Pochodzę z tzw "dobrej"
rodziny, nigdy mi niczego nie brakowało, mam dwoje rodziców, którzy
mają udany związek, są wykształceni i chcieli żebym ja też był. Zawsze
miałem zapewnione wszystkie materialne rzeczy, wyjeżdżałem na wakacje.
Pierwszy kontakt z narkotykami był u mnie w wieku 15 lat i była to
oczywiście marihuana. Z ciekawości, z chęci zaimponowania innym, że
jestem taki fajny i w ogóle, że odrzucam społeczeństwo i jego zasady.
Potem poszło szybko: amfetamina, kokaina, lsd, piguły aż trafiłem na
heroinę. Rodzice pomogli mi z tego wyjść ale wtedy byłem już tak
psychicznie poraniony, że nie potrafiłem żyć normalnie. Przez wiele lat
paliłem tony marihuany popijałem ją piwem i wydawało się, że wszystko
jest ok. Przecież żyłem "normalnie", pracowałem, miałem dziewczynę,
tylko co z tego kiedy byłem strzępkiem nerwów darłem na wszystkich
mordę, stałem się odludkiem, dziwakiem, zawaliłem dwa razy studia, za
które płacili rodzice. Wszystko zwalałem na innych, a nie na swój nałóg. Pracowałem ale nigdy nie miałem pieniędzy. Miałem kobietę ale nic mnie nie obchodziły jej potrzeby, potrafiłem tylko drzeć na nią mordę, aż mnie zostawiła. Wtedy przez moment przejrzałem na oczy, ale tylko przez moment, bo potem poczułem się "wolny" co skłoniło mnie do ponownego sięgnięcia po heroinę. Wydawało mi się, że wszystko ogarniam i kontroluję. Skończyło się na tym, że mam prawie 30 lat, zmarnowałem wszystkie szanse i możliwości jakie dało mi życie, jestem pełen fobii o wewnętrznych blokad, nie mam przyjaciół, nie potrafię znaleźć sobie kobiety, bo właściwie nie mam żadnej nic do powiedzenia ani do zaoferowania. Na sam koniec kariery dorobiłem się jeszcze wirusa hcv. Mam pełno długów, będę pracował jeszcze 2 lata co najmniej zanim to pospłacam. Wszystko zaczęło się od tego, że chciałem być fajnym kolesiem . No i jestem. Cały świat szedł do przodu a ja stałem w miejscu jestem 18-latkiem w skórze 30-latka, jedyny przejaw mojej dorosłości to posiadanie dowodu osobistego. NIENAWIDZĘ NARKOTYKÓW a najbardziej marihuany bo jest najbardziej zdradliwa, to niby tylko "trawka", "zioło", a tak naprawdę wyżera mózg po cichu, a człowiekowi się wydaje, że jest zdrowy. Tworzyłem sobie w głowie własne światy, w których byłem kim innym zamiast wziąć się za bary z rzeczywistością. Teraz zostało mi jeszcze parę ładnych lat życia, które chciałbym przeżyć na trzeźwo, a najbardziej brakuje mi kobiety i przyjaciół, których potraciłem po drodze. Pogody ducha. Krzysiek |




