Wykapki‎ > ‎

Zimowy spontan wyspowy 21-22.02.2011

Korzystając z nielicznych w lutym 2 dni wolnego, pięknej słonecznej i mroźnej pogody, postanowiłem nie spędzać kolejnego dnia w domu, przed TV czy konsolą i pomyślałem by wyskoczyć gdzieś za miasto.
Z racji łatwości dojazdu padło kolejny raz na Pogorię IV, a dodatkową zachętą była możliwość eksploracji wysp na tym zbiorniku, co latem jest mocno utrudnione, z braku jakiegokolwiek środka pływającego. 
Miałem też do przetestowania w terenie nowy gadżet - widoczną poniżej składaną piłę do drewna, którą obdarował mnie znajomy, który ma dar do wyszukiwania takich "perełek" na różnych aukcjach czy wyprzedażach..
Szybkie sprawdzenie połączeń i okazuje się, że mam tylko 1/2 godziny na przygotowanie i spakowanie niezbędnych sprzętów. Na miejsce docieram ok 15:30 i wybór na biwak pada na jedną z wysp na której jeszcze nie byłem i raczej nie byłbym gdyby nie zamarznięta tafla jeziora. Utrzymujące się od kilku dni temperatury grubo poniżej zera, oraz widoczni tu i ówdzie wędkarze podlodowi utwierdzają mnie w przekonaniu że wejście na lód jest w miarę bezpieczne.
Po kilkunastu minutach marszu i odwiedzeniu kilku mniejszych wysp docieram na drugą co do wielkości wyspę na tym zbiorniku i udaje mi się znaleźć całkiem przyjemną miejscówkę do rozbicia obozowiska. Miejsce z 2 stron osłonięte wałem ziemnym i drzewami, jakieś resztki betonowej konstrukcji psują nieco wizerunek miejscówki, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i jedną z tych konstrukcji wykorzystuję jako ekran do ogniska, dzięki czemu "odzyskam" nieco ciepła z ognia. Na początku zaopatruję się w drewno, ponieważ niebawem się ściemni, a szukanie drewna po ciemku nie należy do moich ulubionych zajęć. Wspomniana wyżej piłka wydatnie pomagała mi w gromadzeniu opału. Jakąś godzinkę później miałem już zebraną, pociętą i porąbaną spora ilość opału, która powinna mi wystarczyć na posiedzenie do późnego wieczora i nieco na rano. Czas nadszedł by jeszcze zanim całkiem się ściemni rozbić (jak się okaże po raz ostatni) ponchonamiot.
     
Tymczasem na termometrze temperatura spada do -12 stopni, więc trochę ruchu się przyda. Po kilku minutach i walce z wbijaniem śledzi w zmarzniętą na kość ziemię, ponchonamiot staje i można już rozwinąć śpiwór i schować ekwipunek, który już został w znacznej mierze przyprószony śniegiem.
Po zorganizowaniu sobie zaplecza logistycznego można wreszcie usiąść i zająć się rozpaleniem ognia by zagrzać zgrabiałe dłonie. Rozpalanie nie poszło jakość szczególnie ponieważ drewno było trochę wilgotne, ale za drugim podejściem udaje się, dzięki smolnym szczapkom ze spróchniałego nieco podkładu kolejowego. Potem to już tylko same przyjemności z takiego bytowania, czyli trzaskający ogień, gorąca herbata w termosie i tarninówka w butelce :) Pogoda dopisuje, jest mroźno, bez nadmiernego opadu. Spomiędzy krzaków widzę schodzących z lodu wędkarzy, zapada zmrok. Na ogień wędruje jakaś kiełba pociągam łyk tarninówki i można wreszcie w spokoju "naładować akumulatory". Zerkam na termometr - temperatura spada do prawie -15 stopni. Wszystko co jest dalej od ognia pokrywa się szronem. Bardzo lubię takie klimaty. 
Wieczór upływa na rozmyślaniach, gapieniu się w ogień, przerywanym co jakiś czas łyczkiem z "czarnej butelki". Trzeba uważać w takich sytuacjach z alkoholem bo można się załatwić na amen. Ja w takich przypadkach staram się nie przekraczać dawki "leczniczej", a bez ognia nie odważyłbym się na taki krok.
Do śpiwora włażę przed 22:00. Zastanawia mnie jak się będzie spało na nowym nabytku, którego jeszcze od grudnia nie przetestowałem, czyli macie Therm'A'Rest Z-Lite. Mata ma konstrukcję podobną do wytłoczek z jajek i składa się w dość zgrabny sześcian o wymiarach 53x13x14 cm. Nie wiązałem z tą matą jakiś szczególnych nadziei, ale jak się rano okazało, niesłusznie, ponieważ mata sprawiła się nad wyraz dobrze i o ile komfortu jakiegoś szczególnie nie zapewnia, to termikę ma bardzo przyzwoitą i w śpiworze z 800g puchu 850 CUI spało się bardzo komfortowo pod tym względem. Rankiem po sprawdzeniu temperatur minimalnych w nocy okazało się, że temperatura na zewnątrz spadła do blisko -18 stopni.
Pod płachtą 3 stopnie więcej, ale przyznam się, że chyba ten termometr zaczął fiksować ponieważ gdy leżał na zewnątrz także wskazywał różnicę w temperaturach a nie powinno tak być. Zaobserwuję to następnym razem. Tak czy inaczej mata się spisała zaskakująco dobrze, noc spędziłem w cieple.



No ale dobre się skończyło i trzeba było wreszcie wyjść ze śpiwora. Te momenty nie należą do moich ulubionych, ale co zrobić - trzeba się sprężyć. Szybko zakładam zimne ciuchy, biorę łyk herbaty z termosa i czas rozniecić ogień. Po chwili trzaska sobie radośnie ognisko i od razu robi się przyjemniej. Zagrzewam się by wziąć się za czynności obozowe.
Trwa to dłuższą chwilę, bo niezbyt przyjemnie odchodzi się od ognia gdy wkoło temperatura oscyluje w okolicach -15 stopni, ale w końcu trzeba się przełamać i idę dociąć drewna. Po porannej kiełbasce kilku łykach herbaty i dopiciu resztki tarninówki zabieram się za zwijanie obozowiska. Problem stanowi wyjęcie śledzi z ziemi, gdyż przymarzły solidnie. Trzeba będzie w przyszłości zawiązać przy nich pętelki, które zimą usprawnią wyjmowanie ich z podłoża. 


Po zwinięciu betów i spakowaniu plecaka miałem jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu więc posiedziałem z godzinkę przy ogniu, obserwując zmierzających na łowiska wędkarzy. Potem czas ruszać w drogę, ale korzystając ze znakomitej pogody postanowiłem jeszcze pozwiedzać pozostałe wyspy i wysepki, zwłaszcza że pogoda dopisywała. W sumie pobłąkałem się po lodzie jeszcze z 1,5 godziny i wreszcie  miałem okazję odwiedzić wszystkie wyspy na Pogorii IV. Może uda się kiedyś latem podpłynąć na jedną z nich by zorganizować podobny biwaczek.
Zatem kolejny wypad za miasto mogę uznać za zakończony i zapiszę go z pewnością do udanych, bo i pogoda i temperatura, oraz miejscówka dopisały. Oby wszystkie biwaki tak się udawały.

Resztę zdjęć z tego wypadu można obejrzeć pod adresem: https://picasaweb.google.com/doczu30/WyspowySpontan2122022011