PODSUMOWANIE SEZONU 2010
Dwa lata wspólnych startów
za nami! W 2010r skład zespołu uległ nieznacznym zmianom.
Czołowymi zawodnikami byli: Paula, Ola, Krzysiek, Bartek, Rafał.
Łącznie na regulaminowo ukończonych imprezach pokonaliśmy około
1100 km. Do tego można doliczyć jeszcze start Bartka na AT,
niestety z powodu kontuzji partnera nie ukończony (a byłoby
dodatkowe 220km!) Na uwagę zasługuje też oczywiście
MPAR (300 km)
na których to pierwszy raz zmierzyliśmy się z takim
dystansem, niestety nie ukończywszy w komplecie.
Jeśli
chodzi o rankingi to wypadliśmy ze wspaniałej pierwszej dziesiątki
ostatecznie zajmując miejsce 11 (według rankingu NZARP) patrząc na
to ilu wspaniałych napieraczy przed nami – nie jesteśmy tym
faktem podłamani, a raczej zmobilizowani do walki w roku 2011!
Rok
2010 był również debiutem Navigatorii w roli organizatora,
razem z sopockim PTTK przyczyniliśmy się do zaistnienia pierwszego
rajdu przygodowego w Sopocie.
Wszystkie niepowodzenia i sukcesy
przeanalizowaliśmy - w nowym roku obiecujemy sięgnąć po więcej!
Nocna Masakra - Barlinek 17 -19 .12.2010

To miała być moja
pierwsza setka na orientację w tym roku, a zarazem zwieńczenie
urozmaiconego sezonu. W ciągu ostatnich miesięcy zaliczyłem kilka
startów w rajdach przygodowych, maratonach rowerowych, biegach
górskich i ulicznych, aquathlonie i duathlonie. Organizm
zasłużył już sobie na odpoczynek, ale żeby do świątecznego
stołu zasiąść w poczuciu dobrze wykonanej roboty postanowiłem wystartować w Nocnej Masakrze.
Jadąc z kolegami do
Barlinka, gdzie mieściła się baza zawodów z ciekawością
obserwowaliśmy wyświetlacz samochodowego termometru. Momentami
wskazywał minus 18 stopni. Przez szyby samochodu obserwowaliśmy
zasypane pola i lasy. Poginęły gdzieś pod śniegiem ścieżki i
leśne przecinki. Wszystko wskazywało na to, że zawody będą
ciężką pracą fizyczną, w kopnym śniegu, a także intelektualną,
nad optymalnymi wariantami przebiegu. Mimo wszystko pełni optymizmu
weszliśmy do bazy zawodów, by po 20 minutach leżeć w
śpiworach, delektując się ostatnimi godzinami ciepła.
Jak zwykle wstali za
wcześnie!!! Na każdych zawodach znajdzie się grupa niecierpliwych
rannych ptaszków, którzy na 3 godziny przed zawodami
zaczynają swoje przygotowania. Oczywiście wszystko mają zapakowane
w szeleszczące worki, wszystko wymaga konsultacji, no i drzwiami
trzeba trzasnąć, żeby rozładować przedstartowe emocje. Jest po
piątej. Jeszcze chwilę leżę, potem daję się porwać gorączce
pakowania. Jak zwykle przed zawodami wchłaniam musli z górą
rodzynek i uporawszy się ze wszystkimi dylematami typu „wziąć,
nie wziąć” czekam na mapy.
Start o ósmej.
Szybki rzut oka na mapę i pędzimy z Łukaszem na najbliższy punkt.
Strategia jest prosta – jak najwięcej asfaltami i głównymi
drogami, żeby nie przepychać śniegu na zasypanych leśnych
ścieżynkach. Po drodze na punkt spotykamy Andrzeja, zapowiada walkę
o zwycięstwo, więc uczepiam się go i żegnam się z Łukaszem,
który planuje inaczej rozłożyć siły. Obok przebiega Michał
Jędroszkowiak – jestem w czołówce.
Po drodze na drugi punkt
odbijam w lewo decydując się na własny wariant torami. Chłopaki
pobiegli prosto. Po kolana w śniegu brnę na wschód, żałując
wyboru. Tory są nieużywane, przebieżność - słabiutka. Jeszcze
kawałek przez pole, po kolana w śniegu (a jakże) i dopadam punkt.
Nie wyszło najgorzej, bo wpadam na Andrzeja. Michał już gdzieś z
przodu. Znów po zasypanym torowisku razem z Andrzejem, ale
tylko przez chwilę, bo tempo trochę za mocne. Zostaję w tyle.
Wybiegam z lasu na pole, w dali majaczy andrzejowa pomarańczowa
kurtka. Tak biało dookoła, że aż oczy bolą, a i odległości
wydają się mniejsze niż w rzeczywistości. Próbuję
uzupełnić kalorie, ale mam tak szczękę zmarzniętą, że nie chce
rzuć. Bardziej połykam niż gryzę. Mogę za to swobodnie pić.
Wciśnięcie plecaka z camelem pod kurtkę to był dobry pomysł,
dzięki temu jeszcze nie zamarzł.
Dobiegam do punktu jako
drugi. Michał chyba gdzieś pobłądził i podbija go chwilę po
mnie. To się często nie zdarza, a jak podbudowuje! Rozbiegamy się
w różnych kierunkach. Mamy różne pomysły. Trochę
mnie to martwi, ale widzę ślady Andrzeja, więc szkoda czasu,
biegiem przed siebie. Zmęczony kopnym śniegiem na polu, z radością
przyglądam się przelotowi na czternastkę. Powinno być lekko,
łatwo i przyjemnie. Otóż nie! Asfalt to tu może jest, ale
od marca do listopada. Dziś o tym, że pod śniegiem jest droga
świadczą tylko równo ustawione drzewa z dwóch stron.
Z biegania nic nie
będzie. W tych warunkach ciężko będzie dotrzeć na metę o
północy. Na zmianę bieg i marsz, potem już tylko marsz. Po
drodze podbijam dwa punkty i wreszcie wychodzę na asfalt. Chwila na pozbieranie
sił zaczyna się niebezpiecznie przeciągać. Zamiast korzystać z
nawierzchni i odrabiać stracony czas próbuję podźwignąć
swoją klęczącą psychę. Nie, nie klęczącą- ona leżała i
dogorywała. Dopadło mnie znane każdemu napieraczowi pytanie „po
co?”. Czyżby za dużo startów w tym roku, przesyt i rutyna?
A może za mało setek i głowa zdążyła zapomnieć, że nie z
takimi kryzysami sobie już dawała redę? Z reguły jednak walczyła
z nimi trochę później, a nie na 40 kilometrze. Telefony do
brata i żony nie pomogły.
Pomogło za to podbicie
kolejnego punktu. Coś jest w tych biało-czerwonych lampionach. Po
ich odnalezieniu w człowieka wstępują nowe siły. Korzystając z
tego ruszyłem biegiem, co prawda śnieg mnie szybko wyhamował, ale
liczyło się poderwanie do walki. Jakby nie patrzeć byłem w
okolicy 3 miejsca, wystarczyło to utrzymać. Jednak nie szło mi to
utrzymywanie. Tak to jest jak człowiek zaczyna bardziej skupiać się
na sobie niż na mapie. Pobłądziłem trochę i doszedł mnie Paweł.
Chwilę potem dobiegł Michał. Niby w grupie raźniej, ale ścigać
się przyjechaliśmy przecież. Michał wyrwał do przodu, ja tez
chciałem, ale moc nie ta. Tak czy inaczej znowu sam w środku lasu.
„I po co, ci to
chłopaku?” - czas na drugi kryzys dzielnie wspierany przez
nadciągający zmrok. Ten sam zestaw pytań bez żadnej sensownej
odpowiedzi. Z tego kontemplacyjnego klimatu wyrwał mnie Andrzej
nadbiegający z naprzeciwka. To oznaczało, że mam 25-30 min straty.
Całkiem nieźle jak na moje kryzysy. Jego stwierdzenie, że ma już
dość wprawiło mnie w dobry nastrój (w końcu ktoś cierpi
tak jak ja). Ruszyłem galopem na punkt. Poszło łatwo. Teraz szybko
na herbatkę do Santoczna i połowa dystansu za mną. Co prawda na
miejscu herbatki nie było, ale w miejscowym sklepie pokrzepiłem się
colą w puszce i ruszyłem dalej.
Z racji tego, że
Masakra jest biegiem w formie scorelauf (kolejność zaliczania
punków jest dowolna), po dwóch głównych
wariantach przebiegu, zaczęły pojawiać się ślady zawodników
biegnących w przeciwnym kierunku. Istotne to było z dwóch
powodów. Po pierwsze przebieżność ścieżek zyskała na
jakości, a im bliżej mety tym było lepiej. Po drugie nawigacja
zrobił się banalna, a wręcz przestała istnieć. Wystarczyło
podążać istniejącymi śladami i kontrolować mapę.
Zrodziła się nadzieja,
że druga część trasy będzie mniej czasochłonna od poprzedniej i
szybciej zakończę tę męczarnię. Tak już podchodziłem do tych
zawodów. Chciałem je jak najszybciej zakończyć nie ze
względu na rywali, ale ze względu na siebie. Z racji tego, że
podjąłem 27 nieudanych prób rezygnacji (nawet swędzenie
małego palca u nogi okazało się nie dość istotnym argumentem)
pozostało mi jak najszybciej przekroczyć metę.
Bez większych przygód
dotarłem w okolicę punktu 16, gdzie na moje nieszczęście
natknąłem się na Pawła. Moje ego nie pozwalało przejść nad tym
spotkaniem do porządku dziennego, a raczej nocnego. Rozpoczął się
20-sto kilometrowy pościg. Dobiegając do kolejnych punktów
kontrolnych widziałem odbiegającego przeciwnika. Ciągle 10 min.
straty. Już zaczęło to solidnie deprymować, wreszcie bez
większych wyrzutów sumienia przeszedłem do marszu. Zbliżałem
się w okolice kolejnego PK.
Brak wysiłku
intelektualnego związanego z nawigacją i pogodzenie się z tym, że
przeciwnik uciekł okazały się idealnym zaproszeniem dla
sleepmonstera. Chwilowo wytrąciło mnie z sennego transu wpakowanie
się po kolana w jakieś mokradła. Próbowałem się też
ratować śpiewem, ale jak na złość żadne teksty nie przychodziły
mi do głowy. Nuciłem więc po pięć razy ten sam refren. Na zmianę
biegnąc i idąc walczyłem z sennością i połykałem kilometry
niekończącej się trasy.
Wbrew pozorom niska
temperatura okazała się sprzymierzeńcem. Tempo osłabło, więc
ujemne celsjusze zaczęły doskwierać skutecznie odpędzając sen. A
może to zapach zbliżającej się mety? Któż to wie? Ważne,
że nie leżałem w zaspie przygnieciony przez morfeusza.
Nadwyrężona, czy też
skręcona kostka, która zaczynała coraz bardziej doskwierać
uniemożliwiała rozwinięcie wielkich prędkości, ale marszobiegiem
dotarłem do ostatniego punktu na trasie. Jeszcze niecałe 5km i będę
leżał w śpiworze. Co prawda miałem tu być 5h temu, ale lepiej
późno niż wcale. Barlinek już w zasięgu wzroku. Wystarczy
obiec jezioro, zacisnąć zęby i obiec jezioro. Marsz już teraz w
grę nie wchodzi.
O 4:52 po ponad 21
godzinach dotarłem do mety. Wyciągnąłem trzymane na czarną
godzinę krakersy i wreszcie posadziłem tyłek. Jak te krakersy
przetrwały 15 czarnych godzin? Może dlatego, że były w plecaku
pod kurtką, a było za zimno żeby ją ściągać?
A może te godziny nie były takie czarne?
Autor: Bartek Jasiński
Marsze na Orientację "Łoś 2010"


VII Marsze na Orientację
„Łoś 2010”
PROTOKÓŁ KOŃCOWY
1. TERMIN
I MIEJSCE:
13 listopad 2010 r. Sopot
2. ORGANIZATOR:
Sopocki Oddział PTTK,
Navigatoria Adventure Racing Team
3. WSPÓŁPRACA:
4. TRASY/ UCZESTNICY
TO – 5271m / 28 uczestników w
16 zespołach
TP – 4500m / 37 uczestników w
17 zespołach
5. WARUNKI NA TRASIE:
Jak na porę roku warunki
atmosferyczne sprzyjające – słonecznie,
temperatura około 100 C,
wiatr umiarkowany
Grunt w lesie mocno wilgotny –
błoto.
6. SĘDZIOWANIE I PUNKTACJA:
Zgodnie z zasadami punktacji i
współzawodnictwa w turystycznych imprezach na orientację PTTK
7. ZESPÓŁ ORGANIZATORÓW:
Kierownik imprezy – Rafał Adametz
Biuro – Marcin Szulc
Media – Piotr Łopuchin
(furbo.pl)
Pomoc techniczna – Paula
Szczepańska, Rafał Kubiś
8. PROTESTY:
Brak
9. WYNIKI:
|
KATEGORIA -
TO
|
|
M
|
Zawodnicy
|
Klub
|
BPK
(90)
|
BPK
(60)
|
PKS
(25)
|
PKS
(15)
|
ZM
(10)
|
OP (10)
|
PM (30)
|
WK
(30)
|
ZK
(30)
|
t(1) t(10)
|
Czas
|
Wynik
|
|
1
|
ŁUKASZ
KREFFT
|
KInO Albatros
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
140
|
0
|
|
1
|
JACEK
BŁAJET
RADOSŁAW
OLIWA
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
147
|
0
|
|
1
|
RYSZARD KWAŚNIEWSKI
MACIEJ KWAŚNIEWSKI
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
165
|
0
|
|
1
|
ŁUKASZ
SKIERSKI PAWEŁ
KUDELA
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
10
|
0
|
0
|
0
|
0
|
175
|
0
|
|
2
|
ANIA SAS-BOJARSKA
IWONA SAWICKA
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
1
|
176
|
1
|
|
3
|
ANNA KURAŚ
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
4
|
179
|
4
|
|
4
|
LIDIA MANICKA
MARCIN HIPPNER
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
23
|
198
|
23
|
|
5
|
TOMASZ
BELKE-UZIAŁKO
|
Daleko jeszcze?
|
90
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
0
|
0
|
0
|
131
|
120
|
|
6
|
PIOTR
DACKA
MONIKA
AREMKE
|
|
180
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
0
|
0
|
17
|
192
|
227
|
|
7
|
ANDZRZEJ SZUKSZTUL
DANIEL DOBROLIŃSKI
|
Bobry
|
180
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
60
|
0
|
0
|
0
|
153
|
240
|
|
8
|
MARIUSZ LEŚNIOWSKI
|
PKO Harpagan
|
90
|
60
|
25
|
15
|
0
|
0
|
60
|
0
|
0
|
0
|
112
|
250
|
|
9
|
OLGA KASPEROWICZ
MICHAŁ
KASPEROWICZ
|
Walczący z dzikami
|
270
|
0
|
0
|
0
|
10
|
10
|
0
|
0
|
0
|
14
|
189
|
304
|
|
10
|
AGNIESZKA
DZIEKAŃSKA JANUSZ PRZEWOCKI
|
Gupiki Leśne
|
450
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
205
|
480
|
|
11
|
JOANNA
PIEŃKOWSKA MACIEJ PIEŃKOWSKI
|
Wiódł ślepy kulawego
|
450
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
0
|
0
|
67
|
222
|
547
|
|
12
|
EWA MRÓZ
DAMIAN ZALESKO
|
Navigatoria
|
180
|
0
|
25
|
15
|
20
|
30
|
0
|
0
|
0
|
275
|
243
|
545
|
|
13
|
MACIEJ STĘPA
ALEKSANDRA MISIUTA
|
|
180
|
0
|
25
|
15
|
20
|
30
|
0
|
0
|
0
|
295
|
245
|
565
|
Uprzedzę pytanie - kiedy sprawdzałem na szybko karty po zawodach mogłem nie u wszystkich uwzględnić następującą zasadę :
jeśli ktoś zbierze Punkt Mylny - to dostaje 30 punktów karnych, oraz 90 punktów karnych za Brak Punktu Kontrolnego
|
KATEGORIA - TP
|
|
M
|
Nazwisko
|
Klub
|
BPK
(90)
|
BPK
(60)
|
PKS
(25)
|
PKS
(15)
|
ZM
(10)
|
OP (10)
|
PM
(30)
|
WK
(30)
|
t(1) t(10)
|
Czas
|
Wynik
|
|
1
|
KATARZYNA ZAWALICH MARTA ZAWALICH
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
108
|
0
|
|
1
|
KRZYSZTOF BOROWIEC
PIOTR BOROWIEC
PAWEŁ BOROWIEC
|
Borówki
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
112
|
0
|
|
1
|
MAREK
KWIATKOWSKI
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
121
|
0
|
|
1
|
PAWEŁ
SZEWEL
ADRIAN
NIKONOWICZ
|
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
146
|
0
|
|
1
|
TOMASZ
FLOREK
ANNA FLOREK
|
Bałtyk Gdynia
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
148
|
0
|
|
2
|
ADAM KUCAL
ANETA KUCAL
KRYSTIAN KUCAL
|
Gady
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
25
|
195
|
25
|
|
3
|
ROBERT SAWICKI
GRZEGORZ SAWICKI
KAMIL SAWICKI
|
NO NAME I
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
12
|
187
|
42
|
|
4
|
BARTOSIAK
RADOSŁAW
|
|
90
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
150
|
90
|
|
5
|
MAGDALENA POŻOGA
PAWEŁ
POŻOGA
|
Leśne Zwierzątka
|
90
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
30
|
0
|
0
|
150
|
120
|
|
6
|
KRZYSZTOF
PĘDZISZEWSKI
ANNA
PĘDZISZEWSKA
|
Navigatoria i pies
|
180
|
0
|
25
|
0
|
0
|
0
|
60
|
0
|
0
|
136
|
265
|
|
7
|
ANNA SAWICKA
MONIKA RUSIECKA
PATRYK SAWICKI
|
NO NAME II
|
270
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
10
|
194
|
280
|
|
8
|
KATARZYNA
MAZURKIEWICZ
MACIEJ
OCHOCIŃSKI
|
BOBORY
|
180
|
0
|
25
|
0
|
0
|
0
|
0
|
60
|
30
|
200
|
295
|
|
9
|
JUSTYNA
PISKORZ
ADAM
STUCKI
|
Miejscowi
|
270
|
0
|
25
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
60
|
170
|
355
|
|
10
|
JOLA
BASTIAN
JACEK
BASTIAN
|
JMK
|
360
|
0
|
25
|
0
|
0
|
10
|
0
|
0
|
0
|
156
|
395
|
|
11
|
KAROLINA PAŁUR
HELENA GAJDA
MICHAŁ BENTOWSKI
|
Drużyna Aktimela
|
360
|
120
|
25
|
0
|
0
|
0
|
30
|
0
|
0
|
155
|
535
|
|
12
|
JAN DZIERŻANOWSKI
WOJTEK SZCZYGIEŁ
MICHAŁ ZALEWSKI
|
70SDH (Rysie I)
|
540
|
120
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
140
|
660
|
|
12
|
TOMASZ MIROSŁAWSKI MATEUSZ JANISZEWSKI MICHAŁ KALICKI
|
70SDH (Rysie I)
|
540
|
120
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
0
|
142
|
660
|
MISTRZOSTWA POLSKI W ADVENTURE RACING - ELBLĄG 2010
tekst: Rafał Adametz
fotografie: Piotr Łopuchin /
furbo.pl
Bardzo lubię
rozmowy z Krzyśkiem w czasie podroży na zawody. Gadamy o wszystkim, od
spraw codziennych, przechodzimy do filozofii i nauk przyrodniczych
(coraz bardziej ulegam anty -filozoficznemu stanowisku Krzysztofa)
kończąc zawsze na rajdach i marzeniach z nimi związanych. W środowy
październikowy wieczór (choć podróż była krótka bo tylko do Elbląga)
nie było inaczej, z tym wyjątkiem, że teraz marzenie rajdowe (w moim
rozumieniu cel) miało się spełnić – pokonanie 300km.
Dla
Navigatorii start na trasie Masters „Mistrzostw Polski w Adventure
Racing 2010” był wyjątkowy właśnie z powodu dystansu jaki mieliśmy
pokonać – 327 km – jeszcze nigdy, nikt z nas nie przekroczył 230 km
(jeśli chodzi o rajdy przygodowe oczywiście). Paula Szczepańska, Bartek
Jasiński, Krzysztof Pędziszewski i ja – w tym składzie trenowaliśmy na
trójmiejskich szlakach - spotykaliśmy się by dopracowywać szczegóły
logistyczne i wreszcie wystartowaliśmy!

W środę w Elblągu wszystko zaczęło się od kolacji podczas której
spotkaliśmy się z pozostałymi zawodnikami (Team 3600 oraz Funexsports) i
organizatorami. Po wysłuchaniu krótkiego wykładu na temat walorów
Wysoczyzny Elbląskiej, wygłoszonego przez pana leśniczego, otrzymaliśmy
pakiety startowe z kompletami map. Zamieniliśmy się w słuch i podążając
za instrukcjami Pawła Fąferka – szefa zawodów – śledziliśmy z uwagą mapy
starając się zapamiętać wszystkie przydatne informacje. Gdy odprawa
dobiegła końca mogliśmy udać się do hotelu na spoczynek. Przed snem,
chcieliśmy jednak jeszcze ustalić warianty trasy i przygotować parę
rzeczy jeśli chodzi o sprzęt. W końcu wyszło na to, że w noc przed
startem spaliśmy jakieś 5,5 godziny...
Czwartek 21.10 – pobudka
godzina 6.00 – dwie godziny do startu. Zjadamy wysoko- energetyczne
śniadanie, zbieramy pozostały sprzęt i udajemy się do bazy zawodów. W
wyznaczonym dla nas miejscu na hali sportowej (przepak A), do którego
będziemy wracać kilkakrotnie między etapami, zostawiamy rzeczy
odpowiednio uporządkowane, żeby później nie tracić czasu na szukanie i
zastanawianie się. Na start zabieramy już tylko plecaki ze sprzętem
obowiązkowym i z tym czego będziemy potrzebować podczas 38km etapu
kajakowego a jest to między innymi sprzęt wspinaczkowy potrzebny do
wykonania pierwszego zadania specjalnego [ ZS1 ].
Start zawodów
zlokalizowany jest w centrum miasta pod XIV wieczną Bramą Targową. Przy
dźwiękach ożywiającej muzyki, po sygnale startu ruszamy na 2 kilometrowy
bieg na orientację po Elblągu. Po 8 minutach jesteśmy znów pod bramą –
zgarniamy plecaki i pędzimy nad rzekę na Wybrzeże Gdańskie by zwodować
kajaki.

"Zaczęło się prawdziwe napieranie”. Etap kajakowy [ PK 2, PK 3, PK 4,
PK 5 ] prowadzi Kanałem Elbląskim, aż do Zatoki Elbląskiej. Po dwóch
godzinach docieramy do PK3, który położony jest nad brzegiem Zalewu
Wiślanego na mostku, nad kanałem, po lewej stronie szlaku żeglugowego.
Na początku wszystkie zespoły są w zasięgu wzroku, ale już po paru
kilometrach Team 3600 dostrzegamy tylko niewyraźnie na horyzoncie. Z
każdym kilometrem robi się coraz zimniej [ temperatura powietrza od 2 do
4 st C ] szybko zaczyna również padać, obiecany przez prognozy pogody,
deszcz, wiatr wieje z zachodu z siłą 4-5B – sumą tych czynników jest
temperatura odczuwalna poniżej 0 st C. Gdy dopływamy nad zalew jest
naprawdę ostro... W drodze powrotnej musimy płynąć pod prąd, kawałek w
poprzek fali; trzeba uważać, by nie wywróciło kajaka, ręce i nogi są już
przemarznięte. Sześć i pół godziny spędzonych w kajaku, w takich
warunkach daje w kość każdemu. Pod koniec etapu Bartek i Krzysiek
wspinają się jeszcze na most [ ZS 1 ] -nie wiem do końca jak byli w
stanie używać tak skostniałych rąk - a Paula i ja w kajakach, odbieramy
ich na dole zjeżdżających po linie – całkiem spektakularne zadanie
specjalne [ ZS 2 ].

Docieramy do hali [ strefy zmian A ] lekkim truchtem – ciepło, bardzo
nieśmiało, wraca do naszych ciał. Teraz musimy zabrać rolki i na
rowerach udać się na punkt numer 8 [ PK8 ] – skrzyżowanie nowiutkich
dróg (jeszcze nie otwartych dla ruchu), po których przyjdzie nam pokonać
30 km na rolkach. Niestety w ogniu rywalizacji tracimy trochę głowę i
jadąc na ten punkt zakręcamy się w gąszczu miejskich ulic, co kosztuje
nas utratę przewagi nad Funexsports, wypracowanej na kajaku. Ruszamy na
etap rolkowy 30 sekund przed nimi. Trasa składa się z 5 pętli – pod
górkę i z górki. Rozpoczynający trasę podjazd nie jest łatwy, jednak już
na pierwszym zjeździe zaczynamy współpracować, jak przystało na rajdowy
zespół. Łapiąc się jeden drugiego, lepiej pokonujemy opory powietrza, a
w konsekwencji i kilometry szybciej uciekają spod naszych kółek. Pod
górę pomagamy sobie w podobny sposób i ostatecznie zyskujemy 10 min
przewagi nad rywalami.

Przy zachodzącym słońcu zostawiamy rolki na punkcie [ PK9 ] i wsiadamy
na rowery. Przed nami 87 km etap MTB – w praktyce 100 km przez Park
Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej poprzecinany głębokimi jarami [ PK10,
PK11 , PK12 ]. Jest już ciemno, nawigacja staje się trudniejsza,
włączamy światła... W miarę sprawnie docieramy do trudno dostępnego,
szczególnie z rowerem, punktu 10 [ PK 10 ] położonego w lesie w pobliżu
Leśniczówki Jagodna nad rzeką Kamionką.
Znalezienie punktu 11
nie tylko nam zabiera sporo czasu. Znajduje się on w pobliżu rezerwatu
„Buki Wysoczyzny Elbląskiej” nad rzeką Trabianką, na dużym wzniesieniu o
wysokości ok 150 mnpm, a takich na terenie Wysoczyzny Elbląskiej nie
brakuje. Trafiamy początkowo nie na tę górkę, nie unikamy więc
karkołomnych przepraw z rowerami, z wąwozu do wąwozu. Na punkcie [ PK 11
] ognisko, obsługa życzy powodzenia. Cofamy się do utwardzonej drogi i
kręcimy na 12-stkę - kolejne wzniesienie [ ok 100 mnpm ] położone jest w
pobliżu wsi Nowinka.

Punkt
kontrolny numer 13 znajduje się już nad Zalewem Wiślanym kilka
kilometrów na wschód od Tolkmicka. Bartek, jako nasz ochotnik musiał do
kolan wejść do wody, ponieważ lampion z perforatorem znajdował się przy
Świętym Kamieniu głazie narzutowym leżącym kawałek od brzegu [ ZS 3 ].
Kolejnym wyzwaniem był wyznaczony wzdłuż strumienia Narusa odcinek
specjalny [ PK 14, OS 1, PK15 ], który należało pokonać odnajdując po
drodze dwa ukryte punkty. Kolce, pokrzywy, gałęzie i podobne przeszkody
skutecznie nas spowolniły - 2,5 kilometra takiego marszu z rowerami było
naprawdę męczące, oczywiście nie zabrakło też kąpieli przy przeprawie
przez strumień. Jeszcze 50 km nocnej jazdy w mżawko- deszczu [ PK 16 ] i
nad ranem wreszcie trafiamy z powrotem do strefy zmian A [ baza -
Elbląg ].
Decydujemy się na 1 godzinę snu. Przebieramy się
suche rzeczy i wchodzimy do śpiworów. Mimo iż na trasie sen po cichu się
do nas zakradał w bazie nie było wcale tak łatwo zasnąć - może z powodu
emocji? Po drzemce, zjadamy, przepakowujemy co trzeba i wyruszamy do
„Bażantarni” [ PK 17 ] malowniczego lasku miejskiego, który poznajemy
pokonując 9 kilometrowy bieg na orientację z 6-cioma PK, który okazuje
się bardzo przyjemną odmianą po długiej nocnej jeździe na rowerze.

Zabieramy plecaki [ PK 20 ] i rozpoczynamy etap 6 – 59 km biegu
terenowego. Żeby nie skłamać - biegamy tylko po płaskim i na zbiegach.
Trasa etapu jak się później okazało, nawet w wykonaniu tak dobrego
zespołu jak Team 3600 osiągnęła niemal 100 km... Wyliczony przez
organizatorów dystans zakładał po prostu poruszanie się drogami
najkrótszymi, przechodzącymi przez szczyty czy wąwozy, które rzadko były
lepsze od dróg okrężnych. Kto pokonał w życiu 100 km na orientację, wie
co to znaczy – dodajcie więc do tego jeszcze to, co już do tej pory
zrobiliśmy. Tegoroczne Mistrzostwa Polski Adventure Racing naprawdę nie
były łatwym rajdem...
Po odnalezieniu PK 21 nad rzeką Dąbrówką
zmierzamy na punkt 22 – długi przelot asfaltem do miejscowości Próchnik,
a później zejście w głąb zarośniętego jaru do punktu – wspaniałe
okoliczności przyrody - równie piękne, co trudne do przejścia! Następny
lampion [ PK 23 ] ukryty w okolicach czerwonego szlaku, niedaleko wsi
Łęcze, na którym znajdują się znane, zapewne turystom pozostałości
grodziska „Święte Miejsce”.
Słońce po raz kolejny zachodzi za
horyzontem, a my wciąż podążamy trasą rajdu. Wybierając dalej czerwony
szlak za naszą drogę stajemy przed naprawdę niesamowitym widokiem: niebo
jest już błękitno- szare, duży blady księżyc góruje nad krajobrazem
zalesionych wzgórz – tylko te trzy elementy - księżyc, niebo, drzewa –
ciepłe barwy jesiennych liści kontrastujące z zimnymi odcieniami
szarości – musieliśmy się zatrzymać, albo przynajmniej zwolnić. Duch
rywalizacji, przekraczanie własnych granic wytrzymałości, ekstremalne
przeżycia – to elementy rajdów przygodowych, które uwalniają człowieka
od balastu codzienności, dostarczają niezastąpionych wrażeń... W takim
stanie minuta kontemplacji jest dla mnie jakby doskonalsza, głębsza, niż
godzinne rozmyślania w innych sytuacjach.
Po znalezieniu PK 24
ponownie docieramy nad zalew. Odnajdujemy punkt 25 ukryty pod starymi
torami, w miejscu przepływu rzeki. Wychodzimy na plażę by pokonać
kolejny 2 kilometrowy odcinek specjalny [ OS 2 ]. Odnajdujemy po drodze
punkt, który nie jest tak schowany jak się tego spodziewałem. Szukam go w
krzakach, na wydmach, a wisi w całkiem widocznym miejscu. Zdublowany
punkt [ PK 26 ] czyli Święty Kamień – tym razem ja zmierzam do wody [ ZS
4 ] – porządne schłodzenie nóg było, jak najbardziej przydatne. W tym
miejscu wydarzyła się niestety rzecz przykra. Krzysiek musiał
zrezygnować z dalszej drogi. Parę punktów wcześniej, wykręcił sobie nogę
na jakimś kamieniu, co z początku nie wydawało się groźne. Jednak w
miarę pokonywania kolejnych kilometrów (biegiem) noga skapitulowała, a
odcinek po miękkim piasku jeszcze w tym pomógł. Noga spuchła i Krzysiek
choć chciał – nie mógł. Trudna to sytuacja gdy traci się członka
zespołu, ale nikt z naszej czwórki nie miał wątpliwości, co teraz.
Paula, Barek i ja ruszyliśmy po dłuższej chwili dalej w trasę,
zostawiając Krzyśka w rękach obsługi punktu. Wkrótce miał po niego
przyjechać transport (zdążył do tego czasu oczywiście zmarznąć).
Teoretycznie moglibyśmy już nie zostać sklasyfikowani, ale nie mieliśmy
zamiaru schodzić z trasy, przyjechaliśmy po to, by zmierzyć się z tym
dystansem, więc walczyliśmy dalej.
Rozproszeni nieprzyjemnymi
wydarzeniami mamy problemy z namierzeniem kolejnego punktu [ PK 27 ] –
tracimy ceny czas i energię. Na szczęście, dalej idzie już lepiej,
utrzymujemy naprawdę dobre tempo, biegnąc gdzie jest to możliwe. Przy PK
27 spotkamy Funexsports (który wyprzedził nas gdzieś po drodze).
Szukają punktu już długo, z ich zespołu została już tylko dwójka – Ela i
Maciek – nie zrezygnowali mimo braku kolegów – walczą dla siebie, tak
jak my. W końcu już na skraju rezygnacji udaje się odnaleźć punkt z
pomocą napotkanych zawodników z trasy Speed. Biegniemy...
Przychodzi czas na kryzys Bartka, zostaje trochę w tyle – łapie go
senność, ja nawiguję. Docieramy do 28 punktu w pobliżu wsi Brzezina,
gdzie mamy do przejścia zestaw trzech mostów linowych rozciągniętych nad
przepięknym jarem [ ZS 5 ]. Zadanie dosyć brutalne dla mięśni rąk,
oczywiście w zależności od stopnia ich wytrenowania. Wykonuję zadanie
jako pierwszy więc na koniec udaje mi się zamknąć oczy na jakieś 4
minuty. Szybko zwijamy nasz sprzęt i oddalamy się truchtem (każdy postój
lub zmniejszenie prędkości poruszania się, jest równoznaczne z utratą
ciepła). Nadchodzi czas na zmianę – oddaję mapę Bartkowi, a sam walczę z
potężnym „sennym potworem” (oczywiście brak mapy w ręku sprzyja
senności, bo nie masz na czym się skupić). Bartek i Paula będą zapewne
długo wspominać moje absurdalne wypowiedzi i sinusoidalny tor biegu...
Mam nadzieję, że za bardzo Was nie spowolniłem! Paulę również dopada w
końcu potrzeba snu – pod naciskiem trzeźwego już Bartka kładziemy się,
przykrywając foliami NRC na 13 minut (dokładnie!) pod napotkaną wiatą,
nad jeziorkiem. Bezcenne minuty odpoczynku pozwalają kontynuować nam
bieg – mocnym tempem jak przystało na maratończyków, biegniemy już o
świcie do kolejnego punktu. PK 29 i PK 30 zdobywamy biegiem – teraz już
tylko powrót do bazy – bieg. Stawy i mięśnie zaczynają mieć do nas
pretensje. Z Bartkiem jesteśmy pod wrażeniem Pauli, która porusza się
niczym „młoda bogini” (żart sytuacyjny powstały na trasie). Jest
naprawdę mocną biegaczką - szacunek Paula!
Etap pieszy zajmuje
nam 21 godzin... Wiemy, że zrobiliśmy już dużo więcej kilometrów, niż do
tego momentu przewidywały założenia trasy, ale w takiej sytuacji są też
pozostałe dwa zespoły. Liderzy z 3600 wyruszyli już dawno na ostatni
etap rowerowy prowadzący wokół Jeziora Drużno, który organizator
znacznie skrócił w związku z zaistniałą sytuacją. My dostajemy
informację, że możemy odpuścić już ten etap i udać się na końcowy 9 etap
- spływ tratwą. Dyskutujemy co począć, przebierając się jednocześnie i
jedząc. Odpuszczamy sobie planowany wcześniej sen, ale z racji tego, że
nie wyruszamy już na rower i zbieramy się do wyjścia. Podjeżdżamy
jeszcze na rowerach po jeden punkt [ PK 32 we wspomnianej Bażantarni ] i
już bardzo spokojnie udajemy się do miejsca rozpoczęcia finalnego
spływu [ PK 42 ].

Do dyspozycji mamy dętki, deski i sizalowy sznurek. Wiemy, że etap
(choć tylko kilometrowy) może dłużej potrwać, więc ubieramy pianki,
które wcześniej zdeponowaliśmy na tę okoliczność (a może wspomnienie
etapu kajakowego nas do tego skłoniło?). Misterną konstrukcję wodujemy
na wodach Kanału Elbląskiego i ostrożnie usadawiamy się na niej. Bartek
zajmuje miejsce w środku, ponieważ pod koniec ponownie będzie musiał
wspiąć się na most, tym razem po drabince alpinistycznej. Powolnym
tempem, jak na tratwę przystało docieramy w obstawie fotografów na
kajakach, do mostu. Bartek jeszcze raz wykazuje się umiejętnościami
wspinaczkowymi [ ZS 6 i ZS 7 ], a ja z Paulą utrzymujemy nasz środek
transportu w równowadze, gdy ten ponownie zjeżdża na tratwę. Ostatnie
metry do brzegu. Wyciągamy tratwę ściśnięci przez pianki, zmęczeni i
mokrzy; mimo tego bardzo szczęśliwi biegniemy do centrum.

Zanim
jednak przekroczymy linię mety wchodzimy na szczyt Bramy Targowej by
wykonać ostanie zadanie specjalne [ ZS 8 ] – widowiskowy zjazd na linie -
przy okazji podziwiamy Elbląg z góry. Trzymając się za ręce kończymy
naszą przygodę na trasie Mistrzostw Polski w Adventure Racing!
Organizatorzy postanowili docenić naszą walkę i mimo zdekompletowania
zespołu, uhonorowali nas drugim miejscem, za co jesteśmy wdzięczni.
Mimo, że całej trasy nie pokonaliśmy (okazała się jak to mogliście
powyżej przeczytać znacznie dłuższa niż 330 km) to chyba do tych
magicznych (przynajmniej dla mnie) 300 km udało się dociągnąć – można
więc powiedzieć, że nasz cel został osiągnięty.
Następny start na
tak długim dystansie, obiecujemy sobie oczywiście skończyć w komplecie,
bo o to przecież sport zespołowy! Ludzie z którymi przeżywa się takie
rzeczy stają się naprawdę bliscy. Paula, Krzysiek, Bartek – dziękuje nie
tylko za te 55 godzin na trasie, ale za wszystkie wspólne chwile!
Więcej zdjęć naszego zespołu i nie tylko na:
Hi-Tec Rajd Przygodowy. Bielsko-Biała 03-05.09.2010
- zawodnicy: Bartek, Rafał
- dystans: 125 km
- limit czasu: 27 godzin
- czas zakończenia: 23:47 godz (bez kar czasowych)
- konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO, rolki, zadania specjalne
- miejsce: 8 open / 5 MM wyniki
Dla nas rajd rozpoczął się już w
czwartek wieczorem. Wyruszyliśmy z trójmiasta, pociągiem do
Krakowa i dalej PKS-em do Bielsko- Białej gdzie znaleźliśmy się o
14.00 w sobotę. Taka podróż, z rajdowym sprzętem (rower,
rolki...) może być śmiało zaliczona jako zadanie specjalne,
szczególnie przy stanie niektórych środków
komunikacji krajowej...
Na miejscu zjedliśmy coś konkretnego i
położyliśmy się na kilka godzin, aby odespać noc w podróży.
Wieczorem czekała nas jeszcze tylko wycieczka na miejsce startu -
camping pod Dębowcem, gdzie znajdowała się też baza zawodów.
Rejestracja i odebranie pakietu – koszulka , karta startowa, piwo
(LECH – oficjalny sponsor zawodów). Siedmiokilometrowy
odcinek pokonaliśmy spokojnie, na rowerach w ramach rozgrzewki przed
czekającymi nas zmaganiami.
Sobotni poranek nie zapowiadał
złej pogody... Na starcie zawodów stanęło 130
uczestników:
37 zespołów na trasie Masters (125km)
i 28 na trasie Classic (70km). Naprawdę duża grupa ludzi chcących
sprawdzić swoje możliwości, walczyć o zwycięstwo lub po prostu
przeżyć przygodę.

Pierwszym etapem, z którym
przyszło nam się zmierzyć był 12 kilometrowy bieg na orientację.
Jak to już bywa na początku zawodów - zaczęliśmy mocno.
Udało nam się utrzymać szybkie tempo, obeszło się bez pomyłek,
ale można było w paru miejscach wybrać lepszy wariant.
Skończyliśmy ten etap jako czwarta ekipa z trasy Masters. Już
tutaj górski teren dał się odczuć Bartek napomknął tylko,
że „wchodzi w łydki”, a to był dopiero początek....
Banan
do buzi i wskakujemy na rowery (nie zapominając o kaskach!). Przed
nami 21km etapu MTB z odcinkiem jazdy liniowej. Ów odcinek
jazdy liniowej polegał na tym, iż należało pokonać część
trasy po ściśle wyznaczonej trasie i podbić znajdujące się na
nim (ale nie zaznaczone na mapie) punkty kontrolne. Podczas tego
etapu, mieliśmy okazję pokonać naprawdę mozolny podjazd asfaltowy
do schroniska PTTK na Magurce - nie ma to jak godzina jazdy na 1x1...
Jak nakazuje logika, gdy się wjechało, trzeba też zjechać. W
mojej skromnej karierze rajdowej były to najostrzejsze i najbardziej
górskie zjazdy, wymagały ode mnie maksymalnej koncentracji i
na szczęście przeżyłem, choć upadek (lub raczej wystrzał) był
blisko. Bartek - jeśli chodzi o zjazdy, jest chyba lekko szalony.
Etap 2 kończył się w przystani nad jeziorem międzybrodzkim,
była to strefa zmian A – stamtąd wyruszyliśmy najpierw na 10km
etap kajakowy – cały po owym jeziorze. Podczas tego etapu nie dało
się nie zauważyć, specyficznego, brązowego koloru wody – skutek
aktualnej sytuacji powodziowej.
Po wiosłowaniu nadszedł czas na
rolki – tu jesteśmy mocni – 4 pętle po ładnym asfalcie z
„zadaniem specjalnym” po każdej (sam to tak sobie oczywiście
nazwałem – trzeba było przejść 10 m po dziurawym podjeździe,
żeby dotknąć lampionu i wtedy dopiero pętla była zaliczona).
Piąty etap miał być tylko krótki
m (10km) odcinkiem
rowerowym, dla nas jednak okazał się tym, na którym
straciliśmy wypracowaną wcześniej przewagę nad kilkoma zespołami.
Punkt 10 położony na wysokości prawie 800 m.n.pm kazał nam się
zbyt długo szukać. Na mapie mieliśmy zaznaczony aktualny przebieg
szlaku, natomiast w terenie nie wszystkie stare oznaczenia znikły,
co wystarczyło by namieszać nam w głowie, straciliśmy jakieś 45
minut. Kręcąc co sił w nogach, dojeżdżamy do przepaku B –
Zajazd Górski Kocierz.
Już na etapie rolkowym zaczęło
padać i taka aura pogodowa miała się utrzymać, aż do końca
zawodów... Na przepak dojechaliśmy mokrzy i na razie tylko
powierzchownie zmarznięci (tak - mimo iż mocno kręciliśmy, było
zimno). Jeszcze w mokrych rzeczach wykonujemy zadanie specjalne, p
ark
linowy - dwa przyjemne zjazdy z przejściem po wiszącym mostku
pomiędzy. Już tutaj z trudem wypiąłem karabinek... Przebieramy
się w suche rzeczy – to zawsze jest niesamowite uczucie! Połykamy
trochę wysokoenergetycznego żarcia i z czołówkami na głowie
ruszamy w spowity mgłą las. Przed nami etap numer 6 – prawie 30km
trekingu.
Początek idzie dobrze, dwa pierwsze punkty osiągamy
bez większych problemów. Stan dróg jest bardzo...,
właściwie to większość ścieżek zamieniła się w strumienie.
Główniejsze trakty są natomiast pełne mokrych kamieni
(kamienie to dość często spotkane w środowisku górskim
byty, więc ich obecność nas nie dziwiła). Obuwie jak i reszta
tego co mamy na sobie szybko poddaje się wilgotnemu klimatowi, a
naszym organizmom ubywa coraz więcej ciepła. Teraz każde
zatrzymanie będzie skutkować silniejszym wychładzaniem się. Punkt
14 był dla nas kolejnym nawigacyjnym problemem i jak się okazało,
nie tylko dla nas. Spotkaliśmy parę ekip, które tez
próbowały się na niego właściwie namierzyć. Po paru
błędnych próbach oddaliliśmy się jednak w odpowiednim
kierunku podążając korytem strumienia.
W tym punkcie składam wyrazy uznania dla Bartka. Był to okres w
którym musiał myśleć za nas obu, gdyż ja przeżywałem tak
zwany kryzys – było mi zimno i jakoś nie mogłem oderwać od tego
myśli. Chyba błędem był brak kurtki przeciwdeszczowej (zacząłem
„nabierać wody” trochę szybciej niż mój partner)!
Zdecydowaliśmy się na opuszczenie jednego punktu, uznając
że przy obecnym poziomie mgły i zmęczenia odszukanie go może
zając nam zbyt wiele czasu. Ten etap na pewno na długo zapamiętamy
– hipotermia deptała nam po pietach. Gdyby zdarzył się jakiś
wypadek (jak na przykład skręcenie kostki), w tych warunkach, kto
wie co mogło by się stać. Naprawdę byliśmy skostnieli i
uwierzcie próbowaliśmy biec, ale najlepiej wychodziło nam
śpiewanie...a mi osobiście jeszcze liczenie napotkanych
salamander.
Około 6 rano docieramy z powrotem do Zajazdu Kocierz
– ciepłe pomieszczenie i gorąca herbata przyprawiły mnie o
zawrót głowy. Dowiedzieliśmy się, że wiele ekip
zrezygnowało. Odpoczywamy, jemy, pijemy, przebieramy się w resztki
suchej garderoby. Dziękuję Eli z zespołu funexsports za pożyczenie
ocieplanych getrów – nigdy Ci tego nie zapomnę! Folia NRC
włożona pod ciuchy również, po raz kolejny, zdaje egzamin.
Wyruszamy na ostatni 30 kilometrowy etap rowerowy, już na starcie
decydując się na skrócenie go o najbardziej oddalony (i
najwyżej położony) punkt. Teraz już cały czas asfalt – góra
– dół.Po minionej nocy ten etap wydawał się bardzo
przyjemny. META – Gemini Park w Bielsku -Białej, mamy do wykonania
ostatnie zadanie specjalne – wejście i zejście po siatce linowej
– tak dla rozciągnięcia mięśni po wysiłku.
Zadowoleni
i oczywiście zmęczeni (jak i ponownie mokrzy), zakończyliśmy
rajdowe zmagania. Navigatoria w składzie Bartek Jasiński i Rafał
Adametz uplasowała się ostatecznie na 8 pozycji. Na zakończenie
pozwolę sobie tylko wspomnieć, że dla Bartka rajd był tylko
wstępem przed prawdziwym wyzwaniem – tydzień później
wziął ślub – Gratuluje, partnerze!
Zdjęcia zamieszczone w relacji pochodzą ze strony organizatora "Hi -Tec Rajd Przygodowy Bielsko- Biała 2010"
Timex Rajd Jelenia Góra
- zawodnicy: MIX: Ola, Rafał
MM: Przemek, Krzysiek
- dystans: 160 km
- limit czasu: 43 godziny
- konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO, rolki, zadania specjalne
- miejsce: MIX: 4 / MM: 5 wyniki
Rajd DyMnO (28-30 maja)
Dymno
2010 - czyli w pustyni i w puszczy
Start w Jur
ze niestety
musiałem porzucić, więc należało sobie jakoś odbić tę stratę
– padło na Rajd DyMnO. Razem z Krzyśkiem zapisaliśmy, się rzecz
jasna na trasę ekstremalną. Ostatni nasz wspólny start (MPAR
2009), gdzie udało się wskoczyć na podium, wzbudził w nas apetyt
by podobny sukcesik powtórzyć tym razem i również w
Nieporęcie, znaleźć się w czołówce. Stało się jednak
inaczej. Rajd będę wspominał jako lekcje pokory- ukończyliśmy
trasę 30 min przed limitem...
Pospało by się dłużej, ale
start o godzinie 7.00 nie pozwolił zbyt długo leniuchować. Z przed
Urzędu Gminy (w centrum
Nieporętu) ruszamy w gronie 10 zespołów na pierwszy
etap trasy ekstremalnej – 15 km BnO. Tempo jest mocne, ale na to
byliśmy nastawieni. Na przedzie biegnie Team 3600 (Igor i
Michał). W rękach dzierżymy po dwie mapy, w rożnych skalach,
część punktów na jednej część na drugiej, z początku
byłem trochę zamieszany i polegałem na Krzyśku, wkrótce
jednak mój umysł ogarnął ten stan rzeczy i dalej
nawigowaliśmy już razem. Teren mimo braku znaczących przewyższeń
przywitał nas ciekawie – dużo błota, gęstych lasów, a z
drugiej strony wystawione na słońce (które tego dnia grzało
do temperatury 270 C) otwarte przestrzenie. Już Po 3
punktach zauważyłem, że pierwsza trójka czyli „Team
3600”, „Sherpas-Raidlight Napieraj” i my oddaliliśmy
się nieco od reszty stawki. W tej kolejności wpadamy również
na metę tego etapu, czyli do bazy.
Zabieramy plecaki, Krzysiek
zmienia buty i wsiadamy na rowery. Etap zbudowany w sposób
następujący - Optymalny dystans 50 km, na jednym końcu baza na
drugim przepak w Kuligowie. Należało wybrać, które punkty
chce się zebrać jadąc w stronę Kuligowa, resztę można było
odnaleźć dopiero w drodze powrotnej (czyli po etapie kajakowym i
kolejnym rowerowym). Oczywiście można też było zebrać wszystko i
dopiero wtedy przyjechać na przepak – takie rozwiązanie wybrali
koledzy z Teamu 3600, co chyba zaskoczyło organizatorów,
ale ostatecznie okazało się mądrym posunięciem zwycięskiego
zespołu. Tylko Krzysiek zabrał mapnik rowerowy – zdecydował się
też przekazać go mnie – nie popisałem się niestety, wrócił
dawny zły nawyk, który jak myślałem udało mi się
zwalczyć, czyli obniżenie koncentracji w miarę zbliżania się do
punktu, a być powinno chyba na odwrót?! Jak mawiał
Arystoteles - potrzebna jest harmonia rozumu i uczuć – jakże
trudno to osiągnąć...
Nie bez większych problemów
zebraliśmy 4 z 7 punktów i po otrzymaniu laminowanych map
(zdjęcia satelitarne terenu) na przepaku - urokliwy skansen w
Kuligowie, ruszyliśmy na kajak.
„Nie wiem” – to główne
hasło tego etapu w naszym zespole... Naprawdę nie mieliśmy pomysłu
jak się do tego zabrać, gdzie jest ta odnoga rzeki, a gdzie tamta.
Rozlana woda nie dawała szans na prostą (jak to zazwyczaj bywa na
kajakach) nawigację. Zamiast szukać odniesienia w ukształtowaniu
terenu, błądziliśmy licząc chyba na szczęśliwy traf...
Jednak
w pamięci pozostanie mi z tego etapu jeszcze jedno – przyroda. Gdy
wpływaliśmy między zalane drzewa, wśród nieprzebranej
ilości owadów, połamanych gałęzi i rożnych innych
przeszkód, scenerie przypominały popularny program z
Discovery - „Szkoła przetrwania”, spytałem nawet Krzyśka czy
na pewno nie ma tu aligatorów, a o połykaniu owadów to
już nie wspomnę... Gdy w końcu udało nam się znaleźć pierwszy
punkt, zaczęło się lepiej układać, ale nie trwało to długo –
kolejne błędy w interpretacji zalanych terenów, pozbawiły
nas szans na szybkie ukończenie etapu, a co za tym idzie rajdu. Dużą
część odcinka kajakowego pokonywaliśmy pieszo (prawie wpław) i w
konsekwencji etap teoretycznie 7 kilometrowy męczyliśmy prawie 5
godzin...
Będąc już w końcówce stawki wracamy do
skansenu w Kuligowie – czas na zadanie specjalne. Na ścianie
jednej z chat wisiała plansza ze zdjęciami miejsc w skansenie, na
których znajdowały się mini lampiony. Należało zapamiętać
owe miejsca i właściwie podbić 8 punktów (lampionów
w skansenie było około 20), zadanie zajęło nam chyba 9 min.
Najszybsi (Sherpas Raidteam ) wykonali tę „pamieciówkę”
w 7 min, co zostało nagrodzone, przez pomysłodawcę i twórcę
zadania, bardzo stylową i praktyczną, drewnianą łychą.
Wyruszamy
na kolejny 35 kilometrowy etap rowerowy. Punkty kontrolne, tak jak na
wszystkich odcinkach rowerowych były zaznaczone dużymi okręgami na
mapie 1:50000, natomiast szczegółowo na wycinkach w mniejszej
skali umieszczonych obok mapy. Tutaj nawigacyjnie nie było już z
nami tak tragicznie. Starliśmy się nie przejmować niepowodzeniami
i mocno napierać. Pod koniec (w naszym wariancie, ponieważ etap był
scorelaufem) musieliśmy pokonać odcinek specjalny – wyznaczona
(znów na zdjęciu satelitarnym) trasa na której
znajdowały się 3 punkty. Niestety najwidoczniej w pewnym momencie
zjechaliśmy z właściwej drogi i zebraliśmy tylko jeden punkt. Za
dwa brakujące czekała nas kara – 40min. Tutaj również
okoliczności przyrody były dość niezwykłe. Kawałek odcinka
specjalnego przebiegał po terenie wydmy- przez chwilę otoczeni
piaskiem czuliśmy się trochę jak nie u siebie, jednak stałym i
niezmiennym elementem rajdu, również w tym pustynnym
obszarze, były komary. Każde zatrzymanie skutkowało staniem się
lądowiskiem dla masy gryzących owadów (obecnie na jednym
udzie posiadam 15 ugryzień).
Powrót do Kuligowa – czas
na pozostałą część etapu 2 czyli 3 punkty rowerowe. Pierwszy
osiągamy bez przeszkód, drugi umieszczony przy jeziorku (jak
można wywnioskować, buty przez cały okres rajdu były przemoczone-
co się oczywiście chwali bo to dobrze świadczy o trasie rajdu),
też osiągamy spokojnie. Żeby jednak nie łamać konwencji porażek,
ostatni punkt na skraju terenu wojskowego też kosztował nas
stanowczo za dużo czasu. Wybraliśmy w pewnym momencie niewłaściwy
wariant na obejście zalanego obszaru (z perspektywy czasu nie mogę
zrozumieć czemu!), co skończyło się przedzieraniem przez
kolczaste zarośla i inne atrakcje.
Jest już ciemno, gdy wracamy
do bazy. Otrzymujemy mapy na ostatni etap – 10 km BnO. Pod względem
nawigacyjny chyba najprostszy (co w przypadku Rajdu DyMnO nie
oznacza, że banalny). Pokonujemy go spokojnym tempem, ponieważ
Krzyśka dopadły jakieś problemy żołądkowe. Nie obeszło się
bez jednego (co by tradycji stało się zadość) poważniejszego
błędu.
Meta – szkoła w Nieporęcie. Zostajemy przywitani
przez organizatora, nasz czas i dodatkowe kary są wpisywane w
tabele. Co należy pochwalić - natychmiast dowiadujemy się, które
zajęliśmy miejsce. Otrzymujemy również pamiątkowe
certyfikaty i zaproszenie na pyszną (niestety już chłodną) zupę
pomidorową. Czas na odpoczynek.
Cieszymy się że udało się
ukończyć trasę, że znów przeżyliśmy przygodę – w
końcu po to startujemy! Pozostaje nam uderzyć się w pierś,
przeanalizować błędy i wyciągnąć wnioski, by ten nieudany w
aspekcie rywalizacji start, stał się źródłem doświadczenia
i lekcją na przyszłość. Gratulujemy zwycięzcom i chylimy czoła
przed ich nawigacyjnymi zdolnościami. Lada dzień Navigatoria
wyrusza na Rajd 3600 w Jeleniej Górze. Obiecujemy
walczyć, z większym nastawieniem na – myśleć!
Rafał
Adametz
Rajd Przygodowy Sopot PTTK (23-25 kwietnia)
Trasa długa
- dystans: 101km
- limit: 18 godzin
- dyscypliny: MTB, treking, rolki, BnO
Trasa krótka
- dystans: 51km
- zawodnicy: Krzysiek i Tomek
- limit: 12 godzin
- czas ukończenia: 4:59
- dyscypliny: MTB, treking, BnO
- miejsce: 2
Relacja:
Sklep Podróżnika - Wertepy - Kórnik (9-11 kwietnia)
- zawodnicy: Ola, Rafał
- dystans: 65 km
- limit czasu: 12 godzin
- czas zakończenia: 6:34 godzin
- konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO
- miejsce:
4 wyniki
- zawodnicy: Krzysiek, Bartek
- dystans: 160 km
- limit czasu: 24 godzin
- czas zakończenia: 26:34 godzin
- konkurencje: MTB, treking, kajak, BnO
- miejsce: 8 wyniki
Relacja
Nieco spontanicznie postanowiliśmy wystartować w rajdzie „Sklep Podróżnika Wertepy” na trasie krótkiej – 65 km – która, jak stwierdziliśmy nie wymaga dużych przedsięwzięć logistycznych ani finansowych. Start w „Adventure Trophy” stanął poza zasięgiem naszych studenckich kieszeni, a głód adrenaliny trzeba było jakoś zaspokoić. Na miejsce imprezy (niewielkiego, lecz uroczego wielkopolskiego miasta Kórnik) pojechaliśmy wraz z naszymi teamowymi kolegami: Krzyśkiem i Bartkiem, gotowymi na wyzwanie trasy długiej (160 km).
Zimowy Rajd 360 stopni. Olsztynek (5-7 luty)
Dane rajdu - trasa krótka
- zawodnicy: Team1: Ola, Rafał Team2: Mariusz, Zdzisław
- dystans: 121 km
- limit czasu: 38 godzin
- czas zakończenia: 26:08 godzin
- konkurencje:
- bieg na orientację / adventure running: 5,5 km / 36 km
- rowery górskie: 113,5 km
- narty biegowe: 20,5 km
- łyżwy: 6,5 km
- zadania specjalne: wychodzenie kątowe i zadanie-niespodzianka
- miejsce:
- Ola i Rafał : 7
- Mariusz i Zdzisław: DNF - awaria sprzętu
- wyniki
- zawodnicy: Paula, Karol, Krzysiek, Darek
- dystans: 182 km
- limit czasu: 38 godzin
- czas zakończenia: 20 godzin
- konkurencje:
- bieg na orientację / adventure running: 5,5 km / 36 km
- rowery górskie: 113,5 km
- narty biegowe: 20,5 km
- łyżwy: 6,5 km
- zadania specjalne: wychodzenie kątowe i zadanie-niespodzianka
- miejsce: DNF, zatrucie pokarmowe.
- wyniki
Zazwyczaj są ciężkie, czasami bywają bolesne, czasami aż braknie sił...
Ale zawsze gwarantują ekstremalne doznania!
Timex Rajd Zimowy 360° także ich dostarczył!