Horror ćpania
Ja, ćpun...Ja, ćpun, zabiłem człowiekaJerzy Mielniczuk Czarek ma dziś trzydzieści dwa lata. Dopiero od niedawna wie, że żyje. Kiedyś, w bardzo młodym wieku, popełnił błąd. - Praca nad filmem zajęła nam dziesięć miesięcy - mówi Tomek Tymański (z prawej). Obok główny bohater i odtwórca głównej roli Cezary Rogowski. (Fot. Jerzy Mielniczuk) - Jestem mordercą - wyznaje dziś. - Ja wtedy zabiłem w sobie człowieka. Życie bez wartościZaczął kraść, stał się odludkiem. Może by i czasami z kimś posiedział, ale sam się kiedyś wyrwał z towarzystwa. Bo co to za przyjemność dla innych - przebywać z bełkocącym po swojemu ćpunem, który od czasu do czasu spał we własnych wymiocinach i moczu. Datur - to nazwa (z esperanta) popularnego w naszych ogrodach bielunia. Jego kwiaty mają narkotyczne właściwości. Pierwsza abstynencjaA jednak młody stalowowolanin zawsze chciał wrócić do życia. Najbardziej wtedy, gdy był od niego już bardzo daleko. Przypadki śmiertelnych pobić bezdomnych czy narkomanów nie są u nas czymś wyjątkowym. Czarek był ćpunem, czyli chwastem, a chwasta trzeba wyrwać. Tak zamierzyła grupka podpitych chłopaków, która go dopadła. Był bezbronny, bo znów miał sine usta po mocnej dawce rozpuszczalnika. Jak roślina wił się pod ich kopniakami. Wybite zęby, połamane żebra, zmasakrowana głowa... Sam doczołgał się do pogotowia. Budda nie pomógłCezary postanowił zwrócić się o pomoc do Boga. Zaczął dużo czytać, stał się gorliwym katolikiem. Bóg go zostawił na ZiemiNa cud Czarek musiał jeszcze trochę poczekać. Kiedyś, na skraju wyczerpania, zszedł do piwnicy - z postanowieniem, że ... już z niej nie wyjdzie. Dzień albo dwa siedział tam z workiem, chłonął opary rozpuszczalnika i rozmawiał z Bogiem. To był w zasadzie monolog, bo Bóg tylko ćpuna słuchał. Niech to będzie przestrogąHistorię jego upadku i cudownego wręcz powstania znał kilka lat młodszy Tomek Tymański. Łączy ich nie tylko fakt zameldowania w Stalowej Woli. Przed kamerąCzarek znów wszedł w mroczny świat narkotyków. Tym jednak razem już tylko grał. Tomek stanął "za kamerą”. Za kamerę robił zwykły kompaktowy aparat cyfrowy. Taką "głupawką” czasami trudno jedno zdjęcie zrobić, a oni nakręcili przeszło godzinny film. Kręcenie scen nie było tak czasochłonne, jak ich montowanie, podkładanie dźwięku. Wszystko robili na domowym "pececie”. Tamto jest przeszłościąNie czekając na reakcję MEN, w poniedziałek, w największym stalowowolskim kinie odbyła się prapremiera. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Ostatni raz komplet widzów w tym kinie był chyba na "Ogniem i mieczem”. Po godzinnej projekcji rozległy się oklaski. Potem młodzi ludzie podchodzili do Czarka i klepali po ramieniu. ZresetowanyCezary jest wolontariuszem, pomaga innym powracać do życia. Zaczął żyć na własne konto, zarabiać na jedzenie. Zaczął nawet studia, ale nie dotrwał końca pierwszego semestru. Liryczno-prozatorskie słowa o DaturMMM: Czy możecie powiedzieć kilka słów o sobie: kim jesteście, czym zajmujecie się na co dzień i kiedy powstał pomysł na nakręcenie filmu? TT: Nazywam się Tomek Tymański. Mam dwie nogi, którymi od 21 lat wydeptuje stalowowolskie ulice. Mam dwie ręce, które wyciągam do wszystkich, którzy ich nie odrzucają. Mam dwoje uszu, nadsłuchujących, co w trawie piszczy. Mam parę oczu wpatrzonych w harmonie nieba, lecz jednocześnie ich uwadze nie umyka chaos i fałsz tego, co jest pod nim. Mam usta, które dawniej, w akcie buntu, ciskały gromy ze scen w takt punkowej muzyki, a dziś, mimo upływu lat, ten bunt wcale nie stracił na sile, lecz wzrósł jeszcze bardziej, i tylko zmienił się jego obiekt. Mam czoło, które marszczy się nieustannie. Mam włosy, które szybko posiwieją, jeśli moje nogi nie zboczą z drogi, którą obrały. Mam mózg, który bezustannie toczy bój z sercem, raz wygrywając, a innym razem odchodząc z niczym. Mam krew, której co dwa miesiące tracę 450 ml, a na co dzień gotuje się ona we mnie. Nie noszę zegarka, ponieważ na żadnym nie znalazłem wskazówek jak żyć. Mam rodzinę, która mimo tego że daleka geograficznie, to jednak bliska memu sercu. Nie mam psa, ani kota, ale moli mam od groma. Gdy nie patrzę, zjadają moje stare i niemodne ciuchy (za toje najbardziej cenię - nie idą ślepo za modą). Obawiam się, że po tym „lirycznym” wstępie fani prozy dadzą sobie spokoju z czytaniem dalszej części wywiadu. Obiecuję więc, że od tej chwili będę mówił tylko po polsku. A powracając do pytania: film powstał na przełomie sierpnia 2007 i czerwca 2008. Zdjęcia trwały dwa miesiące (sierpień/wrzesień), a sam montaż 6 miesięcy. W międzyczasie mieliśmy krótką przerwę, spowodowaną problemami w zdobyciu odpowiedniego oprogramowania, który był konieczny w trakcie montowania poszczególnych scen. Jednak pomimo lawiny najróżniejszych trudności, Datur został „poczęty” i jako jeden z jego rodziców, mogę się poszczycić, że ma się bardzo dobrze. MMM: Dlaczego, Czarku, zacząłeś brać narkotyki i dzięki czemu przestałeś? CR: Cezary Rogowski, mam 32 lata i wile różnych doświadczeń życiowych. W ubiegłym roku napisałem książkę „Pokonać Goliata” (dostępną na portalu www.czasdecyzji.pl) Do niedawna zajmowałem się pracą na rzecz organizacji pożytku publicznego w okolicach Płocka. Teraz poświęcam się promocji filmu:). Mój „pierwszy raz” z narkotykami przypominał nieco romans. Większość ludzi, którzy zdradzają swych partnerów, robi to, ponieważ związek w którym są obecnie przestał być dla nich atrakcyjny. Zawiedzeni i rozczarowani - „skaczą na inny kwiatek”, myśląc, że „nowy model” okaże się strzałem w dziesiątkę. Często jednak bywa i tak, że „nowy model” zajmuje miejsce swego poprzednika, i tak jak on zostaje wymieniony na „nowszy model”. Narkotyki były moim „nowym modelem”. Zawiodłem się na „starym”, a może to „stary model” zawiódł się na mnie...? Już sam nie pamiętam. Drugim czynnikiem, który skłonił mnie w stronę ćpania był niewłaściwy czas, miejsce i okoliczności, w których się wychowałem. Wielki „przewrót”, jaki miał miejsce w naszym kraju po roku 89' roku i jego bezpośrednie konsekwencje, były gruntem, na którym wykiełkował mój nałóg. Te niepewne czasy, i trudna sytuacja materialna, doprowadziły nie jednego do straty orientacji między tym co dobre, a co złe. Stres i niepewność jutra jednych motywuje do wytężonego działania, a drugich doprowadza do załamania i ucieczki w alternatywny świat pełen błogości i iluzji. Ja wybrałem tę drugą drogę. Swoją rolę, w mojej drodze na samo dno, odegrała również ówczesna kultura. Lata 80. i 90. to przecież okres największego rozkwitu muzyki punkowej w Polsce. A nikomu nie trzeba tłumaczyć, że punk i styl życia z nim związany, miał niewiele wspólnego ze wstrzemięźliwością i abstynencją. Dziś punk nie jest już taką potęgą jak przed laty, pałeczkę po nim przejął rap i kultura hip-hopowa. Czarna muzyka z USA wyparła Dezertera i Włochatego, jednak jej stosunek do używek jest, moim zdaniem, jeszcze bardziej pobłażliwy, żeby nie powiedzieć - zachęcający. Na większości teledysków rapowych składów widzimy palące się skręty, nie wspominając nawet o samych tekstach utworów, w których narkotyki są gloryfikowane, a ich przeciwnicy wyśmiewani i mieszani z błotem. Wolność słowa, która pokonała cenzurę, okazała się być mieczem obosiecznym, który czyni wiele dobra i nie mniej zła. Mógłbym jeszcze wymienić wiele innych czynników, które sprawiły że zacząłem „brać”, jednak dalsze ich wyliczanie jest pozbawione sensu, ponieważ przypomina spór dotyczący tego, który z piłkarzy odpowiedzialny jest za zwycięstwo swojej drużyny. Jedyną właściwą odpowiedzią jest ta, że każdy członek drużyny, który grał w meczu, miał swój większy lub mniejszy udział w jego końcowym wyniku. Być może decydującą bramkę strzelił zawodnik X, ale bez wsparcia ze strony zawodnika Y, nawet by nie dostał piłki, a co dopiero zdobył gola. Tak też jest z narkomanią. Wiele czynników może nawarstwiać się przez całe lata, a kiedy napięcie osiągnie stan krytyczny, byle błahostka (pała z matmy, zawód miłosny, niewielki stres, czy chwilowy brak czasu ze strony bliskiej osoby w momencie, gdy potrzeba rozmowy jest bardzo wielka) potrafi, niczym iskra wywołać ogromny pożar, którego skutki ciągnąc się mogą prze całe lata. MMM: W filmie prowadzisz widza dokładnie tymi samymi ścieżkami, którymi chodziłeś kilka lat temu. Co czułeś, kiedy musiałeś zagrać w filmie kogoś, kim już nie jesteś i chyba nie chciałbyś być? CR: Jakiś znany reżyser powiedział kiedyś, że dobry aktor gra, a kiepski musi się wczuwać w rolę przez siebie odgrywaną. Nie jestem aktorem, a tym bardziej dobrym aktorem. Dlatego też, żeby odtworzyć przed „kamerą” sceny z mojego starego życia, musiałem się mocno wczuć, aby efekt był taki, jaki możemy zobaczyć w filmie. Chyba każdy aktor lubi się wcielać w rolę amanta bądź bohatera, który ratuje życie pięknej kobiecie, w zamian otrzymując deszcz pocałunków. Lecz rzadko który przyjmuje z uśmiechem na ustach ofertę zagrania kogoś z tzw. marginesu społecznego, np. złodzieja, oszusta, czy osoby uzależnionej od alkoholu lub/i narkotyków. Mi właśnie przypadła w udziale taka rola do odegrania. Nie miałem innego wyboru, życie napisało taki scenariusz. Wcielając się w samego siebie sprzed lat, uświadomiłem sobie, jak diametralnie się zmieniłem. Trudno mi to opisać, ale w niewielkim stopniu można ten stan porównać z uczuciem, które towarzyszy nam, gdy oglądamy nasze stare zdjęcia. Z dnia na dzień nie zauważamy w swoim wyglądzie znaczących zmian, jednak gdy porównamy go ze zdjęciami np. z dzieciństwa, to dopiero wówczas uświadamiamy sobie ogrom zmian, którym ulegliśmy. Kręcąc zdjęcia do Datura, nie musiałem oglądać swoich starych zdjęć, lecz zdołałem przyjrzeć się bardzo blisko mojemu portretowi psychologicznemu. Nie był to miły widok. Napawał mnie on odrazą i politowaniem do samego siebie z przeszłości. To niesamowite, że człowiek może spaść aż tak nisko, lecz bardziej nieprawdopodobne jest to, że wbrew „grawitacji” może się w pewnym momencie „odbić” i zrobić krok, który choć niewielki dla ludzkości, to jednak ogromny dla człowieka. MMM: Czy scenariusz do Datur pisaliście sami, czy też może ktoś w niego ingerował? TT: Scenariusz filmu jest tak dramatyczny i zaskakujący, że dla większości osób, które nie miały bezpośredniego kontaktu z narkotykami, wydaje się być zmyślony lub co najmniej - mocno przerysowany. Jednak prawda jest taka, że dla Czarka, i wielu setek tysięcy innych ludzi w Polsce i na całym świecie, historia przedstawiona w Daturze nie jest zmyśloną historyjką, mającą moralizatorskie przesłanie, lecz rzeczywistością tak realną, jak powietrze, którym oddychamy. Scenariusz jest streszczeniem życia bohatera filmu, rozgrywającego się na przestrzeni od dwóch do czterech lat (ten brak precyzji wynika z faktu, że Czarek sam nie pamięta, ile tak naprawdę „brał”. Narkotyki uszkodziły jego „ośrodek pamięci”). To, że scenariusz przedstawia życiorys realnej osoby, a ponadto ta osoba zagrała w filmie samą siebie, jest moim zdaniem, największym atutem tej produkcji. Widz ogląda, jak gdyby przez dziurkę od klucza, życie narkomana, sam wyciąga wnioski i obiera własne stanowisko wobec zagadnienia narkomani i narkotyków. MMM: Do kogo przede wszystkim chcielibyście trafić swoim filmem? CR, TT: Bezpośrednimi odbiorcami Datura są wszyscy ludzie i kropka. Nie dodaje żadnego dodatkowego przymiotnika określającego adresata filmu, ponieważ, jak można to usłyszeć w jednej ze scen: „Dziś jednak pojęcie grupy ryzyka straciło znaczenie, ponieważ dziś ćpają wszyscy. Młodzi, starzy, dziewczyny, chłopaki, wykształceni, nieuki, biali, czarni, czerwoni, zieloni. Wszyscy! Dziś ćpun to nie tylko dreszcz żebrzący na działkę na peronie PKP, lecz także koleś, który leczy ci zęby, broni cię w sądzie, uczy w szkole, uśmiecha się beztrosko z ekranu telewizora”. Datur mimo tego, że porusza bardzo nie atrakcyjny i niewygodny temat, ma jednocześnie ponadczasowe przesłanie dla wszystkich ludzi. Narkotyki są tylko nośnikiem mającym za zadanie przekazać odbiory o wiele bardziej uniwersalne prawdy. Tym przesłaniem jest apel w myśl którego, nie ma problemu, który byłby nie do pokonania. Każdą przeszkodę można przezwyciężyć, a każdy ciężar udźwignąć, jeśli znajdzie się odpowiednio wielkie źródło energii. Film tak naprawdę opowiada o tym niewyczerpalnym potencjale, do którego każdy ma dostęp, bez względu na to, kim jest, co przeszedł w życiu i jak nisko upadł. Starałem się tego za wszelką cenę uniknąć, ale rzeczywiście istnieje konkretna grupa osób, do której staraliśmy się dotrzeć, tworząc film. Grupę tę cechuje szczerość i chęć pokonania swoich słabości, z którymi nie dają sobie już sami rady. MMM: Czy problem narkomanii jest według Was dużym problemem w Stalowej Woli? Jacy ludzie sięgają do narkotyków? CR, TT: To pytanie przywołało mi w pamięci tytułu piosenki jednej z łódzkich kapeli, a mianowicie chodzi o kawałek „100 000 jednakowych miast”. Stalowa Wola nie jest białym krukiem. Niczym się nie różni od innych miast w naszym kraju czy w Europie. W Stalowej identycznie, jak w Berlinie, na każdej imprezie rave, amfetamina jest nieodłącznym elementem dobrej zabawy. W Stalowej tak, jak w Amsterdamie marihuana jest niezawodnym panaceum na stres i monotonię szarego dnia. W Stalowej, jak i w Moskwie kleje i rozpuszczalniki są nadal popularne wśród najmłodszych, a to ze względu na łatwość ich zdobycia, jak również niską cenę. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo związane z bagatelizowaniem problemu narkomani, a wywołuje je stereotyp, który zamyka zjawisko narkomani w sztywne ramy społeczne, uwarunkowania genetyczne, bądź klasyfikuje narkomana jako członka konkretnej subkultury. Narkomania to zaraza, która nie wybrzydza w doborze swych ofiar, a same narkotyki niczym wirusy z taką samą łatwością infekują wszystkich ludzi, którzy nierozważnie wystawili się na ich zgubny wpływ. Świat jest pełen różnych kultur i nacji, jednak narkotyki jednoczą nas wszystkich skutecznej niż nie jedna unia. MMM: Na realizację filmu poświęciliście niecały rok. Co teraz jest Waszym priorytetem na przyszłość? Nadal będziecie działać na rzecz uświadamiania młodych ludzi w kwestii narkomanii? TT: Moje i Czarka priorytety są niezmienne od lat, przybierają różne formy, lecz posiadają wspólny mianownik, a jest nim bezinteresowna służba na rzecz dobra bliźnich. Nie trzeba zrobić filmu, otworzyć ośrodka Monar, czy zostać terapeutą, żeby móc pomagać innym. Każdy ma potencjał! Dlatego wielkim marnotrawstwem jest siedzieć z założonymi rękami, gdy np. twój kolega z podwórka właśnie założył sobie w domu plantacje konopi. Nie zrzucajmy odpowiedzialności na instytucje i urzędy, lecz sami, we własnym zakresie, czyńmy, co w naszej mocy. Jeden poświęcony sprawie człowiek osiągnie więcej niż tysiąc zainteresowanych, lecz niezaangażowanych. Musimy nauczyć się empatii i odpowiedzialności w podejmowaniu własnych decyzji, jak również w stosunku do otaczających nas ludzi. Uważam, że jest to najskuteczniejsze lekarstwo w walce z zarazą narkomani. MMM: Dziękuję za rozmowę. Katarzyna Adamska Twój komentarz - forum tego tematu |




Brudny, zaćpany, we własnych wymiocinach. Bez jedzenia i picia przez parę dni. A w głowie tylko jedna myśl. Jak tu zdobyć pieniądze na kolejne porcje narkotyku. Tak przez prawie 4 lata wyglądało życie 32-letniego Czarka Rogowskiego ze Stalowej Woli. Teraz wspólnie ze swym kolegą Tomkiem Tymańskim nakręcił film o tym, jak łatwo wpaść w narkomanię i jak trudno się z nałogu wydobyć. Pokazał własną drogę do wyzwolenia się z nałogu. Ku przestrodze innym.