Góry‎ > ‎

Tatry 4-5.09.2011

Korzystając z wolnego w pracy, oraz ładnej pogody postanowiłem po raz kolejny zaatakować Rysy. Tak się jakoś zawsze składało, że albo pogoda mi przeszkodziła, albo nie udało się dojechać na czas do Zakopanego by skutecznie wejść na Rysy. Tym razem miało być inaczej. Mocno zmobilizowany wystartowałem z Katowic z samego rana autobusem o 6.05.W Krakowie przesiadka na Szwagropola i jakoś po 9:00 znalazłem się w Zakopanem, gdzie nie musiałem długo czekać na busa na Palenicę Białczańską. Do tej pory wszystko układało się znakomicie, ale oczywiście za pięknie by było. W okolicy Werchoporonca zaczął się korek do samej Łysej Polany. I tak w tym koreczku pomalutku przemieszczaliśmy się do przodu. W międzyczasie zdzwoniłem się ze szwagrem, który oznajmił, że także dziś idą na Morskie Oko więc pewnie się spotkamy. Jak się później okazało miałem godzinę spóźnienia do nich. Wreszcie po około godzinie jazdy w korku dojeżdżamy na parking. Jest 10:30. Zbieram się w sobie, kupuję bilet i lecę gonić szwagra z ekipą. Doganiam ich na Włosienicy po godzinie i piętnastu minutach marszu. Co ciekawe na Włosienicę dotarłem szybciej niż fasiąg, który startował  niemal równo ze mną :-)
Już większą ekipą udajemy się do schroniska. Tam jakieś szybkie piwko, kanapka i chłopaki decydują się iść ze mną nad Czarny Staw. Pierwotnie chcieli obejść Morskie Oko wkoło, ale doszli do wniosku, że ciekawiej będzie iść nad Czarny Staw. 
Ja sam zdecydowałem się jednak uderzyć na szczyt chwilę wcześniej. Pierwotnie rozważałem tego dnia podejść na Szpiglasową Przełęcz i zejście do schroniska, a na Rysy wejść z samego rana, ale pojawiły się nieciekawe chmury i pomyślałem, pomny poprzednich doświadczeń, że wchodzę dziś, bo nie wiadomo co będzie jutro.
Zatem ruszamy dziarsko i po ok 40 minutach jesteśmy nad Czarnym Stawem. Tu znów chwila odpoczynku, jakieś foto, baton i ja ruszam dalej czerwonym, a chłopaki schodzą.
Tradycyjnie już przy tak ładnej pogodzie jest nad Czarnym Stawem masa ludzi, ale gdy zaczyna się podejście szlak trochę pustoszeje. Ale tylko trochę...
Na szczęście  godzinę wybrałem niezłą na wejście, bo za mną nie widzę nikogo, a z góry schodzi coraz więcej ludzi. Mam nadzieję na pustki na szczycie :-)
W głowie rodzi się tylko wątpliwość, czy na szczycie będzie cokolwiek widać, jak nadejdą niskie chmury. Póki co jest nieźle, ale zatrzymujące mnie co rusz "korki" na łańcuchach nie poprawiają mi samopoczucia. A na łańcuchach, jak w całych Tatrach - przegląd salonów mody obuwniczej. Trampki, glany, sandały, tzw. "baleriny", że nie wspomnę o standardach jakimi są adidasy. A potem wisi na łańcuchu taka sierota jedna z drugą i trzęsie tyłkiem, bo ślisko albo nie ma jak nogi postawić. A ja sobie czekam... czekam... i w duchu kurwuję na czym świat stoi :/ W końcu nie wytrzymuję i obchodzę bokiem, bo ileż można czekać ? Na kolejnych łańcuchach sytuacja się powtarza ... A wystarczyło tylko założyć stosowne obuwie, które pozwala nawet na trudnych odcinkach na stosowną przyczepność, dającą poczucie bezpieczeństwa. Ja rozumiem, że ktoś może nie mieć obycia na takich odcinkach, ktoś jest pierwszy raz - wiadomo, każdy kiedyś zaczynał, ale dlaczego ludzie bagatelizują swoje zdrowie a nieraz nawet życie, tego zrozumieć nie mogę.
No starczy tego żołądkowania się. Dobrze że są odcinki gdzie ruch może się odbywać dwukierunkowo, co pozwala mi iść jednostajnym tempem. Na Bulę Pod Rysami docieram ok. 15.45. Jestem zaskoczony ilością turystów. Na szczęście stosunek schodzących do wchodzących jest dla mnie korzystny. Robię sobie chwilę odpoczynku by przekąsić jakiegoś batona i napić się. Upał jest niemały, słońce operuje mocno, ale zza szczytów, od strony Słowacji nadciągają niepewne chmury. Nie marudzę za długo na Buli i śmigam na górę. Idzie mi się zadziwiająco dobrze, więc korzystam z okazji. Na tym odcinku znów jest kilka "korków", ale już z większym luzem podchodzę do nich, bo wiem że już blisko. 
Na szczycie stawiam stopę ok. 16:45. Ludzi jest jakieś 20 osób, więc tragedii nie ma. Jakaś wycieczka ze ZBOWiD'u sądząc po wieku i ekscytacji uczestników i kilkoro turystów. Tu postanawiam spędzić dłuższą chwilę. 

Proszę o zrobienie kilku fotek, otwieram niesionego na tę okazję browara i delektuję się widokami. na szczęście pogoda pozwoliła się nimi cieszyć, ale co rusz szczyt otula jakiś obłok. Nawet gdzieś w dali rozległ się jakiś grzmot. Pomyślałem że kolejnej burzy w górach nie chciałbym przeżyć, bo do dziś pamiętam potężną burzę z gradobiciem na Małej Fatrze w zeszłym roku, ale na szczęście więcej gromów już nie było. Wycieczka ZBOWiD'u wreszcie odlepiła się od słupka granicznego, więc z braku krzyża na szczycie robię sobie foto na słupku granicznym ;-) Za mną kolo stroi miny jakby cierpiał na obrzęk mózgu. Nie każdemu wysokość służy ;-)
Po wykonaniu lanserskich fotek, którymi będę się mógł chwalić przed rodziną, oraz na Facebooku i NK przechodzę na tzw. "Małe Rysy".
Tam jest większy spokój. Posilam się batonami, dopijam piwo i delektuję się widokami i ciszą. Mam tu swoje 20 minut. Rodzi się nawet myśl, czy nie zejść na Słowację do Chaty Pod Rysmi, ale nie mam pewności czy udzielą mi tam noclegu (podobno już udzielają), a ponadto nie miałem euro. 
Przychodzi mi zatem schodzić do Morskiego Oka w nadziei, że uda się tam załapać choćby na podłogę. Gdybym miał lepszy śpiwór podjąłbym się spania na ławce na zewnątrz, ale z letnim śpiworkiem wolałem nie ryzykować.
Na szczęście na zejściu to już były mega luzy. 

Puściutko, mijam co najwyżej jakieś pary. W sumie może z 10 osób. Niestety przy końcówce zaczynają mi już doskwierać kolana. Pełen optymizmu i samozadowolenia z lekkiego plecaka nie wziąłem kijków trekkingowych, bo przecież już dawno mi kolana nie doskwierały, co okazało się brzemiennym w skutki błędem. Już przy Czarnym Stawie zaciskam zęby z bólu przy każdym kroku. Już nigdy nie zostawię kijków w domu - obiecuję. Później mocno brak kijków odczułem, bo zakwasy trzymały mnie jeszcze kilka dni. Na szczęście przy samym Czarnym Stawie idzie się już po równym więc jest dobrze. Przy szlaku zejściowym spod Czarnego Stawu spotykam dwóch wspinaczy. Jak się okazuje jednym z nich jest znajomy z jednego z forów internetowych, z którym nie miałem jeszcze okazji się spotkać. Łączymy zatem siły i schodzimy razem, po drodze pociągając po łyku pigwówki, którą miałem właśnie na jakąś nieprzewidzianą okazję. W międzyczasie w okolice Mnicha nadlatuje śmigłowiec TOPR (to już trzeci kurs tego dnia), zawisa na chwilę i odlatuje do Zakopanego. Do schroniska docieramy ok 20:00. Szybko kroki kierujemy do bufetu by jeszcze zakupić jakieś piwo, a ja jeszcze zamawiam fasolkę po bretońsku. Całkiem smaczna - mogę polecić. Podejmuję też czynności by zarejestrować swój pobyt w schronisku. Oczywiście mogę liczyć na podłogę - nie jest więc źle, ale cena 39,30 kopie tyłek. No ale co zrobić - mają monopol to i dyktują ceny :-/
Wracam do chłopaków, pałaszuję fasolkę zapijając piwkiem, chwilę jeszcze rozmawiamy i chłopaki schodzą do siebie na Tabor.
Ja do czasu zamknięcia schroniska przesiaduję już w środku dopijając jeszcze drugiego browarka w towarzystwie dwóch studentek, z którymi wymieniamy się doświadczeniami z górskich wycieczek. Nachodzi mnie też refleksja odnośnie samego wejścia na Rysy - generalnie nie było się co spinać na wejście. W Tatrach jest wiele ciekawszych jak i wiele mniej obleganych szczytów. Oczywiście pewną atrakcją  są łańcuchy, ale przy takich tłumach to tylko szarpanie sobie nerwów. Z pewnością długo już tam nie wrócę. Chyba że zimą.
O 22:00 wypraszają nas z jadalni i przygotowują przedsionek na nocleg. Śpi nas tam jakieś 15-17 osób. Zdążyłem tylko jeszcze skoczyć do łazienki lekko się opłukać.
Pomny przykrych doświadczeń z chrapiącymi współlokatorami (sam nie jestem bez winy, bo ponoć chrapię nie najgorzej) zabieram na takie wyjazdy empetrójkę. Dzięki temu zapewniam sobie jako taki sen, choć nie ukrywam że taki Rammstein niekoniecznie jest dobrym usypiaczem ;) 
Zrywam się dość wcześnie. Jakoś koło 5:30 spożywam na zewnątrz śniadanie i ruszam na Szpiglasową Przełęcz. Pogoda zapowiada się znakomicie - na niebie ani jednej chmurki. Trochę żałuję, że nie zachowałem zimnej krwi i nie zaplanowałem wejścia na Rysy tego dnia, ale co zrobić - drugi raz przecież wchodził nie będę.
Zasuwam zatem żółtym, nagle zza jednego zakrętu mało nie wszedłem na sarnę. Ja mało się nie zesrałem ze szczęścia, ona ze strachu. Czmychnęła w krzaczory i zaczęła się tam posilać, a ja zamarłem w bezruchu w nadziei na jakieś fajne ujęcia. No ale tylko takie marne mi wyszły, a ponadto nadeszło jakiś 2 kolesi i przepłoszyli mi gadzinę na dobre :/ No to jak nie ma co focić, to śmigam dalej. 
Co jakiś czas pstrykam sobie foto korzystając z dobrodziejstw gorillapoda (swoją drogą fantastyczny wynalazek i odkąd zmieniłem aparat używam go niemal non stop). Tymczasem słoneczko zaczyna już wychylać się zza szczytów i ładnie operować światłem. Na szlaku jest tak jak lubię - niemal zero turystów, cisza, spokój, piękna pogoda. Prawie jak w Fogaraszach ;)
Muszę przyznać, że żałuję, iż wcześniej nie szedłem tym szlakiem. Jest bardzo malowniczy, urozmaicony widokowo i stosunkowo łatwy. Jeśli ktoś nie był - polecam.
Na Przełęcz docieram tuż przed 8:00. Stąd piękny widok na Dolinę Pięciu Stawów Polskich oraz Orlą Perć. Podchodzę sobie kilka minut na Szpiglasowy Wierch. Stamtąd równie interesujące widoku na Ciemnosmreczyński Staw i Koprowy Wierch.
Chwilę delektuję się widokami i schodzę na Przełęcz, skąd po łańcuchach udaję się do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Ten odcinek łańcuchów także jest fajną atrakcją. Tuż po opuszczeniu łańcuchów rozmawiam chwilę z ekipą z Kujaw. Idą od 5:00 z Palenicy.
Ruszam dalej ku schronisku, z nadzieją że bufet będzie już otwarty i będzie okazja by napić się złocistego trunku. W Schronisku jestem równo o 10:00. Niestety fail - bufet zamknięty - przerwa od 10:00-11:00, więc pomyślałem że może choć herbaty sobie zaparzę i udaję się do kuchni, a tu kolejny fail - kuchnia także ma przerwę :/ 
Kurcze czy nie dałoby się zaplanować przerwy tak by nie były jednocześnie zamknięte i bufet i kuchnia ? Pomysł z zamykaniem obu na raz jest niedorzeczny IMO. 
No nic - dopijam resztki wody i schodzę do Doliny Roztoki. Przecież nie będę tu siedział bezproduktywnie godzinę i to jeszcze o suchym pysku.
Droga w dół znów trochę mi doskwiera,a konkretnie kolanom. Nie mogę się doczekać asfaltu by dać im trochę odetchnąć. Po drodze mijam masy turystów - dobrze że już schodzę - na górze pewnie znów będzie rzeźnia.
Na Palenicę docieram koło południa. Busa nie ma. tzn stoi kilka, ale nie pojedzie, mimo ze zebrałby się pełny bus, bo ma odjazd o 12:25 i koniec. Jakaś turystka o skośnych oczach próbuje zagadywać innego kierowcę busa i ten nawet był skłonny ją zabrać, ale zaraz zjawia się kierowca "naszego" busa i zakazuje mu zabierania turystów. Kolejny absurd, jakich na Podhalu widziałem już dziesiątki. Ja rozumiem, że wykonują jeden kurs dziennie i chcą się nachapać, ale kurcze skoro ma pełną obsadę i to do samego Zakopanego, to nie bardzo rozumiem czemu nie chce jechać. No ale co zrobić - czekamy do tej 12:25. Pod dworzec docieram tuż przed odjazdem Szwagropola do Krakowa. Trochę mi to nie w smak, bo liczyłem na to że jeśli byłaby dłuższa przerwa do autobusu, skoczyłbym na cmentarz zapalić świeczkę koledze który niedawno zginął niosąc pomoc tonącej kobiecie w trakcie raftingu. Chwilę się waham, ale perspektywa wyjazdu tuż po południu w niedzielę i uniknięcia korków na Zakopiance, jest bardzo kusząca i ulegam jej. W Krakowie także nie muszę długo czekać na Uni-Bus do Katowic. Ledwo zdążyłem kupić precle.
W domu jestem ok. 17:00.
Cieszę się, że wreszcie udało mi się zrobić te Rysy, choć trochę zawiedziony jestem. Za to Szpiglasowy Wierch i Przełęcz w pełni zrekompensowały mi zawód Rysami.
Więcej zdjęć na https://picasaweb.google.com/107222764831963538004/Tatry45092011