WARSZAWA‎ > ‎WYDARZENIA - MINI BLOG‎ > ‎

Skrzypek przy fortepianie, Auguścik przy mikrofonie, 500 osób na trzech piętrach klaszcze na stojąco

opublikowane: 27 lut 2010 04:09 przez Sebastian Margalski   [ zaktualizowane 1 mar 2010 06:31 ]

... pół tysiąca ma mokre oczy

Piątek

Od wczoraj w pokoju na piętrze, na parapecie stoi przywiązany sznurami od zasłon głośnik. Teraz muzykę słyszy się nie tylko wewnątrz budynku, teraz przechodnie rozglądają się po ulicy i wyglądają skąd dochodzi.

Dobra muzyka zwabia.

Ty nie jesteś fanem, tylko jesteś fanką

Na przedpołudniowym występie Agaty Kucharskiej i Su Yeon Son zagościli uczniowie zerówki ze Szkoły Podstawowej nr 12 nie wydawali się znudzeni. 

- Jestem fanem Chopina –  dumnie oznajmił sześciolatek w niebiesko – fioletowej czapce.

Jego koleżanka nie chciała być gorsza i po krótkim namyśle powiedziała: – Ja też jestem fanem Chopina.

Wkurzyło to nieco fana w czapce i poprawił sześciolatkę: - Ty nie jesteś fanem, tylko jesteś fanką!  

- Koncert to tylko część  przygody związana z Chopinem – opowiada opiekunka dzieci z „dwunastki”  – Po powrocie będzie jeszcze malowanie i wystawa prac. Wszystko dla Chopina. 

Maluchy opanowały hol przy wyjściu z budynku i przekrzykiwały się: – „Ja gram na pianinie!”, „A ja gram w domu na keyboardzie”. Nauczycielka opanowała sytuację i powiedziała: - Idziemy szukać serca Chopina.

Zdziwione sześciolatki chyba jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego co ich czeka, pomaszerowały z wystraszonymi minami za swoją Panią.

Swoją reprezentację miała też Szkoła Podstawowa nr 317. Tu ekscytacja była w innym wydaniu.

- To nie to co sport, ale można posłuchać – stwierdził szóstoklasista w białej koszulce. Jego kolegę ciekawił bardzo rodzaj fortepianu, na którym grają wykonawcy.

W holu tłok. Oprócz tych, którzy do Domu Polonii przyszli specjalnie na koncert, przychodzą i całkiem przypadkowi goście. Pewien Gruzin, mieszkający od siedmiu lat w Polsce, przyszedł na Krakowskie załatwić sprawę repatriacji, a został na koncercie. Nie chciał uwierzyć, że jest grany non stop przez siedem dni. Bardzo mu się to podobało. 

To proszę Pani nie był smutny Francuz, to jest nasz wesoły Polak

Tym razem nie tylko sala koncertowa i schody były zajęte. Wolnego miejsca nie było też piętro wyżej, słuchający siedzieli na kanapach, na podłodze, na schodach prowadzących na drugie piętro. Schody prowadzące na –1, gdzie jest sala na której wyświetlany jest film o Chopinie, też były oblepione słuchaczami.

Zadbana kobieta, na oko po sześćdziesiątce, w różowym sweterku, prowadzi pod rękę mężczyznę w czarnych okularach, który trzyma białą laskę. Siadają na fotelach na pierwszym piętrze i słuchają. Czasem tylko wymienią jakieś uwagi między sobą. Mówią, ze przyszli tutaj, bo najbardziej lubią Chopina. – Grałam siedem lat na pianinie, ale teraz niestety już nic nie pamiętam – mówi kobieta.  

- Bardzo nam się podoba idea. U nas mało promuje się takie postacie. Bo wie Pani, ja Pani powiem! Tego Chopina to się przedstawia, że Francuz, że taki smutny, że ciągle kaszle, bo gruźlik. A po pierwsze nie gruźlica tylko mukowiscydoza. A po drugie on podobno był bardzo wesoły, lubił przebywać na salonach – broni naszego artystę rozmówczyni o serdecznym wyrazie twarzy.

Oskar przychodzi codziennie

Co jakiś czas goście na fotelach się zmieniają. A zasiadający tam tłumy od maleństw na rękach do emerytów.

Łukasz i Oskar maturzyści z liceum im. Fredry. – Takie małe na Woli – tłumaczą.

Oskar przychodzi codziennie, a Łukasz jest trzeci raz. Mają już swoją miejscówkę na pierwszym piętrze, tam rozkładają się na fotelach: jeden jakby odpływał wraz z muzyką, drugi czyta zasłuchany (albo jak kto woli słucha zaczytany).

- Atmosfera jest fajna, tak domowo. Nikt nie wygania. Można przyjść, posiedzieć – cieszy się Łukasz, trzymając w dłoniach Mistrza i Małgorzatę.

- Mamy dużo nauki przed maturą, ale do poniedziałku pewnie jeszcze poprzychodzimy – usprawiedliwiają się chłopaki.

Tyle o zaledwie garstce z tysięcy słuchaczy. A artyści...

Rodzina muzyką silna: mama uczy teorii muzyki, tato gra w orkiestrze, syn na fortepianie, jedna córka na flecie, druga na altówce

Dzisiejsze popołudnie należało do wykonawców z Katowic. Występowali zarówno studenci Akademii Muzycznej jak i uczniowie Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

 

- Super publiczność no i bardzo fajny pomysł – zachwyca się Łukasz Mikołajczyk, uczeń z klasy fortepianu prof. Anny Góreckiej. Przyjechał  tu z mamą Ewą, która uczy „Teorii muzyki” w katowickiej szkole. I na tym nie koniec, cała rodzina jest rozmuzykowana.

- Mąż gra w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach – zdradza z dumą  pani Ewa.

- Młodsze siostry też  grają na instrumentach, na altówce i na flecie – dodaje Łukasz. Przyznaje, że Chopin nie jest jego ulubionym kompozytorem. - Na co dzień wolę  bardziej orkiestrową muzykę, choć przyznam miło jest zagrać Chopina.

Myślisz, że muzyka to twoja przyszłość czy tylko hobby? – pytam.

- To jest więcej niż hobby, za dużo serca w to wkładam – odpowiada bystry szesnastolatek. - Za dużo myślę, jak np. zagrać niektóre nuty, zastanawiam się. Na pewno Akademia Muzyczna, a co będzie po niej, tego jeszcze nie wiem.

 

Rodziną są również Jan i Emilka Stańczyk, także uczniowie katowickiej szkoły. Czternastoletni Janek zagrał mazurka a-moll, a jego o dwa lata młodsza siostra mazurka gis – moll. 

- Dyrektorowi szkoły bardzo spodobał się pomysł zagrania tutaj. Wybraliśmy najlepszych i przyjechaliśmy –  opowiada pani Ewa.  - Nasza szkoła wykształciła wielu wybitnych muzyków. O! właśnie przeszedł mój były uczeń, który teraz jestem studentem na Akademii Muzycznej. Wojciech Killar też jest naszym absolwentem i honorowym obywatelem miasta Katowice – chwali się nauczycielka.

Łukasz Byrdy, który zdobył I nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Juliusza Zarębskiego w Łomiankach (2009) przyznaje: - Dobre jest to, że ktoś  zupełnie nieznany może się tutaj zaprezentować.

Jego kolega Janek docenia zaś najnowsze technologie: - No i fajna jest transmisja na żywo w Internecie.

Szkoła muzyczna to coś  więcej niż zwykła edukacja, to swoisty sposób na życie.

- Dzieciaki mają naprawdę  dobre wzorce. Spędzają w szkole całe dnie. Najpierw zaczynają od polskiego i matematyki, w międzyczasie jest nauka słuchu czy teoria muzyki, dalej dajmy na to chemia i ponownie muzyka, np. zajęcia indywidualne – przedstawia dzienny program pani Mikołajczyk i dodaje z łagodnym uśmiechem:

-          Lubimy muzykę, po prostu tym żyjemy.

Po 16.00 swoje umiejętności zaprezentowały dwie młode uczennice szkoły muzycznej: Dagny Czajkowska i Kinga Stępniewska. Obie wzbudziły żywą reakcję publiczności.

Teraz to mogę już tylko umierać

Po dziewczynach zagrał  Marcin Kaźmierczak, który skromnie mówi o sobie, że jest właściwie amatorem, bo już nie uczy się w żadnej szkole. Nie ma zatem możliwości zorganizowania sobie występu, a granie dla publiczności bardzo lubi. Pomysł Najdłuższych Urodzin właśnie dlatego tak bardzo mi się podoba, że może tu zagrać właściwie każdy, kto posiadł umiejętności.

To zresztą zdanie nie tylko Marcina, bo musimy pochwalić się, że dziś  usłyszeliśmy wiele pozytywnych rzeczy o naszym przedsięwzięciu. Ktoś nawet wyraził opinię, że organizatorom należy się ... medal.

 

Po 18. swój recital rozpoczął fenomenalny Tomasz Orlow. Tomasz właściwie nie grał klasycznego Chopina, ale improwizował na podstawie jego utworów. Robił to tak genialnie, ze na sali panowała absolutna cisza i nikt nie śmiał się nawet poruszyć. Tomasz po prostu zelektryzował słuchaczy i chyba sam też wyczuł panującą na sali atmosferę, bo po występie podszedł do mikrofonu i powiedział: - Są państwo wspaniałą publicznością, przede wszystkim publicznością słuchającą. Grało mi się dla państwa naprawdę świetnie.

 

A improwizacje Tomasza to był dopiero wstęp do muzycznej uczty. Około 19.30 na sali nie było ani skrawka wolnej przestrzeni, bo swój godzinny występ zaczęła Lena Ledoff. Tuż przed nim powiedziała, że właściwie teraz, kiedy po raz pierwszy i zapewne ostatni w życiu bierze udział w maratonie pianistów, może już umierać. Jej śmierci chyba jednak nikt sobie nie życzy, szczególnie po tym, jak dziś zagrała.

Delikatnymi, długimi placami zmieszała Chopina z Krzysztofem Komedą i Schumannem. Publika oszalała...

Wolontariusze otworzyli okna by wyprawowało z sal trochę gorąca...

Zaraz po Lenie na scenie pojawił się Piotr Lemański, który lekko ostudził emocje słuchaczy swoimi spokojnymi, gitarowymi aranżacjami Chopina. Potem przyszedł czas na występ Klaudii Łubian, która zdradziła nam, że tym występem chce pogodzić się z muzyką.

- Nie grałam już od pół roku, właściwie to nie wierzę, że to zrobiłam – mówiła podekscytowana. - Zrezygnowałam z grania, bo czułam, że to nie ten kierunek, że powinnam robić coś innego i dlatego wybrałam studia na SGH. Poza tym, właściwie nie lubiłam występować. A jednak przełamałam się...

Auuu Auguścik

Po krótkim występie Klaudii na scenę weszły: libańska śpiewaczka Nadine Nassar oraz Marina Timoszenko. Marina akompaniowała Nadine, która swoim sopranem wywołała łzy wzruszenia.

Nikt nie zdążył jeszcze dobrze ochłonąć, kiedy przy fortepianie pojawił się prof. Paweł Skrzypek wraz z Kwartetem „Camerata”, jednym z najwybitniejszych polskich zespołów kameralnych. To była maestria, doskonałość i czyste piękno.

Publika podniosła się siedzeń i klaskała na stojąco. Skrzypek z „Cameratą” jak w amoku, wyszli za scenę, potem na nią wrócili. 500 osób stało na trzech piętrach klaszcząc!!!

Nie było wyboru, zagrali raz jeszcze.

Ludzie patrzyli na siedzących obok, uśmiechali się do siebie, niektórzy przytulali się, ściskali sobie ręce, głaskali po ramionach, patrzyli na siebie ze łzami w oczach... Wszystkim udzieliła się jakaś zbiorowa, muzyczna miłość do drugiego człowieka, do klasyki...

I choć miało nie być bisów, gdy chwilę po „Cameracie” wystąpiła Nina Stiller, a akompaniował jej nie kto inny jak sam Andrzej Jagodziński, publiczność znowu zawróciła ich na sceną niekończącymi się brawami.

I myślicie Państwo, ze to koniec? Pół godziny później, zaraz po 23. Jagodziński wyszedł na scenę z.... Grażyną Auguścik.

-          Jak się dowiedziałam, ze moi koledzy z Chicago wymyślili taką imprezę tutaj, to ja sama zgłosiłam, żeby wystąpić – mówiła wzruszona jazzmanka.

Anielskim głosem intonowała na ludowo, klezmersko... a gdy aksamitnie jazzując zaśpiewała „Lulajże Jezuniu” ... 500 osób! pół tysiąca publiki...

miało oczy jak za szkłem


(Judyta Sierakowska, Anna Rosińska, współpraca Monika Olszewska, Natalia Janus)





Menu główne



 


Partner technologiczny





Ostatnia aktywność w witrynie

opieka techniczna:

test