Zimowa podróż 6-11 II 1999

O świcie, w znakomitych humorach, z nadzieją podboju ziem i serc wyruszyliśmy sprzed naszego kościoła. Droga zapowiadała się trudna i ciężka, zwłaszcza, że śnieg zasypał drogi, a to przecież środkowa Polska, co będzie na wschodzie? Po drodze wstąpiliśmy do Jastrzębia aby zabrać ks. Zbyszka i kilkoro tamtejszych parafian, którzy wyrazili chęć wspólnego wyjazdu. Jak zwykle w autobusie podczas naszych wyjazdów panuje atmosfera totalnego rozprzężenia: modlimy się, śpiewamy, rozmawiamy, żartujemy i śpimy. Tuż przed granicą z powodu przewróconej lawety z samochodami zmuszeni byliśmy stać niemal godzinę zanim droga została odblokowana.

Granicę polsko-litewską przekroczyliśmy bez przeszkód i już w godzinach wieczornych dotarliśmy na miejsce przeznaczenia – do hotelu. Musieliśmy jednak odpocząć, bo przed nami było kilka pracowitych dni, w czasie których musieliśmy zaprezentować się od jak najlepszej strony. Już następnego dnia o godz. 9.00 wyruszyliśmy do Kolonii Wileńskiej, miejscowości zamieszkałej głównie przez Polaków. Obraz tamtejszej przyrody, surowej o tej porze roku, pejzaże – wszystko w zimowej scenerii, pokryte białym śniegiem aż w nadmiarze wyglądało cudownie. Dotarliśmy do małego, drewnianego kościółka Chrystusa Króla, gdzie proboszczem jest ksiądz Alojzy. To właśnie za zgodą tego sympatycznego księdza mogliśmy zaśpiewać dla naszych rodaków.

Podczas Mszy świętej zaśpiewaliśmy dobrze znane i opanowane hity m. in., „Jako róża”, „Ilekroć ten chleb”, „Przecudne oblicze”. Po zakończonej celebracji zostaliśmy zaproszeni do plebanii. Tam zjedliśmy przygotowany wspaniały obiad i słodycze, co dla Zbyszka z basów było pokusą nie do odparcia. Na pożegnanie zaśpiewaliśmy tradycyjnie już nasze świeckie przeboje: „Serce w plecaku” oraz „Ad multos annos”.

Podczas pobytu w Kolonii Wileńskiej odwiedziliśmy niewielki cmentarz, na którym spoczywają żołnierze AK, którzy brali udział akcji „Ostra Brama” w 1944 r. Pani, która nas oprowadzała, opowiedziała nam pokrótce historię cmentarza i osób tu spoczywających. Ociągając się, bo chciałoby się jak najdłużej zostać w tej miejscowości, wsiedliśmy w końcu do autobusu i wróciliśmy do Wilna.

Gdy dotarliśmy do centrum Wilna był już wieczór (w zimie dodatkowo jeszcze szybciej zapadający) ale i tak przespacerowaliśmy się zaśnieżoną wileńską starówką. Postaliśmy chwilę przed Ostrą Bramą, obejrzeliśmy od zewnątrz, niestety tylko kościół św. Kazimierza ze wspaniałą koroną Jagiellonów na wieży, bazylikę św. Janów, w której niegdyś był organistą St. Moniuszko oraz cerkiew. Zmęczeni, ale bogatsi o nowe wrażenia powróciliśmy do hotelu. Na tym jednak nie koniec. Po odświeżeniu i zjedzeniu obiadu zebraliśmy się w „wyznaczonym” pokoju, aby podzielić się wrażeniami. Było bardzo miło a z czasem coraz bardzo wesoło, za przyczyną szczególnego rodzaju napoju, który zabraliśmy ze sobą z Torunia. Po kilkugodzinnym spotkaniu rozeszliśmy się na zasłużony odpoczynek, zwłaszcza że za kilka godzin rozpoczynał się nowy dzień, a według planów zapowiadał się niezmiernie interesująco.

Nazajutrz o godz. 9.00 wyjechaliśmy sprzed naszego hotelu. Pierwszym celem był kościół świętych Piotra i Pawła na Antokolu. Budowla ta urzeka swoim pięknym wnętrzem udekorowanym niemal wyłącznie z różnych gipsowych figur i stiuków. Wszędzie widać biały kolor ścian, figur – właściwie wszystko tam było białe. Nad wystrojem świątyni pracowało podobno 300 artystów sprowadzonych z Włoch. Całość uzupełniały malowidła i figury świętych. Na szczególną uwagę zasługiwała zwłaszcza figura Jezusa, którego broda i włosy wykonane były z naturalnego włosia. Wspaniały był również żyrandol w kształcie łodzi rybackiej wykonany z kryształów.
Po zwiedzeniu kościoła zaśpiewaliśmy „Pójdźmy do Pana”. Nasze głosy brzmiały tam cudownie, a śpiew niosło po całym kościele.

Wychodząc ze świątyni zwróciliśmy uwagę na tablicę znajdującą się u wejścia do kościoła z napisem „Hic iacet peccator” („tutaj leży grzesznik”). Jak się okazało, fundator tego kościoła, hrabia i wysokiej rangi oficer wojskowy, Pac, kazał się po śmierci pogrzebać w grobie usytuowanym tak, by wchodzący do świątyni stąpali po jego kościach. Jakże ta postawa kontrastuje z dzisiejszą chęcią uwiecznienia się za wszelką cenę przez budowę pomników, nagrobków nierzadko monumentalnych. Dało nam to wiele do myślenia.

Z kościoła Piotra i Pawła wyruszyliśmy w kierunku Ostrej Bramy. Tuż przed nią, po drodze wstąpiliśmy na chwilę do kościoła pod wezwaniem świętej Teresy, po czym weszliśmy do kaplicy w Ostrej Bramie na mszę św. sprawowaną przez ks. Zbigniewa. Oprócz nas uczestniczyli w niej także mieszkańcy Wilna, którzy tłumnie przychodzą do tej ciasnej kaplicy. W czasie mszy zaśpiewaliśmy: „Maryjo ja Twe dziecię”, „Kyrie”, „Agnus Dei”, „Modlitwę o pokój” a Zbyszek wykonał solo „Błogosław Matko”. Na zakończenie wykonaliśmy „Rotę”. Ta chwila zapisze się nam w pamięci głęboko – dostarczyła wszystkim wielu wzruszeń.

Po opuszczeniu Ostrej Bramy udaliśmy się do pobliskiej cerkwi, która urzekła nas bogatą i żywą kolorystyką i nie ma co ukrywać, jest to jeszcze dla nas świat nieznany. przyglądaliśmy się jak zauroczeni ikonostasowi, którego nie ma w kościołach katolickich, ikonom, których bardzo wiele jest w cerkwi. Po wysłuchaniu historii tego miejsca udaliśmy się do baru uniwersyteckiego aby nasycić nasze ciała. Po zapełnieniu brzuchów poszliśmy obejrzeć uniwersytecki kościół OO. Jezuitów. Jest on bardzo duży, toteż zabawiliśmy tam bardzo długo. Jak dotąd, nie widzieliśmy miasta, w którym byłoby tyle kościołów; nawet chyba Kraków, skądinąd pobożne miasto, nie ma tylu kościołów.

Po kościele Jezuitów przyszedł czas na zwiedzenie katedry wileńskiej zbudowanej w 1801 r. Jak i pozostałe kościoły jest ona bardzo piękna i utrzymana w zadziwiającej czystości. Co prawda widać, że w porównaniu do pozostałych zabytkowych budowli Wilna, katedra mocno odstaje swą historią i klasycznym rozplanowaniem, ale wywarła także wrażenie na nas. Zobaczyliśmy w bocznej kaplicy relikwie św. Kazimierza, umieszczone w srebrnej trumnie zawieszonej nad ołtarzem. Po zwiedzeniu katedry byliśmy już tak zmordowani, że chciało się już tylko wyciągnąć choćby na pół godziny na jakmś łóżku. Niemniej, czekał nas jeszcze jeden punkt programu.

Na godz. 17.00 mieliśmy zaplanowany jeszcze koncert w Litewskiej Akademii Nauk. W akademickiej salce przebraliśmy się w stroje pontyfikalne, przeprowadziliśmy próbę i wyszliśmy przed publiczność, aby wykonać „koncert wileński”, na który złożyły się m. in. „Bogurodzica”, „Nieście chwałę mocarze”, „Ave verum”, „Kto szuka Cię”, „Modlitwa o pokój”, „Rota” oraz popisy solowe Zbyszka. Sądząc po brawach koncert bardzo się podobał, a niezwykle miła pani Apolonia (prezes Centrum Kultury Polskiej na Litwie) kwiatami podziękowała za występ i złożyła nam życzenia dalszych sukcesów.

Naprawdę, już zmęczeni, ale szczęśliwi powróciliśmy do naszego hotelu. Tam czekała nas jeszcze nieoficjalna część pobytu w Wilnie, nazwana przez naszego operatora filmowego „nocnym życiem”. Świętowaliśmy bardzo wesoło i głośno urodziny koleżanki z altów, Joasi. Bawiliśmy się dobrze i dość długo w nocy. Nazajutrz, z tego powodu niezbyt wyspani, ale za to gotowi do dalszych wojaży stawiliśmy się przed hotelem.

O godz. 10.00 wyruszyliśmy na słynne Wzgórze Krzyży niedaleko Szawli, aby i tam pozostawić pamiątkę. Wrażenie, jakie wywarła na nas to miejsce było przeogromne. Dziesiątki tysięcy krzyży przywiezionych przez ludzi z całego świata, sprawiały niesamowity widok. W takiej śnieżnej scenerii, w niemiłosiernej temperaturze, bo było prawie -27 st. zaśpiewaliśmy na mszy św. odprawianej przy polowym ołtarzu przez ks. Zbyszka. Po modlitwie weszliśmy na górę, aby tam wśród tysięcy krzyży pozostawić ten nasz - przygotowany i przywieziony na tę okoliczność z Torunia. Ustawiono krzyż i zawieszono na nim różaniec. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś uda nam się go odnaleźć? W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Szawli i Kowna, gdzie w barze zjedliśmy specjalność litewskiej kuchni, czyli na bliny z mięsem. Dobrze nam zrobiły po długim pobycie na zimnie. Do hotelu wróciliśmy ok. godz. 22.00.

Ostatniej nocy na Litwie postanowiliśmy nie zmarnować. W jednym z pokojów urządziliśmy imprezę, która rozpoczęła się tuz przed północą i trwała do rana. Tego, co się wtedy działo nie da się opisać, to po prostu trzeba zobaczyć. Operator kamery udostępnił później film, który przechowujemy w naszym archiwum. Widać na nim wyraźnie jak prezes odkrył (chyba także przed sobą samym) wielki talent aktorski.

Następnego dnia pożegnaliśmy się z Wilnem.. Tego dnia mieliśmy zaplanowaliśmy zwiedzanie Trok – pierwszej historycznie stolicy Litwy. Miejscowość ta również wywarła na nas wrażenie swoją malowniczością i przede wszystkim panującą w niej ciszą. W Trokach zwiedziliśmy zamek, posililiśmy się w pobliskim barze i uczestniczyliśmy we Mszy św. Po nabożeństwie udaliśmy się aby zakupić trwalsze od wspomnień różne pamiątki, po czym definitywnie ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. W czasie podróży dała się zauważyć zamiana dnia z nocą: na ogół wesoły autobus teraz stał się pojazdem z kuszetkami, choć były także śpiewy i żarty. Do domu wróciliśmy 11 lutego o, godz. 5.00. Ten kilkudniowy zimowy pobyt na Litwie na długo utkwi nam w pamięci.
 
Zapraszamy na naszą stronę główną: www.stomus.wordpress.com