opublikowane: 17 mar 2010 10:46 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 17 mar 2010 10:46
]
Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który przebywa z oficjalną
czterodniową wizytą w Japonii, został przyjęty przez cesarza Japonii
Akihito. Rozmowa dotyczyła m.in.
muzyki Fryderyka Chopina i stosunków
między Polską i Japonią. Cesarz wspominał też swoją wizytę w naszym
kraju w 2002 roku.
Marszałek w rozmowie z PAP wskazał na bardzo dobrą atmosferę
trwającej około 20 minut audiencji w Pałacu Cesarskim. Jak
relacjonował, podczas spotkania cesarz podkreślił rolę Polski w
doprowadzeniu do przemian ustrojowych w Europie Środkowo-Wschodniej
oraz bardzo dobre polityczne i gospodarcze stosunki między obydwoma
krajami.
Według Borusewicza, rozmowa dotyczyła ponadto fenomenu ogromnej
popularności muzyki Fryderyka Chopina w Japonii. Cesarz zaznaczył -
jak relacjonował marszałek - że jego małżonka, która ma wykształcenie
muzyczne, bardzo chętnie grywa utwory tego kompozytora.
Borusewicz wspomniał w czasie rozmowy z cesarzem Japonii o tym, że w
Polsce trwają obchody 200-setnej rocznicy urodzin Chopina oraz o
licznych imprezach organizowanych w naszym kraju z tej okazji.
Zdaniem Borusewicza Chopin urzeka Japończyków głównie delikatnością i
subtelnością swojej muzyki. - Japońska sztuka jest również delikatna
i wysublimowana - zaznaczył.
Cesarz Akihito był już w naszym kraju w 2002 roku. Była to pierwsza w
historii oficjalna wizyta cesarza Japonii w Polsce. Wówczas cesarz i
cesarzowa spotkali się z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim,
premierem Leszkiem Millerem oraz marszałkami Sejmu i Senatu.
Rozmawiali też m.in. z byłym
prezydentem Lechem Wałęsą.
Borusewicz dodał, że cesarz Akihito wspominał podczas audiencji swoją
wizytę w Polsce sprzed ośmiu lat. Nawiązał m.in. do ówczesnych
spotkań z Kwaśniewskim i Wałęsą oraz z reżyserem Andrzejem Wajdą, a
także do swojej wizyty w krakowskim Centrum Sztuki i Techniki
Japońskiej Manggha. Wyraził też ubolewanie, że nie udało mu się ze
względu na stan zdrowia spotkać się z obecnie urzędującym prezydentem
Lechem Kaczyńskim podczas jego wizyty w Japonii w 2008 roku.
Marszałek Senatu podarował cesarzowi Japonii faksymilę "De
revolutionibus" Mikołaja Kopernika. Jak mówił, nie sprawdził jeszcze,
jaki podarunek otrzymał od cesarza.
Wcześniej Borusewicz spotkał się m.in.
z premierem Japonii Yukiyo
Hatoyamą oraz przewodniczącymi obu izb parlamentarnych Japonii,
ministrem gospodarki i środowiskiem przedsiębiorców.
Źródło: PAP
|
opublikowane: 6 mar 2010 01:45 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 6 mar 2010 01:50
]
opublikowane: 3 mar 2010 02:20 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 3 mar 2010 02:22
]
Ten ostatni poniedziałek
-
Nie dotrwałem do końca, po prostu, nie dotrwałem, bo
on tak grał...
-
Tak dobrze grał i nie dotrwałeś?
-
Ja siedziałem i słuchałem, i nagle czuje, nie
uwierzysz, ja czuję, że mam coś mokrego na policzku... łza rozumiesz? Nie wiem
skąd się wzięła... a potem następna i kolejna... i oba policzki mokre...
za chwilę...! chwilę potem JA PO PROSTU RYCZĘ!!!
Tak o grze po 6. Rano! Michała
Kozłowskiego opowiadał 33-letni pianista.
-
Taki talent to
dar niebios, a on przecież jest jeszcze studentem – zachwyca się pianista
pianistą.
Michał ma dopiero 21 lat, na Najdłuższych Urodzinach zagrał
10 recitali!
- U niego wszystko jest intuicyjne, doskonałe, a on dopiero
zaczyna, to jeszcze nie gotowy muzyk – mówi o Kozłowskim pianista. - On się
bawi muzyką. Nawet o drugiej w nocy jak ma zagrać, to zawsze przed koncertem
przychodzi z karteczką 15 cm na 15, ma tam wypisane utwory, wręcza ją
konferansjerowi, siada i gra. I zawsze z
tą karteczką 15 na 15.
Tyle o Michale (w tym miejscu), pozostałych poniedziałkowych
artystów nie sposób wymieniać, na szczęście cała ich lista jest na stronie, i
wszyscy oni choć różni wiekiem, doświadczeniem, gabarytami, latami gry,
śpiewu... to wszyscy wybitni, i Jurek Owczarz, co wchodził na scenę kilka razy
i jazzował Chopina, i Aleksandra Soboń, która wydobywała ze Steinwaya swoimi
długimi, pięknymi palcami najdelikatniejsze dźwięki, i Tadahisa Ishiguro, i
Julia Marczuk, i....
Chopin lepszy niż teletubisie
A słuchacze?
W poprzednich wpisach na blogu już było już i o nich. Że i
trzy piętra nimi oblepione, że siedzą, że stoją i leżą gdzie się da. Że brakuje
miejsc dla melomanów. Tak było. A jak
było dziś? A jeszcze gorzej!
Że nie było już gdzie siedzieć, to wiadomo, ze nie było już
gdzie stać, bo i miejsca stojące pozajmowane, to też wiadomo.
Dom Polonii wyglądał
jak ogromna ukraińska marszrutka napchana pasażerami do granic możliwości.
I choć już miejsc w niej nie ma, to kierowca wciąż krzyczy: „Naaa tył”!!!, „Na
tyyyył”!!!, i tak cisną się kolejni i cisną i o dziwo mieszczą.
Ta nasza marszrutka, na Krakowskim Przedmieściu, jest nieco
większa, ma kilka pięter, i schody ładniejsze, bo z czerwonym dywanem, ale też
ledwie utrzymują wszystkich, którzy na nich stoją. One już teraz wyglądają bardziej
jak schody ruchome prowadzące do metra w godzinach szczytu.
Mimo braku miejsc, ciasnoty, ludzie z każdą minutą byli dla
siebie coraz bardziej mili, nawet przypadkowe potrącenia kończyły się: „Przepraszam”,
a momentami uściskiem dłoni czy nawet przyjacielskimi przytuleniami. To
powietrze w Domu Polonii było nasycone spokojem, dobrą muzyka i dobrą aurą.
Była i Pani, która wzruszyła się wolontariuszami pracującymi
przy koncercie, więc co zrobiła? ... upiekła im ogromne, długie
ciasto, oblała słodką polewą czekoladową i umieściła na nim „200”! A np.
mama pianistki Joanny Maklakiewicz została przyłapana na tym, że przyniosła dla
społeczników kilka kilogramów bananów!
- Tu się zaczyna nowa epoka, o tym graniu mówią
wszędzie, a nasza telewizja? Ciągle o rozwodzie jakiejś gwiazdy! No i po co to?
Przecież wiadomości powinny zaczynać się od informacji co tutaj się dzieje –
mówi wzburzona Pani Ewa, która stoi w holu przed telewizorem, gdzie stacje
telewizyjne z krajów całego świata mówią o „Najdłuższych Urodzinach”.
- Wie Pani ja tutaj przychodzę codziennie, no prawie
codziennie. Wstyd przyznać, ale
pierwszego dnia nie byłam, bo nie wiedziałam. Dopiero wieczorem 22-ego lutego
sąsiad powiedział mi, że tutaj gracie Chopina. To i ja następnego dnia
przyjechałam. Przychodzę każdego dnia po południu, teraz to już biorę i
termos i kanapki by wytrzymać dłużej. Ja proszę Pani, mam wnuczka, on ma
dwa lata i on razem z rodzicami ogląda relację w internecie i macha do babci. Wie
Pani, że jak rodzice przełączyli mu na teletubisie, to on zaczął płakać? On
teraz woli Chopina!
Gęsia skórka? Normalnie to ja jej nie miewam
Po 18.00 na scenę wkraczają artyści z Warszawskiego
Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina z wydziału w Białymstoku: Mariusz
Ciołko, Anna Jeremus-Lewandowska, Agata Przewłocka, Monika Sasinowska. Występują
duetami, ale najmocniejsza jest jednak
solowa końcówka, taki mini recital Mariusza Ciołko. Publika bije brawo i
krzyczy: bis, bis, bis!!!!
Ekipa z Białegostoku, szybko uciekła ze sceny i z Warszawy,
bo przed nimi podróż nocna, a rano praca.
- Do zobaczenia za rok - rzucił Pan z ekipy białostockiej.
Potem zawrócił i zapytał: - Bo przecież gracie za rok Chopina? Prawda? Gracie!
– odpowiedział sobie sam. I Odszedł.
Potem znowu wrócił i oznajmia: „a za dwa lata to będzie 140
rocznica śmierci Stanisława Moniuszki!”
- Mam gęsią skórkę. Ja ją Pani pokaże – zanim
zdążyłam zaprotestować, kruczoczarny 30-latek zadarł rękaw błękitnej koszuli i
pokazał mi swoje śniade przedramię pokryte skórą, nomen omen, jak u gęsi,
i z jakimś dziwnym rodzajem ekscytacji dodał. – To od
muzyki, proszę Panią. Od muzyki. Normalnie to ja tak nie miewam.
Inna Pani rzekła krótko, ale dobitnie: „Tak jestem
naładowana dobrymi emocjami jak kaczka jabłkami”
Dwaj czarnoskórzy w wieku studenckim wychodząc
podśpiewywali: - Chopin, Chopin, niech
zije, niech zije nam!
Nasi nie schamieli do końca
Około 19. na scenę wchodzi długo oczekiwany profesor Kazimierz
Gierżod. Wszedł na nią już drugi raz podczas trwania „Najdłuższych
Urodzin”, podszedł do mikrofonu i życzył wszystkim najlepszych emocji w
przeżywaniu muzyki Chopina. I dodał, że należałoby kontynuować pomysł tak
wspaniałej uroczystości.
A potem zaczął grać...
Żadne tam wygibasy muzyczne, łączenie stylów, po prostu
Chopin klasycznie-klasycznie w najlepszym wydaniu.
Prof. Gierżod był
takim prezentem dla złaknionych doświadczonej, melancholijnej maestrii. Ci
którzy zostali nią nakarmieni klaskali, aż ich różowe wnętrza dłoni spąsowiały.
-
Już nie mogę klaskać z bólu – powiedział ktoś w
tłumie.
A tłum nadal bił brawo profesorowi...
Ludzie przerwali klaskanie dopiero po wejściu na scenę
sopranistki Anny Karasińskiej i pianistki Krystyny Borucińskiej.
Jakaś Pani w czerwonej marynarce zaczepiła wolontariuszkę i
zapytała:
- Spodziewaliście się Państwo, że przyjdzie tu tyle ludzi?
Po czym stwierdziła: Nawet Pani nie wie jak ja się cieszę, jaka ja jestem
szczęśliwa, że widzę tu tyle ludzi. Jednak Polacy nie schamieli do końca.
- Nie ma różnicy między muzyką klasyczną a inną. Jest albo
dobra albo nie. Wiecie Państwo, mnie nie wzrusza to, że ja widzę artystę
grającego na fortepianie. Dlaczego? Bo ja wiem ile oni poświęcili na to czasu,
ile pracy włożyli w przygotowanie. Przecież to jest wykute do ostatniej nuty,
to czymże oni mogą mnie zaskoczyć? – przemówił „konferansjer”... Stanisław Tym, któremu to przypadła
rola zaanonsowania kolejnego artysty.
No więc zaanonsował:
-
Ten Pan nagrał
muzykę do piosenki „Łubudubu”, którą śpiewał Jerzy Turek do szafy, zrobił też
muzykę do „Wesołego Romka”, no ale żeby on grał Chopina, to ja o tym nic nie
wiem – podrapał się w głowę Stanisław Tym, i zaprosił na scenę... Jerzego
Derfla.
I ten Pan, Pan Derfel znaczy się, wyszedł na scenę, zasiadł
za fortepianem i co zrobił? A zagrał Chopina.
I Pan Tym się zdziwił.
Bezczelnie genialny.
Michał Kozłowski.
- Nie dbał o to, że
gra w środku nocy czy o szóstej nad ranem, gdy jest małą widownia, że
niewygodne godziny. Grał na nasze zawołanie nawet półtoragodzinne recitale i
teraz też zagra dla Państwa – wspaniała pianistka Joanna Maklakiewicz
zapowiedziała genialnego Michała Kozłowskiego.
Michał ma wielką bordową muchę, ogromne chabrowe oczy i
geniusz w genach, w głowie, palcach...
Gdy Michał zaczyna grać pracuje całe jego ciało. Każdy nerw
na twarzy pokazuje emocje, to wygląda jakby płakał, to jakby się śmiał, to
jakby kpił, złościł się, cieszył... Jest tylko on i fortepian, nie reaguje na
żadne pomruki, głosy z sali czy klaskanie. Gra.
Delikatnie robi pauzy, odrywa dłoń od fortepianu, ona
jeszcze chwilę płynie w powietrzu w takt ostatniego dźwięku niosącego się po
uderzenia klawisza, lekko upada na kolejny i kolejny i kolejny, a na jego
twarzy maluje się to grymas, to zadowolenie, to niepokój. Potem zamyka oczy i
płynie palcami po klawiaturze.
Jest wprost bezczelnie genialny!
I skromny.
-
Brawo!!! Cudo!!! – krzyczała z widowni Bella
Olejnik, gdy Michał wstał od fortepianu.
Kozłowski zszedł ze
sceny, brawa sprowadziły go na nią z powrotem, znowu wyszedł, i znowu go
zawrócono oklaskami. Jego pogodna jeszcze chłopięca buzia promieniała.
Gdybym ja była słoneczkiem na niebie
Nadal nie ma Janusza Olejniczka, który już dawno powinien
grać na Krakowskim Przedmieściu 64.
Za fortepianem zasiada pupilka publiczności Lena Ledoff.
-
Ja zagram jeśli można suitę z Komeda-Chopin-Komeda –
jak rzekła, tak i zrobiła.
Wcześniej prowadzący powiedział, ze Lena może zagrać
wszędzie. Zasłynęła tym że zagrała siedząc...na skuterze.
Lena poprosiła na scenę swoją koleżankę śpiewaczkę Joannę
Morską i nagle na scenie powstał duet soprano-forte
Na widowni, tuż przede mną siedział zagorzały fan
sopranistek (podrygiwał już przy śpiewie Anny Karsińskiej), teraz gdy śpiewała
Morska, przyśpiewywał sobie pod nosem i palcem kreślił w powietrzu nuty, klucze
wiolinowe i jeden bóg wie co jeszcze. Był szczerze wzburzony, gdy ..panie
zeszły ze sceny.
- No jak tak można?! – rzucił podenerwowany.
A można, bo na scenie pojawił się Zespół Polski Marii Pomianowskiej, który kompozycje Chopina gra
m.in. na bębnach, cymbałach, lirze korbowej czy... suce biłgorajskiej.
Melomani patrzyli coraz większymi oczami na zespół, gdy nagle
na scenę wchodzą przez nikogo nie zatrzymywani: Waldemar Dąbrowski, Janusz Olejniczak i sopranistka Aleksandra Kurzak.
Jak się okazało opuścili Teatr Wielki, gdzie odbywał się koncert galowy i
przybyli do nas.
Przemowom nie było końca...
Ale Joanna Maklakiewicz, to nie tylko doskonała pianistka,
ale i konferansjerka zdaniem: - Państwo już za pewne chcą posłuchać Chopina –
przerwała mowy i ku uciesze publiki za fortepianem zasiadł Janusz Olejniczak, a
Aleksandra Kurzak (jeden z trzech najlepszych sopranów świata!) zaśpiewała
pieśń Chopina „Życzenie”.
Potem grali jeszcze i Olejniczak i Zespół Polski Marii
Pomianowskiej.
A na koniec powszechna mobilizacja. Wszyscy, cała
publiczność zebrana na kilku piętrach, podniosła się i zaśpiewała Chopinowi,
jego „Życzenie”!:
Gdybym ja była słoneczkiem na niebie
Nie świeciłabym jak tylko dla ciebie.
Ani na wody, ani na lasy, ale na wszystkie
Czasy pod twym okienkiem i tylko dla ciebie
Gdybym w słoneczko mogła zmienić siebie.
Gdybym ja była
ptaszkiem z tego gaju,
Nie śpiewałabym w
żadnym obcym kraju.
Ani na wody, ani na lasy, ale po wszystkie
Czasy pod twym okienkiem i tylko dla ciebie
Czemuż nie mogę w ptaszka zmienić siebie.
I niby Polacy nie ptaki, a i słońca jeszcze mało, a
zaśpiewali Chopinowi w jego własnym kraju, w jego rodzinnym mieście, gdzie
dorastał, gdzie się bawił i rozrabiał, gdzie się zakochał pierwszy raz, gdzie
skomponował po raz pierwszy, gdzie zagrał ostatni raz przed odjazdem...
(Judyta Sierakowska) |
opublikowane: 1 mar 2010 05:31 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 2 mar 2010 06:51
]
Niedziela
Niedziela. Następny wolny dzień i tłumy melomanów na
Krakowskim Przedmieściu 64. Dom Polonii pękał w szwach i niektórzy goście
dosłownie musieli czekać przed budynkiem.
Rodzice przyprowadzają dzieci, licząc, że za kilka lat ich
pociechy wystąpią na podobnym koncercie.
Dobre dzieci
W holu spotykam młode małżeństwo z dwiema córkami w wieku
wczesnoszkolnym:
- Chciałabym, aby dziewczynki zainteresowały się muzyką –
mówi kobieta. Ubrane w kolorowe stroje siostry kiwają głowami, że im się
podobało. A ich tato dodaje:
- Super pomysł! Mamy
nadzieję, że ta impreza będzie co roku.
Bywa i tak, że to dzieci naciskają na rodziców, ponieważ
mają już swoje upodobania muzyczne.
- Wprawdzie gra na
gitarze, ale bardzo lubi Chopina. Już wczoraj mieliśmy przyjść, strasznie
mnie tu ciągnęła – opowiada młoda kobieta, trzymając w ręku zielony balon,
niczym z weekendowego festynu. Mama Karolinki wie, dlaczego tak się dzieje:
- Kiedy byłam w ciąży
to słuchałam muzyki poważnej. Podobno wpływa na korę mózgową u dzieci. No i
właśnie dlatego Karolinka teraz chce grać.
Maluchy w Domu Polonii czują się bardzo bezpiecznie. Nie
marudzą, że chcą już iść, wtulone w swoich rodziców, siedzące na kolanach, jak
nigdy cierpliwe.
- Pani popatrzy na te
dzieci! Siedzą i słuchają, wcale nie przeszkadzają. Ta śliczna muzyka wycisza i
uspokaja – zauważa kobieta z balonem.
Na schodach na pierwsze piętro leży (dosłownie) chłopiec. To
szóstoklasista ze szkoły muzycznej w Lubinie na Dolnym Śląsku.
- Przyjechaliśmy ze szkoły całą grupą. Koleżanka wystąpi. Ja
akurat nie gram Chopina, bo wylosowałem inne utwory – tłumaczy 12 latek. Cieszy
się, że może tu być:
- Fajnie tak się leży,
muzyka trochę usypia, ale można pomarzyć – wyznaje.
Młodzi marzą, a starsi medytują.
Widzę starszą kobietę, ma przymknięte oczy, jest w innym
świecie. Kiedy następuje zmiana wykonawcy zaczynam rozmowę:
- Ja na tyle lubię muzykę,
że potrafię przy niej odpłynąć. To nie jest takie proste wbrew pozorom –
oznajmia.
- Jestem przekonana, że na koncercie ludzie przez pierwsze
15 minut nie potrafią się skupić.
Kiedy muzyka znów rozbrzmiewa, nagle przerywa rozmowę:
-
Słuchamy! - wydaje „rozkaz”.
Jak na domówce
Miejsce koncertu
przyciąga, intryguje, pozwala spędzać tu nie piętnaście czy trzydzieści minut,
ale kilka godzin.
- To jest moja piąta godzina. Dopiero jak się słucha taki
czas to można to poczuć. Bo na koncercie to nie to samo – mówi kobieta ubrana w
bluzkę w czerwone paski.
Niektórzy mają swoje wytłumaczenie sukcesu całego
przedsięwzięcia
- Oryginalny pomysł
dlatego ludzie przychodzą. No i w tej muzyce Chopina to dużo polskości jest
– tłumaczy przystojny młody mężczyzna, którego szyja owinięta jest
„arafatką”.
Może to polskość, a może coś innego sprawia, że ludzie chcą
tu przebywać. Zakochani trzymają się za ręce przytuleni, starsi słuchają w
skupieniu, a młodzież rozsiada się na dywanie obok balustrady, niczym na
„domówce” u znajomych.
Chopin lubił fiołki
Pianistka Aleksandra Leśniak na występ przyjechała w ostatni
dzień swoich ferii. Wspierała ją cała rodzina, wszyscy z Tarnobrzegu.
Mariko Goto była
tak przejęta po swoim koncercie, że nie mogła mówić przez dziesięć minut.
- W Warszawie lepiej gra się Chopina. Świadomość, że on tu
mieszkał zbliża do jego muzyki, bardziej się ją czuje – wyznaje wzruszona
25-letnia pianistka.
Szczególnym zainteresowaniem cieszył się dziś koncert Miki Okumary. Jej występ trwał prawie
godzinę. Publiczność była zachwycona. Ta japońska pianistka koncertuje na całym
świecie. Do Polski przyjeżdża od wielu lat, aby ćwiczyć.
- Japończycy
kochają Chopina, jest w jego muzyce taka
delikatność. Chyba mają coś wspólnego z
Polakami – zdradza tajemnicę artystka.
Założyła Instytut Chopinowski w Nagano. Chopin to jej
miłość. Występuje ubrana w fioletową suknię z cekinami.
- To na jego cześć,
lubił fiołki – uśmiecha się Japonka.
(Anna Rosińska, red. Judyta Sierakowska)
Poznali się w klubie i już następnego dnia... przyszli razem zagrać Chopina
A potem pojawił się niezwykły, spontaniczny duet: Weronika Stałowska i Michael Edwards.
Zanim pojawili się na Najdłuższych Urodzinach, nigdy wcześniej ... razem nie grali.
A było to tak: otóż Weronika dzień przed swoim występem
postanowiła poćwiczyć grę. Ale żeby nie było nudno poszła pograć do knajpy na
starówce. Tam właśnie poznała Michaela,
który regularnie grywa w Jazzowni. A
ponieważ zauroczyła ją jego gra, powiedziała mu o Najdłuższych Urodzinach i
zaproponowała, żeby wykorzystał część jej czasu i również zagrał w hołdzie
Chopinowi. Michaelowi tak bardzo spodobała się idea imprezy, że na wspólny
występ zgodził się bez wahania.
- To świetny pomysł,
bardzo mi się spodobał. W Ameryce to nie mogłoby mieć miejsca, bo Amerykanie
nie przywiązują takiej uwagi do życia kulturalnego, jak Europejczycy. Dlatego
o wiele lepiej czuję się mieszkając teraz w Polsce, niż w swoim rodzinnym kraju
– mówił już po koncercie Michael.
Dodajmy, że Michael przyjechał
do Polski z Virginii, a zrobił to oczywiście z miłości... ale nie do Chopina, a do pięknej dziewczyny.
Pianistka Anna
Kalman- Tokarska dała prawdziwy popis gry, ale zaraz po występie „uciekła”.
A dlaczego? Bo za kulisami czekali na nią: mąż, siostra i... 5-miesięczne
dziecko!
Kolejny niezwykły występ, to koncert prof. Andrzeja Pikula, który przyjechał do nas prosto z Krakowa,
gdzie jeszcze dziś przed południem również świętował urodziny naszego jubilata.
I też graniem. Potem wsiadł w pociąg i już około 18 zagrał dla warszawskiej
publiczności. A jak? A tak, ze musiał
bisować!
Gdy profesor grał, mały chłopiec na widowni zaczął poruszać
się w rytm muzyki i z przejęciem udawać jak gra na fortepianie.
Na pytanie, czy było
warto przyjechać na Najdłuższe Urodziny, prof. Pikul odpowiedział: - Ależ oczywiście! Ja sam robiłem maratony
pianistyczne, więc wiem ile to kosztuje siły i zaangażowania. Właśnie dlatego
chciałem wspomóc tę imprezę. Poza tym, wiele zawdzięczam Chopinowi, bo choć nie
jestem postrzegany jako chopinista, to mój debiut, który zwrócił uwagę
krytyków, to był właśnie Chopin. I choć teraz gram dużo muzyki współczesnej to
potrzebuję ciągłych zmian i do Chopina wciąż wracam.
Po tym wspaniałym występie mogliśmy wysłuchać dwóch młodych
muzyków – amatorów, którzy nie uczą się już w żadnej szkole muzycznej, ale
grają dla przyjemności i z ogromną pasją. Byli to Adam Trzpil oraz Tadeusz
Robaszyński-Janiec, student muzykologii, który po swoim mini recitalu
pianistycznym akompaniował Helenie Mazur w jej pieśniach. A potem przyszedł
czas na absolutny gwóźdź programu: wystąpił
Przemysław Lechowski, który swoim rewelacyjnym technicznie i pełnym emocji
występem absolutnie podbił serca całej publiczności. Jego dynamiczne wykonanie Scherza b-moll, op.
31 wzbudziło powszechny entuzjazm, ludzie krzyczeli Bravo! Zgotowali
Przemysławowi długą owację na stojąco.
Po tej burzy emocji, sentymentalny występ dała nam Monika Rosca. Swoje umiejętności
prezentowała ona na Najdłuższych Urodzinach już nie pierwszy raz, jednak dziś
dała dłuższy koncert. Już po wszystkim zdradziła nam:
- Przyszłam tutaj, bo
czuję się dłużniczką Chopina. On dał mi podstawy do całej mojej egzystencji.
W jego muzyce jest całej jego nieszczęśliwe życie i cieszę się, że poprzez moją
grę dzisiaj mogę przekazać ludziom te jego emocje i przeżycia. Bo Chopin to moje życie!
(Monika Olszewska, współpraca Natalia Janus, red. Judyta Sierakowska)
Chopin na gitarze
Wśród występujących młodych artystów, niektórzy to
wszechstronne talenty. Taką „perełką” jest na przykład Tomasz Wacikowski uczeń drugiej klasy V Liceum Ogólnokształcącego
im. Ks. Józefa Poniatowskiego w Warszawie. Zaskoczył publiczność gitarowym
wykonaniem utworów Chopina.
- Na gitarze gram od dziesiątego roku życia. Ale dopiero
niedawno zainteresowałem się Chopinem. Dzięki preludiom w wykonaniu Blechacza –
opowiada osiemnastolatek z bujną czupryną. - Tak bardzo pokochałem Chopina, że na początku myślałem poważnie o
zmianie instrumentu. Później zacząłem szukać transkrypcji utworów na
gitarę.
Miłość Wacikowskiego
do polskiego kompozytora uwidacznia się także na innych płaszczyznach.
- Ostatnio wygrałem konkurs poetycki w ramach akcji „Muzyka
jest dla wszystkich”. – nieśmiało chwali się Tomek.
Zdobył I i II nagrodę w kategorii: liceum. Przedstawił dwa
sonety związane z Chopinem. Jeden z nich to:
Fantazja Fryderyka
Chłodne ciarki przechodzą
po całym mym ciele,
Romantyczna tajemniczość ogarnia serce,
Rozum zaślepiają uczuciowe kobierce,
Kiedy słucham melodii brzmiących w pięknym dziele.
Najpierw introdukcja i zawiązanie akcji.
Potem, nieśmiało pojawia się główny temat.
Raz potężne akordy, raz zwiewny poemat...
Mnóstwo napięć i niespodziewanych kontrakcji.
Ta niesamowita, wciągająca historia
Jest opowiadana bezsłownymi frazami.
Czasem brzmi w niej groza, chwilami melancholia,
Których lepiej nie można przedstawić zdaniami.
Wtem, wśród gęstych akordów słychać krzyk
"wiktoria!"
I oczy ze szczęścia zalewają się łzami.
(Anna Rosińska, red. Judyta Sierakowska) |
opublikowane: 28 lut 2010 06:31 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 1 mar 2010 06:31
]
Sobota
Było dość wcześnie, jakaś 9.00, rodzice trzymają na rękach
małego chłopca. Maluch wtula się w ojcowskie ramiona, przysypia i potem
bezwładnie wisi na jego szyi. Zaspane oczy przeciera małymi piąstkami.
Zaniepokojona mama pyta: „wychodzimy?” Ten nagle rozbudza się, kręci główkę że
nie, uśmiecha się i dalej wtula w ramiona ojca.
I tak zostają, zasłuchani w grę Su Yeon Son.
Czteroletnia Hania śpiewa Chopina
A potem jest Sabina Aftyka. Utwory Fryderyka Chopina gra
na ...akordeonie.
Dostała go od dziadka, który jest profesorem na
Uniwersytecie Muzycznym i to on zachęcił wnuczkę do gry na tym instrumencie.
Akordeon wyprodukowała specjalnie dla dziewczyny włoska firma Skandali, i na
nim widnieje... imię Sabiny.
Irena Podobas wraz z Julią Karlovą - Antczak urządziły przed
południem muzyczne przedstawienie dla dzieci.
Pochodząca z Wilna
Podobas grała na fortepianie, a Karlova z Kazachstanu śpiewała pięknym sopranem.
Mówią, ze połączyła je muzyka i dlatego zostały w Polsce.
Ich koncert był wielkim show dla dzieci, które razem z
rodzicami, dziadkami i innymi widzami wypełniły sale po brzegi. Artystki
przyniosły ze sobą kolorową chustę symbolizującą Mazowsze i przyozdobiły nią
fortepian. Same przebrały się w piękne, niemal bajkowe suknie. Dzieci zaczęły
przechodzić do pierwszych rzędów, żeby lepiej je widzieć. Czteroletnia Hania
wyszła nawet na scenę i zaśpiewała razem z Podobas i Karlovą przed
rozentuzjazmowaną publiką.
Potem Pani Julia pięknym sopranem zaintonowała Piosenkę
Litewską, niektórzy podnieśli się z miejsc... i tak już zostali, a następny
utwór, tym razem Stanisława Niemena pt. " Walc dla Chopina",
spowodował gęsią skórkę.
Mała Hania po wyjściu z przedstawienia podeszła do księgi
wpisów, namalowała rysunek, i ... podpisała się
Nie chciał wejść, a potem to już został... dwie godziny
Krakowskie Przedmieście 64 przeżywa dziś szturm słuchaczy.
Takie są prawa weekendu, sobota zwykle oznacza czas wolny, a do tego w Domu
Polonii dochodzi i wstęp wolny.
- Wiadomo, studencka kieszeń nie jest ciężka. Myślę, że
jakby było płatne, nawet kilka złotych to byłaby mniejsza rotacja – zauważa
przyszły fizjoterapeuta z Warszawy. A jego dziewczyna dodaje:
- Nie gramy na żadnych instrumentach, ale do nas trafia ta
muzyka.
Nie tylko dla nich muzyka klasyczna nie jest ani nudna, ani
staroświecka.
Widzę młodego chłopaka w dredach. Stoi w holu sam, wydaje
się być trochę zmieszany. Na twarzy
wahanie.
- Zastanawiam się czy
wejść. W środku jest chyba jeszcze większy tłok niż przed szatnią – zastanawia
się, a potem wchodzi na koncert... i
zostaje na dwie godziny.
Chopina polubili i starsi, nawet dwa pokolenia wstecz
- Widzę, że przychodzi dużo młodzieży. To dobrze, że nie
tylko Doda ich interesuje – wyznaje z ulgą starsza Pani w czapce z
baraniego futra. - Choć żałuję, że żadne z moich dzieci nie zainteresowało się
muzyką – ubolewa. Jednak po chwili
dodaje z nadzieją: - Mam 5 letniego
wnuczka, który coś tam sobie bębni po stole paluszkami i widzę, że ciekawi go
muzyka. Może, może..
Hol to jednak intrygujące
miejsce. Z pozoru służy tylko do czekania. Przed multimedialną wystawą zdjęć
Tomka Kwiatkowskiego, która się tam znajduje, można prowadzić całkiem ciekawe
rozmowy...
Kiedyś był strażnikiem miejskim na kierowniczym stanowisku,
a teraz cały jego dobytek to dwie torby pełne puszek. Przyszedł obejrzeć
wystawę.
- Lubię słuchać Chopina – mówi trochę niepewnie. Jednak już
z pewnością w głosie przedstawia teorię: - Ten Chopin to nietypowa postać pod
względem daty urodzin, ale wie Pani, jedną rzecz mogę powiedzieć: są różne
systemy datowania – oznajmia z kamienną twarzą. - Tak naprawdę 22 lutego i 1
marca to ta sama data, tylko przedstawiona w innych systemach. Kto nie zna
systemów datowania to w archiwach nie dokopie się niczego.
Hm...
Dobra, dobra, fajnie brzmi, ale zostańmy przy naszym
systemie datowania i Najdłuższych Urodzinach...
Dobrzy chłopcy grają dobrą muzykę
- Dobry chłopak! Oj
dobry! – skomentował mężczyzna w średnim wieku występ 18-letniego
Krzysztofa Moskalewicza z Zespołu Szkół Muzycznych w Warszawie.
- Na początku było ciężko. Nie jest łatwo skupić się na
graniu jak ma się 7 lat. Przyznaję, trochę mnie ciągnęło na boisko – opowiada Moskalewicz.
- Na pewno nie było tak, że mnie ktoś zmuszał. Zresztą nawet jak się
zniechęciłem do ćwiczeń to po pół godzinie znów mnie ciągnęło. Im człowiek dalej idzie, tym bardziej wciąga,
a gdy jest się starszym to im trudniejsze utwory, tym większa satysfakcja.
Teraz marzy o studiach muzycznych za granicą:
- Problem w tym, że trzeba znaleźć dobrego opiekuna. Aby się
wzajemnie zrozumieć.
Wierzy w to, że będzie dobrze. Plany na przyszłość?
- Tylko muzyka i nic innego!
Po 13.00 na sali był taki tłum, że ludzie z tylnych rzędów
już właściwie nie widzieli artysty, a następni stali w kolejce by choć go
usłyszeć....
Zwabiła ich maestria prof.
Kazimierza Gierżoda. Choć w tylnych rzędów nie dało się zobaczyć ani
artysty ani fortepianu, to chyba nikomu to nie przeszkadzało, bo i tak
większość stała zasłuchana z zamkniętymi oczami.
Ci na schodach, co niektórzy chopinowskiego grania słuchali w
pozycji leżącej. Kilka par siedziało wtulonych w siebie.
18-letni Adam Trzpil, który zaczął grać mają lat 6, w
treningu pianistycznym zauważa plusy i minusy:
- Najgorsze jest to, że jak jesteś młody to musisz grać to
co ci każą. Teraz mogę sobie wybrać! – cieszy się.
Ukończył I stopień szkoły muzycznej, a od kilku lat ćwiczy
sam w domu:
- Nie występowałem publicznie od 6 lat. Na początku jest
ciężko, człowiek się odzwyczaja. Ale już dziś było lepiej, grałem wcześniej w
środę i jutro też zagram – mówi. Szybko przełamuje tremę.
Wybiera się na reżyserię filmową. W domu lubi grać muzykę
rozrywkową:
- Najczęściej filmową ze słuchu, we własnej aranżacji.
I chyba robi postępy:
- Stary świetnie ci
poszło! Jak cię widziałem kiedyś jak grałeś, to teraz jest super różnica! –
usłyszał po koncercie pochwałę młody pianista. Okazało się, że Tomek z dredami,
który się zastanawiał czy wejść na koncert to kolega Adama.
Emocje trzeba czuć
Dla wielu młodych artystów zainteresowanie muzyką przyszło jednak
dość naturalnie:
- Mój tato jest po szkole muzycznej i grał w domu, dlatego
się zainteresowałam – opowiada Roksana Gozdowska z Warszawy, uczennica I klasy
szkoły muzycznej II stopnia. W przeciwieństwie do Krzysia i Adama, kiedy
zaczynała grać jako mała dziewczynka, nie zniechęcała się:
- Po prostu chciałam grać, więc wszystko mi się podobało.
Nie narzekałam.
Przyznaje jednak, że później były chwile zwątpienia:
- Jak byłam na pierwszym stopniu to nie chciałam iść na
drugi. Myślałam sobie, że kolejne 6 lat to za długo. Ale w ostatniej klasie to
się zmieniło. Trochę podciągnęłam się w nauce i zdałam egzamin na drugi
stopień.
Na Najdłuższych Urodzinach może zagrać każdy, kto się
zgłosi. Jednak, aby muzyka była autentyczna, należy ją dobrze rozpoznać:
- Technikę można
wypracować, ale emocje trzeba czuć. Jak ktoś się z tym nie urodził, to nie
da się tego nauczyć – mówi Roksana.
Hiszpania i Rumunia w Domu Polonii
Dom Polonii, gdzie odbywa się koncert to dobra miejscówka. Centrum i blisko
Starego Miasta. Dzięki temu na koncert często przychodzą obcokrajowcy
zmierzający na spacer, na warszawską Starówkę.
- Nie wiedziałam wiele o Chopinie. To jest świetna okazja,
aby poznać jego muzykę. Cieszę się, że tu trafiłam – przyznaje studentka z
Rumunii.
Świat sam upomina się o Chopina. Zaczepia mnie pewien
Hiszpan i prosi o szczegóły dotyczące przedsięwzięcia. Potem słucha z
zaciekawieniem i oznajmia. - Jestem zachwycony
tym koncertem. Pracuję dla tygodnika w Palma de Mallorca, chciałbym
napisać o tych Najdłuższych Urodzinach. Znam Chopina, w końcu mieszkał na Majorce kilka miesięcy.
Duety i tria
Było głównie spokojnie, lirycznie, delikatnie, nastrojowo...
Krystian Kowalski zagrał walca a-moll oraz nokturn es-moll.
Jak sam powiedział, jego ulubione utwory Chopina. W podobnym, także spokojnym
nastroju zagrało Trio Archetto,
czyli Katarzyna Dul, Marta Straszyńska i Nadia Bojadżijew.
Trio smyczkowe wzbudziło poruszenie wśród publiki. - Zwykle
nie gramy Chopina, mamy za to w swoim repertuarze muzykę polską oraz węgierską.
Jednak chciałyśmy mieć coś Chopina właśnie na rok chopinowski – mówiły
dziewczyny. - A że akurat dostałyśmy od Mateusza Śmigasiewicza gotowe utwory, chciałyśmy
być tu ze wszystkimi.
O 18. pojawił się niezwykły duet: pianisty i
wiolonczelisty, czyli Artur Pacewicz i Mateusz Kwiatkowski. Chłopcy
poprzedniego dnia grali ogromny koncert i do
Warszawy przyjechali o 3 rano, potem krótki sen i przygotowania. Na scenie
dali jednak popis gry w duecie. Jednak przez moment zmęczona graniem ręka
Mateusza nie wytrzymała, przestał grać na wiolonczeli, Artur w tym czasie
sprytnie zrobił piękną solówkę na fortepianie.
Rewolucja goni rewolucję
Jednak prawdziwą
furorę zrobił występ Michała Pietrzaka. Prawie godzinnym recitalem
poderwał tłum z miejsc.
Godzina 20. to czas gdy nowi słuchacze przybywają, a nikt z
obecnych już nie chce wychodzić. Tego nie da się opisać gdy słyszy się wirtuozerię
wykonania, a tłum zebrany na trzech piętrach, na krzesłach, fotelach, schodach,
pod ścianami, klaszcze, wzrusza się, podnosi z miejsc...
Pietrzak wprost z namaszczeniem i niezwykłą dbałością grał
każdy utwór. Gdy zakończył Etiudę Rewolucyjną ludzie wstali z miejsc i na
stojąco bili głośne, gromkie brawa.
Czy bisował? Oczywiście!
Po występie Pietrzaka po sali przeszedł pomruk oczekiwania,
czy ktoś teraz zagra równie dobrze? Czy to jest w ogóle możliwe? I co zrobiła
następna artystka, Atsuko Ogawa, która siadła za fortepianem zaraz po Michale? Skupiona,
spokojna, nagle rąbnęła delikatnymi opuszkami w klawisze i rozpoczęła występ...
Etiudą Rewolucyjną.
Pomruk ciekawości przeszedł w pomruk zadowolenia.
Ogawa wie jak kierować emocjami publiki, podekscytowaną
zaraz uspokoiła gładko przechodząc w spokojne, liryczne kawałki. Na sali
zapanowała cisza totalna.
Atsuko pochodzi z Japonii, ale w pewnym momencie swojego
życia postanowiła rzucić wszystko i...
zamieszkać w kraju Chopina! - Kocham wszystkich polskich kompozytorów - powiedziała
po występie. - Ale Chopin to jednak
miłość mego życia!
A publiczność?
- Przyjemnie się gra jak jest pełna sala i ludzie są
tolerancyjni, nie wytykają błędów, gdy ktoś się pomyli – podkreśla Krzysztof Moskalewicz
- Polska publiczność
jest lepsza od japońskiej, nawet reakcje są inne – stwierdza Yasuhiro
Natsume, który uczy się w warszawskiej Akademii. – Nie wiem, ale może to
przez tę waszą słowiańską duszę, lepiej czujecie muzykę?
(Judyta Sierakowska, Anna Rosińska, współpraca Monika Olszewska, Natalia Janus) |
opublikowane: 27 lut 2010 04:09 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 1 mar 2010 06:31
]
... pół tysiąca ma
mokre oczy
Piątek
Od wczoraj w pokoju na piętrze, na parapecie stoi
przywiązany sznurami od zasłon głośnik. Teraz muzykę słyszy się nie tylko
wewnątrz budynku, teraz przechodnie rozglądają się po ulicy i wyglądają skąd dochodzi.
Dobra muzyka zwabia.
Ty nie jesteś fanem, tylko jesteś fanką
Na przedpołudniowym występie Agaty Kucharskiej i Su Yeon Son
zagościli uczniowie zerówki ze Szkoły Podstawowej nr 12 nie wydawali się znudzeni.
- Jestem fanem Chopina –
dumnie oznajmił sześciolatek w
niebiesko – fioletowej czapce.
Jego koleżanka nie chciała być gorsza i po krótkim namyśle
powiedziała: – Ja też jestem fanem Chopina.
Wkurzyło to nieco fana w czapce i poprawił sześciolatkę: - Ty nie jesteś fanem, tylko jesteś fanką!
- Koncert to tylko część
przygody związana z Chopinem – opowiada opiekunka dzieci z
„dwunastki” – Po powrocie będzie jeszcze
malowanie i wystawa prac. Wszystko dla Chopina.
Maluchy opanowały hol przy wyjściu z budynku i
przekrzykiwały się: – „Ja gram na
pianinie!”, „A ja gram w domu na keyboardzie”. Nauczycielka opanowała
sytuację i powiedziała: - Idziemy szukać serca Chopina.
Zdziwione sześciolatki chyba jeszcze nie do końca zdając
sobie sprawę z tego co ich czeka, pomaszerowały z wystraszonymi minami za swoją
Panią.
Swoją reprezentację miała też Szkoła Podstawowa nr 317. Tu
ekscytacja była w innym wydaniu.
- To nie to co sport,
ale można posłuchać – stwierdził szóstoklasista w białej koszulce. Jego
kolegę ciekawił bardzo rodzaj fortepianu, na którym grają wykonawcy.
W holu tłok. Oprócz tych, którzy do Domu Polonii przyszli
specjalnie na koncert, przychodzą i całkiem przypadkowi goście. Pewien Gruzin,
mieszkający od siedmiu lat w Polsce, przyszedł na Krakowskie załatwić sprawę
repatriacji, a został na koncercie. Nie chciał uwierzyć, że jest grany non stop
przez siedem dni. Bardzo mu się to podobało.
To proszę Pani nie był smutny Francuz, to jest nasz wesoły Polak
Tym razem nie tylko sala koncertowa i schody były zajęte.
Wolnego miejsca nie było też piętro wyżej, słuchający siedzieli na kanapach, na
podłodze, na schodach prowadzących na drugie piętro. Schody prowadzące na –1,
gdzie jest sala na której wyświetlany jest film o Chopinie, też były oblepione
słuchaczami.
Zadbana kobieta, na oko po sześćdziesiątce, w różowym
sweterku, prowadzi pod rękę mężczyznę w czarnych okularach, który trzyma białą
laskę. Siadają na fotelach na pierwszym piętrze i słuchają. Czasem tylko
wymienią jakieś uwagi między sobą. Mówią, ze przyszli tutaj, bo najbardziej lubią
Chopina. – Grałam siedem lat na pianinie, ale teraz niestety już nic nie
pamiętam – mówi kobieta.
- Bardzo nam się podoba idea. U nas mało promuje się takie
postacie. Bo wie Pani, ja Pani powiem! Tego Chopina to się przedstawia, że
Francuz, że taki smutny, że ciągle kaszle, bo gruźlik. A po pierwsze nie
gruźlica tylko mukowiscydoza. A po drugie on podobno był bardzo wesoły, lubił
przebywać na salonach – broni naszego artystę rozmówczyni o serdecznym
wyrazie twarzy.
Oskar przychodzi codziennie
Co jakiś czas goście na fotelach się zmieniają. A
zasiadający tam tłumy od maleństw na rękach do emerytów.
Łukasz i Oskar maturzyści z liceum im. Fredry. – Takie małe
na Woli – tłumaczą.
Oskar przychodzi codziennie,
a Łukasz jest trzeci raz. Mają już swoją miejscówkę na pierwszym piętrze,
tam rozkładają się na fotelach: jeden jakby odpływał wraz z muzyką, drugi czyta
zasłuchany (albo jak kto woli słucha zaczytany).
- Atmosfera jest
fajna, tak domowo. Nikt nie wygania. Można przyjść, posiedzieć – cieszy się
Łukasz, trzymając w dłoniach Mistrza i Małgorzatę.
- Mamy dużo nauki przed maturą, ale do poniedziałku pewnie
jeszcze poprzychodzimy – usprawiedliwiają się chłopaki.
Tyle o zaledwie garstce z tysięcy słuchaczy. A artyści...
Rodzina muzyką silna: mama uczy teorii muzyki, tato gra w orkiestrze, syn
na fortepianie, jedna córka na flecie, druga na altówce
Dzisiejsze popołudnie należało do wykonawców z Katowic.
Występowali zarówno studenci Akademii Muzycznej jak i uczniowie Państwowej
Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.
- Super publiczność no i bardzo fajny pomysł – zachwyca się
Łukasz Mikołajczyk, uczeń z klasy fortepianu prof. Anny Góreckiej.
Przyjechał tu z mamą Ewą, która uczy
„Teorii muzyki” w katowickiej szkole. I na tym nie koniec, cała rodzina jest
rozmuzykowana.
- Mąż gra w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego
Radia w Katowicach – zdradza z dumą pani
Ewa.
- Młodsze siostry też
grają na instrumentach, na altówce i na flecie – dodaje Łukasz.
Przyznaje, że Chopin nie jest jego ulubionym kompozytorem. - Na co dzień
wolę bardziej orkiestrową muzykę, choć przyznam
miło jest zagrać Chopina.
Myślisz, że muzyka to twoja przyszłość czy tylko hobby? –
pytam.
- To jest więcej niż hobby, za dużo serca w to wkładam –
odpowiada bystry szesnastolatek. - Za dużo myślę, jak np. zagrać niektóre nuty,
zastanawiam się. Na pewno Akademia Muzyczna, a co będzie po niej, tego jeszcze
nie wiem.
Rodziną są również Jan i Emilka Stańczyk, także uczniowie
katowickiej szkoły. Czternastoletni Janek
zagrał mazurka a-moll, a jego o dwa lata młodsza siostra mazurka gis – moll.
- Dyrektorowi szkoły bardzo spodobał się pomysł zagrania
tutaj. Wybraliśmy najlepszych i przyjechaliśmy – opowiada pani Ewa. - Nasza szkoła wykształciła wielu wybitnych
muzyków. O! właśnie przeszedł mój były uczeń, który teraz jestem studentem na
Akademii Muzycznej. Wojciech Killar też
jest naszym absolwentem i honorowym obywatelem miasta Katowice – chwali się
nauczycielka.
Łukasz Byrdy, który zdobył I nagrodę na Międzynarodowym
Konkursie Pianistycznym im. Juliusza Zarębskiego w Łomiankach (2009) przyznaje:
- Dobre jest to, że ktoś zupełnie nieznany może się tutaj
zaprezentować.
Jego kolega Janek docenia zaś najnowsze technologie: - No i fajna jest transmisja na żywo w
Internecie.
Szkoła muzyczna to coś
więcej niż zwykła edukacja, to swoisty sposób na życie.
- Dzieciaki mają naprawdę
dobre wzorce. Spędzają w szkole całe dnie. Najpierw zaczynają od
polskiego i matematyki, w międzyczasie jest nauka słuchu czy teoria muzyki,
dalej dajmy na to chemia i ponownie muzyka, np. zajęcia indywidualne –
przedstawia dzienny program pani Mikołajczyk i dodaje z łagodnym uśmiechem:
-
Lubimy muzykę, po
prostu tym żyjemy.
Po 16.00 swoje umiejętności zaprezentowały dwie młode
uczennice szkoły muzycznej: Dagny Czajkowska i Kinga Stępniewska. Obie wzbudziły
żywą reakcję publiczności.
Teraz to mogę już tylko umierać
Po dziewczynach zagrał
Marcin Kaźmierczak, który skromnie mówi o sobie, że jest właściwie
amatorem, bo już nie uczy się w żadnej szkole. Nie ma zatem możliwości
zorganizowania sobie występu, a granie dla publiczności bardzo lubi. Pomysł
Najdłuższych Urodzin właśnie dlatego tak bardzo mi się podoba, że może tu
zagrać właściwie każdy, kto posiadł umiejętności.
To zresztą zdanie nie tylko Marcina, bo musimy pochwalić
się, że dziś usłyszeliśmy wiele
pozytywnych rzeczy o naszym przedsięwzięciu. Ktoś nawet wyraził opinię, że organizatorom należy się ... medal.
Po 18. swój recital rozpoczął fenomenalny Tomasz Orlow.
Tomasz właściwie nie grał klasycznego Chopina, ale improwizował na podstawie
jego utworów. Robił to tak genialnie, ze na sali panowała absolutna cisza i
nikt nie śmiał się nawet poruszyć. Tomasz po prostu zelektryzował słuchaczy i
chyba sam też wyczuł panującą na sali atmosferę, bo po występie podszedł do
mikrofonu i powiedział: - Są państwo
wspaniałą publicznością, przede wszystkim publicznością słuchającą. Grało
mi się dla państwa naprawdę świetnie.
A improwizacje Tomasza to był dopiero wstęp do muzycznej
uczty. Około 19.30 na sali nie było ani skrawka wolnej przestrzeni, bo swój
godzinny występ zaczęła Lena Ledoff. Tuż przed nim powiedziała, że właściwie
teraz, kiedy po raz pierwszy i zapewne ostatni w życiu bierze udział w
maratonie pianistów, może już umierać. Jej śmierci chyba jednak nikt sobie
nie życzy, szczególnie po tym, jak dziś zagrała.
Delikatnymi, długimi placami zmieszała Chopina z Krzysztofem
Komedą i Schumannem. Publika oszalała...
Wolontariusze otworzyli okna by wyprawowało z sal trochę
gorąca...
Zaraz po Lenie na scenie pojawił się Piotr Lemański, który
lekko ostudził emocje słuchaczy swoimi spokojnymi, gitarowymi aranżacjami
Chopina. Potem przyszedł czas na występ Klaudii Łubian, która zdradziła nam, że
tym występem chce pogodzić się z muzyką.
- Nie grałam już od pół roku, właściwie to nie wierzę, że to
zrobiłam – mówiła podekscytowana. - Zrezygnowałam z grania, bo czułam, że to
nie ten kierunek, że powinnam robić coś innego i dlatego wybrałam studia na
SGH. Poza tym, właściwie nie lubiłam występować. A jednak przełamałam się...
Auuu Auguścik
Po krótkim występie Klaudii na scenę weszły: libańska
śpiewaczka Nadine Nassar oraz Marina Timoszenko. Marina akompaniowała Nadine,
która swoim sopranem wywołała łzy wzruszenia.
Nikt nie zdążył jeszcze dobrze ochłonąć, kiedy przy
fortepianie pojawił się prof. Paweł Skrzypek wraz z Kwartetem „Camerata”, jednym
z najwybitniejszych polskich zespołów kameralnych. To była maestria,
doskonałość i czyste piękno.
Publika podniosła się siedzeń i klaskała na stojąco.
Skrzypek z „Cameratą” jak w amoku, wyszli za scenę, potem na nią wrócili. 500
osób stało na trzech piętrach klaszcząc!!!
Nie było wyboru, zagrali raz jeszcze.
Ludzie patrzyli na siedzących obok, uśmiechali się do
siebie, niektórzy przytulali się, ściskali sobie ręce, głaskali po ramionach,
patrzyli na siebie ze łzami w oczach... Wszystkim udzieliła się jakaś zbiorowa,
muzyczna miłość do drugiego człowieka, do klasyki...
I choć miało nie być bisów, gdy chwilę po „Cameracie”
wystąpiła Nina Stiller, a akompaniował jej nie kto inny jak sam Andrzej
Jagodziński, publiczność znowu zawróciła ich na sceną niekończącymi się
brawami.
I myślicie Państwo, ze to koniec? Pół godziny później, zaraz
po 23. Jagodziński wyszedł na scenę z.... Grażyną Auguścik.
-
Jak się dowiedziałam, ze moi koledzy z Chicago
wymyślili taką imprezę tutaj, to ja sama zgłosiłam, żeby wystąpić – mówiła
wzruszona jazzmanka.
Anielskim głosem intonowała na
ludowo, klezmersko... a gdy aksamitnie jazzując zaśpiewała „Lulajże Jezuniu”
... 500 osób! pół tysiąca publiki...
miało oczy jak za
szkłem
(Judyta Sierakowska, Anna Rosińska, współpraca Monika Olszewska, Natalia Janus) |
opublikowane: 26 lut 2010 13:25 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 2 mar 2010 06:52
]
Czwartek- Chopin nie znosi rutyny, trzeba go odczuwać wciąż na nowo,
łączyć dojrzałe przeżycie ze spontaniczną emocją. Dlatego muzyka Chopina jest
bardzo trudna do grania, ale kiedy znajdzie się odpowiedni klucz do niej, nie ma większej satysfakcji, niż granie
Chopin – mówił w jednym z wywiadów mistrz
fortepianu, Janusz Olejniczak.
To on, swym koncertem rozpoczął równo o północy czwartkowe
granie.
Godzinny występ mistrza w środku nocy oglądała wypełniona po
brzegi sala, jakieś 200 osób! Nie licząc tych przed monitorami komputerów! No
ale czy można spać gdy gra ten, który jest ceniony na całym świecie jako
wirtuozerski interpretator muzyki Fryderyka Chopina, który wielokrotnie
współpracował przy nagrywaniu muzyki do filmów, w Polsce i na świecie, który
wystąpił w filmie Andrzeja Żuławskiego "La note bleu", w którym zagrał rolę Fryderyka Chopina, który nagrał też ścieżkę dźwiękową do filmów:
"Chopin, pragnienie miłości" w reż. Jerzego Antczaka oraz "Pianista" Romana Polańskiego,
który na fortepianie gra już ponad ...pół wieku!
A potem było pół polsko, pół japońsko. Japonki były tak zdenerwowane, że po występie nie mogły wydusić
słowa, w końcu udało im się coś powiedzieć. A powiedziały, że są ...bardzo szczęśliwe...
Uczniowie ze szkoły muzycznej z Kielc urządziły prawdziwe muzyczno-sportowe show. Gdy jedne z nich
grało reszta w takt muzyki rzucała do siebie piłką, a potem wykonali akrobacje
z szarfą.
- Piękna melodyka i polska muzyka ludowa Chopina tworzą
znakomity twór. Rodzice nie musieli mnie
namawiać do gry, bo sam wiedziałem czego chce – mówił pewny siebie Szymon
Szewczyk, który oprócz tego, ze dziś u nas grał półgodzinny koncert, to
prywatnie przede wszystkim zajmuje się komponowaniem, pracuje też w zespole
wokalno-instrumentalnym.
Magdalena Bizoń zaś zagrała bez żadnego przygotowania, a nie
grała od trzech lat! Teraz studentka trzeciego roku Akademii Medycznej i
wielbicielka jazdy na nartach. Zanim poszła na medycynę zdążyła ukończyć I i II
stopień szkoły muzycznej.
Grupa paru nastolatków stała pod drzwiami Krakowskiego
Przedmieścia 64 i dyskutowała między sobą: „za darmo? Nie, przecież nic nie
jest za darmo”. W końcu zwabieni tłumami weszli jak grała pianistka Irena
Podobas. I zdumieni po wejściu bez przeszkód na salę koncertową stwierdzili:
„ej, w telewizji mówili prawdę, naprawdę wstęp wolny”.
Informacji dodała im Irena Podobas, która po występie podeszła do mikrofonu i poinformowała: - Centrum Smolna ma najlepsze pomysły. Stamtąd wychodzą najciekawsze inicjatywy.
Grali jeszcze inni wybitni: Joanna Maklakiewicz, Przemek Lechowski, prof. Andrzej Skrzypek...
Na sali pełen przekrój społeczeństwa. Dużo studentów,
chłopcy w bluzach z kapturami, zakochane pary, objęci zasłuchani, rodzice z
małymi dziećmi, które patrzyły swoimi wielkimi oczami na pianistę i wtulały się
w matczyne ramiona. – No wie Pani, te
dzieci takie grzeczne i spokojne na tym Chopinie, nie to co w kościele –
skomentowała kobieta w zielonym płaszczu.
Bo Chopin tak działa, nawet w szkołach rodzenia
jest puszczany przyszłym matkom. My zapraszamy do nas, można posłuchać na żywo.
Starsza Pani: -
Przychodzę tu dwa razy dziennie po trzy godzinny. Tyle mogę wysiedzieć za
jednym razem, a chciałabym móc dłużej. (Judyta Sierakowska, współpraca Natalia Janus) |
opublikowane: 25 lut 2010 08:12 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 1 mar 2010 08:13
]
Środa Takie dni jak ten, po prostu się nie zdarzają, a jednak...
najpierw mistrzostwo pokazały dzieci z Kielc, które ledwie
sięgając do pedałów z wyczuciem, pięknie grali i poloneza cis-moll op. 26 i
mazurka C-dur op. 24 i wiele innych. Potem do Domu Polonii wszedł Pan Rigolet z
Francji, rozejrzał się i zapytał czy może „jeszcze zagrać?”. Ba, zagrał i to
jak! I to proszę Państwa nie koniec! Zaraz po Francuzie do grania zasiadł Jan
Zawisza, dziennikarz muzyczny. Nagle przerwał koncert, bo w tłumie słuchaczy
zobaczył znajomą twarz. Co zrobił? Poprosił do grania! I owy słuchacz, ot tak,
prosto z ulicy, siadł za fortepianem i zaczął grać Mazurka cis-moll op. 6 nr 2.
Publika biła brawa jak szalona. Ten wstał, podszedł do mikrofonu i powiedział,
że bardzo mu się podoba pomysł z Najdłuższymi Urodzinami.
Ten Pan to był prof. Andrzej Jasiński - nauczyciel Krystiana
Zimermana!
A wieczorem był Chopin... beat box!
Ale po kolei:
Po 2.00 w nocy
ponadgodzinny recital dał Michał Kozłowski.
Rano wielką niespodzianką okazały się dzieci - uczniowie
Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Kielcach.
Kwadrans po 10. Do grania ruszyli: Jan Bieniasz, Krzysztof
Jankowski, Maria Róża Suligowska, Maciej Redlich-Michalski, Jakub Kitowski i
Artur Jaroń.
- Wstaliśmy o 5 rano, żeby tu przyjechać, ale było
warto – powiedział Jaroń, nauczyciel czwórki młodych wykonawców. - Chcieliśmy
pokazać, że nawet młodzież i najmłodsze dzieci mogą wziąć udział w tak ważnym
wydarzeniu, nawet jeśli nie są jeszcze profesjonalistami. Zrobiliśmy to bardzo
spontanicznie i cieszy nas takie granie, które dodatkowo jest entuzjastycznie
przyjmowane przez publiczność.
A było. Publiczność oszalała,
zwłaszcza po grze 10-letniego Krzysia Jankowskiego, który ....ledwo sięgał do pedałów! A grał?
Maestria. Okazało się, że Krzyś urodził się tego samego dnia co Fryderyk
Chopin, czyli 22 lutego!
- Nie czuliśmy szczególnego stresu, raczej taką zwykłą
tremę, jak przed każdym występem –rzekli mali profesjonaliści.
Oznaki
niewielkiego zdenerwowania przed występem zdradzała za to dużo bardziej
doświadczona pianistka, Gabriela Bińkowska, absolwentka Akademii Muzycznej. Ona
również na Najdłuższe Urodziny przyjechała spontanicznie, bo jak sama twierdzi:
- Chopina mogę grać zawsze. Towarzyszył mi właściwie od dziecka, a nawet
wcześniej, bo moja mama grała go, kiedy
była ze mną w ciąży!
- Trochę koncertuję w Anglii i to tam robimy
koncerty, w których najpierw jest część klasyczna a potem improwizacja na
motywach tych zagranych już klasycznych utworów. Jeśli chodzi o jazz, to
interesuję się nim od dawna, dzięki mojemu nauczycielowi z liceum, który jest
właśnie jazzmanem – mówi Jerzy Owczarz, student Akademii Muzycznej we
Wrocławiu, który urozmaicał słuchaczom czas swoimi świetnymi jazzowymi
interpretacjami Chopina.
Przypadkowy Francuz
Po występie
Owczarza w programie nastąpiło spore, ale Proszę Państwa jakże miłe
zamieszanie.
Do sali wszedł nieoczekiwany gość, a był nim Francuz George Rigolet, wielki miłośnik
Chopina i organizator Festiwalu Chopinowskiego w Chartres, który w 200.
rocznicę urodzin swego mistrza odwiedził Warszawę i Żelazową Wolę.
Do Domu Polonii trafił
zupełnie przypadkowo, szedł Krakowskim Przedmieściem i zobaczył plakaty, napisy: „Najdłuższe Urodziny, Chopin non stop” i
wszedł. Rozejrzał się i zapytał czy może
„jeszcze zagrać?” Trochę zaskoczony konferansjer wydukał „tak”, więc ten
położył swoje rzeczy, podszedł do
fortepianu i zaczął grać.
I to jak!
- Chopin jest dla mnie naprawdę ważny, choć niełatwo jest mi
powiedzieć dlaczego – opowiadał po swoim występie. - Jest w jego muzyce coś
takiego, co koresponduje ze stanem mojej duszy. Kiedy zacząłem go słuchać,
działała na mnie każda fraza i to wręcz fizycznie. To się po prostu czuje w żołądku. We Francji Chopin jest oczywiście
bardzo znany, ale ja chciałbym jego muzykę bardziej spopularyzować, co jest
przecież niełatwe w dzisiejszym zalewie innych gatunków. Marzy mi się zrobienie
dużej audycji telewizyjnej poświęconej Chopinowi... – rozmarza się. - Jak na
razie edukuję swojego synka, który umie już zagrać Chopina, a jednocześnie gra
na gitarze elektrycznej.
Prof.
Andrzej Jasiński zagrał z marszu
A potem stało się coś czego nikt nie przewidział....
Po swoim krótkim występie, dziennikarz muzyczny Jan Zawisza
postanowił namówić jednego ze słuchaczy do zagrania nieplanowanego koncertu.
Tym słuchaczem był nie kto inny, jak prof.
Andrzej Jasiński, zasiadający w komisji prestiżowego Międzynarodowego
Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, nauczyciel m.in. Krystiana Zimermana, doktor honoris
causa aż trzech polskich uczelni muzycznych.
Prof. Jasiński, z marszu zagrał Mazurka cis-moll op. 6 nr 2
i pochwalił z mikrofonem pomysł organizowania „Najdłuższych Urodzin”.
- W muzyce Chopina jest wszystko – mówił po występie prof.
Jasiński. - Tam są wszystkie możliwe uczucia, sentymenty, każdy może tam
odnaleźć coś dla siebie: piękno, rozrywkę, pocieszenie. Z Chopina można też
wiele się nauczyć, bo jego muzyka niesie ze sobą wiele spostrzeżeń dotyczących pozytywnych
i negatywnych stron naszego życia. To muzyka na każdy dzień.
Do sali ciągle zachodzili nowi słuchacze i dopytywali czy
Najdłuższe Urodziny rzeczywiście trwają przez cały tydzień i w dzień i w nocy.
Słyszą, że tak, ale niedowierzają. „Naprawdę to przecież nieprawdopodobne?”
O 15.00 godzinny koncert dała 26-letnia chińska pianistka
Man Li Szczepańska, która niedawno wróciła z Pekinu, gdzie grała utwory
Chopina. - Prowadzę również
warsztaty pianistyczne oraz lekcje muzyki fortepianowej, ale oczywiście wolę
grać sama. Nauka kogoś sprawia mi przyjemność, ale jest to trudne, ponieważ do
gry potrzeba dojrzałości i wyczucia. Ciężko kogoś nauczyć, że np. akurat tu
jest pauza. To trzeba po prostu czuć – mówi. – A z Chopina najbardziej lubię
grać to co już zapomniane.
Chopin beat box rulez
- Pochodzę z rodziny muzyków także miłość do muzyki
odziedziczyłam w genach – mówiła zaraz po swoim występie Zuzanna Laszczkowska,
która zaczęła grać gdy miała siedem lat, a pierwszy raz zagrała przed widownią
gdy była w pierwszej klasie szkoły podstawowej.
Gdy po 17. na scenę wszedł duet "Sopranoforte":
Joanna Morska, Lena Ledoff, publiczność zajmowała już wszystkie miejsca
siedzące, siedziała na schodach i obok, stała pod ścianami. Lena ma w sobie
taki muzyczny power i charyzmę, ci co usłyszeli ją raz, nie pozwalają jej
schodzić ze sceny. Ona o tym wie, ale za każdym razem gdy ktoś powie jej
komplement czerwieni się, wraca do fortepianu i jazzuje Chopina najdelikatniej
jak się da.
18-letni Adam Trzpil na fortepianie gra od szóstego roku życia.
– Granie Chopina to była nagroda za dobre sprawowanie: zagrałem dobrze utwory
innych kompozytorów, wtedy mogłem grać Chopina – wspomina.
Kubę Sokołowskiego, studenta Akademii Muzycznej im.
Fryderyka Chopina w Warszawie, który grał przed 19. w muzyce Chopina zainspirowała
ludowość, dlatego najchętniej gra jego mazurki.
Ale prawdziwą ludowość i to na beat boxowo publiczność
usłyszała po 21. Kiedy na scenę wtargnęli z torbami pełnymi niecodziennego
sprzętu: Michał Górczyński i Patryk
„TikTak” Matela. Chłopaki inspirują się nie tylko muzyka ludową, żydowską,
ale i dźwiękami zwierząt. Widowni zaprezentowali „impresje na temat
preludiów Chopina i dwie mini niespodzianki”!
TikTak beat boxował, a Górczyński grał na klarnecie. Jeden z
tycjanowskimi dredami i bródką, strój luźny, drugi kruczoczarny, cały w czerni.
Wszystkich wielbicieli kabaretu Mumio, proszę o wybaczenie,
ale on przy Tych chłopcach to małe piwo.
To chyba był jedyny koncert, gdzie fortepian został odłożony
na bok.
Michał była tak miły, że z pełną powagą wytłumaczył
zdziwionej publice za pomocą rysunków na kartce (jakieś beat boxowe szlaczki,
kreski, figurki), jak skutecznie okiełznać tak różne style muzyczne i połączyć
beat box z muzyką Fryderyka Chopina.
- Wszystko opiera się na improwizacji, wziąłem do ręki preludia
Chopina, wybrałem najciekawsze fragmenty, zbudowałem formę i przełożyłem na
beat box – tłumaczył po koncercie Górczyński. – Michał grał, ja improwizowałem
beat boxowo i zapisywaliśmy. Z czasem uzyskiwaliśmy powtarzalność – dodaje
Patryk.
Chłopcy nie wzięli się znikąd, mają za sobą ponad tysiąc
koncertów, są doświadczeni, na co dzień grają w zespole Zooplan. Patryk jest
absolwentem anglistyki, a Michał skończył Akademię Muzyczną w klasie klarnetu.
– Jestem pierwszym i jedynym na świecie beatboxującym klarnecistą – chwali się.
Na tym koncercie ani wyrazu twarzy publiczności, zwłaszcza
tej emerytowanej jej części, ani różnorodności słuchaczy, po prostu nie da się
opisać.
Po beat boxowcach wystąpił kontrabasista Ksawery Wójciński.
Zagrał na fortepianie i śpiewał. Ale jak?!
– Feeenomenalny mówię Ci fenomeeeenalny ten Ksawery – tak po
jego występie, przez telefon do kolegi uniesionym głosem opowiadał jakiś
30-latek w czarnym skórzanym płaszczu. Nic dodać.
(Judyta Sierakowska, Monika Olszewska) |
opublikowane: 25 lut 2010 08:09 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 1 mar 2010 08:13
]
Chopin i jazz? To
się da pogodzić
23 luty
I co dalej? Ano granie non stop
W dzień (nie wiem czy to nie dzięki najdłuższym urodzinom),
ale po miesiącach mrozów, termometr wskazywał siedem stopni na plusie!
Sala cały czas zapełniona, była nawet szkolna wycieczka,
dzieci wpatrywały się w grającą Magdalenę Brzozowską.
Na schodach z czerwonym dywanem znowu siedziała młoda
dziewczyna z rozłożonymi wokół książkami. Wokół pełno ludzi, koncert trwa
nieprzerwanie, a ona zaczytana. Pytam: - Lubisz uczyć się przy Chopinie?
- Tak – odpowiada z uśmiechem
- Będziesz jutro?
- Będę
(I byłaJ)
Jakiś Pan w szatni ciągle dopytywał czy „ta Elizabeth”
będzie jeszcze grała. „No będzie czy nie? Niech jeszcze zagra, bardzo proszę”.
Jak się dowiedział, że Elizabeth Bati-Harbinson (bo o niej mowa) zagra jeszcze
wieczorem, wyszedł rozdając wszystkim uśmiechy.
Inni dopytywali o Jana Zawiszę, Yukę Satomi, Roksanę i
Sylwestra Gozdowskich. Każdy wykonawca ma już swojego idola.
Wieczorem triumfy
święcił grubo ponad godzinnym koncertem Andrzej
Jagodziński Trio*.
W pierwszym rzędzie siedział pulchny, bystrooki, na oko
ośmiolatek, po każdej solówce Czesława „Małego” Bartkowskiego na perkusji,
wstawał, skakał i klaskał. To się nazywa bycie fanem chopinowskiego jazzu!
Sala pękała w szwach.
Jagodziński dzień wcześniej byłem we Francji
NU - jak to się stało, że gra Pan Chopina?
A. Jagodziński:
- Powiedziałem kiedyś kolegom na studiach (Jagodziński skończył klasę waltorni
w Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie), że to się da połączyć. A
wczoraj, 22-ego lutego, byłem na jego grobie na cmentarzu Pre Lachaise w Paryżu
i położyłem mu na nim nasza płytę CD.
NU. - Specjalnie dla Chopina poleciał Pan do Paryża?
A.J. - Tak. Po prostu poleciałem na jeden dzień, żeby pójść
na jego grób i złożyć mu na grobie tę płytę, a potem wsiadłem w samolot i
wróciłem do domu.
NU. - Skąd ta „miłość” do Chopina?”
A.J. - Ja będąc studentem przez kilka lat mieszkałem w
dziekance, z kolegami chodziliśmy na parówki do knajpy na Miodowej. Tymi samymi
szlakami, ulicami co Chopin. To nie mógłby być kto inny, to mógłby być tylko
Chopin.
NU - A reszta zespołu też z Warszawy i też go tak uwielbia?
A.J. - My wszyscy go kochamy. Jesteśmy stąd, stąd są nasze
korzenie kulturowe, społeczne. Stąd my, stąd i on.
NU - A jak wpadliście na pomysł, żeby grać Chopina na
jazzowo, wtedy tego jeszcze się nie robiło?
A.J. - To było już po studiach, jakaś impreza, wiadomo
muzyka, nagle w tle usłyszałem że ktoś Chopina. Grał go jakiś pianista jazzowy,
nie pamiętam kto to był, ale już wiedziałem, że tak będę grać i ja.
* Ich najpopularniejszą płytą jest "Chopin" z 1993 roku. Dostali za
nią Fryderyka (!) w kategorii
najlepsza płyta jazzowa.
(Judyta Sierakowska) |
opublikowane: 25 lut 2010 08:07 przez Sebastian Margalski
[
zaktualizowane 1 mar 2010 08:15
]
Komeda - Chopin – Komeda
Najpierw było szorowanie podłóg, wnoszenie fortepianu,
rozstawianie krzeseł, wieszanie plakatów, instalowanie wystaw, m.in.: Plakatów
chopinowskich z kolekcji Piotra Dąbrowskiego (z ostatnich 80 lat!) i „Chopin.
Opowiadania” multimedialna wystawa fotografii Tomasza Kwiatkowskiego. W sali
obok ustawiono projektor do wyświetlania filmu Konrada Piwowarskiego „Warszawa
Chopina”, informatycy podłączali sprzęt do internetowej transmisji, zaczęli
zjeżdżać pierwsi artyści, schodzić się pierwsi słuchacze, gapie zaglądali i
dopytywali co się dzieje???
A co się dzieję? A Najdłuższe Urodziny! Godz. 19:00 START
W imieniu Senatu imprezę otworzyła senator Barbara
Borys-Damięcka,
Cała sala była zapchana: młodzi, mali, duzi, średni, starzy,
racy grubi i tacy chudzi, tacy w garniturach, takie w sukniach i niektórzy w
swetrach. Mnóstwo emerytek, które stały pod ścianą bo wszystkie miejsca
zajęte, ale się uśmiechały. – To wielkie wydarzenie, możemy postać –
powiedziała jedna.
Młodzież zajęła długie wijące się, z czerwonym dywanem
schody i balkony.
a potem się zaczęło... granie
Najpierw zagrał Dawid Zarzycki
Zapowiadała aktorka Joanna Kasperska
Potem Cezary Kozanecki, Sylwester Gozdowski, Monika Quinn
(Nazwisko zobowiązuje. Jest fenomenalna, piękna, smukła, wysoka. Nie wiem już
czy milej się słucha czy ogląda)
- Ai Kayukawa
Oklaskom nie była końca
A potem duet rodzinny:
-
Dagny Baczyńska-Kissas z Nokturnem cis-moll op.27 nr 1
oraz Bogna Lewtak-Baczyńska z utworem „List Chopina” przy akompaniamencie...
córki
A potem międzynarodowa mieszkanka:
-
Nadine Nassar z Libanu, śpiewała pieśni w aranżacji
Hiszpanki ze słowami Francuzki? przy akompaniamencie Przemka Lechowskiego z
Polski.
-
co za sopran!! – krzyknął ktoś z sali, gdy śpiewała.
Następna była kruczoczarna, fenomenalna Bella Olejnik
Bella to wulkan wokalny. Piękna, urocza i charyzmatyczna.
Przyszła dwie godziny przed występem, zdziwiła się, ze nie ma jeszcze mikrofonu
by mogła poćwiczyć, a potem z klasą owe zdziwienie ukryła i dwie godziny potem
dała popis śpiewu. Było też i „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie...”
Po niej wystąpiła drobna, nieśmiała, płomiennowłosa,
urodzona w .... St.Petersburgu Lena Ledoff!
Miało nie być bisów, ale jak zagrała Lena, były nieustające.
– To jeszcze nie koniec, mam ochotę zagrać teraz dwa utwory z mojej płyty
„Komeda - Chopin – Komeda” – tymi słowami ucieszyła wszystkich i dodała
nieśmiało: – Przepraszam za nutki. Ja te wszystkie utwory znam na pamięć, ale
niech sobie stoją, bo boję się, że z tego stresu to zaraz zapomnę, pomylę się,
będę leczyć się psychiatrycznie i już nic nie będzie takie samo. A ja chcę grać
dla Państwa – doświadczona pianistka, kompozytorka, jazzmanka drżała z
podniecenia.
Po koncercie Leny Ledoff jakaś emerytka dopytywała kiedy ta
Pani znów gra? Druga próbowała dociec: czy
jak już wyjdzie to coś straci? Jak usłyszała kto będzie
grał, to mimo późnej godziny, zaczęła się głośno zastanawiać: wyjść już bo
późno czy zostać, bo wykonawców tylu?!
Po Lenie ogromny recital dał Michał Kozłowski, który
zachwycił mnie swoją maestrią i niestrudzeniem
Do północy grali: Elisabeth Bati-Harbinson, Andrzej
Giermakowski i Wojciech Golisz
W szatni spotkaliśmy studenta trzeciego roku anglistyki,
studenta historii i ich koleżankę, która „wczoraj ukończyła medycynę”.
- Impreza w filharmonii jest hermetyczna, tylko dla tzw. wybranych, do tego droga, a tutaj wchodzimy i słuchamy gwiazd o każdej porze, za darmo – skomentował student anglistyki. – Bardzo nam się podobało. Przyjdziemy jutro - dodał historyk.
(Judyta Sierakowska) |
|