Witam po dłuższej przerwie. Nadrabiam zaległości wpisowe :) Jeszcze zeszłego roku wygospodarowałem chwilkę by wyskoczyć do lasu. Szybki wpis na zaprzyjaźnionym forum i udało się namówić kolegę Wolfshadow'a na towarzystwo. Tym bardziej nie było to trudne, że też nosił się wcześniej z zamiarem wyjścia w las. Mieli być także inni koledzy, ale ostatecznie nie dopisali. Wypad ten okazał się o tyle interesujący, że jako posiłek i atrakcja dnia pojawił się królik, którego Wolfshadow zakupił na targu. Tak więc ten wypad był niejako przedwczesnym powitaniem "roku królika" w Chińskim kalendarzu, a także bardziej już poważnie, sprawdzeniem przyszłorocznej (w momencie gdy piszę ten tekst już tegorocznej) miejscówki na Zlot Recona :-) Dla mnie osobiście był także okazją do sprawdzenia w terenie nowego nabytku, czyli następcy naczynia z C.O.M.B.O, a został nim kubek Tibetan Titanium 1100. Tak jest - uległem manii tytanu, ale w sumie niepotrzebnie się ekscytowałem, bo choć wprawdzie kubek jako naczynie idealnie pasuje do moich potrzeb, to w zasadzie ten wypad ujawnił wszystkie wady tytanu :( Tak niestety "przypalenie wody" w kubku z tytanu staje się faktem. Zwłaszcza w ognisku. Jest to zasługą gorszej niż aluminium przewodności cieplnej, co przy punktowym działaniu ognia powoduje odbarwienia. Od tego momentu kubas przybrał w niektórych miejscach kolory tęczy i nie daje się domyć. W sumie to tylko razi nieco poczucie estetyki, bo jako taki kubek nadal spełnia swoje zadanie. Oczywiście niezaprzeczalną zaletą jest waga kubka i jego konstrukcja z płaską pokrywką i przylegającym, składanym uchwytem. Do środka mieści się bez problemu średni kartusz oraz palnik Primus Micron Ti bez piezozapalnika, jednak w tym wypadku należy wspomóc się pokrowcem na kubek, który po zaciągnięciu, przytrzymuje pokrywkę na miejscu. Jednakże po kilku wypadach uważam że nie ma sensu przepłacać tylko za kilka gram niższą wagę względem aluminiowego odpowiednika. Gdyby ktoś się zatem wahał, to radzę się zastanowić czy gra jest warta świeczki. No chyba że ktoś ma chorobliwą alergię na aluminium, to z pewnością za dużego wyboru nie ma i pozostaje mu tylko tytan i stal nierdzewna. Wracając jednak do meritum - Z Wolfshadow'em spotykam się na Niwce i udajemy się na oględziny miejscówek, które Wolfshadow wybrał jako godne podjęcia znamienitych gości z Recona. Samochód parkujemy przy strzelnicy ASG i dalej już udajemy się pieszo. Po około 45 minutach marszu przez las, docieramy na miejsce. Spośród trzech miejscówek wybieramy na nasz biwak, tę z nr. 3. Jest dobrze osłonięta, kameralna i na kilka osób nadaje się znakomicie. Pogoda jest wyśmienita, leży świeży śnieg i sypie lekko dalej, temperatura oscyluje w okolicy lekkiego minusa. Zaczynamy od wybrania miejsca na ognisko i zbiórki opału. Po chwili Wolfshadow zabiera się za przygotowanie ogniska, ja zaś zajmuję się stawianiem swojego zadaszenia. Nocował będę sam, ponieważ Wolfshadow nie może zostać ze mną z przyczyn rodzinnych. Po chwili już stoi mój ponchonamiot.Następnie zabieramy się za ogarnięcie obozowiska, i wreszcie można spokojniej usiąść przy ogniu i zjeść coś na ciepło. Przemek częstuje mnie kiszonym czosnkiem niedźwiedzim, ja rewanżuję się batonami energetycznymi własnej produkcji, wsuwamy jakieś pieczone kiełbaski. Pomimo odczuwalnie wzrastającej temperatury otoczenia i zbliżającej się odwilży, ognisko otaczamy "ekranami cieplnymi" wykonanymi z grubszych patyków. Nigdy nie wiadomo czy w nocy mróz nie skuje otoczenia. Nieuchronnie zbliża się moment gdy Wolfshadow musi się zbierać do domu, ale obiecuje odwiedzić mnie następnego dnia rankiem, by na spokojnie zająć się przygotowaniem śniadania z podrobów króliczych, oraz by był czas na spokojne przygotowanie królika. Ja tym czasem dozbierałem jeszcze zapas drewna na noc i spędziłem ten wieczór na wpatrywaniu się w płonący ogień, rozmyślaniu i co jakiś czas pociąganiu łyka tarninówki :) Wymieniam jeszcze z Przemkiem smsy w sprawie ewentualnego dołączenia nazajutrz kolejnych kompanów, ale okazuje się, że już do nas nikt nie dołączy. Tymczasem śnieg zaczyna prószyć coraz intensywniej a temperatura rośnie. Nie wróży to nic dobrego i wychodzi na to że prognozy o odwilży się sprawdzą. W nocy przyszło mi walczyć z kapiącą na śpiwór wodą z topniejącego śniegu. Okazało się, że źle zawiązałem kaptur poncho, i tamtędy dostawała się woda skutecznie mocząca śpiwór i tym samym pozbawiająca go swoich właściwości grzewczych. Nie obyło się więc bez nocnego wychodzenia by poprawić ten stan rzeczy, niemniej jednak z dalszego spania już były nici. Mokry śpiwór nie pozwalał na to. Trzeba było zatem wziąć się za rozpalenie ognia i ogrzania się, oraz podsuszenia sprzętu. Jakby tego było mało zaczął siąpić deszcz ze śniegiem i niestety cały ten bajkowy krajobraz z czapą śniegu na drzewach zaczynał się walić i spadać mi za kołnierz. Na szczęście pod niedopalonymi drwami zostało sporo żaru więc rozpalenie ognia nie powinno nastręczać większych kłopotów. Nauczony doświadczeniem pewnego kolegi wieczorem zawszę przygotowuję sobie rozpałkę na kolejny ranek. Dzięki temu rano nie muszę się zmagać z problemami, z rozpaleniem ognia. Niestety nocny przeciek przez źle zawiązany kaptur spowodował także zamoknięcie przygotowanej podpałki, więc rozpalenie ognia zajęło mi trochę więcej czasu niż bym sobie tego życzył. No ale w końcu udało się i po chwili już wesoło trzaska ogień i gdy już zaczyna się palić na dobre jak zwykle zastanawiam się nad tym jaka to wspaniała zdobycz ten ogień. Pozwala przygotować posiłek, daje ciepło i to nie tylko ciepło w pojęciu temperatury, ale także sprawia że człowiekowi morale skacze przynajmniej o +100 %. Stawiam sobie zatem w moim nowym nabytku nieco śniegu na herbatę, a mokry śpiwór wędruje z powrotem pod poncho. Tam przynajmniej już bardziej nie zmoknie. Po pewnym czasie zjawia się Wolfshadow i po chwili zabiera się za przygotowanie królika do zajęcia miejsca na honorowym miejscu, czyli nad ogniem (a w zasadzie przy nim). Po chwili królik zostaje przymocowany do naszego zaimprowizowanego rożna i zajmuje godne siebie miejsce, a my bierzemy się za przygotowywanie śniadania mistrzów. Na ingrediencje składają się podroby królicze z cebulką. Na tę okoliczność Przemek przytargał z domu patelnię by nie bawić się w przygotowywanie posiłku w menażkach. Po kilkunastu minutach objadamy się przysmakami i tak posileni spędzamy resztę czasu na oczekiwaniu aż nasza "dziewczynka" opuści "solarium" :) Wreszcie po około 3 h nasz posiłek zaczął wyglądać bardzo smakowicie więc czym prędzej wzięliśmy się za spożywanie. Przyznam że królika nie jadłem od dzieciństwa, ale bardzo zacnie smakował no i na 2 osoby to uczta do syta. Tak oto "ochrzciliśmy" z Wolfshadow'em zlotową miejscówkę nr.3 Z tego miejsca dziękuję Przemkowi za towarzystwo i logistykę. Więcej zdjęć z tego wypadu znajduje się tutaj: https://picasaweb.google.com/doczu30/ZimowyWypadWLas1112122010 |
Nocował będę sam, ponieważ Wolfshadow nie może zostać ze mną z przyczyn rodzinnych. Po chwili już stoi mój ponchonamiot.








