Blog‎ > ‎

Śnieżka zdobyta!

opublikowane: 8 sie 2011 10:14 przez Władysław Kubatzki   [ zaktualizowane 10 sie 2011 14:31 przez Łukasz Sosnowski ]
Po kilku latach planowania nareszcie udało się zorganizować wyjazd na Śnieżkę. Jedyny dzień w roku gdzie bez żadnych konsekwencji, bezkarnie można wjechać na najwyższy szczyt Sudetów. Tym razem tylko we dwójkę wraz z Łukaszem podjęliśmy wyzwanie zdobycia najwyższej góry w Polsce na którą można wjechać rowerem.


Piątek

    Wyjechaliśmy z Więcborka około pierwszej w nocy, po drodze zabierając towarzyszkę niedoli Małgosię Nowacką z Bydgoszczy, która w barwach Rowerowej Brzozy także po raz pierwszy miała zamiar zdobyć Śnieżkę. Droga minęła dość szybko i mimo niezbyt optymistycznej prognozy pogody Sudety przywitały nas słonecznie i ciepło. Około godziny 10.00 dotarliśmy do Karpacza. Zameldowaliśmy się w pensjonacie, szybki prysznic i obowiązkowa drzemka po długiej podróży, po to by wypoczęci od razu ruszyć na szlak.

    Jako rekonesans Łukasz zaplanował przejechanie pierwszych 4 kilometrów z czekającego nas w niedzielę uphillu. Tak więc serpentyną w dół zjechaliśmy do centrum Karpacza w okolice stadionu gdzie zaplanowany był start wyścigu. No i zaczęła się wspinaczka ku górze. Łukasz nadawał własne tempo, więc mi nie pozostało nic innego jak jechać swoje. Równym tempem starałem się wjeżdżać asfaltową serpentyną w kierunku świątyni Wang gdzie mieliśmy zakończyć nasz piątkowy trening. Po 4 km podjazdu w nogach miałem żywy ogień a Łukasz z uśmiechem na twarzy rzuca hasło: "To co, jedziemy dalej ?". Łapiąc chwile wytchnienia tylko przytaknąłem i jechaliśmy dalej.

    Od świątyni trasa biegła już po kamiennym bruku, bardzo nierównym i często wyglądającym jak by ktoś wysypał kupę kamieni na drogę. J jak się okazało tak już było aż na samą górę. Z 4 kilometrów zrobiło się prawie 10 i takim sposobem dojechaliśmy aż do Strzechy Akademickiej, schroniska znajdującego się przy szlaku biegnącym na szczyt. W pewnym momencie miałem dość i na chwilę zszedłem z roweru w głowie mając myśli : "Co ja tu robie? Na co mnie to?" Na szczęście udało mi się znaleźć własny rytm i pomału drapałem za Łukaszem który co jakiś czas na mnie czekał. Przy schronisku pamiątkowa fotka oraz chwila na złapanie oddechu i czekająca nagroda czyli zjazd w dół. Na szczęście na szlaku nie było już wielu turystów także mogliśmy nieskrępowanie pomknąć w dół. Niesamowite przeżycie pędzić 50 km/h po kamiennym bruku. Tak wróciliśmy do pokoju, kolacja i spać bo na sobotę w planie maraton w Świeradowie Zdroju.

Sobota.

    Pobudka o 7:00, szybkie śniadanie, rowery do samochodu i jazda na nasz pierwszy prawdziwy górski maraton. Jako że w niedziele czekał nas niemały wysiłek, maraton miał byś relaksem i treningiem, wybraliśmy najkrótszy z możliwych wariantów: 30 km Mini. Sprawnie przebrnęliśmy przez zapisy, mała rozgrzewka i czas ustawić się na linii startu. Jako że startowaliśmy pierwszy raz w tegorocznym cyklu Bike Maraton dostaliśmy przydział do ostatniego sektora. Tak więc mimo komendy start chwilę jeszcze musieliśmy poczekać na to by ruszyć. No i poszli! Na sam początek podjazd- jak się dowiedziałem dopiero w trakcie niemały bo liczył aż 10km. Przeraził mnie ten fakt mając w głowie piątkowy podjazd. Jak się okazało nie było tak źle droga na szczyt biegła wyasfaltowana. Trzymając się swojego tempa wyprzedzałem zawodników jednego za drugim, Łukasz uciekł gdzieś do przodu. Nieopodal szczytu spojrzałem w prawo na rozciągający się widok, z zachwytu aż na głos powiedziałem: "Warto było". Chwilę później skończył się asfaltowy podjazd a zaczął zjazd po szutrowej drodze. Jadąc w dół zauważyłem że coś jest nie tak, coś nie idzie! Jak się okazało po podjeździe zapomniałem otworzyć amortyzator i sunąłem w dół na sztywnym. Po otwarciu blokady bajka. Prędkość około 50 km/h, wszyscy mkną jak na urwanie głowy. Nagle jeden z zawodników wywraca się a ja ładuję prosto w jego przednie k
oło, przelatuję przez kierownicę i spadam na głowę szlifując po kamiennym gruzie. W głowię myśl "No to koniec przygody", ocknąwszy się ściągam rower z trasy i sam zwlekam się na pobocze. Nad głową słyszę głos kobiety która pyta czy ma dzwonić po pomoc, zagryzając zęby odpowiadam: "jadę dalej". Kolega przez którego uczyłem się latać z rozciętą nogą zakończył zabawę, ja po małych oględzinach wsiadłem na rower i zjechałem pomału w dół. Poobdzierany i obity jeszcze nie czułem bólu tak więc jechałem jak by nigdy nic czując czasem niemiłe pieczenie. Udało mi się wyprzedzić jeszcze parę osób i dojechać do mety gdzie czekał już Łukasz.

Niedziela

    Niestety w nocy obita noga nie dała mi zbytnio się wyspać, tak więc miałem przyjemność o 4.30 podziwiać wschód słońca nad Karpaczem. Miałem obawy co do próby podjazdu na Śnieżkę ale nie było odwrotu- na linii startu trzeba stanąć i spróbować. Po śniadaniu zjechaliśmy w dół na stadion, już po drodze dało się wyczuć zbawienne działanie bangaja którym posmarowałem zbolałe kolano. Na miejscu zapisy oraz zdanie rzeczy które miały pojechać na szczyt i w towarzystwie chłopaków z Rowerowej Brzozy czekaliśmy na start. Kilka drogocennych rad Piotra Stalmierskiego który zaopiekował się nami jako świeżakami, mała rozgrzewka i ustawianie się na linii startu.  

    Start! Ruszyli, na początek ze stadionu na główną ulicę gdzie zaplanowany był start ostry. Już tu dało się wyczuć zawziętość zawodników którzy za wszelką cenę pchali się do przodu. Przywitanie przez oficjeli Karpacza i komenda: "start!" Szybkie powodzenia wymienione z Łukaszem który stał gdzieś prze de mną, zapiąłem buty w pedały i jazda do góry, założenie aby wjechać na samą górę bez konieczności wypięcia. Na początku trzeba było się pilnować by nie dać się ponieść adrenalinie i jechać swoje. Równym stałym tempem udało mi się pokonać pierwsze cztery kilometry do świątyni Wang. Na zjeździe z asfaltu dało się już zauważyć odpadających zawodników którzy chwilę wcześniej z zabójczym tempem mnie wyprzedzali. "Wolno bo wolno ale jechać!"- i tego planu się trzymaj. Na piątym kilometrze pierwszy kryzys, w miejscu gdzie w piątek zszedłem jakoś poszło. Drapałem dalej ku górze i nawet udawało mi się wyprzedzać. Krótko przed Strzechą Akademicką kolejny kryzys, ból w plecach nie dawał spokoju. Miałem chęć wyrzucić rower i usiąść na kamieniu przy drodze jak turyści których mijałem. Zaciskając zęby powtarzałem w głowie: "Dorianku dla Ciebie". Stanąłem na pedałach by rozciągnąć bolące mięśnie i z powrotem na siodełko by cisnąć na pedały. Tak udało się pokonać około 10 kilometrów które już znałem. Tuż nad schroniskiem zaczął wiać silny wiatr który niestety nie pomagał. Cały czas równym tempem skrobałem metr po metrze ku górze. W pewnym momencie trasa się wypłaszczyła i można było podnieść się na chwile znad kierownicy aby rozprostować obolałe mięśnie. Wtem za sobą słyszę dźwięk silnika- był to ratownik GOPR jadący na quadzie. Wrzuciłem na blat i jazda za nim, droga zaczęła schodzić w dół, prędkość 60 km/h i wyprzedzam GOPR-owca i chwilę później znów do góry. Wiatr coraz silniejszy zdaje się chcieć mnie zdmuchnąć w przepaść. Słyszę odgłosy dobiegające ze szczytu, spojrzenie na licznik i wiem że zostało mi jakieś 600 m do końca. Nagle przybyło sił w nogach i oddech stał się wyraźniejszy. Piotr mówił: "Uważaj na samej górze, bierz zakręty po zewnętrznej". Tak też zrobiłem, na samym szczycie gęste chmury wiatr przewalał przez szczyt kostka nagle zrobiła się mokra i strasznie ślizga. Mimo iż byłem blisko, dopiero 30 m od mety widziałem że to koniec. Ostatni zakręt na moje szczęście parę osób przycięło i tym samym wjeżdżając pod większym nachyleniem straciło przyczepność i musiało skończyć na nogach. Ja ze słowami na ustach "Byle do końca", prawie krzycząc z bólu obitego kolana przekroczyłem linię mety. Takiej euforii jeszcze nigdy nie czułem, to jedna z tych chwil dla których się żyje. Przez dłuższą chwilę nie mogłem opanować radości. Gdzieś w tłumie ludzi napotkałem Piotra który powiedział abym szybko się przebrał. Na szczycie wiał silny wiatr a temperatura osiągała 12,5 stopnia. Odbierając nasz worek z ciuchami wiedziałem że Łukasz cało dojechał do mety. Szybko się przebrałem. Spoglądam na zegar i kolejna radość, udało mi się pokonać czas 1h 30m! Spotkałem Łukasza, który przyjechał jako 17-ty (pokonał trasę w czasie 1:04:31). Ciepła herbata i oczekiwanie na resztę znajomych. Kilka minut po mnie wjechała Małgosia która z nami przyjechała do Karpacza, niezmiernie szczęśliwa gdyż także pierwszy raz zmagała się z górami. Ciepła herbatka, bułeczka i dość długie oczekiwanie aż wszyscy wjadą na górę aby wspólnie w grupie móc zjechać dół.

W imprezie udział wzięło 360 zawodników. W końcowym rozrachunku zająłem 117. miejsce w klasyfikacji Open i 40. w kategorii M2. Łukasz odpowiednio: 17. i 8. w M2 (tym samym wywalczył miejsce na dużym pudle gdyż klasyfikowane było pierwsze dziesięć miejsc w danej kategorii).

O ile będzie taka możliwość za rok powtórzymy ten weekend- mamy co łamać :)


Mam nadzieję że ktoś jeszcze z grupy do nas dołączy i będzie miał okazję poczuć to samo co my w ten niesamowity weekend.



Skrót wyników "Bike Maraton 2011: Świeradów-Zdrój":

  dystans
 wiek
 m-ce w kat.
 m-ce w open* czas
Łukasz 31 km
 M2 11 / 71
  24 / 384
 1:16:15
Władek 31 km
 M2 45 / 71
 155 / 384
 1:37:26

Skrót wyników "Diallo Śnieżka Uphill Race 2011":

  dystans
 wiek
 m-ce w kat.
 m-ce w open* 4 km
8,5 km
 11 km
 czas
Łukasz 14 km
 M2  8 / 87
  17 / 336
00:14:54 / 29
 00:39:17 / 18
 00:53:24 / 19
 1:04:31
Władek 14 km
 M2 40 / 87
 117 / 336
00:19:27 / 149
 00:51:17 / 120
 01:09:44 / 123
 1:37:26

*M+K


Fotorelacje (znalezione w sieci) "Bike Maraton 2011: Świeradów-Zdrój":


Fotorelacje (znalezione w sieci) "Diallo Śnieżka Uphill Race 2011":

Filmiki "Diallo Śnieżka Uphill Race 2011":
RowerowaBrzoza.pl:

Portal karpacz.pl:

Więcej na stronach organizatora:

Władza