Ale i Tatry mają swój niezaprzeczalny urok, i zgrzeszyłbym gdybym napisał że jest tam brzydko i nie warto tam jechać. Wręcz przeciwnie. Ale tak jakoś nie podzielam pędu niektórych moich znajomych do wyjazdów w tamte góry. Tym niemniej i Tatry mają kilka atrakcyjnych przejść, które powodują, że czułbym się niedobrze, gdybym ich nie "zrobił". Z pewnością do takich należy owiana złą sławą Orla Perć, moim zdaniem najładniejsza i najbardziej atrakcyjna widokowo trasa, ale jednocześnie wymagająca, oraz oczywiście najwyższy szczyt Polski, czyli Rysy, których zdobycie mam w planach, bo jakoś tak głupio mi trochę - byłem na najwyższym szczycie Ukrainy, Rumunii, a na najwyższym szczycie Polski nie. Tym razem jednak padło na Orlą Perć ze względu na murowaną pogodę. Zatem zapraszam do lektury, krótkiego opisu i obejrzenia kilku zdjęć z tego wyjazdu. Do Zakopanego udaje mi się dojechać sprawnie i w miarę szybko. Przed 6:00 jestem na Dworcu PKS. Udaje się też szybko zorganizować kilka osób i krótko po 6:00 startujemy busem do Kuźnic.
Z Kuźnic startuję o 6:35. Tym razem wybrałem się żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynkę, na Przełęcz Między Kopami i dalej niebieskim do Murowańca. Dolina Jaworzynka
Dolina Gąsienicowa
W Murowańcu chwilę odpoczywam. Wypijam piwo, dokonuję niezbędnych zakupów (chleb, woda) i po spożyciu piwa postanawiam ruszyć szlakiem czarnym ku Przełęczy Świnickiej. Po drodze mijam Litworowy Staw i Zielony Staw i na Przełęczy Świnickiej staję krótko po 10:00.
Tam obowiązkowy odpoczynek, kilka zdjęć i wyczekiwanie na dobry moment by iść dalej na Świnicę. Niestety moment do wyjścia wybrałem zły, bo już przed Świnicą utknąłem za grupką prowadzącą osoby, które średnio radziły sobie z łańcuchami, przez co tworzyły się zatory, które skutecznie uniemożliwiałby mi podążanie własnym tempem.
Jeszcze przed Świnicą dałem tej grupie fory, by nie blokowali mnie na dojściu do Zawratu, a ja tymczasem sobie coś przekąsiłem, napiłem się itp. Jak się później okazało - fory były za małe, bo już za Świnicą znów doszedłem do tej grupki. Zacisnąłem więc zęby i żeby kobiety która byłą przyczyną zatorów, nie stresować robiłem dobrą minę do złej gry. W końcu mniej więcej w połowie drogi między Zawratem a Świnicą udało mi się wyprzedzić tę grupkę, ale tak czy inaczej z przejścia szacowanego na 1:40 min, zrobiła się trasa na niemal 3:00 h bo na Zawracie stanąłem krótko przed 13:00. Tam krótki odpoczynek, jakieś piwko i lecę dalej aby znów nie utknąć za jakąś grupą. W sumie od tej pory to już raczej nikt nie korkował przejścia, a jeśli, to nie na tyle długo by warto o tym wspominać. Tak czy inaczej ok 14:30 docieram na Kozią Przełęcz. Tutaj zazwyczaj kończyłem swoją podróż Orlą Percią i schodziłem do Doliny Pięciu Stawów Polskich (DPSP), tak więc dalsza wędrówka to była dla mnie niespodzianka.
Ale jeszcze pomiędzy Zmarzłą Przełęczą a Kozią, ma miejsce dość niebezpieczna sytuacja. Otóż wspinali się tam taternicy i w pewnym momencie z góry słychać okrzyk "Kamień !!!" i widzę jak dosłownie z 3-4 m ode mnie leci kamień wielkości piłki futbolowej i spada ok 2 m od ubezpieczającego taternika, który stał tuz przy szlaku. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale kurcze pomyślałem że kask byłby tu niegłupim pomysłem, choć z kamieniem tej wielkości raczej by nie poradził sobie.
Podejście na Kozi Wierch robi wrażenie i daje trochę w kość. No nic - podjąłem się przejścia to trzeba iść :-)
Na jednym z licznych odpoczynków na tym podejściu jestem świadkiem ześlizgnięcia się dziewczyny wspinającej się po przeciwległej stronie Koziej Przełęczy. Na szczęście kolega ją wyasekurował. Nie widziałem co było przyczyną, że dziewczyna odpadła, bo widziałem ją już jak wisiała na uprzęży. Na szczęście nic się nie stało. Miała kask więc pewnie skończyło się tylko na strachu i otarciach.
Z Koziego Wierchu roztaczają się piękne widoki na dalszą cześć Orlej Perci, DPSP, Kozią Dolinkę. Przy takiej pogodzie, niezłej widoczności, odpoczynek w tym miejscu sprawia niemałą przyjemność, zwłaszcza że upał trochę zelżał. Wszak jest krótko po 16:00.
Po odpoczynku na Kozim, czas ruszać dalej bo czas jednak ucieka, a jeszcze sporo przede mną. Nie chciałbym zostać na grani na noc, a wędrówka tym szlakiem nocą, to z pewnością nienajlepszy pomysł. Coraz ciężej mi się już idzie, bo i zmęczenie, i upał, i niewyspanie dają się we znaki. Na Kozim Wierchu mam też pierwsze wątpliwości, czy nie zejść w dół. Ale zawziąłem się i nie ulegam pokusom :-)
Za Buczynową Strażnicą trochę się wkurzam, bo trzeba zejść szlakiem kilkadziesiąt metrów w dół Źlebu Kulczyńskiego by zaraz potem wspinać się pionową rysą skąd dalej szlak prowadzi na Zadni Granat.
Teraz już odpoczywam coraz częściej. Przy Pośrednim Granacie chwilę rozmawiam z kobietą, z którą wcześniej widziałem się na szlaku. Wpadła w Tatry na jeden dzień, zrobiła traskę i wracała tego samego dnia do domu. Na Pośrednim Granacie grupka młodzieży przymierza się do zejścia zielonym szlakiem do Doliny Gąsienicowej. Dochodzi 18:00 ale ja już jestem zdecydowany żeby iść do końca, choć odpoczynki muszę robić coraz częściej. Nie podbudowała mnie też informacja o tym że będzie jeszcze dużo łańcuchów od Skrajnego Granatu :-) Pewnie gdybym wiedział ile będzie tych łańcuchów i jaki to będzie odcinek, to chyba bym się nie zdecydował iść dalej tego dnia, ale żyłem w błogiej nieświadomości więc ruszyłem dalej :)
Na Skrajnym Granacie wypijam ostatnie łyki wody i ruszam dalej. Podejście pod Orlą Basztę wygląda pięknie w promieniach wieczornego słońca. Pokonuję drabinkę i zejście w dół. Teraz tak będzie wyglądać moja wędrówka - góra - dół, góra - dół. Do znudzenia. Co rusz łańcuchy a sił coraz mniej. Przepraszam ze z tego odcinka nie ma zdjęć, ale byłem już zbyt zmęczony by sięgać po aparat, a poza tym warunki oświetleniowe były takie sobie.
Bardzo się zawiodłem na Buczynowych Turniach. Liczyłem że tam nie będzie tyle wspinaczki po łańcuchach, a tu jak na złość nie dość że wąsko, to jeszcze trzeba schodzić lub wspinać się po łańcuchach :-(
Na szczęście wiedziałem że to już końcówka i muszę dać radę. Głupio byłoby się stąd wycofać. Na Przełęcz Krzyżne, czyli koniec Orlej Perci docieram ok 20:45. Udaje mi się zdążyć na piękny zachód słońca, z majaczącą w oddali Babią Górą. Zapewne gdybym nie był tak wyczerpany i spragniony mógłbym w pełni się nacieszyć tym widokiem, ale tak się nie stało. Wykonałem kilka zdjęć i zaczynam powoli schodzić w dół. Ostrożnie bo nie dość że sił już mało i w zasadzie schodziłem już siłą woli, to jeszcze robiło się coraz ciemniej. Gdyby nie brak wody, to pewnie zanocowałbym na Przełęczy Krzyżne, ale pragnienie zmusiło mnie do zejścia. W planach miałem dotarcie do schroniska w DPSP. Na zejściu żółtym szlakiem dostrzegłem że u góry idzie jeszcze trójka młodych osób, która zagaduje mnie jak daleko do Przełęczy Krzyżne i czy nie mam zbędnej wody. Im wody brakło jakieś 4 h temu. Pocieszam ich, że za jakieś pół godzinki dojdziemy do strumienia.
W jednym ze strumieni w Źlebie pod Krzyżnem uzupełniam zapas wody w butelce i w organiźmie.
Za Buczynową Siklawą daję się młodym wyprzedzić, bo już wiem że do schroniska nie dojdę. Było już po 22:00, a ja nie miałem już siły iść. Znalazłem sobie piękną miejscówkę, która rano zaoferowała mi niesamowite widoki.
Szybkie rozłożenie karrimaty, śpiwora, kilka łyków wody i zasypiam jak dziecko. Rankiem miałem widoczki jak wyżej, więc nie najgorzej. Pierwsi turyści mijają mnie ok 5:00. Idą z Palenicy od 1:00 Chcą zdążyć na Orlą Perć przed tłumami.
Ja tymczasem parzę sobie herbatkę zjadam jakieś dwie kanapki i zwijam się by niepotrzebnie nie rzucać się w oczy. Po ok 35 minutach docieram do schroniska. W tym momencie nie żałuję, że tu nie dotarłem w nocy. Wkoło ruch jak w ulu. Masa turystów. Czekam aż otworzą bufet i wypijam Okocimia. Rozważałem tego dnia podejście na Rysy, lub chociaż na Szpiglasową Przełęcz, ale stan nóg na to nie pozwala więc robię taktyczny odwrót.
Po piwku z wolna sunę w dół czarnym szlakiem do Doliny Roztoki. Idzie się kiepsko bo mam potężne zakwasy po wczorajszym odcinku, ale mieszczę się w czasie przejścia :-)
Mniej więcej w połowie Doliny Roztoki zamieniam buty trakkingowe na sandały, co moje nogi przyjmują z ulgą :-)
Na Wodogrzmotach Mickiewicza zakąszam jakieś żelki, popijam wodą i przeciskam się pomiędzy zmierzającymi do Morskiego Oka tłumami turystów w japonkach i z dziećmi na ręku.
Do Palenicy docieram tuż przed 11:00 i stamtąd znów mam fart, bo bus odjeżdża dosłownie po 3 minutach. W Zakopanem na Dworcu PKS jestem o 11:45 i tu kolejny fart - autobus do Sieradza z 11:40 jest opóźniony i podjeżdża o 11:50 :-) Okazało sie, że opóźnienie jest wynikiem włamania do autobusu. Kierowcy skradziono szufladę z kasy. Na szczęście miał tam tylko drobne.
PKS sprawnie pokonuje drogę i w Katowicach jestem o 16:00, a w domu o 16:30.
Na koniec jeszcze profile trasy i schematy :-)
Pierwszy dzień. Profil wysokości:
Track naniesiony na mapę:
Profil wysokościowy całej wycieczki:
No i track z całej wycieczki na mapie:
|



