Z ekipą spotykam się w Brzesku pod Lidlem. Nie znaliśmy się wcześniej osobiście, z jednym z uczestników miałem tylko przyjemność korespondować trochę na jednym z forów sprzętowo-turystycznych, ale z pozostałymi widzieliśmy się po raz pierwszy. Na szczęście tarninówka mojego wyrobu pozwoliła przełamać bariery i po niedługim czasie znaleźliśmy wspólne tematy, co nie pozwoliło nam nudzić się w podróży. Do Borszy dojechaliśmy ok. 10:00 miejscowego czasu, i pobyt rozpoczęliśmy od zakupów w supermarkecie, a następnie nadszedł czas by rozejrzeć się za jakimś miejscem do zaparkowania samochodu. Trochę pokręciliśmy się po samej Borszy, ale nie udało nam się znaleźć nic sensownego, więc pojechaliśmy dalej w stronę Przełęczy Prislop. W końcu udało się znaleźć miejscówkę przy pensjonacie Mia w przysiółku Pensiunea Borsa, ale właściciel nie wzbudził naszego zaufania a i jakoś krzywo zapatrywał się na nasza propozycję co do ceny (50 lei za 5 dni), więc ruszyliśmy dalej na poszukiwania. Kilka km dalej udało nam się znaleźć miejsce przy Hotelu Victoria i tu nie dość, że mieliśmy bliżej w góry, to w dodatku pozwolono nam zaparkować zupełnie za darmo. Zatem po przepakowaniu betów, jakoś w okolicy godz 11:00 stajemy gotowi do drogi. ![]() Teraz tylko pozostało nam zorganizować sobie transport do miejsca startu w góry. Idealnie byłoby wystartować z Przełęczy Rotunda, dzięki temu nie musielibyśmy pokonywać dwukrotnie pewnego odcinka trasy, ale alarmowo zaplanowaliśmy start z Przełęczy Prislop. Już na początku źle kierowaliśmy nasze pytania o transport na Przełęcz Rotunda, bo na samą przełęcz znaleźć transport, to musiałby być niezły fart, ale należało dopytywać o transport w okolice skrzyżowania z drogą na Valea Mare. Nic więc dziwnego, że ani samochody zatrzymywane na stopa, ani busy nie chciały nas tam dowieźć. W końcu wracamy do hotelu, pod którym zostawiliśmy samochód, widząc, że przy nim stoi bus, który zamierzaliśmy wynająć by dowiózł nas w miejsce startu, ale nie udaje się ustalić kto jest kierowcą więc wracamy na drogę i pomału kierujemy swe kroki w kierunku przełęczy, co jakiś czas próbując zatrzymać jakiś transport. W końcu udaje się zatrzymać starą Dacię z przyczepą. Plecaki lądują w przyczepie, a nasza piątka pakuje się do Dacii, która od razu daje znać, że nie jest jej z tym bagażem lekko :) Tak udaje nam się dostać tuz pod Przełęcz Prislop. Kierowca jeszcze udziela nam wskazówek, jak najkrócej dojść na Przełęcz, a zapytany ile jesteśmy winni, nie chce przyjąć pieniędzy. W takich chwilach głupio mi było, że nie wzięliśmy z domu jakiś fajek, by obdarować tych dobrych ludzi. Miejmy nadzieję, że za ich dobre uczynki spotka ich również jakaś przyjemność. Po opuszczeniu pojazdu postanawiamy spróbować jeszcze złapać jakiegoś stopa w okolice Przełęczy Rotunda. W międzyczasie podchodzi do nas pasterz, który niedaleko ma bacówkę i nawiązuje z nami dialog. Z racji, że nikt z nas nie kojarzył ani rumuńskiego, ani włoskiego, porozumiewaliśmy się mieszanką gestów i łamanej angielszczyzny. Pasterz zadeklarował się, że on nam zatrzyma transport i po przejechaniu kilku pojazdów wreszcie mu się udaje. Odwdzięczamy mu się pewną ilością alkoholu i pakujemy się do pickupa (chyba Nissan Navara) Trójka wchodzi na pakę, a dwójka (w tym ja) do środka. Próbujemy porozmawiać z naszymi dobrodziejami, ale znów bariera językowa pozwala tylko na zdawkową komunikację. Dowiadujemy się, że nasi dobroczyńcy to myśliwi, i mogą nas podrzucić do przysiółka Sesuri, skąd albo sobie już pójdziemy pieszo bezpośrednio na Ineu, lub złapiemy coś do skrzyżowania niedaleko drogi na Przełęcz Rotunda. Po drodze zostajemy poczęstowani przednią palinką z 2,5 litrowej butelki po Coli. Po dotarciu na miejsce dostajemy jeszcze po łyku i tu również spotyka nas niespodzianka w postaci "kolejki" palinki i odmowa przyjęcia zapłaty za przejazd. Rewanżujemy się zatem czymś mocniejszym z naszego asortymentu, ale tak się akurat złożyło, że jeden z trunków wylądował w butelce po jakimś Energy Drinku i zalatywał "perfumą". Nasi myśliwi wprawdzie pochwalili nasz trunek, ale z min wynikało, że za bardzo im nie smakował (nam zresztą też) :) Podziękowaliśmy więc i po krótkiej wędrówce drogą zapada decyzja by coś zjeść, ponieważ już minęło południe. Po szybkim posiłku znów mamy tego dnia fart i udaje nam sie zatrzymać busa, który dowiezie nas w dogodne do startu miejsce. Po kilkunastu minutach podróży wysiadamy przy drodze prowadzącej na Przełęcz Rotunda. Tym razem podwózka kosztowała nas 10 lei za wszystkich. Jest jakoś krótko po 14:00. Wreszcie w górach. Ochoczo więc, ruszamy ku Przełęczy Rotunda, pogoda dopisuje, choć w cieniu za gorąco nie jest, ale mniej więcej po godzinie drogi docieramy do Cabany Rotunda. Schronisko w zasadzie nie przypomina schroniska, a bardziej prywatne obejście, ale i tak nie mieliśmy w planach nocowania ty, więc po kilkunastu minutach leżenia w słońcu idziemy dalej w stronę Ineu (2279 m n.p.m). Na miejsce noclegu wybieramy okolice źródła wody, które znajduje się za szczytem Nichitas, ale zanim tam dotrzemy będzie nam dane delektować się pięknymi widokami na połoniny i szczyty, oraz po zerknięciu w tył, na pasmo Gór Suhard. Widoczność i pogoda tego dnia, były przednie, ale zmęczenie podróżą dawało znać o sobie więc z ulgą zrzuciliśmy jakoś przed 17:00 plecaki z ramion i jęliśmy się brać za przygotowywanie obozowiska. Rozbiliśmy się w miejscu gdzie kiedyś najprawdopodobniej stała bacówka, a obecnie były to sterty porozrzucanych desek i belek. Szybko uwijamy się z rozbiciem namiotów, po chwili płonie także ognisko, co okazuje się dobrym pomysłem ponieważ w momencie gdy słońce schowało się za horyzont temperatura ostro spadła. W ruch poszły menażki oraz jakieś procenty, by uczcić wspólny wyjazd i fartowny dzień, ale nasiadówa długo nie trwała i w sumie przed 22:00 byliśmy już w śpiworach. ![]() Ranek powitał nas przymrozkiem, oraz szronem na trawie i namiotach. Po wygramoleniu się z namiotu, czekała mnie kolejna niespodzianka - na polanie, na której byliśmy rozbici pasły się konie. Było ich pięć szt. więc od razu pada propozycja by skorzystać z nich i podjechać konno pod Ineu. Żarty szybko się skończyły, gdy konie spostrzegły nasza obecność i z zaciekawieniem podeszły do naszego obozowiska. Okazały się na tyle ciekawskie lub towarzyskie, że zaglądały nam do namiotów, oraz wyjadały resztki z menażek pozostawionych na zewnątrz. Było przy tym kupę śmiechu i komentarzy. Koniom się wreszcie znudziło, a my tymczasem posililiśmy się i dogrzewaliśmy się przy ogniu, ponieważ nie dość, że było chłodno, to słońce coś nie mogło się przebić przez nisko stojące chmury :-( W pewnej chwili zauważyliśmy podchodzącą do nas grupę ludzi w mundurach. Było to o tyle dziwne, że odzież nie była w kolorze maskującym więc od razu wyeliminowaliśmy Straż Graniczną, czy Leśną. Gdy do nas podeszli zaprosiliśmy ich do ognia, ale podziękowali. Dopytali się tylko skąd jesteśmy, dokąd idziemy i czy wszystko w porządku. My dopytaliśmy zaś po angielsku kim są i okazało się, że to Mountain Gendarmerie (z googla wychodzi mi że to jakieś oddziały specjalne policji). Tak czy inaczej życzyli nam miłego dnia, a my dokończyliśmy pakowanie i wygaszanie ogniska. Na szlaku znaleźliśmy się grubo po 10:00, co dla mnie osobiście jest godziną dość późną. Na szczyt Ineutului idziemy czerwonym szlakiem, który prowadzi ładnym grzbietem Dosu Gajei, a następnie malowniczym trawersem samego Ineutului. Ciekawie to wyglądało, ponieważ po lewej stronie był jeszcze krajobraz jesienny, a po prawej już zimowy. Na szczycie Ineutului robimy chwilę popasu, podczas którego podchodzi do nas chłopak, który zagaduje dokąd idziemy oraz kiwa z aprobatą głową, gdy odpowiadamy, że na Ineu i dalej zamierzamy iść na Pietrosula. W związku z mocno ograniczoną widocznością chętnie korzystamy z GPS, co przydaje się też naszemu koledze, który wraz z dwoma dziewczynami nie mógł znaleźć zejścia na czerwony szlak. Na przełęczy pod Ineu zostawiamy plecaki a na sam szczyt udajemy się "na lekko", mijając po drodze niemałą grupkę turystów, w jeansach i obuwiu sportowym, schodzącą ze szczytu. Po kilkunastu minutach osiągamy wierzchołek Ineu, z charakterystycznym drewnianym krzyżem i spędzamy tam chwilkę, robiąc sobie zdjęcia. Oczywiście nie widać dalej niż na 20 m więc o kontemplowaniu widoków mowy być nie może. Oczywiście nie szczędzimy cierpkich słów pod adresem pogody, ale ta nie daje się zastraszyć i dalej "trzyma". Schodzimy więc na dół gdzie chwilę odpoczywamy przy plecakach, przy okazji dostrzegając na sąsiednim zboczu stado kozic. Od wysokości ok 1600 m n.p.m nie ma już chmur więc i widoki się poprawiają, a co za tym idzie humory także. Szlak cały czas prowadzi malowniczą granią oferując zapierające dech w piersiach widoki we wszystkich kierunkach. Mijamy kolejne wierzchołki i przełęcze. Na Przełęczy Putreda wahamy się czy zostać nieco poniżej przełęczy, czy idziemy dalej na kolejną przełęcz, gdzie widzieliśmy z daleka ciekawe miejsce na biwak. Nie wiemy jednak jak tam jest z wodą. Warto zaznaczyć, że w zasadzie od samego Nichitasa do Przełęczy Putreda nie ma gdzie nabrać wody bez schodzenia kilkuset metrów niżej. Zapada decyzja, że idziemy jeszcze kawałek dalej na kolejną przełęcz a z wodą jakoś to będzie. Musimy się sprężać, ponieważ było już przed 17:00 a jakoś po 18:00 robiło się ciemno. Na miejsce docieramy jakieś pół godziny później. Dwójka idzie po wodę do odległego o kilkaset metrów źródła, a reszta zabiera się za przygotowanie biwaku. W międzyczasie znów chmury schodzą niżej, a na dodatek wzmaga się wiatr. Nie wróży to dobrze. Posiłek jemy już po ciemku, ale za to spotyka nas miła niespodzianka, ponieważ na chwilę niebo się klaruje co daje nam nadzieję, na ładną pogodę następnego dnia. ![]() Niestety poranek weryfikuje negatywnie nasze nadzieje. Jest zimno, widoczność na 10-15 m. Patrzę na termometr. W nocy najniższa temperatura jaką zanotował, to -4,9 st.. C, a w namiocie -2,9 st. C. Wszystko wkoło pokryte szronem i przenikliwe zimno raczej nie skłania nas do wyjścia z namiotów. Bez większej ochoty gramolimy się z namiotów i zabieramy się za jedzenie. Morale siada i zaczynamy zastanawiać się, czy jest sens wędrować w takich warunkach.Nie dość, że wieje wiatr coś ok 40 km/h, to widoczność w porywach sięga 20 metrów :/ Wysyłamy do znajomych smsy z pytaniami o prognozy na najbliższe dni. Postanawiamy tego dnia zejść z grani za niebisekimi trójkątami, do Cabany Puzdrele i tam przeczekać do czasu gdy napłyną informacje o prognozach na najbliższe dni. Tymczasem pokonujemy kolejne szczyty - Omului 2134 m n.p.m oraz Gargalau 2159 m n.p.m skąd udajemy się na Przełęcz Gargalau, gdzie podejmujemy decyzję co do dalszej wędrówki. W planach było zanocowanie w schronisku Puzdrele, dzięki czemu moglibyśmy przesuszyć zamoczoną odzież, oraz sprzęt, ale po drodze przypominam sobie, że w internecie czytałem gdzieś, że jedno ze schronisk zaznaczonych na mapie nie funkcjonuje, i jak się później okazało, to właśnie było to schronisko, do którego schodziliśmy. No jakże by inaczej - wszak Prawo Murphy'ego zawsze ma zastosowanie w kryzysowych sytuacjach. Tradycyjnie już poniżej 1600 m n.p.m widoczność jest dobra i sięga kilku km, oraz nie dokucza zimny wiatr. Niedaleko ruin schroniska które widzimy ze wzniesienia kilkaset metrów wyżej znajduje się pole biwakowe, ale bliskość bacówki, wypasających górali sprawia, że nie decydujemy się zejść niżej i znajdujemy miejsce na biwak powyżej schroniska. Czynimy to z uwagi na fakt, że gdyby jutrzejszego dnia pogoda się poprawiła, nie będziemy musieli mozolnie zdobywać wysokości, a także nie uśmiecha nam się oganianie się od psów pasterskich. Szybko znajdujemy trochę drewna na ognisko i liczymy na przesuszenie się. Nic z tego. Tyle co przysiedliśmy, by trochę odpocząć po zbieraniu drewna, zaczyna mżyć deszcz :/ Czekamy chwilę, z nadzieją, że zaraz przestanie, ale deszcz nie ustępuje, więc rozpalamy ogień, by przynajmniej nasza praca włożona w zbieranie drewna nie poszła na marne. Oczywiście szybko uwijamy się z rozbijaniem namiotów rozłożonych jeszcze przed zbieraniem drewna, by przeschły. Gdy ogień pali się w najlepsze, a deszcz siąpi cały czas spożywamy królewskie posiłki, jako że padający deszcz, oraz wieści meteorologiczne od znajomych nie pozostawiają złudzeń, co do pogody na następne dni, więc raczej pewne jest że zejdziemy jutro do samochodu, i chociaż pozwiedzamy sobie okoliczne zabytki. Niewyobrażalne jak taka banalna rzecz jak, ognisko potrafi poprawić morale. Do tego jeszcze znalazła się jakaś ostatnia butelczyna destylatu i mimo siąpiącego deszczu mieliśmy wspaniały wieczór. Z dołu dochodziły tylko nawoływania pasterzy, oraz błyski latarki. Nie reagowaliśmy na nie, nie znając języka, co później okazało się błędem. Do śpiworów gramolimy się ok. 21:00 w strugach wzmagającego się deszczu. Po sutym posiłku i kropelce czegoś mocniejszego śpię snem sprawiedliwego. Deszcz padał całą noc, raz mocniej, raz słabiej, ale jednak. Ranek jeszcze gorszy niż poprzednie - wszystko spowija mgła, która z czasem się unosi. Podczas gdy zajmujemy się zwykłymi pracami biwakowymi, następuje moment przejaśnienia, i pojawia się nadzieja na powrót na grań. Jednak braki w prowiancie, oraz gazie potrzebnym na pobyt minimum 2 dni skłania nas do zejścia. Jak się później okazało słusznie, bo po jakiejś godzinie po przejaśnieniu nie ma śladu. Tymczasem zza wniesienia widzimy nadchodzących pasterzy z psami. Myślimy sobie: "to teraz będzie - dostanie nam się za rozpalenie ognia na pastwisku", ale nic takiego nie ma miejsca. Jakoś próbujemy się z nimi dogadać na migi i zapytujemy czy nie mają na sprzedaż palinki, bo napilibyśmy się jej. Odpowiadają, że niestety nie. Pasterze tradycyjnie już w Rumunii okazują się serdecznymi ludźmi i nie wnoszą absolutnie żadnych pretensji o rozpalenie ogniska, częstują nas nawet papierosami, ale że wszyscy jesteśmy niepalący, to odmawiamy. Rewanżujemy się za to minibatonikami i w międzyczasie zwijamy obozowisko. Psy tymczasem buszowały pomiędzy nami w poszukiwaniu resztek jedzenia, jednemu udaje się porwać nam hamburgera, którego nie zjedliśmy wieczorem :) Pasterze na odchodne proszą nas tylko by pospalać większe gałęzie, by owce się nie zadławiły gałązką, co skrzętnie czynimy i dziękujemy za gościnę. Schodzimy trochę na dół do szlaku niebieskie kółka, którym mamy zamiar dojść niemal wprost do samochodu. Szlak okazuje się wąską stokówką i jego pokonanie zajmuje nam dość dużo czasu, oraz kosztuje nas kilka widowiskowych "gleb". Wreszcie w okolicy szczytu Buza Muntelei dochodzimy do gruntowej drogi a niedaleko od niej ciekawe formy skalne, które chłopaki decydują się "załoić", a następnie już bez znaków schodzimy nią do wsi. Po drodze mijamy nowo budowany wyciąg na Buza Muntelei, i chłopcy nie odmawiają sobie przyjemności wejścia jedną z mijanych podpór.Całość drogi zajmuje nam prawie 3,5 h. i do samochodu docieramy ok 14:00 czasu miejscowego. Przebieramy się i przepakowujemy i ruszamy w drogę powrotną. W Borszy jeszcze zaglądamy do marketu by wydać leje i zakupić prowiant na drogę, a następnie spieszymy się, by jeszcze zdążyć zwiedzić Wesoły Cmentarz w Sapancie. Na szczęście do cmentarza docieramy jeszcze przed zamknięciem i chłopcy jako, że nie byli, udają się nań, ja i dwójka innych z naszej ekipy zostajemy w samochodzie by po chwili udać się na szopping w przycmentarnych straganach, gdzie kupujemy pamiątki wydając ostatnie leje. Droga powrotna w zasadzie odbyła się bez przeszkód, jesli nie liczyć jednego małego offroadu gdzieś na Węgrzech :-) Krótko przed 6:00 naszego czasu chłopaki wysadzają mnie pod RDA w Krakowie, skąd udaję się już pociągiem do domu. Musze przyznać, że bardzo dobre wrażenie wywarły na mnie Góry Rodniańskie, nawet jeśli okazały się tak dla nas niegościnne. Może w przyszłym roku uda sie tam wrócić by dokończyć lub przejść ponownie całą grań. |


Po kilkunastu minutach osiągamy wierzchołek Ineu, z charakterystycznym drewnianym krzyżem i spędzamy tam chwilkę, robiąc sobie zdjęcia. Oczywiście nie widać dalej niż na 20 m więc o kontemplowaniu widoków mowy być nie może. Oczywiście nie szczędzimy cierpkich słów pod adresem pogody, ale ta nie daje się zastraszyć i dalej "trzyma". Schodzimy więc na dół gdzie chwilę odpoczywamy przy plecakach, przy okazji dostrzegając na sąsiednim zboczu stado kozic. Od wysokości ok 1600 m n.p.m nie ma już chmur więc i widoki się poprawiają, a co za tym idzie humory także. Szlak cały czas prowadzi malowniczą granią oferując zapierające dech w piersiach widoki we wszystkich kierunkach. Mijamy kolejne wierzchołki i przełęcze. Na Przełęczy Putreda wahamy się czy zostać nieco poniżej przełęczy, czy idziemy dalej na kolejną przełęcz, gdzie widzieliśmy z daleka ciekawe miejsce na biwak. Nie wiemy jednak jak tam jest z wodą. Warto zaznaczyć, że w zasadzie od samego Nichitasa do Przełęczy Putreda nie ma gdzie nabrać wody bez schodzenia kilkuset metrów niżej. Zapada decyzja, że idziemy jeszcze kawałek dalej na kolejną przełęcz a z wodą jakoś to będzie. Musimy się sprężać, ponieważ było już przed 17:00 a jakoś po 18:00 robiło się ciemno. Na miejsce docieramy jakieś pół godziny później. Dwójka idzie po wodę do odległego o kilkaset metrów źródła, a reszta zabiera się za przygotowanie biwaku. W międzyczasie znów chmury schodzą niżej, a na dodatek wzmaga się wiatr. Nie wróży to dobrze. 