27 czerwca w Sopocie odbyła się kolejna edycja maratonu z cyklu Skandia. Na starcie pojawiła się rekordowa liczba uczestników (szacuje się, że ok. 1300 – 1500 osób!). Trasa wyścigu prowadziła przez tereny Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego i obejmowała 4 warianty: Rodzinny (7 km), Mini (30 km), Medio (45 km) i Grand Fondo (87 km) Z więcborskiej ekipy wystartowały 3 osoby: Łukasz (w barwach Intel Technology Poland), Władek i ja. Jako, że to był mój pierwszy start postanowiłam napisać krótką relację z tej imprezy, jednocześnie chciałabym podzielić się z wami swoimi wrażeniami i odczuciami. Miłej lektury! O 10:30 ustawiliśmy się na starcie. Ponieważ chłopaki startowali na innym dystansie, byliśmy w różnych sektorach. Wkoło mnie pełno ludzi, którzy rozmawiali o poprzednich edycjach, o osiągnięciach i kolejnych zawodach. Jako, że to były moje pierwsze w życiu zawody jednym słowem byłam przerażona! Co ja tu robię!? No ale nic, przyjechałam to wystartuje, co mi tam! Krótko po 11:00 miał miejsce start. Na początku oczywiście nikt nie szarżował, żeby uniknąć karambolu. Po kilkuset metrach pierwsza poważna górka. Dżizas! Wjechać się nie dało, trzeba było podprowadzić rower. Tylko najlepsi zdecydowali się wjechać na sam szczyt, co pozwoliło rozrzedzić startujących. Za górką czekały na nas zjazdy i podjazdy, zjazdy i podjazdy i tak do mety. Przy ok. 10 km przeklinałam w duchu chłopaków, którzy namówili mnie na start. Byłam wykończona i nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nawet pod małe górki nie mogłam podjechać. Myślę sobie: nie dam rady, chyba rezygnuje. Ale po chwili stwierdziłam, że to i tak bez sensu, bo co ja zrobię w środku lasu? I tak muszę dojechać do mety, więc jechałam dalej swoim spokojnym tempem. Prawie przez całą trasę towarzyszył mi Pan Stanisław – 63letni kolarz z teamu Skandia. Postanowiłam się go trzymać, bo tempo mieliśmy podobne, a wiadomo, że razem zawsze raźniej. W miarę jak na liczniku było coraz więcej kilometrów, a coraz mniej do mety, siły rosły. Nie interesowało mnie to, że jestem przy końcu stawki, ale to żeby ukończyć wyścig. To był mój cel, który udało się osiągnąć. Byłam mega szczęśliwa, kiedy razem z Panem Stanisławem wjechaliśmy na metę! Jak się okazało chłopaki już tam byli. Obaj mieli trochę pecha: Łukasza od połowy dystansu nękały poważne defekty napędu, Władek zaś nieco zmylił trasę, nadkładając kilometrów. Na szczęście, cali i zdrowi dotarli do mety. Suma sumarum, przy obsadzie ponad 300 zawodników na dystansie medio, Łukasz ukończył wyścig na 93 miejscu (2:04:49), a Władek na 240 (2:34:29). Ja na miejscu 393 (2:33:40) ukończyłam dystans Mini :) Reasumując, zawody były naprawdę udane. Chciałabym podziękować Łukaszowi i Władkowi za przekonanie mnie do wzięcia udziału w Skandii i sprawdzenie roweru (to było moje pierwsze wyjście na rower w tym roku), Panu Stanisławowi za motywację na trasie i mojemu Robertowi za wsparcie i cierpliwe czekanie na mecie. Mam nadzieję, że nie będzie to mój ostatni start, muszę tylko poczekać aż tyłek przestanie boleć :) Mam również nadzieję, że następnym razem więcej osób zechce reprezentować Flying Bikers. |