WARSZAWA‎ > ‎WYDARZENIA - MINI BLOG‎ > ‎

A sobota? A Sobota była Chopina

opublikowane: 28 lut 2010 06:31 przez Sebastian Margalski   [ zaktualizowane 1 mar 2010 06:31 ]

Sobota

Było dość wcześnie, jakaś 9.00, rodzice trzymają na rękach małego chłopca. Maluch wtula się w ojcowskie ramiona, przysypia i potem bezwładnie wisi na jego szyi. Zaspane oczy przeciera małymi piąstkami. Zaniepokojona mama pyta: „wychodzimy?” Ten nagle rozbudza się, kręci główkę że nie, uśmiecha się i dalej wtula w ramiona ojca.

I tak zostają, zasłuchani w grę Su Yeon Son.

Czteroletnia Hania śpiewa Chopina

A potem jest Sabina Aftyka. Utwory Fryderyka Chopina gra na ...akordeonie.

Dostała go od dziadka, który jest profesorem na Uniwersytecie Muzycznym i to on zachęcił wnuczkę do gry na tym instrumencie. Akordeon wyprodukowała specjalnie dla dziewczyny włoska firma Skandali, i na nim widnieje... imię Sabiny.

Irena Podobas wraz z Julią Karlovą - Antczak urządziły przed południem muzyczne przedstawienie dla dzieci.

Pochodząca z Wilna Podobas grała na fortepianie, a Karlova z Kazachstanu śpiewała pięknym sopranem. Mówią, ze połączyła je muzyka i dlatego zostały w Polsce.

Ich koncert był wielkim show dla dzieci, które razem z rodzicami, dziadkami i innymi widzami wypełniły sale po brzegi. Artystki przyniosły ze sobą kolorową chustę symbolizującą Mazowsze i przyozdobiły nią fortepian. Same przebrały się w piękne, niemal bajkowe suknie. Dzieci zaczęły przechodzić do pierwszych rzędów, żeby lepiej je widzieć. Czteroletnia Hania wyszła nawet na scenę i zaśpiewała razem z Podobas i Karlovą przed rozentuzjazmowaną publiką.

Potem Pani Julia pięknym sopranem zaintonowała Piosenkę Litewską, niektórzy podnieśli się z miejsc... i tak już zostali, a następny utwór, tym razem Stanisława Niemena pt. " Walc dla Chopina", spowodował gęsią skórkę.

Mała Hania po wyjściu z przedstawienia podeszła do księgi wpisów, namalowała rysunek, i ... podpisała się

Nie chciał wejść, a potem to już został... dwie godziny

Krakowskie Przedmieście 64 przeżywa dziś szturm słuchaczy. Takie są prawa weekendu, sobota zwykle oznacza czas wolny, a do tego w Domu Polonii dochodzi i wstęp wolny.

- Wiadomo, studencka kieszeń nie jest ciężka. Myślę, że jakby było płatne, nawet kilka złotych to byłaby mniejsza rotacja – zauważa przyszły fizjoterapeuta z Warszawy. A jego dziewczyna dodaje:

- Nie gramy na żadnych instrumentach, ale do nas trafia ta muzyka. 

Nie tylko dla nich muzyka klasyczna nie jest ani nudna, ani staroświecka.

Widzę młodego chłopaka w dredach. Stoi w holu sam, wydaje się być trochę  zmieszany. Na twarzy wahanie. 

- Zastanawiam się czy wejść. W środku jest chyba jeszcze większy tłok niż przed szatnią – zastanawia się, a potem wchodzi na koncert... i zostaje na dwie godziny.

Chopina polubili i starsi, nawet dwa pokolenia wstecz

- Widzę, że przychodzi dużo młodzieży. To dobrze, że nie tylko Doda ich interesuje – wyznaje z ulgą starsza Pani w czapce z baraniego futra. - Choć żałuję, że żadne z moich dzieci nie zainteresowało się muzyką  – ubolewa. Jednak po chwili dodaje z nadzieją: - Mam 5 letniego wnuczka, który coś tam sobie bębni po stole paluszkami i widzę, że ciekawi go muzyka. Może, może..

Hol to jednak intrygujące miejsce. Z pozoru służy tylko do czekania. Przed multimedialną wystawą zdjęć Tomka Kwiatkowskiego, która się tam znajduje, można prowadzić całkiem ciekawe rozmowy...

Kiedyś był strażnikiem miejskim na kierowniczym stanowisku, a teraz cały jego dobytek to dwie torby pełne puszek. Przyszedł obejrzeć wystawę. 

- Lubię słuchać Chopina – mówi trochę niepewnie. Jednak już z pewnością w głosie przedstawia teorię: - Ten Chopin to nietypowa postać pod względem daty urodzin, ale wie Pani, jedną rzecz mogę powiedzieć: są różne systemy datowania – oznajmia z kamienną twarzą. - Tak naprawdę 22 lutego i 1 marca to ta sama data, tylko przedstawiona w innych systemach. Kto nie zna systemów datowania to w archiwach nie dokopie się niczego.

Hm...

Dobra, dobra, fajnie brzmi, ale zostańmy przy naszym systemie datowania i Najdłuższych Urodzinach...

Dobrzy chłopcy grają dobrą muzykę

- Dobry chłopak! Oj dobry! – skomentował mężczyzna w średnim wieku występ 18-letniego Krzysztofa Moskalewicza z Zespołu Szkół Muzycznych w Warszawie.

- Na początku było ciężko. Nie jest łatwo skupić się na graniu jak ma się 7 lat. Przyznaję, trochę mnie ciągnęło na boisko – opowiada Moskalewicz. - Na pewno nie było tak, że mnie ktoś zmuszał. Zresztą nawet jak się zniechęciłem do ćwiczeń to po pół godzinie znów mnie ciągnęło. Im człowiek dalej idzie, tym bardziej wciąga, a gdy jest się starszym to im trudniejsze utwory, tym większa satysfakcja. 

Teraz marzy o studiach muzycznych za granicą:

- Problem w tym, że trzeba znaleźć dobrego opiekuna. Aby się wzajemnie zrozumieć.

Wierzy w to, że będzie dobrze. Plany na przyszłość?

- Tylko muzyka i nic innego!

Po 13.00 na sali był taki tłum, że ludzie z tylnych rzędów już właściwie nie widzieli artysty, a następni stali w kolejce by choć go usłyszeć....

Zwabiła ich maestria prof. Kazimierza Gierżoda. Choć w tylnych rzędów nie dało się zobaczyć ani artysty ani fortepianu, to chyba nikomu to nie przeszkadzało, bo i tak większość stała zasłuchana z zamkniętymi oczami.

Ci na schodach, co niektórzy chopinowskiego grania słuchali w pozycji leżącej. Kilka par siedziało wtulonych w siebie.

18-letni Adam Trzpil, który zaczął grać mają lat 6, w treningu pianistycznym zauważa plusy i minusy:

- Najgorsze jest to, że jak jesteś młody to musisz grać to co ci każą. Teraz mogę sobie wybrać! – cieszy się.

Ukończył I stopień szkoły muzycznej, a od kilku lat ćwiczy sam w domu:

- Nie występowałem publicznie od 6 lat. Na początku jest ciężko, człowiek się odzwyczaja. Ale już dziś było lepiej, grałem wcześniej w środę i jutro też zagram – mówi. Szybko przełamuje tremę. 

Wybiera się na reżyserię filmową. W domu lubi grać muzykę rozrywkową:

- Najczęściej filmową ze słuchu, we własnej aranżacji.

I chyba robi postępy:

- Stary świetnie ci poszło! Jak cię widziałem kiedyś jak grałeś, to teraz jest super różnica! – usłyszał po koncercie pochwałę młody pianista. Okazało się, że Tomek z dredami, który się zastanawiał czy wejść na koncert to kolega Adama.

Emocje trzeba czuć

Dla wielu młodych artystów zainteresowanie muzyką przyszło jednak dość naturalnie:

- Mój tato jest po szkole muzycznej i grał w domu, dlatego się zainteresowałam – opowiada Roksana Gozdowska z Warszawy, uczennica I klasy szkoły muzycznej II stopnia. W przeciwieństwie do Krzysia i Adama, kiedy zaczynała grać jako mała dziewczynka, nie zniechęcała się:

- Po prostu chciałam grać, więc wszystko mi się podobało. Nie narzekałam. 

Przyznaje jednak, że później były chwile zwątpienia:

- Jak byłam na pierwszym stopniu to nie chciałam iść na drugi. Myślałam sobie, że kolejne 6 lat to za długo. Ale w ostatniej klasie to się zmieniło. Trochę podciągnęłam się w nauce i zdałam egzamin na drugi stopień. 

 

Na Najdłuższych Urodzinach może zagrać każdy, kto się zgłosi. Jednak, aby muzyka była autentyczna, należy ją dobrze rozpoznać:

- Technikę można wypracować, ale emocje trzeba czuć. Jak ktoś się z tym nie urodził, to nie da się tego nauczyć – mówi Roksana.

Hiszpania i Rumunia w Domu Polonii

Dom Polonii, gdzie odbywa się  koncert to dobra miejscówka. Centrum i blisko Starego Miasta. Dzięki temu na koncert często przychodzą obcokrajowcy zmierzający na spacer, na warszawską Starówkę. 

- Nie wiedziałam wiele o Chopinie. To jest świetna okazja, aby poznać jego muzykę. Cieszę się, że tu trafiłam – przyznaje studentka z Rumunii.  

Świat sam upomina się o Chopina. Zaczepia mnie pewien Hiszpan i prosi o szczegóły dotyczące przedsięwzięcia. Potem słucha z zaciekawieniem i oznajmia. - Jestem zachwycony tym koncertem. Pracuję dla tygodnika w Palma de Mallorca, chciałbym napisać o tych Najdłuższych Urodzinach. Znam Chopina, w końcu mieszkał na Majorce kilka miesięcy.

Duety i tria

Było głównie spokojnie, lirycznie, delikatnie, nastrojowo...

Krystian Kowalski zagrał walca a-moll oraz nokturn es-moll. Jak sam powiedział, jego ulubione utwory Chopina. W podobnym, także spokojnym nastroju zagrało Trio Archetto, czyli Katarzyna Dul, Marta Straszyńska i Nadia Bojadżijew.

Trio smyczkowe wzbudziło poruszenie wśród publiki. - Zwykle nie gramy Chopina, mamy za to w swoim repertuarze muzykę polską oraz węgierską. Jednak chciałyśmy mieć coś Chopina właśnie na rok chopinowski – mówiły dziewczyny. - A że akurat dostałyśmy od Mateusza Śmigasiewicza gotowe utwory, chciałyśmy być tu ze wszystkimi.

O 18. pojawił się niezwykły duet: pianisty i wiolonczelisty, czyli Artur Pacewicz i Mateusz Kwiatkowski. Chłopcy poprzedniego dnia grali ogromny koncert i do Warszawy przyjechali o 3 rano, potem krótki sen i przygotowania. Na scenie dali jednak popis gry w duecie. Jednak przez moment zmęczona graniem ręka Mateusza nie wytrzymała, przestał grać na wiolonczeli, Artur w tym czasie sprytnie zrobił piękną solówkę na fortepianie.

Rewolucja goni rewolucję

Jednak prawdziwą  furorę zrobił występ Michała Pietrzaka. Prawie godzinnym recitalem poderwał tłum z miejsc.

Godzina 20. to czas gdy nowi słuchacze przybywają, a nikt z obecnych już nie chce wychodzić. Tego nie da się opisać gdy słyszy się wirtuozerię wykonania, a tłum zebrany na trzech piętrach, na krzesłach, fotelach, schodach, pod ścianami, klaszcze, wzrusza się, podnosi z miejsc...

Pietrzak wprost z namaszczeniem i niezwykłą dbałością grał każdy utwór. Gdy zakończył Etiudę Rewolucyjną ludzie wstali z miejsc i na stojąco bili głośne, gromkie brawa.

Czy bisował? Oczywiście!

Po występie Pietrzaka po sali przeszedł pomruk oczekiwania, czy ktoś teraz zagra równie dobrze? Czy to jest w ogóle możliwe? I co zrobiła następna artystka, Atsuko Ogawa, która siadła za fortepianem zaraz po Michale? Skupiona, spokojna, nagle rąbnęła delikatnymi opuszkami w klawisze i rozpoczęła występ... Etiudą Rewolucyjną.

Pomruk ciekawości przeszedł w pomruk zadowolenia.

Ogawa wie jak kierować emocjami publiki, podekscytowaną zaraz uspokoiła gładko przechodząc w spokojne, liryczne kawałki. Na sali zapanowała cisza totalna.

Atsuko pochodzi z Japonii, ale w pewnym momencie swojego życia postanowiła rzucić wszystko i... zamieszkać w kraju Chopina! - Kocham wszystkich polskich kompozytorów - powiedziała po występie. - Ale Chopin to jednak miłość mego życia!

A publiczność?

- Przyjemnie się gra jak jest pełna sala i ludzie są tolerancyjni, nie wytykają błędów, gdy ktoś się pomyli –  podkreśla Krzysztof Moskalewicz

- Polska publiczność jest lepsza od japońskiej, nawet reakcje są inne – stwierdza Yasuhiro Natsume, który uczy się w warszawskiej Akademii. – Nie wiem, ale może to przez tę waszą słowiańską duszę, lepiej czujecie muzykę?


(Judyta Sierakowska, Anna Rosińska, współpraca Monika Olszewska, Natalia Janus)





Menu główne



 


Partner technologiczny





Ostatnia aktywność w witrynie

opieka techniczna:

test