Pierwsza nasza podróż zagraniczna

Pierwsza w naszej historii podróż zagraniczna
doszła do skutku jesienią 1989 r. 30 września o godz. 16.00 autokar podjechał pod kościół, 41 osób łącznie z dwoma kierowcami i panią pilot zajęło miejsca. Autokar ruszył, przy wspólnych modlitwach i śpiewie oraz innych uciechach upływała nam droga.

Atmosfera podniecenia narastała z każdym metrem zbliżania się do odprawy celnej. Szczególnie nerwowo zaczęły zachowywać się osoby, które w swych bagażach miały nieco więcej np. „filutków”, których nie dadzą rady „przerobić” tam za granicą. Podniecenie rozładowywał niestrudzony Zbyszek określając radzieckich celników jako „dziadostwo, gulajstwo, banditen” i przyrzekał im, że i tak tu w niedługim czasie wrócimy, ale na koniach.

Nasza pani pilot jednak stanęła wyżej niż urosła. Przedstawiła „starszinie” od celników jakich to artystów przewozi i jak bardzo na nich czekają we Lwowie, że rozkaz padł „brać, co kto może i kogo może i do autobusu”. I tak się stało, każdy szedł jak burza z „filutkami”, łańcuszkami, medalikami, starymi aparatami fotograficznymi i innymi torbami. Zależało nam bardzo aby zdążyć na 13.00 do katedry na Mszę św., jednak przekraczało to możliwości naszego „Ikarusa” i wspaniałych kierowców.

Dojechaliśmy do Lwowa – centrum po 13.00, uzgodniliśmy z ks. proboszczem że będziemy śpiewać na Mszy św. wieczornej o godz. 19.00. Po wielu komplikacjach z hotelem i pilotem radzieckim, około 16.00 zakwaterowano nas w hotelu „Sputnik”; jak na wschodnie warunki hotel miły, pokoje 2-osobowe i pełne radości.

Wszyscy zmęczeni maksymalnie wpadliśmy w ostatniej chwili na chór i zaczęliśmy śpiewać. My zaczęliśmy śpiew od „Bogurodzicy” na wejście, jeszcze tchu nam brakowało i oczy się zamykały po ostatniej ciężkiej dobie, a świadomość bycia w samej katedrze lwowskiej, gdzie przed 333 laty nasz król, Jan Kazimierz składał śluby w imieniu narodu polskiego, ożywiła nas i dodawała sił.

Około 21.00 powróciliśmy do hotelu, zjedliśmy kolację i później kładliśmy się spać w poczuciu, że nie zmarnowaliśmy tak pięknie rozpoczętego wieczoru.

Drugi dzień (2 października 1989 r.) zaczął się nieprzyjemnie, bo trzeba było opuścić ciepłe łóżeczka i to według czasu moskiewskiego. Wstaliśmy o 7.00, a u normalnych ludzi to dopiero 5.00 rano. Zjedliśmy śniadanie i o 9.00 wyjechaliśmy popatrzeć na Lwów z okien autokaru. W centrum wymieniliśmy talony 50-rublowe na żywą gotówkę. Ucieszyło to nas wszystkich, bo bez pieniędzy nic nie można kupić, a dzień był wyjątkowo zimny i mokry…

Po obiedzie przyszedł czas na „interesa” natury handlowej, no i okazało się, jakich mamy wspaniałych fachowców od handlu zagranicznego. Specjalizacja pełna: jedni wybitni byli w sprzedaży mydła, inni kawy marki „Inka”, jeszcze inni cieni do powiek.

O godz. 19.00 na Mszy św. ponownie śpiewaliśmy w katedrze lwowskiej. Rozpoczęliśmy na wejście od „Gaude Mater Polonia”, na ofiarowanie „Niech z ręki twojej kapłanie”, na komunię „O sacrum convivium”. Po Mszy św. odprawiono różaniec, poktórym daliśmy około 30-minutowy koncert pieśni maryjnych: „Gdy klęczę przed Tobą”, „Jako róża”, „Jasnogórska można Pani”, „Wiele jest serc”. W międzyczasie nasz pan dyrygent, pan Henryk wykonał fugę Jana S. Bacha. Po dwóch godzinach powróciliśmy do hotelu, także i tym razem miło obchodząc cały długi jeszcze wieczór.

3 października był także i trzecim dniem naszego pobytu we Lwowie. Największym przeżyciem tego dnia, a dla wielu całego pobytu we Lwowie było uczestnictwo chóru i śpiew na Mszy św. o godz. 9.00 w kościele św. Antoniego. Weszliśmy na kilka minut prze rozpoczęciem Mszy św. Tamtejszy ks. proboszcz – jezuita, proboszcz także w Samborze, słuchał spowiedzi. Weszliśmy krętymi schodkami na mały chór. Za organami siedział ociemniały pan organista, opodal stała strudzona „systemem” kobieta, była to jego żona. Z radością ustąpił miejsca panu Henrykowi, ciesząc się nami wszystkimi.

Po zakończeniu i zejściu na dół mieliśmy możliwość spotkania się z wiernymi tej parafii. Wielu z nich dziękowało nam za przybycie do nich, za piękny śpiew. Dawaliśmy tym ludziom, co mieliśmy pod ręką, zdejmując medaliki z szyi, oddając swoje różańce. Dziękowali nam, usiłując całować po rękach, dziękowali za coś, co dla nich było najwyższym skarbem, za coś, co po otrzymaniu już nic większego osiągnąć nie można. Twarze tych ludzi, ich wielka wiara pozostały w nas gdzieś głęboko i chyba do końca naszych dni nie ulegną zatarciu. I to było dla nas największym podziękowaniem za nasze trudy pielgrzymki lwowskiej.

Ks. proboszcz przekazał dla całego zespołu śpiewaczego 2 szampany i ½ kg kawy, uczynił nam tym wielką radość. Niektórzy przekazywali listy do swoich krewnych i bliskich w Polsce. Nawet, gdy nasz autokar ruszył, stali, żegnając nas smutkiem w oczach, kiwając rękami.

Z kościoła św. Antoniego udaliśmy się na cmentarz Łyczakowski. Pod wrażeniami jeszcze przeżyć i spotkań z niezapomnianymi ludźmi znaleźliśmy się pośród tych, którzy odeszli, a dla których imię Polska było rzeczą świętą. Pokłoniliśmy się rycerzom polskim, powstańcom listopadowym, powstańcom styczniowym, zatrzymując się na dłużej przy grobach Orląt Polskich. Leżą tu obrońcy Lwowa z roku 1918, którzy oddali swe życie w walce ze wschodnimi najeźdźcami. Ściska się serce, a palce zwierają się w pięść widząc zdewastowane groby naszych bohaterów narodowych.

O świetności Lwowa, a także o wyglądzie tego miejsca w szczegółach opowiedziała nam pani Pawlak, uczestniczka naszej pielgrzymki, która tu spędziła swoją młodość. Na zakończenie zaśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła” („Marsz, marsz Polonia”) oddając hołd wszystkim wielkim Polakom, którym na tym cmentarzu przyszło oczekiwać na zmartwychwstanie. Przeszliśmy jeszcze do grobu słynnego malarza Artura Grottgera a także twórczyni „Roty”, Marii Konopnickiej.

O 13.00 powróciliśmy na obiad do hotelu, na którym prezes zaprosił wszystkich do pokoju na wieczór przy kawie i lampce szampana. Cały poobiedni czas każdy mógł spędzić według własnego uznania. No i ruszyła wiara aby zdobyć 7-etażnyj UNIWERMAG czy też balszoj OKEAN.

Następny dzień, 4 października, po śniadaniu część z nas na godz. 10.00 udała się na Mszę św. do katedry, podczas której my już prywatnie w niej uczestniczyliśmy. Dalsze dwie godziny upłynęły pod znakiem swobody poruszania się, aż do próby przed wieczornym koncertem. Próba odbyła się na terenie hotelu, nasz pan dyrygent bardzo zdenerwowany, swoje zachowanie przenosił na cały chór. Dla pewności jednak kolację zjedliśmy i na określoną godzinę znaleźliśmy się w siedzibie zapraszającego nas Towarzystwa, która mieści się w centrum Lwowa w szkole polskiej.

Najpierw oficjalne powitanie, w naszym imieniu wystąpił prezes, opowiedział, co i gdzie robimy, dziękując jednocześnie za zaproszenie. Później wystąpił chór Towarzystwa, przed kilkoma miesiącami utworzony, który przedstawił kilka utworów w opracowaniu jednogłosowym. m.in. „Tylko we Lwowie”. Nasz koncert składał się właściwie z dwóch części. W pierwszej części wykonaliśmy utwory religijne, w drugiej kilka pieśni świeckich.

Powróciliśmy do hotelu zmęczeni, spragnieni, ale z nadzieją, że wieczór i ostatnią noc, zresztą zgodnie z panującą tu tradycją spędzimy miło i radośnie. i tak też było. Ostatni dzień upłynął już pod znakiem powrotu do kraju. Przed południem pakowaliśmy się i ze smutkiem trzeba było się żegnać. Zjedliśmy obiad i około g. 14.00 tamtejszego czasu wyruszyliśmy w stronę granicy.

Jak się miało później okazać, nie była to ostatnia wizyta na Ukrainie….. ale o tym przeczytaj gdzie indziej. Być może też odnajdą się fotografie lub inne dokumenty z tego wyjazdu, wówczas zamieścimy je także na tej stronie.
 

Zapraszamy na naszą stronę główną: www.stomus.wordpress.com