|
Gdy przybyliśmy pod tyski kościół bł. Karoliny Kózkówny, trwały właśnie świadectwa. Były po Eucharystii, która rozpoczyna Tyski Wieczór Uwielbienia. Duch wieje tak, że przybywa tu coraz więcej ludzi. Podejść pod drzwi to jakby przyjść do nabitego pociągu, do którego nie da się już wsiąść, a wszyscy chcą dojechać do celu. Pozostało zostać w wejściu, czyli w dokliwym tego wieczora mrozie. Pomyślałem sobie: Panie, jesteśmy tu dla Ciebie, więc nawet to pozostanie w mrozie nam nie zaszkodzi, a ufam, że nas rozpalisz Swą Miłością.
Zimno, które atakowało nas od tyłu, nie dało o sobie nie myśleć. Co jakiś czas udało się postąpić pół kroku do przodu. Kiedy poczułem pod nogami próg, ktoś wychodząc zapytał: czy można się wyspowiadać? Jak odmówić! Ale gdzie? No, jedynie wyjść na zewnątrz i tam stanąć kilka metrów od wszystkich. Po tej Spowiedzi kolejne. Oj, Miłosierdzie Boże wylewało się!
Potem ponowna próba dostania się do kościoła. Mimo zimna nie przestawaliśmy się modlić. Pan Jezus w sposób szczególny przypominał o Swojej bliskości, ale i o cichej obecności Maryi. Jezus uzdrawiał z dolegliwości kardiologicznych, chodzenia, emocjonalnych, relacji małżeńskich i rodzinnych. Było też specjalne Słowo do sióstr zakonnych i księży. Osobiście bardzo mocno odebrałem Słowo skierowane do osób duchownych, w którym Jezus zapewnił o Swojej bliskości i pragnieniu działania w naszej posłudze.
Na zakończenie jeszcze jedna Spowiedź, ale już wewnątrz Kościoła.
Samo wydarzenie po raz kolejny pokazało, że pośród zepsutego świata, porzucania wartości, jest ogromne zapotrzebowanie na doświadczenie żywego Boga.
Świadectwo:
XVIII Tyski Wieczór Uwielbienia. I już na samą myśl, na twarzy pojawia się uśmiech. Szczególnym dla mnie momentem była modlitwa do Maryi, która była obecna wśród nas z Swoim Synem. Bóg - Tata, Maryja - Mama i ja - Ich córeczka. Kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam ogromne bezpieczeństwo i ciepło, choć stanie w progu, od czasu do czasu, przypominało temperaturą o porze roku. Chrystus Swoją mocą i miłością uzdrawiał lęki, cierpienia, choroby fizyczne, ale i także, a może przede wszystkim, ducha. Z biegiem modlitwy Chrystus zabierał mój lęk przed modlitwą na głos. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiałam się, co sobie stojący wkoło mnie ludzie pomyślą o mnie, czy o słowach, które po ludzku patrząc nie zawsze zasługują na jakąś wybitną literacką nagrodę. Tym razem moje myśli pobiegły także w przeciwnym kierunku, że moja modlitwa może być świadectwem dla drugiego człowieka.
Kiedy Pan Jezus pod postacią Białej Hostii przechadzał się po kościele i dotarł także niedaleko mnie, pozostało mi poczucie Jego bliskości, ponieważ przede mną stał ktoś o wiele wyższy niż ja i w żaden sposób nie udało się spotkać oczom córki i Ojca. Pod koniec uwielbienia coś kazało mi się wspiąć na palce i moim oczom ukazała się monstrancja. I choć stałam bardzo daleko, to "na przestrzał" nasze oczy mogły się spotkać. Zostałam tak ściśnięta przez ludzi na około, że nie musiałam się wysilać, żeby tak chwilę stać. Czułam tak ogromną radość, spotkania córki z Niebieskim Tatą, że nie mogłam przestać się uśmiechać a z oczu płynęły łzy radości. Pierwszy raz, wracając, nie mogłam się doczekać mojej kolejki dzielenia się, bo czułam, że eksploduje z radości, jeśli się tym nie podzielę. Chwała Panu! Agnieszka |
