Sobota
Było dość wcześnie, jakaś 9.00, rodzice trzymają na rękach
małego chłopca. Maluch wtula się w ojcowskie ramiona, przysypia i potem
bezwładnie wisi na jego szyi. Zaspane oczy przeciera małymi piąstkami.
Zaniepokojona mama pyta: „wychodzimy?” Ten nagle rozbudza się, kręci główkę że
nie, uśmiecha się i dalej wtula w ramiona ojca.
I tak zostają, zasłuchani w grę Su Yeon Son.
Czteroletnia Hania śpiewa Chopina
A potem jest Sabina Aftyka. Utwory Fryderyka Chopina gra
na ...akordeonie.
Dostała go od dziadka, który jest profesorem na
Uniwersytecie Muzycznym i to on zachęcił wnuczkę do gry na tym instrumencie.
Akordeon wyprodukowała specjalnie dla dziewczyny włoska firma Skandali, i na
nim widnieje... imię Sabiny.
Irena Podobas wraz z Julią Karlovą - Antczak urządziły przed
południem muzyczne przedstawienie dla dzieci.
Pochodząca z Wilna
Podobas grała na fortepianie, a Karlova z Kazachstanu śpiewała pięknym sopranem.
Mówią, ze połączyła je muzyka i dlatego zostały w Polsce.
Ich koncert był wielkim show dla dzieci, które razem z
rodzicami, dziadkami i innymi widzami wypełniły sale po brzegi. Artystki
przyniosły ze sobą kolorową chustę symbolizującą Mazowsze i przyozdobiły nią
fortepian. Same przebrały się w piękne, niemal bajkowe suknie. Dzieci zaczęły
przechodzić do pierwszych rzędów, żeby lepiej je widzieć. Czteroletnia Hania
wyszła nawet na scenę i zaśpiewała razem z Podobas i Karlovą przed
rozentuzjazmowaną publiką.
Potem Pani Julia pięknym sopranem zaintonowała Piosenkę
Litewską, niektórzy podnieśli się z miejsc... i tak już zostali, a następny
utwór, tym razem Stanisława Niemena pt. " Walc dla Chopina",
spowodował gęsią skórkę.
Mała Hania po wyjściu z przedstawienia podeszła do księgi
wpisów, namalowała rysunek, i ... podpisała się
Nie chciał wejść, a potem to już został... dwie godziny
Krakowskie Przedmieście 64 przeżywa dziś szturm słuchaczy.
Takie są prawa weekendu, sobota zwykle oznacza czas wolny, a do tego w Domu
Polonii dochodzi i wstęp wolny.
- Wiadomo, studencka kieszeń nie jest ciężka. Myślę, że
jakby było płatne, nawet kilka złotych to byłaby mniejsza rotacja – zauważa
przyszły fizjoterapeuta z Warszawy. A jego dziewczyna dodaje:
- Nie gramy na żadnych instrumentach, ale do nas trafia ta
muzyka.
Nie tylko dla nich muzyka klasyczna nie jest ani nudna, ani
staroświecka.
Widzę młodego chłopaka w dredach. Stoi w holu sam, wydaje
się być trochę zmieszany. Na twarzy
wahanie.
- Zastanawiam się czy
wejść. W środku jest chyba jeszcze większy tłok niż przed szatnią – zastanawia
się, a potem wchodzi na koncert... i
zostaje na dwie godziny.
Chopina polubili i starsi, nawet dwa pokolenia wstecz
- Widzę, że przychodzi dużo młodzieży. To dobrze, że nie
tylko Doda ich interesuje – wyznaje z ulgą starsza Pani w czapce z
baraniego futra. - Choć żałuję, że żadne z moich dzieci nie zainteresowało się
muzyką – ubolewa. Jednak po chwili
dodaje z nadzieją: - Mam 5 letniego
wnuczka, który coś tam sobie bębni po stole paluszkami i widzę, że ciekawi go
muzyka. Może, może..
Hol to jednak intrygujące
miejsce. Z pozoru służy tylko do czekania. Przed multimedialną wystawą zdjęć
Tomka Kwiatkowskiego, która się tam znajduje, można prowadzić całkiem ciekawe
rozmowy...
Kiedyś był strażnikiem miejskim na kierowniczym stanowisku,
a teraz cały jego dobytek to dwie torby pełne puszek. Przyszedł obejrzeć
wystawę.
- Lubię słuchać Chopina – mówi trochę niepewnie. Jednak już
z pewnością w głosie przedstawia teorię: - Ten Chopin to nietypowa postać pod
względem daty urodzin, ale wie Pani, jedną rzecz mogę powiedzieć: są różne
systemy datowania – oznajmia z kamienną twarzą. - Tak naprawdę 22 lutego i 1
marca to ta sama data, tylko przedstawiona w innych systemach. Kto nie zna
systemów datowania to w archiwach nie dokopie się niczego.
Hm...
Dobra, dobra, fajnie brzmi, ale zostańmy przy naszym
systemie datowania i Najdłuższych Urodzinach...
Dobrzy chłopcy grają dobrą muzykę
- Dobry chłopak! Oj
dobry! – skomentował mężczyzna w średnim wieku występ 18-letniego
Krzysztofa Moskalewicza z Zespołu Szkół Muzycznych w Warszawie.
- Na początku było ciężko. Nie jest łatwo skupić się na
graniu jak ma się 7 lat. Przyznaję, trochę mnie ciągnęło na boisko – opowiada Moskalewicz.
- Na pewno nie było tak, że mnie ktoś zmuszał. Zresztą nawet jak się
zniechęciłem do ćwiczeń to po pół godzinie znów mnie ciągnęło. Im człowiek dalej idzie, tym bardziej wciąga,
a gdy jest się starszym to im trudniejsze utwory, tym większa satysfakcja.
Teraz marzy o studiach muzycznych za granicą:
- Problem w tym, że trzeba znaleźć dobrego opiekuna. Aby się
wzajemnie zrozumieć.
Wierzy w to, że będzie dobrze. Plany na przyszłość?
- Tylko muzyka i nic innego!
Po 13.00 na sali był taki tłum, że ludzie z tylnych rzędów
już właściwie nie widzieli artysty, a następni stali w kolejce by choć go
usłyszeć....
Zwabiła ich maestria prof.
Kazimierza Gierżoda. Choć w tylnych rzędów nie dało się zobaczyć ani
artysty ani fortepianu, to chyba nikomu to nie przeszkadzało, bo i tak
większość stała zasłuchana z zamkniętymi oczami.
Ci na schodach, co niektórzy chopinowskiego grania słuchali w
pozycji leżącej. Kilka par siedziało wtulonych w siebie.
18-letni Adam Trzpil, który zaczął grać mają lat 6, w
treningu pianistycznym zauważa plusy i minusy:
- Najgorsze jest to, że jak jesteś młody to musisz grać to
co ci każą. Teraz mogę sobie wybrać! – cieszy się.
Ukończył I stopień szkoły muzycznej, a od kilku lat ćwiczy
sam w domu:
- Nie występowałem publicznie od 6 lat. Na początku jest
ciężko, człowiek się odzwyczaja. Ale już dziś było lepiej, grałem wcześniej w
środę i jutro też zagram – mówi. Szybko przełamuje tremę.
Wybiera się na reżyserię filmową. W domu lubi grać muzykę
rozrywkową:
- Najczęściej filmową ze słuchu, we własnej aranżacji.
I chyba robi postępy:
- Stary świetnie ci
poszło! Jak cię widziałem kiedyś jak grałeś, to teraz jest super różnica! –
usłyszał po koncercie pochwałę młody pianista. Okazało się, że Tomek z dredami,
który się zastanawiał czy wejść na koncert to kolega Adama.
Emocje trzeba czuć
Dla wielu młodych artystów zainteresowanie muzyką przyszło jednak
dość naturalnie:
- Mój tato jest po szkole muzycznej i grał w domu, dlatego
się zainteresowałam – opowiada Roksana Gozdowska z Warszawy, uczennica I klasy
szkoły muzycznej II stopnia. W przeciwieństwie do Krzysia i Adama, kiedy
zaczynała grać jako mała dziewczynka, nie zniechęcała się:
- Po prostu chciałam grać, więc wszystko mi się podobało.
Nie narzekałam.
Przyznaje jednak, że później były chwile zwątpienia:
- Jak byłam na pierwszym stopniu to nie chciałam iść na
drugi. Myślałam sobie, że kolejne 6 lat to za długo. Ale w ostatniej klasie to
się zmieniło. Trochę podciągnęłam się w nauce i zdałam egzamin na drugi
stopień.
Na Najdłuższych Urodzinach może zagrać każdy, kto się
zgłosi. Jednak, aby muzyka była autentyczna, należy ją dobrze rozpoznać:
- Technikę można
wypracować, ale emocje trzeba czuć. Jak ktoś się z tym nie urodził, to nie
da się tego nauczyć – mówi Roksana.
Hiszpania i Rumunia w Domu Polonii
Dom Polonii, gdzie odbywa się koncert to dobra miejscówka. Centrum i blisko
Starego Miasta. Dzięki temu na koncert często przychodzą obcokrajowcy
zmierzający na spacer, na warszawską Starówkę.
- Nie wiedziałam wiele o Chopinie. To jest świetna okazja,
aby poznać jego muzykę. Cieszę się, że tu trafiłam – przyznaje studentka z
Rumunii.
Świat sam upomina się o Chopina. Zaczepia mnie pewien
Hiszpan i prosi o szczegóły dotyczące przedsięwzięcia. Potem słucha z
zaciekawieniem i oznajmia. - Jestem zachwycony
tym koncertem. Pracuję dla tygodnika w Palma de Mallorca, chciałbym
napisać o tych Najdłuższych Urodzinach. Znam Chopina, w końcu mieszkał na Majorce kilka miesięcy.
Duety i tria
Było głównie spokojnie, lirycznie, delikatnie, nastrojowo...
Krystian Kowalski zagrał walca a-moll oraz nokturn es-moll.
Jak sam powiedział, jego ulubione utwory Chopina. W podobnym, także spokojnym
nastroju zagrało Trio Archetto,
czyli Katarzyna Dul, Marta Straszyńska i Nadia Bojadżijew.
Trio smyczkowe wzbudziło poruszenie wśród publiki. - Zwykle
nie gramy Chopina, mamy za to w swoim repertuarze muzykę polską oraz węgierską.
Jednak chciałyśmy mieć coś Chopina właśnie na rok chopinowski – mówiły
dziewczyny. - A że akurat dostałyśmy od Mateusza Śmigasiewicza gotowe utwory, chciałyśmy
być tu ze wszystkimi.
O 18. pojawił się niezwykły duet: pianisty i
wiolonczelisty, czyli Artur Pacewicz i Mateusz Kwiatkowski. Chłopcy
poprzedniego dnia grali ogromny koncert i do
Warszawy przyjechali o 3 rano, potem krótki sen i przygotowania. Na scenie
dali jednak popis gry w duecie. Jednak przez moment zmęczona graniem ręka
Mateusza nie wytrzymała, przestał grać na wiolonczeli, Artur w tym czasie
sprytnie zrobił piękną solówkę na fortepianie.
Rewolucja goni rewolucję
Jednak prawdziwą
furorę zrobił występ Michała Pietrzaka. Prawie godzinnym recitalem
poderwał tłum z miejsc.
Godzina 20. to czas gdy nowi słuchacze przybywają, a nikt z
obecnych już nie chce wychodzić. Tego nie da się opisać gdy słyszy się wirtuozerię
wykonania, a tłum zebrany na trzech piętrach, na krzesłach, fotelach, schodach,
pod ścianami, klaszcze, wzrusza się, podnosi z miejsc...
Pietrzak wprost z namaszczeniem i niezwykłą dbałością grał
każdy utwór. Gdy zakończył Etiudę Rewolucyjną ludzie wstali z miejsc i na
stojąco bili głośne, gromkie brawa.
Czy bisował? Oczywiście!
Po występie Pietrzaka po sali przeszedł pomruk oczekiwania,
czy ktoś teraz zagra równie dobrze? Czy to jest w ogóle możliwe? I co zrobiła
następna artystka, Atsuko Ogawa, która siadła za fortepianem zaraz po Michale? Skupiona,
spokojna, nagle rąbnęła delikatnymi opuszkami w klawisze i rozpoczęła występ...
Etiudą Rewolucyjną.
Pomruk ciekawości przeszedł w pomruk zadowolenia.
Ogawa wie jak kierować emocjami publiki, podekscytowaną
zaraz uspokoiła gładko przechodząc w spokojne, liryczne kawałki. Na sali
zapanowała cisza totalna.
Atsuko pochodzi z Japonii, ale w pewnym momencie swojego
życia postanowiła rzucić wszystko i...
zamieszkać w kraju Chopina! - Kocham wszystkich polskich kompozytorów - powiedziała
po występie. - Ale Chopin to jednak
miłość mego życia!
A publiczność?
- Przyjemnie się gra jak jest pełna sala i ludzie są
tolerancyjni, nie wytykają błędów, gdy ktoś się pomyli – podkreśla Krzysztof Moskalewicz
- Polska publiczność
jest lepsza od japońskiej, nawet reakcje są inne – stwierdza Yasuhiro
Natsume, który uczy się w warszawskiej Akademii. – Nie wiem, ale może to
przez tę waszą słowiańską duszę, lepiej czujecie muzykę?
(Judyta Sierakowska, Anna Rosińska, współpraca Monika Olszewska, Natalia Janus)