki” zostały natychmiast zaalarmowane. Cała obsada w ciągu nocy wyszła na tereny sąsiednich placówek i ocalała.

O świcie dnia 4 maja pacyfikacyjne oddziały hitlerowskie pod wodzą tarnowskiego gestapo otoczyły gminę Wietrzychowice i dokonały bestialskich represji na jej mieszkańcach. W szczególności ucierpiała przy tem wieś Jadowniki Mokre. Gestapowcy mordowali starszych mężczyzn na miejscu. Zginęli wówczas: Jan Burzawa, Władysław Burzawa, Franciszek Kostecki, Paweł Kostecki, Jan Kozłowski, Filip Papież i Jan Spyrka. Zwłoki Kozłowskiego jeszcze drgające po strzale rozmiażdżyli gestapowcy kołami samochodu. Zabitych nie pozwolono grzebać, zwłoki ich leżały przez dłuższy czas na drogach. Aresztowanych: Józefa Burzawę, Władysława Koguta, II Józefa Burzawę, Józefa Gibesa i Jana Podsadę gestapo wywiozło do Tarnowa. We wsi Pasieka Otfinowska ciężko ranny drużynowy A.K. Tomasz Biś zbiegł szczęśliwie. We wsi Sikorzyce zabito Franciszka Gawlika i Franciszka Kozieniaka a w Woli Rogowskiej Wojciecha Grudnia. We wsi Wał-Ruda zabito Annę Filarska za to, że nie wydała kryjówki swojego męża.

Po pacyfikacji władze okupacyjne naszpikowały teren placówek „Weronika” i „Rozalia” żandarmeria i policją. Przy ujściu Dunajca do Wisły we wsi Demblin urządzono specjalnie silnie urządzony Schtatzpunkt (2-ch żandarmów i 38-u własowców). Miał on utrzymać w ryzach ludność gminy Wietrzychowice i zablokować przeprawy na lewy brzeg Wisły. Wzmocniono posterunki policyjne w Wietrzychowicach, Otfinowie, Żabnie, Radłowie, Borzęcinie i Szczurowej. Lądowisko znalazło się w kleszczach. Teren był silnie inwigilowany. W Niedomicach strzegł fabryki celulozy silny Werkschutz, sformowany z nacjonalistów ukraińskich. W Tarnowie około 20 km od lądowiska stał silny garnizon, złożony z różnorakich oddziałów ochronnych SS i Wermachtu. Placówki „Weronika” i „Rozalia” były w stanie zniszczyć okoliczne posterunki okupanta i tylko garnizon Tanów był groźny, ponieważ jego oddziały zmotoryzowane mogły szybko interweniować.

Pacyfikacja i brutalny terror dokonany na tamtejszej ludności nie złamały jej twardej i niezłomnej patriotycznej postawy. Plutony A.K. i scalone już plutony BCh żyły od tej chwili w stałej gotowości. Żądza walki i odwetu ożywiały nie tylko wszystkich zakonspirowanych żołnierzy i dowódców, ale również i ogół starszego społeczeństwa.

Wartość bojową Placówek „Weronika” „Rozalia” oraz twardą postawę ich społecznego zaplecza doceniał należycie Inspektorat A.K. „Tama”. Już w drugiej połowie miesiąca maja organizuje się tu i przeprowadza „Operację II Most”. Przyleciał wtedy do kraju gen. Okulicki „Niedźwiadek”, Niedźwiadek odleciał płk. Rudkowski „Rudy”. Dr Rettinger spóźnił się z przyjazdem na lądowisko i wtedy nie odleciał. Akcją tą kierował komendant Obwodu „Drewniaki” kpt. Zbigniew Rogawski „Młot” i „Baca”, mając do dyspozycji por. pilota Włodzimierza Gedymina „Włodek I”. „Baca” przejął ode mnie komendę obwodu A.K. „Drewniaki” w miesiącu kwietniu 1943 roku, a ja odszedłem do dyspozycji Komendy Okręgu A.K. „Kraków” jako inspektor do scalających się właśnie Batalionów Chłopskich.


Dowodzenie „Operacją III Most”.

„Operacją III Most” kierował osobiście i był za jej przygotowanie i przeprowadzenie odpowiedzialny Inspektor „Tamy” ppłk. Stefan Musiałek-Łowicki „Mirosław”. Oficer ten nie należał bynajmniej do moich przyjaciół. Gwoli sprawiedliwości muszę jednak stwierdzić, że był to oficer nadzwyczaj dzielny i przezorny. On był duszą i sprężyną tego trudnego przedsięwzięcia. Był to legionista, który nie lubił „chłopskiej polityki” i na tym punkcie się z nim nie zgadzałem, ale był to świetny dowódca, twardy i władczy i człowiek godny wysokiego szacunku.

Dla ułatwienia sobie trzymania ręki na pulsie przygotowań polecił specjalnie sprawne przygotowanie łączności pomiędzy „Tamą” i „Zgrupowaniem Motyl”. Kontrolował kilkakrotnie osobiście na miejscu stan przygotowań. Decydował we wszystkich ważniejszych sprawach i był obecny na lądowisku w czasie przylotu Dakoty. Odkomenderował „Bacę” na czas akcji do swojej wyłącznej dyspozycji, podporządkowując mu mnie i „Włodka”. Zimna krew, bojowość i zdecydowana postawa w czasie przejściowych trudności cechowały tego dzielnego i nieprzeciętnego dowódcę.


Formowanie „Zgrupowania Motyl”.

W maju i czerwcu 1944 roku przebywałem na terenie powiatu Brzesko, gdzie szkoliłem oddziały. W czasie przerw w szkoleniu (atakowanie obiektów umocnionych) zatrzymywałem się u Komendanta Obwodu BCh Brzesko por. Pawła Chwały „Skory”. Miał on na terenie gminy Szczurowi bardzo dobrze zorganizowany wywiad. Spaliśmy we wsi Kwików w stodołach z bronią. Obowiązywała stale wzmożona czujność.

Około 20-tego czerwca odszukał mnie tu łącznik Komendy Obwodu „Drewniaki” (Dąbrowa Tarnowska). Komendant tego Obwodu kpt. Zbigniew Rogawski „Baca” prosił mnie o spotkanie w bardzo pilnej sprawie. Spotkaliśmy się w następnym dniu we wsi Marcinkowice u dowódcy plutonu ppor. Franciszka Kuczka „Deska”. Oczekiwał mnie tam już „Baca” wraz ze swoim adiutantem ppor. Eugeniuszem Kotrą „Leszek”. „Baca” poinformował mnie, że dwa dni temu odbyła się odprawa w Żabnie. Odprawę przeprowadził ppłk. „Mirosław”, który przybył tam z Tarnowa razem z kpt. Włodzimierzem Gedyminem „Włodek I”. Dowiaduję się, że na lądowisku, które otrzymało kryptonim „Motyl” nastąpi ponownie przyjęcie alianckiego samolotu. Przywiezie on ludzi, broń i pocztę, a zabierze w drogę powrotną pocztę i ważne osobistości. Jest to akcja pierwszorzędnej wagi dla naczelnych władz konspiracyjnych i trzeba zrobić wszystko, ażeby zapewnić jej powodzenie. Z uwagi na to, że są to moje rodzinne strony i znam dokładnie tutejszy teren i ludzi „Mirosław” wyznaczył mnie na dowódcę osłony lądowiska „Motyl”. Rozkaz podporządkowujący mi w tym celu Placówki „Weronika” (Wietrzychowice), „Rozalia” (Radłów) i „Zofia” (Żabno i Otfinów) przesłano już ich dowódcom w dniu poprzednim.


Doręczony mi przez kpt. „Bacę” rozkaz pisemny ppłk. „Mirosława” brzmiał:

1. Dla przeprowadzenia planowanej akcji odkomenderowuję kpt. „Bacę” aż do odwołania do dyspozycji Inspektoratu „Tama” z zadaniem natychmiastowego uruchomienia stałej, sztafetowej łączności ze mną. Na czas akcji jest on moim zastępcą na terenie lądowiska „Motyl”.

2. Kpt. „Brzechwa” w I-ej fazie przygotuje:

a. odpowiednie miejsce dla uruchomienia radiostacji nadawczo-odbiorczej

b. kwatery dla kpt. „Włodka I” i radiotelegrafisty „Gapa”

c. wydzieli jeden z plutonów Placówki „Rozalia” do dyspozycji „Włodka I” jako obsługę lądowiska

W II-ej fazie:

a. przygotować kwatery dla czterech osób, które odlecą

b. przyjąć i zabezpieczyć pocztę, którą przywiozą kurierzy

c. stworzyć odpowiedni aparat dowodzenia i wywiadu, i wybrać i dozbroić oddziały, które będą użyte do osłony lądowiska „Motyl”

W III-ej fazie:

a. zapewnić bezpieczeństwo akcji

b. przyjąć osobistości, które przylecą oraz pocztę i sprzęt, dla których zapewnić odpowiednie kwatery i skrytki

3. Oddziały podległe kpt. „Brzechwie” otrzymują kryptonim „Zgrupowanie Motyl”. W przeciągu dni trzech kpt. „Brzechwa” przedstawi do Inspektoratu „Tama” proponowany plan ubezpieczeń i ewentualnie swoje uwagi i wnioski.

4. Wszystkie poczynania należy od początku do końca ściśle konspirować.

Po zaznajomieniu się z powyższym rozkazem poprosiłem kpt. „Bacę” o natychmiastowe odkomenderowanie do mojej dyspozycji oficera dywersyjnego z „Drewniaków” por. Zdzisława Baszaka „Pirat” wraz z podległymi mu sekcjami dywersyjnymi. Rozkaz taki wysłał kpt. „Baca” niezwłocznie. Ustaliliśmy jeszcze swoje tymczasowe miejsca postoju i rozstaliśmy się.

Po odjeździe „Bacy” i „Leszka” udałem się do wsi Przybysławice, którą wybrałem na miejsce postoju Komendy „Zgrupowania Motyl”. Tu zamieszkałem u mojej ciotki Antoniny Kusior. Trzech moich kuzynów Tadeusz, Stanisław i Roman oraz para dobrych koni była tu w stałej mojej dyspozycji. „Baca” zatrzymał się chwilowo we wsi Zdrochec u kpr. Andrzeja Puchały „Raźny”. Po przyjeździe kpt. „Włodka I” (Gedymin) zamieszkał on u „Raźnego”, a kpt. „Baca” przeniósł się do gajówki w osadzie Nowa Wieś do gajowego Rębacza. Oczekując na przyjazd „Pirata” opracowałem rozkaz organizacyjny dla „Zgrupowania Motyl” i szczegółowy plan ubezpieczenia lądowiska, który przesłałem do „Tamy” przez „Bacę”.

Łączność sztafetową z Inspektoratem „Tama” ustawił i przeszkolił kpt. „Baca”. Ruch cyklistów regulował Komendant Placówki „Rozalia” kpr.chor. Władysław Bysiak „Morena”. Co dwie godziny o cyfrach nieparzystych jechał cyklista ze wsi Przybysławice przez Radłów i Bobrowniki do wsi Klikowa, gdzie zgłaszał się u Komendanta Placówki „Kunegunda” (Klikowa) Franciszka Kopy „Kłusownik”. W godziny parzyste zaś „Kłusownik” wysyłał cyklistę przez Ilkowice i Biskupice Radłowskie do Przybysławic. „Kłusownik” miał bezpośredni kontakt ze stale dyżurującym punktem kontaktowym Inspektoratu „Tama” przy ulicy Klikowskiej w Tarnowie. W ten sposób Inspektor ppłk. „Mirosław” był ustawicznie zorientowany i o stanie przygotowań i o sytuacji w okolicy lądowiska.

Por. Zdzisław Baszak „Pirat” w opisywanym okresie przeprowadzał w porozumieniu z plutonami BCh z lewego brzegu Wisły akcję dywersyjną. Na odcinku Wisły od ujścia Dunajca do Szczucina zatrzymywał statki i galery płynące z węglem do Prus Wschodnich. Galery topiono lub wyrzucano z nich na brzeg węgiel, który okoliczni chłopi skwapliwie zabierali. Brała w tym udział i drużyna dywersyjna ze wsi Przybysławice. Po otrzymaniu rozkazu od kpt. „Bacy” por. „Pirat” przerwał tę akcję i zameldował się u mnie w Przybysławicach około 26-tego czerwca. Wraz z por. „Piratem” przybyli znani na terenie „Drewniaki” partyzanci ppor. Mieczysław Skrzek „Konrad” i kpr.pchor. Włodzimierz Stolarz „Cerkies”. Przybyłych oficerów zapoznałem z oczekującym nas zadaniem i odczytałem im rozkaz ppłk. „Mirosława”. Następnie rozkazałem, co nastepuje:

1. Od dnia dzisiejszego ustalam następujący skład Komendy „Zgrupowania Motyl”:

    a. zgrupowaniem z rozkazu „Mirosława” dowodzę ja

    b. por. „Pirat” obejmie funkcję mojego zastępcy. Wyszuka kwaterę dla Komendy „Zgrupowania Motyl” i dopilnuje przerzutu broni z Placówki „Zofia” do Placówki „Rozalia”.

    c. ppor. „Konrad” obejmie funkcję mojego drugiego zastępcy z zadaniem zorganizowania w okolicy sieci wywiadu i odpowiada za zachowanie ścisłej tajemnicy przygotowywanej akcji.

    d. pchor. „Cerkies” obejmie funkcję adiutanta. Ubezpiecza Kwaterę „Zgrupowania Motyl”, zapewni jej sprawną łączność ze składnicą meldunkową „Bacy” oraz z Placówkami „Weronika”, „Rozalia” i „Zofia”.

2. Komendy w/w Placówek oraz całą sieć wywiadu i kontrwywiadu na ich terenach postawić natychmiast w stan ostrej gotowości. Wszelkie poczynania okupanta bezzwłocznie meldować, a wszystkich ludzi obcych pojawiających się w okolicy pilnie śledzić.

3. Dla przeniesienia w teren powyższych zarządzeń i wyinstruowania komend Placówek „Pirat” wyjedzie do Placówki „Zofia”, „Cerkies” do Placówki „Rozalia”, a „Konrad” do Placówki „Weronika”. Szczególny nacisk przy przekazywaniu tych moich zarządzeń Placówkom położyć na ścisłą konspirację wszelkich poczynań. Poza tym zakazać surowo przedsiębrania w okolicy jakichkolwiek akcji dywersyjnych czy sabotażowych bez mojej zgody aż do odwołania.

Kwaterę „Zgrupowania Motyl” uruchomiono na uboczu wsi Przybysławice u kpr. Jana Cholewy „Granit”. Ubezpieczała ją postawiona w stan ostrej gotowości drużyna dywersyjna, dowodzona przez dzielnego podoficera plut. Władysława Dula „Kmicic” z Przybysławic. W dniu 26-ego czerwca przyjechali na teren „Rozalii” kpt. „Włodek I” i radiotelegrafista „Gapa”, był to zrzutek z Londynu, nazwiska jego nie ustaliłem. Kpt. „Włodek I” zakwaterował się we wsi Zdrochec u kpr. Andrzeja Pachały „Raźny”, a radiotelegrafistę i radiostację umieszczono nieopodal w domu Stanisława Wróbla „Szary”. „Gapa” przywiózł ze sobą radiostację nadawczo-odbiorczą i szyfr do korespondencji umieszczony pomysłowo w uszkodzonym termosie. Była to bardzo małych rozmiarów odbitka fotograficzna. Z nawiązaniem łączności z Brindisi miał „Gapa” początkowo dość duże trudności. Spowodowało to nawet ściągnięcie z Warszawy na krótko jakiegoś drugiego specjalisty do tych spraw. Po odjeździe radiostacja działała już do końca bez zarzutu.

Kpt. „Włodek I” otrzymał do dyspozycji jako obsługę techniczną lądowiska drugi pluton z Placówki „Rozalia”. Dowodził tym plutonem plut. Władysław Witkowski „Włodek II”. Pluton  miał swoje drużyny we wsiach Marcinkowice, Zdrochec i Zdarzec i brał już udział jako obsługa lądowiska w miesiącu maju przy operacji „Most II”. W samotnych domkach na zachód od wsi Przybysławice, noszących nazwę Budźbowa, umieszczono sprzęt do obsługi lądowiska i tu w stodołach u gospodarza Andrzeja Kani „Kret” „Włodek I” miał swoją drugą kwaterę i miejsce do przeszkolenia potrzebnej mu obsługi.

Kpt. „Włodek I” opracował meldunki i informacje do przekazywania ich przez radiostację gdzie należy. Informował Inspektorat „Tama” i Komendę „Zgrupowania Motyl” o przekazywanych przez radio zarządzeniach. Szkolił w Budźbowie obsługę lądowiska i przygotowywał tam potrzebny mu sprzęt do sygnalizacji świetlnej i oznaczenia lądowiska. Poza tym miał przyjąć lądujący samolot i wyprawić go w drogę powrotną. Na tym rola „Włodka I” się kończyła.

W pierwszych dniach lipca Inst. „Mirosław” zaakceptował przesłany mu uprzednio plan osłony zamierzonej akcji i dla wzmocnienia miejscowych oddziałów skierował do mojej dyspozycji oddział partyzancki Inspektoratu „Tama”. Oddziałem tym, liczącym 36-u dobrze uzbrojonych żołnierzy dowodził por. Jan Gomoła „Jawor”. Wszyscy żołnierze „Jawora” byli uzbrojeni w automaty zrzutowe i granaty, a dyscyplina i czujność była w tym oddziale wzorowa. „Jawor” zamelinował swój oddział skrupulatnie w rejonie samotnych domów Nowa Wieś. Jakikolwiek ruch w dzień był surowo zakazany, a ubezpieczenia zamaskowane i czujne pełniły dzień i noc swoją służbę. Patrole po zaopatrzenie wychodziły tylko nocą. Członkowie mojego sztabu usprawnili łączność, dozbrajali plutony wytypowane do kontroli lądowiska i kontrolowali wykonanie wydawanych rozkazów. Konspiracja przygotowań była wzorowa. „Konrad” śledził pilnie wszystko. Nastawił należycie wywiad na okoliczne placówki okupanta tak, że każde poruszenie było natychmiast obserwowane i meldowane. Wiedzieliśmy wszystko.

W między czasie zaczęli napływać kurierzy z pocztą i „Goście”. Taki kryptonim ogólny nosiły osoby mające odlecieć do Londynu. Nie było z tym większego kłopotu. Furmanki dyskretnie oznaczone odbierały i pocztę, i ludzi za umownym hasłem na stacji Łęg i przywoziły ich na miejsce przeznaczenia.

Przyjechał, więc pan o pseudonimie „Tomasz”. Był to prof. Tomasz Arciszewski późniejszy premier Rządu Londyńskiego. Kwaterę otrzymał początkowo u ppor. „Deski” w Marcinkowicach, a później u ks. kanonika Sitki na plebani w Zabawie. Później przyjechał pan dr Józef Rettinger wraz ze skoczkiem spadochronowym Markiem Celtem (Tadeusz Chciuk), który się nim opiekował. Pan „Józef” był częściowo sparaliżowany, ale duchowo staruszek pełen wigoru był wielkim gadułą. Na kwaterze u gospodyni Okońskiej we wsi Zdrochec umieszczono pana o nieznanym mi nazwisku a o pseudonimie „Albert”. Odpowiadał on za bagaż, który zawierał części i dane techniczne o rakiecie V-2. O podanych tu danych, odlatujących osobach i o tym, co zawierał w/w bagaż „Alberta” dowiedziałem się dopiero w jakiś czas po wojnie.

Części rakiety V-2 w butlach tlenowych przywieziono samochodem ciężarowym do Żabna. Samochód zatrzymał się między godziną 9-10 przed restauracją Jana Pantery w Żabnie. Jako znak rozpoznawczy miał samochód przywiązaną na prawej klamce małą czerwoną kokardkę. Butle za umownym hasłem odebrał osobiście Komendant Placówki „Zofia” (Żabno-Otfinów) por. Eugeniusz Kozak „Zor”. Podwieziono je samochodem do warsztatu mechanicznego Bogusława Uramka w Żabnie, gdzie je ukryto pod kupą żelastwa. Po kilku dniach zabrał je stąd na furmankę „Albert” i przewiózł na swoją kwaterę, gdzie zostały rozładowane. Części rakiety V-2 były świetnie i pomysłowo zamaskowane w butlach tlenowych. Butle miały dna zakręcane na gwint, a ich wnętrza stanowiły doskonałe schowki i trzeba było jasnowidza, ażeby zabrudzone na zewnątrz butle podejrzewać o jakąś nielegalną zawartość.

Resztę poczty bardzo ważnej przywiózł na moją kwaterę w Przybysławicach chłop Lechowicz. Furmankę do wsi Klikowa eskortowali uzbrojeni chłopcy z drużyny dywersyjnej „Pirata”. Stanowiła tę pocztę stara walizka i dwa nieduże pakiety. Poczta w walizce była tak misternie zabezpieczona, że trzeba było nie lada przypadku, aby ją ktoś niepowołany zdemaskował. Walizka była bardzo zniszczona. Leżała w niej błaha powieść pt. „Korzeń Mandragory”. Stanowiła ta książka szyfr umowny. Prócz tego leżały w walizce stara i wytarta szczotka do sukna i zapaskudzona wydzieliną nikotyny nieduża fajka. Wszystkie te niepozorne przedmioty zawierały wewnątrz niepowszednie tajemnice. Inspektor „Mirosław” poinformował mnie poufnie, że najważniejsze w tem wszystkiem jest ucho od tej starej walizki.


Rozkaz operacyjny.

Na początku drugiej dekady lipca, kiedy goście, poczta i oddział „Jawora” byli już na miejscu, wydałem dla „Zgrupowania Motyl” rozkaz operacyjny dla przygotowywanej akcji. Rozkaz ten otrzymali do wiadomości Inspektorat „Tama” i „Baca”, a wszyscy inni dowódcy otrzymali dotyczące ich wyciągi z rozkazu. Nazwy miejscowości, kryptonimy i pseuda w treści rozkazu były zaszyfrowane wg obowiązującego klucza szyfrowego.

Rozkaz Operacyjny dla „Zgrupowania Motyl”.

I. Sytuacja w terenie:

Rozmieszczenie i obsada posterunków żandarmerii i policji granatowej w okolicy są wszystkim dowódcom znane. Szczególne niebezpieczeństwo może grozić przygotowywanej akcji ze strony lotnego oddziału pacyfikacyjnego, który ostatnio zakwaterował się w Radłowie. Groźny też może być dobrze uzbrojony Schutzpunkt w Demblinie. Pozostałe posterunki rozmieszczone wokół lądowiska są za słabe, ażeby same mogły akcji zagrozić. Mogą jednak przeszkadzać i alarmować garnizon Tarnów.

II. Zadania Oddziałów:

1. Kpr. pchor. Władysław Bysiak „Morena” 1-wszym plutonem swojej placówki zamknie drogę prowadzącą ze wsi Wał-Ruda do Jadownik Mokrych. W czasie akcji nie dopuścić nikogo do lasu i na łąki za osiedle Podwale.

Przygotować też dwa patrole, które w razie alarmu placówek okupanta w Radłowie lub też w razie rozpoczęcia walki w rejonie lądowiska, przetną natychmiast wszystkie połączenia telefoniczne.

2. Plut. Józef Lupa „Czarny Sęp” swoim plutonem zamknie skrzyżowanie dróg w kierunku Pojawie i Jadowniki Mokre. Nie dopuścić żadnych wrogich elementów w rejon łąk położonych na północ od lasu.

3. Wacht. Władysław Mandziara „Rolin” pełną drużyną ze swego plutonu zamknie z rejonu mostu w Jadownikach Mokrych drogę w kierunku na Miechowice Wielkie. Nie dopuścić nikogo ścieżkami po wałach rzeczki Kisielina w kierunku na południowy wschód na łąki.

4. Kpr. Franciszek Nowak „Pomidor” 1-wszym plutonem z Placówki „Weronika” zamknie z rejonu mostu na rzeczce Kisielina naprzeciw osady Budźbowa drogi polne, prowadzące na łąki z Miechowic Małych, Sikorzyc i Przybysławic.

5. Ppor. Franciszek Kuczek „Deska” zamknie podległym mu plutonem z rejonu osady Podwale dostęp na łąki z kierunku Zdrochec, Zdarzec i Wał-Ruda.

6. Por. Mieczysław Czech „Jurand” 2-im plutonem swojej Placówki „Weronika” zablokuje niepostrzeżenie, wykorzystując zabudowania i zboża, załogę Schutzpunktu w Demblinie. W razie jakiegokolwiek alarmu przeciąć natychmiast połączenia telefoniczne, zlikwidować wartownika, a załogę zablokować ogniem i wybić granatami. Dozorować również silnym patrolem posterunek policji w Wietrzychowicach z zadaniem przecięcia w wypadku walki połączeń telefonicznych.

7. St.sierż. Stanisław Biskup „Gniewosz” Komendant Placówki „Genowefa” (Gręboszów) zamknie silnymi patrolami z bronią maszynową przeprawę na Wiśle na miejscowość Opatowiec i na Dunajcu na kierunku osady Okręg i Bieniaszowice. W razie konieczności zabezpieczyć te przeprawy dla oddziałów odchodzących ewentualnie z lewego brzegu Dunajca.

8. Plut. Paweł Nowak „Soroka” d-ca III plutonu z Placówki „Weronika” zamknie patrolami przeprawę przez Dunajec pod Wietrzychowicami i pod Otfinowem.Promy po godzinie 22-ej przeciągać na lewy brzeg Dunajca i unieruchomić.

9. Sierż. Władysław Ciukaj „Zator” zamknie podobnie jak „Soroka” przeprawę na Dunajcu pod wsiami Nieciecza i Konary.

10. Por. Eugeniusz Kozak „Zor” d-ca Placówki „Zofia” pełną drużyną z jednym ckm. zamknie przeprawę na Dunajcu przez most pod wsią Biskupice Radłowskie na kierunki Żabno i Tarnów. W razie rozpoczęcia walki w rejonie Radłowa lub lasów radłowskich most zabarykadować i bronić barykady ogniem w razie zagrożenia z kierunku Tarnów.

11. Pluton por. Jana Gomoły „Jawor” stanowi odwód Zgrupowania „Motyl”. W dniu akcji o godz. 22-ej pluton przejdzie natychmiast do gajówki gajowego Małka, zajmie ją i zorganizuje podsłuchy i dozór na kierunki Wał-Ruda i Jadowniki Mokre. Po zajęciu gajówki przysłać do mnie na lądowisko dwóch łączników.
12. Por. Paweł Chwała „Skory” zapewni podwodę dla zabrania osób, które przylecą samolotem. Zapewnić przybyłym przejściową kwaterę na swoim terenie, a następnie możliwie szybko odesłać ich do najbliższej stacji kolejowej w kierunku na Kraków.
13. Plut. Władysław Dul „Kmicic” doprowadzi swoją drużynę uzbrojoną w automaty i granaty na lądowisko z przeznaczeniem do bezpośredniego ubezpieczenia i do rozładowania i załadowania samolotu. Prócz tego zapewni sobie podwody, które zabiorą z lądowiska wyładowany sprzęt i pocztę. Sprzęt ten odprowadzić niezwłocznie po wyładowaniu do przygotowanych w Przybysławicach skrytek.
14. Przewóz „Gości” na lądowisko i poczty zorganizuje por. ”Pirat” w porozumieniu z kpt. „Bacą”.
15. Por. „Skory” zorganizuje dwie przeprawy na lewy brzeg Wisły w rejonie wsi Wola Przemykowska, a por. „Jurand” jedną przeprawę we wsi Wola Rogowska. Przeprawy te i kontakty z organizacjami na lewym brzegu Wisły będą ewentualnie wykorzystane wg moich ustnych wskazówek w razie niepowodzenia akcji.
 
III. Zarządzenia różne:
1. Punkty opatrunkowe zorganizować: w szkole w Przybysławicach, kier. szkoły Mieczysław Szpara, a u gajowego Rębacza w Nowej Wsi por. „Skory”.
Całość służby sanitarnej przeszkoli stud. med. Jan Deszcz „Wacek”, a na czas akcji doprowadzi na lądowisko swój patrol z Placówki „Weronika”.
2. Za sprawne zaalarmowanie wszystkich oddziałów osłony odpowiada ppor. „Konrad”. W czasie alarmowania podać dowódcom ustalone na czas akcji hasło i odzew.
3. Dla uniknięcia starć między sobą wszyscy dowódcy i żołnierze nałożą sobie na lewe ramiona białe opaski szerokości 15-u cm.
4. Wszelki dojazdy i domarsze wykonać w głębokiej ciszy i bez żadnego zamieszania. Palenie papierosów i latarek, jak również dawanie jakichkolwiek sygnałów nieustalonych jest surowo zakazane.
5. Należy zrobić wszystko, ażeby uniknąć walki. Ogień otwierać tylko w razie oczywistego zagrożenia. Wtedy jednak działać energicznie i zdecydowanie.
6. Koniec akcji w 20 minut po odlocie samolotu.
7. Moje miejsce postoju przed akcją we wsi Przybysławice, w czasie akcji w południowo-wschodnim rogu lądowiska.
 
Nieprzewidziane przeszkody.
Nie wszystko w okresie przygotowań układało się pomyślnie. Były okresami poważne przyczyny do niepokoju. Pod koniec I-ej dekady lipca Oddział Specjalny (O.S.) Ludowej Straży Bezpieczeństwa (LSB), który nie podlegał formacjom A.K. i nie wiedział o przygotowywanej akcji, wkroczył w nocy do miasteczka Radłów. Skonfiskował materiały tekstylne w sklepie niemieckim Sebesty, załadował je na wozy i wycofał się w kierunku Wisły. Na drugi dzień przybył do Radłowa oddział żandarmerii pod dowództwem osławionego zbója, gestapowca Nowaka z Tarnowa i zaczął węszyć po okolicy. Wywiad z posterunku policji z Radłowa ostrzegł, że zanosi się na rewizję w okolicznych wsiach. „Goście” zostali natychmiast pouczeni, gdzie na wypadek rewizji mają się udać i mieli z tego powodu trochę urozmaicenia i strachu.
„Gapa”, jak już wspomniałem, miał początkowo trudności z nawiązaniem łączności radiowej. Częste próby nawiązania tej łączności zdradziły stację w eterze. Niemieckie samochody z odpowiednimi urządzeniami zaczęły jej skrzętnie poszukiwać. Miejscowy wywiad śledził to uważnie i alarmował. Dwa dni po tym niemiecki Storch krążył uparcie nad gminą Radłów. „Gapa” otrzymał rozkaz chwilowego zaprzestania uruchamiania aparatury radiowej. Na szczęście po paru dniach wywiad niemiecki z dalszych poszukiwań zrezygnował.
Wg wstępnych założeń „Operacja III Most” miała się odbyć w przeciągu dwóch tygodni. Tymczasem w rzeczywistości „Zgrupowanie Motyl” pracowało pełnych tygodni pięć. Początkowo baza w Brindisi nie miała potrzebnych warunków do wysłania samolotu. Później lądowisko rozmokło na skutek deszczów (około 10 lipca), co znowu odwlekło wykonanie przedsięwzięcia. W miarę czasu napięcie nerwów wtajemniczonych rosło, co zresztą w podobnych sytuacjach jest rzeczą normalną. Największe jednak niespodzianki oczekiwały „Zgrupowanie Motyl” w ostatnich dniach.
Około 20 lipca w pobliżu osady Budźbowa spadł i rozbił się samolot z węgierską załogą. Załoga samolotu zginęła. Broń i wszystko, co było przydatne do użytku zabrali natychmiast chłopcy z drużyny „Kmicica”. Wypadek ten zaniepokoił jednak komendę zgrupowania, ponieważ zabierania zwłok zabitych lotników i oglądanie szczątków samolotu ściągnęło tu Niemców. Na szczęście zrobili to szybko i znowu w terenie zapanował spokój.
 Jeszcze nie minęło dobrze podniecenie po w/w wypadku, kiedy to na samym „Lądowisku Motyl” wylądowały nieoczekiwanie dwa niemieckie Storchy, które próbowały startów i lądowań na tamtym terenie. Było to naprawdę niemałe zaskoczenie. Przywiózł tę nieszczęsną wiadomość ppor. „Konrad”. Przeklinałem szwabskich przybłędów i martwiłem się tym bardzo. Por. „Pirat” zaczął kombinować jakby tu w razie konieczności te Storchy wypłoszyć z lądowiska lub zaskoczyć je w nocy i zniszczyć.
 
Alarm w „Zgrupowaniu Motyl”.
Najcięższy moment w tych 5-o tygodniowych przygotowaniach jeszcze nie nadszedł. Storchy 24 lipca wieczorem odleciały. Dnia 25 lipca w godzinach rannych „Gapa” odebrał depeszę z Brindisi, że samolot Dakota wystartuje w tym dniu w godzinach popołudniowych.
Zarządziłem ostrą gotowość i alarm wszystkich placówek komórek organizacyjnych zgrupowania. Oddziały zbierały się cichaczem i sprawdzały broń, sprzęt i amunicję. W terenie panował spokój. Nagle około godziny 18-tej wpadł na kwaterę komendy zgrupowania łącznik od pchor. „Moreny” z meldunkiem, że do wsi Wał-Ruda przybył jakiś oddział lotników niemieckich z reflektorem i armatkami przeciwlotniczymi. Teraz dopiero zaczęła się kołomyjka i dramatyczna gra o wysoką stawkę, jak wykonać zadanie.
Usadowienie się niemieckiego oddziału na samym prawie skraju lądowiska mogło przekreślić wszystkie nasze dotychczasowe wysiłki i przygotowania. Wysyłam meldunek do „Mirosława”. Pcham niezwłocznie ppor. „Konrada” do sprawdzenia, co się dzieje w Wał-Rudzie. Naradzam się z „Piratem”, co zrobimy, jeżeli oddział niemiecki będzie silny liczebnie i ubezpieczamy się czujnie wartami. Widzieliśmy w tej sytuacji trzy rozwiązania. Przyjąć samolot na wybranym lądowisku z tym, że walka będzie wtedy prawdopodobnie nieunikniona. Przesunąć miejsce lądowania na łąki na prawym brzegu rzeczki Kisielina na południe od wsi Miechowice Małe. Wreszcie nie przyjąć samolotu, dając mu odpowiednie sygnały ostrzegawcze.
Przyznam się szczerze, że do chwili powrotu „Konrada” nie mogłem podjąć żadnej rozsądnej decyzji. Widziałem oczyma wyobraźni rozczarowane twarze lotników, którzy zaryzykowali ten niecodzienny lot. Widziałem zmartwienie mających odlecieć „Gości” w razie odwołania przedsięwzięcia. Przede wszystkim zaś żal mi było żołnierzy zgrupowania, którzy w przygotowanie tej operacji włożyli tyle rzetelnego wysiłku. „Pirat” i „Cerkies” chodzili zdenerwowani po izbie, wychodzili i wracali. Widać było, że i przez ich młode ryzykanckie głowy przewala się nawał niewesołych myśli. Oczekiwanie na powrót „Konrada” było moim najcięższym przeżyciem w tej pełnej nerwowego napięcia imprezie.
Około godziny 19-tej przybył do wsi Zdrochec na kwaterę „Włodka” ppłk. „Mirosław”. Posłałem mu niezwłocznie szkic zastępczego lądowiska przy wsi Miechowice Małe. Zaznaczyłem przy tym, że jest ono nie gorsze od przygotowanego, a nawet ma twardszą nawierzchnię. Szkic i informacje powiózł na rowerze „Pirat”. „Mirosław” polecił natychmiast „Włodkowi” zapoznać się z nowym terenem. Mnie zaś przesłał rozkaz wykonywania osłony akcji z tą zmianą, że oddziały „Moreny”, „Jawora” i „Deski” nastawić należy na możliwość walki z Niemcami we wsi Wał-Ruda.
Już prawie zmrok zapadał, kiedy wrócił „Konrad” i zameldował, że oddział lotników niemieckich zakwaterował się w szkole w Wał-Rudzie. Niemcy są bardzo zmęczeni. Działka przeciwlotnicze maja dwa, ale nie stoją one na stanowiskach bojowych. To samo dotyczy sprzętu reflektora. Żołnierze „plątają się” w rejonie szkoły i nie zdradzają żadnej czujności. Ogółem oddział ten nie przekracza 100 ludzi. W kilkanaście minut po tym „Mirosław” wydał ostateczny rozkaz przyjęcia samolotu na uprzednio wybranym lądowisku. W tym czasie „Włodek” przemierzał juz krokami teren zastępczego lądowiska. Było za krótkie. Okazało się, że „Włodek” zbłądził. Poszedł na błonia przybysławickie zamiast na miechowickie łąki. Być może, że szkic mój nie był dokładny, bo rysowałem go w wielkim pośpiechu.
„Cerkies” poleciał na rowerze przekazać rozkaz „Mirosława” „Włodkowi”, z którym był również „Pirat” i „Włodek II”. „Baca” zaalarmował „Gości”. „Konrad” udał się w objazd wokoło lądowiska sprawdzić, czy ubezpieczenia bezpośrednie zajmują nakazane stanowiska. „Morenę” i „Jawora” miał on nastawić odpowiednio na Niemców przybyłych do Wał-Rudy. „Kmicic” zabrał pocztę, a ja w towarzystwie dwóch łączników z jego drużyny udałem się do osady Budźbowa. Tak więc nareszcie cała maszyneria „Zgrupowania Motyl” była w ruchu.
 
Dakota ląduje.
W rejonie Budźbowej znalazłem się w czasie, kiedy obsługa lądowiska ze sprzętem porządkowała się i ruszała na pole startowe. Za chwilę znalazłem się na wałach rzeczki Kisielina. Było już ciemno. Właśnie czujki zatrzymywały ostro przechodzących, a białe opaski ułatwiały im i rozpoznawanie swoich i wymianę hasła. Stanąłem na chwilę. W towarzystwie „Pomidora” zatrzymałem się na moście i nasłuchiwałem pilnie, czy zdążające zewsząd oddziały i wozy nie wywołują hałasu i turkotu.
Noc była parna, pogodna i cicha. Nie było w ogóle słychać jadących po trawiastych drogach wozów. Tu i ówdzie w okolicznych wioskach szczekały psy, a z mojej rodzinnej wsi dochodził stłumiony chóralny rechot żab z tamtejszego dużego stawu. Tak więc znalazłem się znowu na tych łąkach, gdzie za chłopięcych lat pasałem jesienią bydło. Tu z kolegami ze wsi rodzinnej staczałem wtedy boje z jadownickimi chłopakami. Obecnie przyszło mi tu wyzyskać ich do innych zadań i jakże do tego w szczególnych okolicznościach. Takie refleksje snuły mi się po głowie w czasie marszu przez łąki na lądowisko.
Na lądowisku krzątała się już obsługa, przygotowując stosy na ogniska i ustawiając latarnie. Od strony zachodniej ułożono trzy stosy suchego drewna, polanego benzyną. Ogniska tworzyły formę trójkąta o boku 25 dużych kroków. Była to brama wlotowa. Ostrze trójkąta ognisk zwrócone na wschód pokazywało kierunek lądowania. Przygotowaniem bramy wlotowej i zapaleniem ognisk kierował szereg. Franciszek Wilk „Chory”. O tysiąc dużych kroków od trójkąta ognisk rozpoczynało się właściwe lądowisko. Był to pas łąk o długości 1200 i o szerokości 300 dużych kroków. Po bokach obsługa ustawiała w odstępach po 25 kroków latarnie, które po zapaleniu dawały czerwone światło. Na wschodnim boku lądowiska w pośrodku pola lądowania ustawiony był mały reflektor i tablica ostrzegawcza ze szkłami odblaskowymi. Obsługą tego sprzętu kierował kpr. Andrzej Puchała „Raźny” wg wskazówek kpt. „Włodka”.
Wśród tej krzątaniny odszukał mnie  „Konrad” i zameldował, że wszyscy dowódcy w ciszy zupełnej zajęli nakazane stanowiska. „Jawor” juz od dwóch godzin siedzi w obsadzonej gajówce, a „Morena” obsadził wschodni wylot Dolnej Śmietany. Jedna z jego drużyn podsunęła się w rejon szkoły w Wał Rudzie pod same kwatery lotników niemieckich i – jak to określił „Konrad” – „mogą chłopcy „Moreny”, łażących po drodze wartowników, złapać każdej chwili za nogę”.
Zameldowałem ppłk. „Mirosławowi”, że całość jest na stanowiskach i że akcja jak dotąd rozwija się sprawnie i spokojnie. „Mirosław” przyjął meldunek. Był uśmiechnięty i wesoły. Opowiadał „Tomaszowi”, który przed chwilą przyjechał, jakiś dobry kawał okupacyjny. Reszta odlatujących osób przybyła również niebawem. „Pirat” sprawdził czy poczta do wysyłki jest na miejscu. „Włodek” skontrolował swoje urządzenia sygnalizacyjne. Zjawił się również i „Skory” dla odbioru osób, które przylecą. Na lądowisku nastała absolutna cisza.
Niebo było pogodne. Nie było na nim ani jednej chmurki. Gwiazdy mrugały nam wesoło nad głowami. Wszyscy czekali niecierpliwie na przylot oczekiwanej maszyny. Napięcie z minuty na minutę rosło.
Ciszę, gdzieś około godz. 23:20 przerwał warkot niemieckich samolotów, które leciały z południa na północ wzdłuż biegu Wisły. Potem znów nastała zupełna cisza.
Nagle około godziny 24-tej dał się słyszeć od południowego zachodu warkot ciężkiej lotniczej maszyny. Głos ten potężniał, nadchodził i rósł. Przerwanie panującej ciszy postawiło wszystkich na nogi. „Włodek” poskoczył do swoich urządzeń sygnalizacyjnych. Nadlatywała oczekiwana Dakota. Przyszła nad lądowisko na dużej wysokości, ale idealnie dokładnie. Błysnął krótko na jej skrzydle Morsem ustalony sygnał litery „k”. „Włodek” odpowiedział natychmiast reflektorem literą „m”. Obsługa lądowiska uruchamia błyskawicznie trójkąt ognisk, a za chwilę wyskakują jak spod ziemi rzędy czerwonych świateł bocznych. Łąki nabrały koloru tęczy. Był to widok w swoim rodzaju urzekający i cudowny ale zarazem groźny. Nieprzyjemne sąsiedztwo niemieckich lotników potęgowało i tak niemałe napięcie nerwowe.
Dakota poszybowała bez zmiany wysokości gdzieś w rejon Gręboszowa. Tam zawróciła. Zniżyła lot. Złapała ujście Dunajca do Wisły. Stąd wzięła kierunek na lądowisko. Nad Miechowicami Wielkimi pilot włączył potężne reflektory. Zobaczyłem nagle Jadowniki Mokre i moje rodzinne Miechowice Małe jak w biały słoneczny dzień. Ale nie od razu udała się sztuka. Nalot był próbny i nieco skośny do linii ustawionych świateł. Pilot poderwał maszynę. Poszła teraz głębiej na wschód. Za chwilę nadleciała znowu. Tym razem maszyna siada na łąki pomiędzy światłami. Toczy się. Buczy i podskakuje. Wreszcie na sygnał „Włodka” hamuje ostro, skręca na południe i staje.
Podbiegamy szybko do maszyny. „Mirosław” wita przybyłego gen. Kossakowskiego i jego dwóch towarzyszy. Chłopcy „Kmicica” wyładowują przywieziony przez Dakotę bagaż. Dzieje się to błyskawicznie. Ja i „Pirat” odbieramy i kwitujemy przywiezioną pocztę. Załogę Dakoty stanowiło kilku Nowozelandczyków i tylko jeden Polak. Był to młody chłopiec. Wszyscy cieszyli się, że lot odbył się szczęśliwie. Częstowali nas czekoladą i papierosami. Zachowywali się zupełnie beztrosko. Tak, jak gdyby wylądowali w macierzystym porcie lotniczym. Wyładowanie Dakoty i załadowanie „Gości” i poczty trwało około kilka minut. Po krótkim serdecznym pożegnaniu „Włodek” dał załodze sygnał do odlotu Dakoty.
Teraz przez czas około godziny uczestnicy tego wydarzenia przeżywali bardzo ciężkie chwile. W zapale powitań, rozładowywania, załadowywania nikt nie zauważył, że Dakota hamując ostro i gwałtownie, ugrzęzła kołami w niezbyt twardym gruncie.
Pilot włączył silniki. Zawibrowało powietrze. Buchnęły niebiesko-czerwone płomienie z rur wydechowych. Ogon Dakoty stanął dęba, ale maszyna nie ruszyła. Światła latarni płoną. Silniki wyją potężnie. Reflektory oświetlają tę niesamowita scenerię, a samolot stoi w miejscu. Teraz przychodzi zdenerwowanie, gdyż nikt takiego epilogu nie przewidział. Otwierają się drzwi od kabiny pilotów. Wychodzą mechanicy i majstrują coś koło hamulców. Tłumacz nam wyjaśnia, że hamulce hydrauliczne się zacięły i zablokowały obrót kół. Zwolniono hamulce. „Włodek” ściągnął obsługę od świateł i kazał pchać samolot po powtórnym włączeniu silników. Podmuch od śmigieł był jednak tak potężny, że chłopcy, którzy próbowali pchać Dakotę lecieli na ziemię jak wyrzuceni z katapulty. W tym czasie powstało na lądowisku małe zamieszanie. „Włodek” był zaskoczony. Ja zdenerwowałem się bardzo. Zdenerwowany był też i milczał „Mirosław”, bo Dakota stała w miejscu jak wmurowana. Ponowiona trzecia próba startu też zawiodła. Wtedy „Mirosław” rozkazał spalić samolot. Zabrać „Gości” i załogę do lasu i na kwatery, i opuścić lądowisko. Chłopcy weszli do samolotu. Wysadzili pasażerów. Wyrzucili spadochrony i ogołocili wnętrze maszyny ze wszystkiego. Sytuacja była niewesoła i naprawdę tragiczna.
Nie wszyscy jednak stracili głowę. Po trzecim nieudanym starcie, w czasie wyładowywania Dakoty, Stanisław Wróbel „Szary” wczołgał się pod podwozie. Zauważył on, że koła maszyny ugrzęzły a w szczególności koło lewe. Zaalarmował myszkującego też koło podwozia „Pirata”. Ten poszedł w jego ślady. Przy uważnych oględzinach stwierdzili obaj, że przy próbach startu koła Dakoty minimalnie ruszyły, a w szczególności koło prawe. „Pirat” poskoczył do „Mirosława” i uzyskał jego zgodę na jeszcze jedna próbę startu. Podkopanie kół, podłożenie desek i szczap przyniesionych z lasu i czwarta próba startu do tego skuteczna próba, to niewątpliwie zasługa „Szarego” i „Pirata”.
Zanim jednak przejdę do dalszej relacji o tym, co się działo następnie na lądowisku chcę się zatrzymać nieco nad sprawą, dlaczego Dakota ugrzęzła i w tak niebezpiecznej sytuacji grzebała .......
........, że „Włodek” dał zbyt późno sygnał pilotowi przy lądowaniu do zatrzymania maszyny, toczącej się do pobliskiego rowu, albo też może pilot zahamował zbyt ostro. Faktem jest, że skręcił gwałtownie i zarył Dakotę kołami w darń łąki. Ale to była noc, nerwy i napięcie i różnie przy lądowaniu na  prymitywnym lądowisku mogło się zdarzyć. „Włodek”, sugerując się jednak sprawnym lądowaniem i startem w czasie „II Mostu” nie przewidział możliwości ugrzęźnięcia samolotu i nie zaopatrzył obsługi w potrzebny sprzęt saperski. Teraz gdy trzeba było usunąć spod kół Dakoty zepchniętą i sfałdowaną darń, okazało się, że obsługa nie była do tego przygotowana. Na lądowisku była bowiem tylko jedna mała łopatka typu wojskowego, a posiadał ją Władysław Wróbel z Marcinkowic. Darń i ziemię trzeba było usuwać tą jedną jedyną łopatką i rękami. Było to poważne niedopatrzenie, ponieważ brak na lądowisku łopat, siekier czy kilofów mógł całe przedsięwzięcie położyć na łopatki.
Tymczasem na lądowisku „Pirat” kieruje energicznie usunięciem darni i ziemi z przed kół Dakoty. Przyniesiono też pośpiesznie deski i szczapy z lasu, które podłożono pod koła. Załadowano po raz trzeci „Gości” i pocztę, wrzucono pośpiesznie poplątane spadochrony i sprzęt wyładowany z Dakoty. Pilot ponawia start. Silniki nabierają pełnych obrotów i ryczą potężnie. Dakota drga i rusza z wolna. Nabiera pędu. Robi pętlę i unosi się. Gasną reflektory i maszyna poszybowała w daleką podróż.
Za chwilę lądowisko pustoszeje. Schodzą cichaczem ubezpieczenia. Członkowie Komendy „Zgrupowania Motyl” po pożegnaniu się z „Mirosławem” i „Włodkiem” udają się na zasłużony odpoczynek do kwater w Przybysławicach. Na lądowisku pozostało przez nieuwagę dwie latarnie i tablica odblaskowa. O świcie wrócił tu odważnie „Raźny” i zabrał pozostawiony sprzęt do domu.
Generała Kossakowskiego i jego dwóch towarzyszy zabrał natychmiast po wylądowaniu „Skory” na podwodę, którą powoził plut. Franciszek Lechowicz, dowódca drużyny ze Zdrochca. Zajechali do wsi Kwików około godziny 2:20. Tam w domu Jana Walczaka przywitała „Gości” kapela ludowa krakowiakiem „Bartoszu! Bartoszu! Hej nie traćwa nadziei”. Przyjęto przybyłych uroczyście. Byli bardzo wzruszeni.
Po krótkim odpoczynku odstawiono przybyłych „Gości” do stacji kolejowej Słotwina-Brzesko. Wcześniej zaopatrzono ich w okupacyjne dowody osobiste. W Słotwinie-Brzesku „Skory” zakupił bilety kolejowe odjeżdżającym i załadował ich do pociągu odchodzącego o godz. 6:20 w kierunku Krakowa. Generała Kossakowskiego i jego towarzyszy odwozili furmankami chłopi z Kwikowa Józef Majka i Jan Sanek. Dla niepoznaki wsadzono na podwody po jednej kobiecie, ażeby upozorować normalną jazdę chłopów na jarmark. Jechały na podwodach gospodynie z Kwikowa Wiktoria Sulma i Maria Antosz.
Bagaż z Dakoty, jak już wspomniałem, zabrały niezwłocznie po jej wylądowaniu podwody i przewiozły do skrytek we wsi Przybysławice. Około godziny 7-ej dnia 26 lipca 1944 roku „Gapa” odebrał depeszę, że Dakota w Brindisi wylądowała szczęśliwie. Zwinął radiostację i odjechał razem z „Włodkiem” niezwłocznie do Warszawy.
Operacja „III Most” przeprowadzona w dość skomplikowanych i niebezpiecznych warunkach udała się.
 
Ładunek z Dakoty.
Mimo nieprzespanej nocy sen nie brał nas po przybyciu na kwatery do Przybysławic. Chcieliśmy wiedzieć, czy samolot doleciał szczęśliwie do bazy i czy Niemcy w nadchodzącym dniu nie zrobią nam jakiegoś brzydkiego kawału. Rano tuz po odjeździe „Włodka” i „Gapy” kpr. „Raźny” przysłał nam wiadomość, że na lądowisku Niemcy badają ślady i coś tam kombinują. Poczynanie te śledził uważnie ze swojej gajówki gajowy Małek. „Konrad” postawił w stan gotowości drużynę S.O.P. w Przybysławicach i pod osłoną jej doświadczonych obserwatorów wszyscy poszli spać.
Rozkosznie spało się na sianie w stodole u kpr. Jana Cholewy „Granit” po przeżytych trudach i emocjach. W pobliżu w stodołach ukryty został ładunek z Dakoty. Strzegł tych skrytek starszy już człowiek Jan Lechowicz „Pokaz”. Około godziny 16-tej obudził mnie łącznik, który przywiózł od „Mirosława” rozkaz. Były to dyspozycje dotyczące rozdziału i odesłania poczty i sprzętu wg miejsc ich przeznaczenia.
„Pirat” już od godziny był na nogach. Razem z „Konradem” i „Cerkiesem” sprawdzili zgodność zawartości waliz i pakietów z załączonymi wykazami. Wszystko było zgodne i brakowało tylko jednej rolki filmu uzbrojonego. Rolka ta wybuchła na lądowisku w kieszeni „Kmicica” i lekko poparzyła mu nogę. Cały bagaż Dakoty zapakowany był w walizy i pakiety. Walizy zawierały broń, plastik, amunicję, aparaty fotograficzne, pięć radiostacji nadawczo-odbiorczych oraz cały szereg pakietów i pakiecików. Było też 12 kasetek metalowych zaplombowanych z funtami szterlingami. Pakiety adresowane były do Delegata Rządu w Kraju, do Komendy Głównej A.K. i do Kedywu. Poza tym było cały szereg prezentów dla osób prywatnych w formie wiecznych piór, zegarków itp. Oznaczone było to wszystko umownymi kryptonimami. W jednej z waliz było 5 automatów niemieckich, które zdobywcy spod Monte Cassino przesłali z odpowiednio wyrytymi napisami „Partyzantom z Kraju”.
Przystąpiliśmy do pakowania tego wszystkiego do dalszej wysyłki wg przesłanego przez „Mirosława” rozdzielnika. Wnoszono więc walizy, pakunki i worki i rozdzielano na stosy dla poszczególnych odbiorców. Chałupa Jaśka Cholewy zamieniła się w zbrojownię i wielki magazyn. O zmroku dnia 26 lipca zastał nas przy tej robocie „Mirosław”, który nieoczekiwanie zjawił się na mojej kwaterze i wydał dodatkowe zarządzenia do wysyłki. Następnie polecił mi sporządzić listę tych, którzy się wyróżnili w akcji, poczym pożegnał się z nami i odjechał.
Poczta i sprzęt zamaskowane na podwodach zostały przewiezione w nocy z dnia 27 na 28 lipca do „Tartak”, „Batuta” i „Drewniaki”. Pocztę główną oraz broń i plastik przeznaczony dla „Tartaku” powiózł „Kmicic” ze swoimi chłopcami na podwodach zamaskowanych świeżo skoszoną koniczyną. Osłona dwóch furmanek uzbrojona w automaty i z granatami za pasem pod dowództwem ppor. „Konrada” przebijała się na odcinku drogi Radłów-Bobrowniki przez cofające się bezładnie na zachód oddziały Wermachtu. To, że nie doszło tam wtedy do jakiejś zaczepki i walki, zaliczyć należy do cudu. Ładunek dostawiono do wsi Biała pod Tarnowem. Odbiór pokwitował Komendant Placówki „Kunegunda” Franciszek Kopa „Kłusownik”. Niestety na nic się zdało ryzyko chłopców „Kmicica”. Poczta wpadła w ręce Własowców.
We wsi Biała zamelinowano pocztę w dole na buraki. Strzegło jej tam kilku partyzantów. W okolicy wsi Klikowa zabito tam wtedy niemieckiego oficera lotnika. Przyszła w teren ekspedycja Własowców. Chłopcy pilnujący poczty właśnie czyścili broń, wtedy naszli ich Własowcy. Doszło do nierównej walki. Dom został otoczony, osłona częściowo wybita i poczta też wpadła. Zginął tam wtedy dowódca „Szarych Szaregów” z Tarnowa „Dzik”. Ujęty jako ranny, został zakłuty bagnetami na cmentarzu w Klikowie. Taki to przypadek i brak należytej czujności oddał niepotrzebnie w ręce wroga ważną pocztę i cenny sprzęt. No cóż fortuna kołem się toczy.
 
Zakończenie.
Film oparty na powieści Bernarda Normana pod tyt. „Oni ocalili Londyn” przedstawia opisane przeze mnie wydarzenia w sposób nieco groteskowy. Niemniej jednak trzeba tu przyznać, że Anglicy docenili należycie ten wyczyn ówczesnych swoich sojuszników i ów film wyprodukowali.
Było to wydarzenie dość niezwykłe. Temat do filmu jest wdzięczny i ciekawy. Osobowość głównej postaci, jaką był inż. Antoni Kocjan „Korona”, aż prosi się o spopularyzowanie jej przez radio czy telewizję. Jego postawa w obliczu śmierci była równie bohaterska i wzniosła jak i jego całe życie. Młode pokolenie w Polsce Ludowej winno się dowiedzieć, kto to był inż. Antoni Kocjan. Hufce czy drużyny harcerskie mogą w nim znaleźć niedościgły wzór do naśladowania.
Wydarcie Niemcom tajemnicy o ich „cudownej broni” przez wywiad Armii Krajowej zaliczyć należy do najpierwszych wyczynów w okresie II-ej wojny światowej. W zmaganiach tych i ich poszczególnych fazach wybitny udział wzięli chłopi polscy. W oparciu o ich ofiarność, ryzyko i spryt porwano Niemcom sprzed nosa z ich poligonu niewypał groźnej rakiety V-2. W oparciu o ich trud i żołnierską postawę tajemnice o tej rzeczywiście niezwykłej broni poleciały do Londynu, który miał paść od jej ciosów. Operując nazwą wspomnianego angielskiego filmu, trzeba tu stwierdzić, że chłopi polscy z rejonu Sarnak czy Radłowa walnie się do ocalenia Londynu przyczynili.
Postawa miejscowego chłopstwa była podziwu godna. Trzeba bowiem wiedzieć, że trwających kilka tygodni przygotowań nie dało się w zupełności ukryć przed nie zakonspirowaną częścią społeczeństwa. Ogólnie kobiety i mężczyźni wiedzieli, że się coś przygotowuje. Milczeli i nie zdradzali żadnego strachu czy zdenerwowania. Patriotyczna postawa ludności z okolicznych gromad godna jest szczególnego podkreślenia i uznania. Żołnierze z Batalionów Chłopskich stanowili trzon „Zgrupowania Motyl” i bez oparcia o nich nie można było nawet pomyśleć o powodzeniu akcji. Aktywiści „Wici” i starzy Ludowcy zdali tu na 5-ę swój obywatelski i żołnierski egzamin. W szczególności wyróżnili się w opisywanej przeze mnie akcji chłopi ze wsi: Przybysławice, Jadowniki Mokre, Zdrochec, Wał-Ruda i Kwików.
W tym perspektywicznym obrazie, który przedstawiłem, chcę w końcu podkreślić upartą wolę walki i wzorową dyscyplinę tych wszystkich żołnierzy, podoficerów i oficerów, którzy w „Operacji III Most” wzięli bezpośredni udział. Cechował ich wszystkich olbrzymi ładunek patriotyzmu i umiłowania wolności. Załoga Dakoty, Inspektorat „Tama” i żołnierze „Zgrupowania Motyl” dobrze spełnili swój żołnierski obowiązek. Towarzyszył nam wszystkim przy tym ten łut żołnierskiego i partyzanckiego szczęścia, który prócz działalności, ofiarności i rozwagi decyduje o powodzeniu.
 

Władysław Kabat „Brzechwa”
Sobótka, dnia 7 sierpnia 1967 r.
 
 
 
Sprostowania i uwagi końcowe.
1.Relacje swoją opracowałem w oparciu o posiadane zapiski i zapamiętane dobrze fakty i wydarzenia. Prócz tego sprawdziłem w ubiegłym roku swoje notatki w terenie w rozmowach z bezpośrednimi uczestnikami opisywanej akcji. Niektórzy z Kolegów nadesłali mi też krótkie relacje, dotyczące poszczególnych wydarzeń. Dziękuję bardzo tym wszystkim, którzy przypomnieli mi bieg ówczesnych wypadków, a w szczególności Kolegom „Piratowi”, „Skoremu”, „Szaremu”, „Raźnemu”, „Zerowi”, „Jurandowi” i „Choremu”. Sądzę, że ta moja skromna praca przyczyni się w pewnej mierze do ustalenia oczywistych faktów, jakie miały miejsce przy wykonywaniu „Operacji III Most” 23 lata temu.

2.Obecnie chcę ustosunkować się do poniektórych prac, które różni autorzy opublikowali w prasie lub wydawnictwach książkowych.

- Pan Strumph-Wojtkiewicz w swojej publikacji „Operacja Most” (Magazyn Polski 1 kwietnia 1958 roku i Pan Michał Wojewódzki w broszurze p.t. „Na tropach Wunderwaffe” przedstawiają „Operację III Most” – że tak się wyrażę – w atmosferze „kultu jednostki”. Kpt. Włodzimierz Gedymin „Włodek” jest w ich relacjach jedynym i niepodzielnym dowódcą całej akcji na polach Radłowa. On wybiera lądowisko. On organizuje i prowadzi wywiad. On przyjmuje „Gości” i ładunek z Dakoty. Wszyscy są zdenerwowani a nawet – jak to pisze p. Strumph-Wojtkiewicz „przerażeni” w chwilach wyłaniających się trudności, a tylko „Włodek” trzyma się dzielnie.
Otóż nie tak to było. Kpt. „Włodek” był niewątpliwie dzielnym oficerem i dobrze, i pozytywnie spełnił swoje zadanie w „Operacji III Most”, ale całą akcją nie on przecież dowodził. Wyeliminowanie z treści w/wspomnianych publikacji takich nazwisk jak ppłk. „Mirosław” czy też kpt. „Baca” jest dla mnie osobiście sprawą nieco dziwną.
Postawa chłopów z gminy Wietrzychowice i Radłów jest też w w/wspomnianych publikacjach fałszywie i niewłaściwie przedstawiona. Pan Strumph-Wojtkiewicz pisze nawet (strona 133), że „ludność reagowała nerwowo na wszystko, co łączyło się z ruchem oporu”. Nic bardziej krzywdzącego o chłopach z okolic Radłowa nie można było już moim zdaniem napisać. Patriotyczna postawa ludności wspomnianych gmin nie podlegała dyskusji. Ppłk. „Mirosław” wiedział o tym dobrze. Był on zbyt doświadczonym konspiratorem, ażeby ryzykować tak poważne przedsięwzięcie w okolicy, gdzie wszyscy „trzęsą portkami”.

- Mjr. Stanisław Marek „Jagoda” publikował swoje relacje w WTN, w krakowskim „Dzienniku Polskim”, w „Wieściach” i wreszcie w książce pt. „Dynamit”. Jest jednak w tych relacjach dość dużo nieścisłości i niesprawdzonych danych. Mjr. „Jagoda” był z-cą w Komendzie Inspektoratu „Tama” i niewątpliwie był zorientowany w przebiegu przygotowań i w przeprowadzaniu akcji. Co robił w czasie akcji na terenie Tarnowa tego nie wiem. Bezpośredniego jednak udziału w samej akcji nie brał. W każdym razie nikt ze „Zgrupowania Motyl” nie otrzymał od niego żadnego rozkazu i nikt o nim wtedy w ogóle nie słyszał. Poza tym wg jego relacji spełniał on tę rolę, którą w rzeczywistości odegrał ppłk. „Mirosław”. Być może, to dlatego właśnie zgubił prawie zupełnie w swoim opowiadaniu i „Mirosława” i „Bacę”.
Jedną ze swoich publikacji „WTN” nazwał mjr. „Jagoda” „Akcja Jastrząb”. Takiego kryptonimu „Operacja III Most” nigdy nie miała. Jest to niewątpliwie osobisty wymysł autora. Dalej kpt. Zbigniew Rogawski „Młot-Baca” odegrał w „Operacji III Most” pierwszoplanową rolę, i nie – jak to pisze mjr. „Jagoda” – że „wobec niespodziewanego odejścia „Młota” na skutek choroby dowódcą lądowiska wyznaczył ppłk. „Mirosław” kpt. „Brzechwę”. Z całą odpowiedzialnością tu stwierdzam, że kpt. „Młot” cieszył się w czasie trwania akcji jak najlepszym zdrowiem i on właśnie zorganizował i kontrolował łączność z „Tamą” a nie „Jagoda”.
Odprawę główną do „Operacji III Most” przeprowadził ppłk. „Mirosław” w Żabnie, a nie w Tarnowie – jak to pisze „Jagoda”. W Tarnowie odbyła się tylko wstępna konferencja z przybyłym „Włodkiem”. Odprawa w Żabnie odbyła się w dniu 01 lipca, a ubezpieczał ją Komendant Placówki „Zofia” por. „Zor”.
Radiostacja odbiorczo-nadawcza pracowała przez cały czas akcji na strychu u gospodarza Stanisława Wróbla „Szary” we wsi Zdrochec, a nie – jak to pisze mjr. „Jagoda” – że „często zmieniała swoje miejsce postoju”. Na strychu u „Szarego” była zbudowana specjalna „melina”, do której doprowadzono przewody elektryczne.
Generała Kossakowskiego i jego dwóch towarzyszy odstawił por. „Skory” do stacji kolejowej Słotwina-Brzesko, a nie – jak to twierdzi mjr. „Jagoda” – że „wysyłał ich z przewodnikiem za Wisłę, skąd pociągiem kolejki wąskotorowej mają odjechać do Warszawy”.

- Pan Jan Boruch w opublikowanym w „Dzienniku Polskim” felietonie pt. „Powstanie Warszawskie widziane z Londynu” w odcinku II-im pisze między innymi „samolot lądował pod osłoną oddziałów partyzanckich majora Marka w pobliżu silnych zgrupowań niemieckich i lotnisk polowych Luftwaffe w rejonie wsi Jadowniki Mokre powiat Dąbrowa Tarnowska. Major Marek do samolotu doładował jeszcze części zdobytej V-1 i V-2, nowej „Wunderwaffe” niemieckiej”. No cóż?! Jak mógł to robić mjr. Marek, kiedy go tam w ogóle nie było.
Dla wszystkich wyżej wspomnianych autorów mam dużo szacunku. Pisząc, popularyzowali oni to, co się działo na polach Radłowa 23 lata temu. Nie zawsze jednak informacje, które otrzymywali z drugiej ręki, były ścisłe i rzetelne.

Te kilka uwag krytycznych napisałem nie dla osobistej satysfakcji, ale jedynie tylko gwoli dania świadectwa oczywistej prawdzie.
 
 
 
Stany liczebne bezpośrednich uczestników akcji.

Lp

Nazwa oddziału

Ofic.

Podch.

Podof.

Szer.

Uwagi

1.

Inspektorat „Tama”

2

-

-

-

„Mirosław” i „Baca”

2.

K-da „Zgrupowania Motyl”

3

1

2

16

Drużyna „Kmicica”

3.

Obsługa Lądowiska

2

-

3

27

w tym „Włodek” i „Gapa”

4.

Plut. „Moreny”

-

1

4

36

 

5.

Plut. „Czarnego Sępa”

-

-

4

28

 

6.

Drużyna „Rolina”

-

-

2

16

 

7.

Plut. „Pomidora”

-

-

4

32

 

8.

Plut. „Deski”

1

-

4

20

 

9.

Plut. „Juranda”

1

-

4

32

 

10.

Druż. „Gniewosza”

-

-

4

12

 

11.

Patrole „Soroki” i „Zatora”

-

-

4

8

 

12.

Druż, „Zora”

1

-

3

18

 

13.

Plut. „Jawora”

1

1

4

28

 

14.

Patrole sanitarne

-

-

3

6

 

15.

Woźnice

-

-

1

6

 

 

Razem

11

3

46

285

 


Do powyższych stanów bojowych należy dodać około 30 rodzin chłopskich, które zapewniały partyzantom i „Gościom” kwatery, wyżywienie i łączność. Szczególna ofiarnością wyróżniły się tu rodziny: Puchałów ze Zdrochca, Cholewów i Kusiorów z Przybysławic, Katarzyny Kabatowej „Barbara” i Janiny Purchlanki „Wiosna” z Wietrzychowic, Bronisławy Kabatówny „Olga” ze Sikorzyc, oraz wiele innych dzielnych i ofiarnych kobiet i mężczyzn.
 
Uzbrojenie.
Plutony, drużyny i patrole uzbrojone były częściowo w zrzutowe automaty. W większości jednak posiadały starą broń, przechowywana od 1939 roku. Nie wszystkie drużyny posiadały rkm. i granaty ręczne.
 
Siły okupacyjne.
W Tarnowie stał silny garnizon, składający się z oddziałów SS,  Wermachtu i różnorakich oddziałów pomocniczej służby policyjnej. W Niedomicach był Verkschutz nacjonalistów ukraińskich w sile około 30 ludzi. W Demblinie siedział dobrze uzbrojony Schutzpunkt w liczbie 38 własowców i 2-ch żandarmów. Okoliczne posterunki żandarmerii oraz policji posiadały przeciętnie stany 10-12 ludzi i tylko posterunki w Żabnie i Radłowie były liczniejsze. W ostatniej chwili, tuż przed akcją zakwaterował się we wsi Wał-Ruda oddział lotników niemieckich w sile około 100 ludzi.
 
Powyższy tekst przepisywałem z kopii maszynopisu więc w przypadku literówek lub błędów proszę o kontakt.  


Akcja 3 Most





Szkic sytuacyjny akcji wykonany przez ppłk.Władysława Kabata "Brzechwa"



Artykuły z kwartalnika Radło




Galeria zdjęć











Osoby uczestniczące w akcji.

Tomasz Stefan Arciszewski

(ur. 4 listopada 1877 w Sierzchowach, zm. 20 listopada 1955 w Londynie), polityk Polskiej Partii Socjalistycznej, polski działacz socjalistyczny. Jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS. Minister w Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej oraz rządzie ludowym Jędrzeja Moraczewskiego. Poseł na Sejm od 1919 do 1935. Lider podziemnej PPS–WRN. Premier RP na uchodźstwie w latach 1944–1947.


Józef Hieronim Rettinger

(1888-1960) nazywany był „szarą eminencją wojennej emigracji” – wysoko ustosunkowany w świecie polityki i międzynarodowej finansjery, działał jako publicysta i polityk. O potędze tej postaci może zaświadczyć fakt, iż miał on wolny wstęp zarówno na Downing Street, jak i do Białego Domu. 
Był synem Józefa Stanisława Rettingera. Po nagłej śmierci ojca, chłopcem zaopiekował się Władysław Zamoyski. W 1906 rozpoczął studia na Sorbonie (literatura). W 1911 wyjechał do Anglii, gdzie nawiązał kontakt z Józefem Korzeniowskim (Conradem), z którym się zaprzyjaźnił. W latach 1914-1916 Retinger stworzył tajny kontakt pomiędzy rządem brytyjskim a austriackimi kręgami wojskowymi. Brał dwukrotnie udział w negocjacjach pokojowych w Parmie (1916 i 1917). Działał bardzo ostro przeciwko utworzeniu Armii Polskiej we Francji w 1917 r. W 1919 wyjechał do Meksyku, gdzie był doradcą prezydenta Callesa i brał udział w rewolucji meksykańskiej lat 20-tych i 30-tych. 
W czasie II wojny światowej był doradcą politycznym gen. Sikorskiego Od 1941 polski charge d’affaire w Moskwie. Był najstarszym wiekiem cichociemnym zrzuconym do kraju; według Normana Daviesa - w celu oceny siły armii podziemnej i ugrupowań komunistów w wojennej Polsce i przekazania tych informacji bezpośrednio Brytyjczykom, dla których informacje polskiego rządu na emigracji, a także sowietów, nie były wystarczająco wiarygodne. 
Po wojnie był orędownikiem integracji Europy, organizatorem kongresu europejskiego w Hadze (1948) oraz sekretarzem Ruchu Europejskiego.



Stefan Musiałek-Łowicki „Mirosław”
szukam informacji o tej osobie


Zbigniew Rogawski „Młot” i „Baca”
szukam informacji o tej osobie





Zdzisław Baszak "Pirat"
szukam informacji o tej osobie


Włodzimierz Gedymin Włodek

Urodził się w czerwcu 1915 r. w Petersburgu. Był wnukiem powstańca styczniowego zesłanego do Rosji. Po rewolucji bolszewickiej jego rodzinie nie wiodło się najlepiej. Rodzice chcieli go wychować w wierze katolickiej, dlatego postanowili wrócić do Polski. Osiedlili się w Poznaniu, bo tutaj mieszkała ciotka Włodzimierza Gedymina. Gdy był uczniem ósmej klasy, wszyscy byli zafascynowani zwycięstwami polskich lotników Żwirki i Wigury w Challenge 1932 roku - wtedy i on postanowił zostać lotnikiem. Dostał się nawet na Politechnikę Warszawską, zanim jednak rozpoczął studia, w 57. pułku piechoty ukończył kurs podchorążych rezerwy, który był prowadzony przez oficerów z 3. Pułku Lotniczego. Potem było Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Dęblinie. Wtedy postanowił zostać pilotem myśliwskim. W 1937 r. ukończył szkołę podchorążych i został promowany na stopień podporucznika pilota lotnictwa myśliwskiego. Gdy wybuchła wojna, Gedymin służył w lotnictwie Armii „Poznań”, był dowódcą klucza. 2 września 1939 r. zestrzelił nad Poznaniem dwa niemieckie samoloty. W czasie okupacji ukrywał się najpierw u wuja, potem pracował jako kontroler jakości w Państwowych Zakładach "Tele-radio". Dzięki fikcyjnym wyjazdom "na montaż" mógł swobodnie przemieszczać się po kraju w celach konspiracyjnych. Należał bowiem do Związku Walki Zbrojnej, a potem do Armii Krajowej. Organizował zrzuty w okolicy Tarnowa. Uczestniczył też w akcji przekazania na Zachód dokumentacji oraz fragmentów rakiet V-2, za co otrzymał Virtuti Militari. ie ujawnił przed komunistycznymi władzami swojej konspiracyjnej przeszłości. Pracował jako radiotechnik, brał udział w uruchamianiu studia Polskiego Radia w Bydgoszczy. Krótko latał jako pilot LOT, ale kiedy w kraju zaczęły się stalinowskie czystki, stracił pracę. Przedwojenny lotnik, oficer, w dodatku miał brata w Anglii - tego było dla komunistów za wiele. Był uważany za "element niepewny" - dopiero po 1956 r. został przywrócony do pracy w LOT. W powietrzu wylatał wszelkie możliwe limity.



Jan Gomoła „Jawor”

Urodził się 2 maja 1913 r. w Duisburgu w Niemczech, dokąd jego rodzice Ludwik i Jadwiga przybyli z Wielkopolski w poszukiwaniu pracy. W wielu 7 lat Jan z rodzicami przyjechał do Polski, najpierw do Jarocina, a następnie do Poznania. Pierwszą pracę podjął w poznańskiej Drukarni Polskiej. Służbę wojskową odbywał początkowo w 66. Pułku Piechoty, a następnie w Korpusie Ochrony Pogranicza w Czortkowie, gdzie z wyróżnieniem ukończył szkołę podoficerską. Po powrocie z wojska prowadził w Inowrocławiu agencję gazet, tutaj też 24 sierpnia 1939 r. został zmobilizowany do 59. Pułku Piechoty, wchodzącego w skład 15. Dywizji Piechoty Armii "Pomorze". Jako dowódca drużyny Jan Gomoła w czasie kampanii wrześniowej brał udział w walkach pod Bydgoszczą, Gniewkowem, Brześciem Kujawskim, Kowalem, Gąbinem, Gostyninem, Iłowem, w bitwie nad Bzurą, w Puszczy Kampinoskiej oraz w obronie Warszawy. Po kapitulacji stolicy do 15 października 1939 r. przebywał w niewoli w obozie jenieckim w Skierniewicach, skąd udało mu się wydostać i wrócić do Poznania. W połowie listopada 1939 r. wstąpił w Poznaniu do konspiracyjnej Narodowej Organizacji Wojskowej, pełnił funkcję kierownika organizacyjnego w mieście, a następnie w niektórych powiatach województwa poznańskiego. W lutym 1940 r. Niemcy wysiedlili Jana Gomołę z Wielkopolski do Krakowa, gdzie pracując zawodowo w handlu równocześnie działał w NOW, a po reorganizacji w lutym 1942 r. w Armii Krajowej. W 1943 r. zorganizował i ukończył kurs podchorążych AK, a następnie przystąpił do organizowania oddziału partyzanckiego. Śledzony przez Niemców w Krakowie wyjechał wraz z grupą żołnierzy AK w okolice Radłowa k/ Tarnowa. Tutaj połączyli się z grupą miejscowych partyzantów i w maju 1944 r. stworzyli oddział partyzancki AK "Janina", którego dowódcą został ppor. Jan Gomoła pseudonim "Jawor". Oddział ten, początkowo liczący 30 osób a w późniejszym okresie prawie 100 żołnierzy, prezentował najwyższą siłę bojową, dlatego powierzano mu najtrudniejsze zadania. W nocy z 25/26 lipca 1944 r. oddział partyzancki "Janina" brał udział w słynnej akcji "Trzeci Most", stanowiąc ochronę lotniska "Motyl" w Jadowikach Mokrych. AK wysłała do Brindisi we Włoszech dane konstrukcyjne i niektóre części rakiety V-2 oraz kurierów dyplomatycznych. W sierpniu 1944 r. oddział "Janina" wszedł w skład Batalionu "Barbara" 16. pp AK Ziemi Tarnowskiej dowodzonego przez kapitana Eugeniusza Borowskiego pseudonim "Leliwa". Kompania "Janina" dowodzona przez "Jawora" awansowanego do stopnia porucznika, brała udział w licznych walkach batalionu "Barbara". Najbardziej jednak zasłużyła się dnia 25 września 1944 r. w bitwie pod Jamną, gdzie odwaga dowódcy "Jawora" i jego żołnierzy pozwoliła na utrzymanie linii obrony. Za tę walkę porucznik Jan Gomoła, w listopadzie 1944 r., został przez komendanta AK w Krakowie odznaczony Krzyżem Walecznych. W grudniu 1946 r. Jan Gomoła za przynależność do AK został aresztowany w Poznaniu. Wypuszczony w 1947 pod stałą "opieką" UB podjął pracę w Krakowie, później w Zakopanem i Nowym Targu. Ponownie został aresztowany 9 czerwca 1953 r. w Jarocinie i do 1955 r. był więziony w Krakowie, Wiśniczu, Brzezinach Śląskich. Po zwolnieniu z więzienia zamieszkał w Tarnowie, gdzie podjął pracę w handlu. Do emerytury zatrudniony był w tarnowskiej PSS "Społem". W latach 70-tych i 80-tych Jan Gomoła czynnie działał w Związku Inwalidów Wojennych, z jego inicjatywy w 1981 r. powstało przy NSZZ "Solidarność" Koło Kombatantów. 14 kwietnia 1985 r. po mszy św. w Kościele Księży Filipinów w Tarnowie, celebrowanej w intencji polskich oficerów w 45 rocznicę zbrodni katyńskiej, Jan Gomoła wraz z Aliną Szymiczek i Andrzejem Fenrychem (byli żołnierze AK) zostali wylegitymowani przez funkcjonariuszy MO za złożenie kwiatów na Grobie Nieznanego Żołnierza i uznani organizatorami nielegalnego zgromadzenia. Podczas trzeciej rozprawy (6.11.1985) Jan Gomoła w trakcie przesłuchania doznał zawału serca i nie odzyskawszy przytomności zmarł 7 listopada 1985 r. Pogrzeb porucznika "Jawora" odbył się na cmentarzu parafialnym w Krzyżu k/Tarnowa 11 listopada 1985 r. i stał się wielką patriotyczną manifestacją społeczeństwa tarnowskiego, mimo iż klepsydry z informacją o ceremoni zostały pozrywane przez "nieznanych sprawców". Jan Gomoła odznaczony był m.in. Medalem "Za udział w Wojnie Obronnej 1939 r.", Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Walecznych, czterokrotnie Medalem Wojska Polskiego i Krzyżem Armii Krajowej.

 
 
Oni ocalili Londyn – 65 rocznica Akcji III Most
 
 
W dniu 26 lipca 2009r w Zabawie oraz na tzw. „Olszu”, czyli łąkach położonych pomiędzy Wał Rudą i Jadownikami Mokrymi obchodzono uroczyście 65 rocznicę Akcji III Most.
Ta spektakularna operacja Armii Krajowej polegająca na lądowaniu w okupowanej Polsce angielskiego samolotu „Dakota”, który zabrał ważniejsze części pocisku, mikrofilmy i opracowania polskich naukowców na temat niemieckiej rakiety V-2, miała miejsce w nocy z 25 na 26 lipca 1944r. Dla organizujących ją i biorących w niej udział partyzantów, było to kolejne zadanie do wykonania i nikt z nich jak twierdzą żyjący świadkowie tamtych zdarzeń nie traktował tego jako bohaterstwa ani nie wiedział w czym dokładnie uczestniczył-bo tego wymagała prawdziwa konspiracja. O celu lądowania samolotu uczestnicy dowiedzieli się dopiero po wojnie.
W sprawnym, odpowiedzialnym przeprowadzeniu Akcji III Most dużą zasługę mają partyzanci wywodzący się z okolicznych miejscowości w tym z Jadownik Mokrych i gminy Wietrzychowice. Należeli oni do jednych z najlepiej wyszkolonych i zorganizowanych na tym terenie. Na dowódcę osłony i zabezpieczenia całej akcji jak również lądowiska „Motyl” i jego okolic został wyznaczony przez dowództwo Armii Krajowej pochodzący z Miechowic Małych płk Władysław Kabat ps. „Brzechwa” (wówczas kapitan). Kpt. W. Kabat jako organizator struktur ruchu oporu ZWZ, AK, BCH na tym terenie znał dobrze ludzi, ich silne charaktery i ducha bojowego, stąd mógł wykorzystać ich do tak odpowiedzialnego zadania. Znał też patriotyczne nastawienie społeczności lokalnej, która pomagała oddziałom partyzanckim, dlatego członkowie ruchu oporu mogli czuć się na tym terenie bezpiecznie
i nie musieli bać się konfidentów.
O żołnierzach, partyzantach AK i BCH, którzy zdobyli w Sarnakach nad Bugiem niewybuch rakiety V-2 oraz o tych, którzy opracowali jego dokumentację, jak również tych, którzy przeprowadzili operację III Most na łąkach pomiędzy Jadownikami Mokrymi i Wał Rudą napisano po wojnie, że to „Oni ocalili Londyn”. Przekazana Anglikom informacja o jednej z największych tajemnic i nadziei III Rzeszy jaką była rakieta V-2 pozwoliła im na odpowiednie przygotowanie się do obrony przed jej atakami.
Za swą zbiorową patriotyczną postawę, lojalność, pomoc i udział w przeprowadzeniu Akcji III Most trzy okoliczne miejscowości zostały odznaczone złotym krzyżem „ Za zasługi dla obronności kraju”. Są to Jadowniki Mokre w gm. Wietrzychowice oraz Przybysławice i Wał Ruda w gm. Radłów.
Tegoroczne uroczystości 65 rocznicy rozpoczęła koncelebrowana Msza Św. w intencji uczestników Akcji III Most, której przewodniczył i homilię wygłosił ks. płk Tadeusz Bieniek, Kapelan Wyższej Szkoły Sił Powietrznych w Dęblinie. Następnie uroczystość przeniosła się do Wał Rudy, gdzie przed pomnikiem upamiętniającym Akcję odbyła się cześć oficjalna tj. okolicznościowe przemówienia i oddanie czci uczestnikom poprzez złożenie kwiatów. Dokonano również  odsłonięcia drugiego pomnika, który znajduje się w łąkach-w miejscu lądowania samolotu.
Uroczystość uświetniło kilkadziesiąt pocztów sztandarowych wśród których były poczty kombatanckie, Ochotniczych Straży Pożarnych, szkolne oraz bardzo liczne poczty Polskiego Stronnictwa Ludowego. W ten sposób PSL oddał hołd żołnierzom i partyzantom, synom chłopskim biorącym udział w Akcji. Naszą gminę reprezentowały trzy poczty sztandarowe: Szkoły Podstawowej im. Stanisława Miłkowskiego w Wietrzychowicach, OSP w Jadownikach  Mokrych oraz poczet Zarządu Gminnego PSL w Wietrzychowicach. Okolicznościową wiązankę pod pomnikiem upamiętniającym Akcję złożyli: Wójt Gminy Leszek Zabiegała w asyście Przewodniczącego Rady Gminy w Wietrzychowicach Stanisława Magiery oraz Dyrektora Szkoły Podstawowej w Wietrzychowicach Stefana Dzika.
Opracował: Stefan Dzik




Inne wspomnienia o Operacji III Most


Osobnym rozdziałem w życiu konspiracyjnym J. Stósa była akcja znana pod kryptonimem „III Most". Odbiła się ona szerokim echem w kraju i na świecie. Była to sławna akcja przekazania angielskim lotnikom pocisku V-2 na lądowisku polowym w miejscowości Zabawa niedaleko Woli Radłowskiej. W tym szalonym przedsięwzięciu uczestniczył bezpośrednio dyrektor Stós „Sto" z ramienia Delegatury Powiatowej AK na teren Brzesko. Jako kierownik Referatu żywnościowego miał, bowiem obowiązek zabezpieczenia pod względem żywnościowym, materiałowym i sanitarnym oddziałów BCh, które brały udział w tej akcji. J. Stós „Sto" był w stałym kontakcie, przed akcją, III Most", z dowódcą plutonu BCh „Granitem" i z magazynów „Miarki" dla ludzi kwaterujących w jego i innych zagrodach zabezpieczył prowiant. Zabezpieczenie żywnościowe akcji należało do Referatu żywnościowego AK, którym kierował dyr. Stós. Także z magazynów sanitarnych aptekarza Janoszka były dostarczone na każdy punkt zborny materiały opatrunkowe dla kobiet działających w Zielonym Krzyżu.
Dziś, po latach, czytając książki o tych wydarzeniach, skojarzyłem sobie pewne fakty związane z tą akcją, w której i ja, w części przygotowawczej, byłem nieświadomym uczestnikiem. To, co mi opowiadał przed śmiercią J. Stós, powiązałem ściśle z moją pracą w „Miarce". W czerwcu 1944 r. jako praktykant pracowałem w sklepie kolonialnym „Miarki" na rogu Rynku, w tzw. „sklepie korzennym". Któregoś dnia, zastępca kierownika sklepu, p. Królowa otrzymała telefon od dyr. Stósa i oznajmiła mi, że jutro nie przychodzę do pracy w sklepie tylko zgłoszę się u kierownika składu z żelazem w Słotwinie i tam będę przez kilka dni zatrudniony. Był to plac, na którym oprócz złomu, znajdowały się dwie stare szopy, gdzie magazynowano różne oleje techniczne. Gdy zgłosiłem się w wyznaczonym terminie do kierownika składu, ten zaprowadził mnie do jednej z szop. Był tam już mój kolega, ze wspólnych wędrówek do Okocimia Górnego - Stefan Szydek, także praktykant ze sklepu żelaznego. Polecono nam przelać olej napędowy, naftę i benzynę z beczek, do przygotowanych baniek od mleka, tłumacząc, że „Miarka" otrzymała nowy, dodatkowy kontyngent materiałów pędnych, więc trzeba opróżnić beczki, by można było reglamentowane produkty odebrać z Tarnowa. Nie przyszło nam wtedy młodym chłopcom do głowy, że jest to kamuflaż, byśmy nie zastanawiali się, dlaczego akurat trzeba napełniać bańki po mleku, skoro w magazynie stoją puste zbiorniki.
Dopiero po wojnie dowiedziałem się, dlaczego to paliwo było wtedy przelewane do baniek od mleka. Olej napędowy, nafta, benzyna, były wtedy potrzebne do akcji „III Most". Trzeba było tę dość dużą ilość tych produktów przewieźć na miejsce koncentracji, bez zainteresowania i zwrócenia uwagi posterunków niemieckiej żandarmerii. Dyr. Stós „Sto" postanowił przetransportować te „trefne" produkty bezpiecznie. Paliwo potrzebne było do latarek naftowych i natychmiastowego zapalania ognisk wyznaczających nocne lądowisko. Po wojnie, dyr. Stós często wracał do tego zdarzenia opowiadając, jak to przechytrzył niemieckie posterunki i dostarczył potrzebne paliwo w odpowiednim czasie na miejsce zgrupowania „Motyl".
Nieraz opowiadał o tych dzielnych ludziach z okolic Radłowa, o dowódcach kierujących tą akcją i przybyszach z Londynu. Niektórzy z nich bywali po wojnie w jego domu na spotkaniach „starych towarzyszy broni".
W r. 1989 wpadła mi do ręki książka Jana Nowaka-Jeziorańskiego - „Kurier Warszawy". Jakież było moje zdziwienie, że fakty wydarzeń o „III Moście", o których pisze autor pokrywają się ze wspomnieniami, które usłyszałem od J. Stósa. Było mi bardzo miło, że w tych wspomnieniach jest uwidoczniona - chociaż anonimowo postać dyrektora, który uczestniczył w tym wydarzeniu i przyjmował gości z Londynu na prowizorycznym lotnisku.
Po przeczytaniu książek Myślińskiego, Nowaka-Jeziorańskiego, oraz wysłuchaniu szeregu opowiadań o akcji „III Most" przekazanych mi przez J. Stósa mam wrażenie, że „pan w kapeluszu i nieprzemakalnym płaszczu" ze wspomnień Nowaka-Jeziorańskiego, to nie kto inny tylko dyr. „Miarki". Żałuję bardzo, że książka „Kurier Warszawy" ukazała się na polskim rynku wydawniczym (1989) już po jego śmierci. Gdyby żył na pewno po jej ukazaniu dowiedziałbym się jeszcze więcej o tym wielkim wydarzeniu z czasów okupacji. Możliwe, że mogłoby wtedy dojść do osobistego kontaktu tych konspiratorów, którzy się widzieli, a nigdy się nie poznali.





 
ŚWIATOWY ZWIĄZEK ŻOŁNIERZY ARMII KRAJOWEJ - OKRĘG TARNÓW
ul.Ignacego Mościckiego 29
33-100 Tarnów
tel:14 626 29 31, 501 522 601
Prezes: Zdzisław Baszak