Ten ostatni poniedziałek
-
Nie dotrwałem do końca, po prostu, nie dotrwałem, bo
on tak grał...
-
Tak dobrze grał i nie dotrwałeś?
-
Ja siedziałem i słuchałem, i nagle czuje, nie
uwierzysz, ja czuję, że mam coś mokrego na policzku... łza rozumiesz? Nie wiem
skąd się wzięła... a potem następna i kolejna... i oba policzki mokre...
za chwilę...! chwilę potem JA PO PROSTU RYCZĘ!!!
Tak o grze po 6. Rano! Michała
Kozłowskiego opowiadał 33-letni pianista.
-
Taki talent to
dar niebios, a on przecież jest jeszcze studentem – zachwyca się pianista
pianistą.
Michał ma dopiero 21 lat, na Najdłuższych Urodzinach zagrał
10 recitali!
- U niego wszystko jest intuicyjne, doskonałe, a on dopiero
zaczyna, to jeszcze nie gotowy muzyk – mówi o Kozłowskim pianista. - On się
bawi muzyką. Nawet o drugiej w nocy jak ma zagrać, to zawsze przed koncertem
przychodzi z karteczką 15 cm na 15, ma tam wypisane utwory, wręcza ją
konferansjerowi, siada i gra. I zawsze z
tą karteczką 15 na 15.
Tyle o Michale (w tym miejscu), pozostałych poniedziałkowych
artystów nie sposób wymieniać, na szczęście cała ich lista jest na stronie, i
wszyscy oni choć różni wiekiem, doświadczeniem, gabarytami, latami gry,
śpiewu... to wszyscy wybitni, i Jurek Owczarz, co wchodził na scenę kilka razy
i jazzował Chopina, i Aleksandra Soboń, która wydobywała ze Steinwaya swoimi
długimi, pięknymi palcami najdelikatniejsze dźwięki, i Tadahisa Ishiguro, i
Julia Marczuk, i....
Chopin lepszy niż teletubisie
A słuchacze?
W poprzednich wpisach na blogu już było już i o nich. Że i
trzy piętra nimi oblepione, że siedzą, że stoją i leżą gdzie się da. Że brakuje
miejsc dla melomanów. Tak było. A jak
było dziś? A jeszcze gorzej!
Że nie było już gdzie siedzieć, to wiadomo, ze nie było już
gdzie stać, bo i miejsca stojące pozajmowane, to też wiadomo.
Dom Polonii wyglądał
jak ogromna ukraińska marszrutka napchana pasażerami do granic możliwości.
I choć już miejsc w niej nie ma, to kierowca wciąż krzyczy: „Naaa tył”!!!, „Na
tyyyył”!!!, i tak cisną się kolejni i cisną i o dziwo mieszczą.
Ta nasza marszrutka, na Krakowskim Przedmieściu, jest nieco
większa, ma kilka pięter, i schody ładniejsze, bo z czerwonym dywanem, ale też
ledwie utrzymują wszystkich, którzy na nich stoją. One już teraz wyglądają bardziej
jak schody ruchome prowadzące do metra w godzinach szczytu.
Mimo braku miejsc, ciasnoty, ludzie z każdą minutą byli dla
siebie coraz bardziej mili, nawet przypadkowe potrącenia kończyły się: „Przepraszam”,
a momentami uściskiem dłoni czy nawet przyjacielskimi przytuleniami. To
powietrze w Domu Polonii było nasycone spokojem, dobrą muzyka i dobrą aurą.
Była i Pani, która wzruszyła się wolontariuszami pracującymi
przy koncercie, więc co zrobiła? ... upiekła im ogromne, długie
ciasto, oblała słodką polewą czekoladową i umieściła na nim „200”! A np.
mama pianistki Joanny Maklakiewicz została przyłapana na tym, że przyniosła dla
społeczników kilka kilogramów bananów!
- Tu się zaczyna nowa epoka, o tym graniu mówią
wszędzie, a nasza telewizja? Ciągle o rozwodzie jakiejś gwiazdy! No i po co to?
Przecież wiadomości powinny zaczynać się od informacji co tutaj się dzieje –
mówi wzburzona Pani Ewa, która stoi w holu przed telewizorem, gdzie stacje
telewizyjne z krajów całego świata mówią o „Najdłuższych Urodzinach”.
- Wie Pani ja tutaj przychodzę codziennie, no prawie
codziennie. Wstyd przyznać, ale
pierwszego dnia nie byłam, bo nie wiedziałam. Dopiero wieczorem 22-ego lutego
sąsiad powiedział mi, że tutaj gracie Chopina. To i ja następnego dnia
przyjechałam. Przychodzę każdego dnia po południu, teraz to już biorę i
termos i kanapki by wytrzymać dłużej. Ja proszę Pani, mam wnuczka, on ma
dwa lata i on razem z rodzicami ogląda relację w internecie i macha do babci. Wie
Pani, że jak rodzice przełączyli mu na teletubisie, to on zaczął płakać? On
teraz woli Chopina!
Gęsia skórka? Normalnie to ja jej nie miewam
Po 18.00 na scenę wkraczają artyści z Warszawskiego
Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina z wydziału w Białymstoku: Mariusz
Ciołko, Anna Jeremus-Lewandowska, Agata Przewłocka, Monika Sasinowska. Występują
duetami, ale najmocniejsza jest jednak
solowa końcówka, taki mini recital Mariusza Ciołko. Publika bije brawo i
krzyczy: bis, bis, bis!!!!
Ekipa z Białegostoku, szybko uciekła ze sceny i z Warszawy,
bo przed nimi podróż nocna, a rano praca.
- Do zobaczenia za rok - rzucił Pan z ekipy białostockiej.
Potem zawrócił i zapytał: - Bo przecież gracie za rok Chopina? Prawda? Gracie!
– odpowiedział sobie sam. I Odszedł.
Potem znowu wrócił i oznajmia: „a za dwa lata to będzie 140
rocznica śmierci Stanisława Moniuszki!”
- Mam gęsią skórkę. Ja ją Pani pokaże – zanim
zdążyłam zaprotestować, kruczoczarny 30-latek zadarł rękaw błękitnej koszuli i
pokazał mi swoje śniade przedramię pokryte skórą, nomen omen, jak u gęsi,
i z jakimś dziwnym rodzajem ekscytacji dodał. – To od
muzyki, proszę Panią. Od muzyki. Normalnie to ja tak nie miewam.
Inna Pani rzekła krótko, ale dobitnie: „Tak jestem
naładowana dobrymi emocjami jak kaczka jabłkami”
Dwaj czarnoskórzy w wieku studenckim wychodząc
podśpiewywali: - Chopin, Chopin, niech
zije, niech zije nam!
Nasi nie schamieli do końca
Około 19. na scenę wchodzi długo oczekiwany profesor Kazimierz
Gierżod. Wszedł na nią już drugi raz podczas trwania „Najdłuższych
Urodzin”, podszedł do mikrofonu i życzył wszystkim najlepszych emocji w
przeżywaniu muzyki Chopina. I dodał, że należałoby kontynuować pomysł tak
wspaniałej uroczystości.
A potem zaczął grać...
Żadne tam wygibasy muzyczne, łączenie stylów, po prostu
Chopin klasycznie-klasycznie w najlepszym wydaniu.
Prof. Gierżod był
takim prezentem dla złaknionych doświadczonej, melancholijnej maestrii. Ci
którzy zostali nią nakarmieni klaskali, aż ich różowe wnętrza dłoni spąsowiały.
-
Już nie mogę klaskać z bólu – powiedział ktoś w
tłumie.
A tłum nadal bił brawo profesorowi...
Ludzie przerwali klaskanie dopiero po wejściu na scenę
sopranistki Anny Karasińskiej i pianistki Krystyny Borucińskiej.
Jakaś Pani w czerwonej marynarce zaczepiła wolontariuszkę i
zapytała:
- Spodziewaliście się Państwo, że przyjdzie tu tyle ludzi?
Po czym stwierdziła: Nawet Pani nie wie jak ja się cieszę, jaka ja jestem
szczęśliwa, że widzę tu tyle ludzi. Jednak Polacy nie schamieli do końca.
- Nie ma różnicy między muzyką klasyczną a inną. Jest albo
dobra albo nie. Wiecie Państwo, mnie nie wzrusza to, że ja widzę artystę
grającego na fortepianie. Dlaczego? Bo ja wiem ile oni poświęcili na to czasu,
ile pracy włożyli w przygotowanie. Przecież to jest wykute do ostatniej nuty,
to czymże oni mogą mnie zaskoczyć? – przemówił „konferansjer”... Stanisław Tym, któremu to przypadła
rola zaanonsowania kolejnego artysty.
No więc zaanonsował:
-
Ten Pan nagrał
muzykę do piosenki „Łubudubu”, którą śpiewał Jerzy Turek do szafy, zrobił też
muzykę do „Wesołego Romka”, no ale żeby on grał Chopina, to ja o tym nic nie
wiem – podrapał się w głowę Stanisław Tym, i zaprosił na scenę... Jerzego
Derfla.
I ten Pan, Pan Derfel znaczy się, wyszedł na scenę, zasiadł
za fortepianem i co zrobił? A zagrał Chopina.
I Pan Tym się zdziwił.
Bezczelnie genialny.
Michał Kozłowski.
- Nie dbał o to, że
gra w środku nocy czy o szóstej nad ranem, gdy jest małą widownia, że
niewygodne godziny. Grał na nasze zawołanie nawet półtoragodzinne recitale i
teraz też zagra dla Państwa – wspaniała pianistka Joanna Maklakiewicz
zapowiedziała genialnego Michała Kozłowskiego.
Michał ma wielką bordową muchę, ogromne chabrowe oczy i
geniusz w genach, w głowie, palcach...
Gdy Michał zaczyna grać pracuje całe jego ciało. Każdy nerw
na twarzy pokazuje emocje, to wygląda jakby płakał, to jakby się śmiał, to
jakby kpił, złościł się, cieszył... Jest tylko on i fortepian, nie reaguje na
żadne pomruki, głosy z sali czy klaskanie. Gra.
Delikatnie robi pauzy, odrywa dłoń od fortepianu, ona
jeszcze chwilę płynie w powietrzu w takt ostatniego dźwięku niosącego się po
uderzenia klawisza, lekko upada na kolejny i kolejny i kolejny, a na jego
twarzy maluje się to grymas, to zadowolenie, to niepokój. Potem zamyka oczy i
płynie palcami po klawiaturze.
Jest wprost bezczelnie genialny!
I skromny.
-
Brawo!!! Cudo!!! – krzyczała z widowni Bella
Olejnik, gdy Michał wstał od fortepianu.
Kozłowski zszedł ze
sceny, brawa sprowadziły go na nią z powrotem, znowu wyszedł, i znowu go
zawrócono oklaskami. Jego pogodna jeszcze chłopięca buzia promieniała.
Gdybym ja była słoneczkiem na niebie
Nadal nie ma Janusza Olejniczka, który już dawno powinien
grać na Krakowskim Przedmieściu 64.
Za fortepianem zasiada pupilka publiczności Lena Ledoff.
-
Ja zagram jeśli można suitę z Komeda-Chopin-Komeda –
jak rzekła, tak i zrobiła.
Wcześniej prowadzący powiedział, ze Lena może zagrać
wszędzie. Zasłynęła tym że zagrała siedząc...na skuterze.
Lena poprosiła na scenę swoją koleżankę śpiewaczkę Joannę
Morską i nagle na scenie powstał duet soprano-forte
Na widowni, tuż przede mną siedział zagorzały fan
sopranistek (podrygiwał już przy śpiewie Anny Karsińskiej), teraz gdy śpiewała
Morska, przyśpiewywał sobie pod nosem i palcem kreślił w powietrzu nuty, klucze
wiolinowe i jeden bóg wie co jeszcze. Był szczerze wzburzony, gdy ..panie
zeszły ze sceny.
- No jak tak można?! – rzucił podenerwowany.
A można, bo na scenie pojawił się Zespół Polski Marii Pomianowskiej, który kompozycje Chopina gra
m.in. na bębnach, cymbałach, lirze korbowej czy... suce biłgorajskiej.
Melomani patrzyli coraz większymi oczami na zespół, gdy nagle
na scenę wchodzą przez nikogo nie zatrzymywani: Waldemar Dąbrowski, Janusz Olejniczak i sopranistka Aleksandra Kurzak.
Jak się okazało opuścili Teatr Wielki, gdzie odbywał się koncert galowy i
przybyli do nas.
Przemowom nie było końca...
Ale Joanna Maklakiewicz, to nie tylko doskonała pianistka,
ale i konferansjerka zdaniem: - Państwo już za pewne chcą posłuchać Chopina –
przerwała mowy i ku uciesze publiki za fortepianem zasiadł Janusz Olejniczak, a
Aleksandra Kurzak (jeden z trzech najlepszych sopranów świata!) zaśpiewała
pieśń Chopina „Życzenie”.
Potem grali jeszcze i Olejniczak i Zespół Polski Marii
Pomianowskiej.
A na koniec powszechna mobilizacja. Wszyscy, cała
publiczność zebrana na kilku piętrach, podniosła się i zaśpiewała Chopinowi,
jego „Życzenie”!:
Gdybym ja była słoneczkiem na niebie
Nie świeciłabym jak tylko dla ciebie.
Ani na wody, ani na lasy, ale na wszystkie
Czasy pod twym okienkiem i tylko dla ciebie
Gdybym w słoneczko mogła zmienić siebie.
Gdybym ja była
ptaszkiem z tego gaju,
Nie śpiewałabym w
żadnym obcym kraju.
Ani na wody, ani na lasy, ale po wszystkie
Czasy pod twym okienkiem i tylko dla ciebie
Czemuż nie mogę w ptaszka zmienić siebie.
I niby Polacy nie ptaki, a i słońca jeszcze mało, a
zaśpiewali Chopinowi w jego własnym kraju, w jego rodzinnym mieście, gdzie
dorastał, gdzie się bawił i rozrabiał, gdzie się zakochał pierwszy raz, gdzie
skomponował po raz pierwszy, gdzie zagrał ostatni raz przed odjazdem...
(Judyta Sierakowska)