Inspiracje‎ > ‎

Osobiście

  
 
Z wykształcenia jestem polonistką, z zawodu dziennikarką. Rozpiętość tematów, jakie podejmowałam na łamach różnych tytułów prasowych, jest dość duża: życie społeczne, edukacja, film, Włochy, piłka nożna... W ostatnich latach zajmowałam się głównie tematyką związaną z rozwojem osobistym, poznawałam kolejne metody, systemy, techniki. Brałam udział w wielu warsztatach, ale żadna metoda nie zachwyciła mnie tak jak Otwarta Rzeka, żadna nie była tak fascynująca, porywająca, tak potężna. Żadna nie zaintrygowała mnie tak bardzo, jeszcze zanim ją poznałam. Może chodziło

o to, że – jak dowiedziałam się z sieci – pochodziła z Argentyny (do której ciągnęło mnie od lat) i była niezwykle popularna we Włoszech (wyjątkowo mi bliskich).
Ta metoda wołała mnie, upominała się, żeby zwrócić na nią uwagę. Pracowałam

akurat z afirmacją „przejawiam się płynąc z radosnym nurtem”, kiedy przyszedł

kolejny impuls-inspiracja. W pierwszy dzień wiosny, od nowopoznanej osoby,

której bardzo wiele zawdzięczam. To też były warsztaty, też praca z ciałem (masaż według tradycyjnej medycyny chińskiej), przy okazji otwierał się czakram serca.

Dużo się działo, a pod koniec jedna z uczestniczek spytała, dokąd się wybieram – zobaczyła mnie w samolocie.
Pojawił się jakiś twórczy ferment, podskórny nurt. To właśnie wtedy przypomniałam sobie, że czytałam kiedyś na włoskich stronach o takiej metodzie, Otwarta Rzeka... Postanowiłam lepiej zbadać sprawę, może nawet pojechać do Włoch na najbliższe warsztaty. Napisałam do Neapolu, gdzie mieści się Szkoła Bycia Otwarta Rzeka. I nic, cisza. Ale czułam, że coraz bardziej wzbiera jakaś kreatywna energia, jeszcze chwila i się zmaterializuje... Wreszcie któregoś popołudnia pomyślałam, że jeśli następnego dnia przyjdzie mail z odpowiedzią, będzie to coś znaczyło. Przyszedł.


Jeszcze trochę się opierałam, ale bardziej „dla zasady”, bo zewsząd napływały znaki, dobijały się do mnie piosenki o rzece

(że nie można jej zatrzymać), ni stąd ni zowąd przejęta mama zaczęła opowiadać mi przez telefon o wyprawie do „tego magicznego miejsca nad rzeką”, podkreślając, że to przecież ja je odkryłam. Wszystkie drzwi stanęły otworem, wszystkie przeszkody były usuwane spod stóp. Tak jest, kiedy porywa nas nurt – łagodny, ale zdecydowany. Radosny.
Tak samo było we Włoszech – zaraz po przyjeździe obca kobieta na plaży podarowała mi amonit, zwany popularnie „okiem świętej Łucji”. Na szczęście. Na tej samej plaży znalazłam fioletowe serduszko (czakram serca pracował pełną parą). Drugie, pomarańczowe, dostałam tego samego dnia w chińskiej restauracji. Nie będę wyliczać wszystkich cudów, znaków, gadżetów

i inspiracji – dość powiedzieć, że plan wyjazdu zrealizowałam w 400 procentach. Nie tylko wzięłam udział w fantastycznych warsztatach - najmocniejszych, najpełniejszych (i najprzyjemniejszych) ze wszystkich dotychczasowych - ale też zjednałam sobie przychylność czołowych instruktorów Otwartej Rzeki, praktykujących w wielu krajach świata (Włochy, Szwajcaria, Hiszpania, Rosja, Ameryka Południowa i Środkowa). Zgodzili się przyjechać do Polski.
Po warsztatach w Formii prowadząca, Claudia Casanovas (Argentynka), zaprosiła mnie do Neapolu. Tam właśnie poznałam kolejne dwie osoby tworzące doborowe trio założycieli Szkoły Bycia Otwarta Rzeka: Brazylijkę Marię Clotilde Robustelli i Włocha Vincenzo Rossiego. Zobaczyłam, jak pracują, powoli uczyłam się rozpoznawać różnice w stylu, doceniać osobisty wkład każdego z nich w niezwykle złożony system, jakim jest Otwarta Rzeka. Podczas zajęć z Clotilde poczułam w którymś momencie opór przed przyjmowaniem - dostałam tak wiele podczas tego wyjazdu, że doszłam do jakiejś granicy. To było ulotne uczucie, nie zwerbalizowana myśl. I wtedy nieoczekiwanie Clotilde zaproponowała taniec dawania i brania: mieliśmy wybrać sobie osobę, którą będziemy obdarowywać i od której – po zamianie ról – będziemy przyjmować.
Ostatnie zajęcia (z Claudią) służyły ugruntowaniu. Uczyły twardo stąpać po ziemi, działać skutecznie w materii,

a jednocześnie sięgać nieba, odwoływać się do najwyższych inspiracji. Przy pożegnaniu Claudia przyznała, że wybrała ten temat specjalnie dla mnie - bez tych jakości trudno by mi było podołać wyzwaniu, które zdecydowałam się podjąć.

Cel był jasny - sprowadzić Rzekę do Polski.


JoMa, rzecznik Rzeki

 

 

czytaj też:  

Relacja z warsztatów - o warsztatach w Formii