Decyzja o wyjeździe w Góry Fogaraskie zapadła spontanicznie, wobec faktu że wyjazd nad Bajkał nie doszedł do skutku. Wprawdzie w odległych planach miałem zamiar się wybrać w Fogarasze, ale nie sądziłem że nastąpi to tak szybko Tak czy inaczej w trakcie poszukiwania chętnych na wyjazd gdziekolwiek wykrystalizowała się ekipa, która zaakceptowała moją propozycję dotyczącą wyjazdu w Fogarasze. Tym samym spotkaliśmy się w Katowicach dnia 4.10.2009 w składzie Piotr, Grzegorz, Zbyszek i ja. Nie znaliśmy się osobiście wcześniej, ale to jest akurat najmniejsza przeszkoda. Dojazdu w zasadzie nie będę opisywał, bo przebiegł bez problemów i bardzo szybko dostaliśmy się na miejsce. Pod schronisko Balea nad jeziorem o tej samej nazwie, docieramy po północy czasu polskiego, zatem dojazd z Katowic zajął nam 16 h (17 h uwzględniając zmianę czasu). Zważywszy stan dróg, oraz noc na nieznanej trasie uważam to za bardzo dobry czas. Sam dojazd z Sybina, Trasą Transfogaraską zajął nam 1,5 h., choć to tylko ok 80 km. No ale Szosa Transfogaraska nocą nie pozwala na szarżowanie Ranek okazał się jeszcze chłodniejszy, o czym świadczył lód na mniejszych kałużach oraz szron na roślinności. Nie powiem bym się wyspał za dobrze. Niestety mój śpiwór Cumulus X-Lite 200 średnio nadawał się na panujące na tym wyjeździe temperatury. W kolejne noce musiałem się ubierać cieplej by nie zmarznąć. Tak więc jeśli ktoś ma wątpliwości, czy ten śpiwór nadaje się na temp. w okolicy zera stopni czy poniżej zera, to oświadczam iż nie. No ale deklarowany przez producenta komfort to temp +3 stopnie więc nie mam absolutnie o to do nikogo pretensji, że zmarzłem. Sam sobie bylem winien. No ale do rzeczy - nie o śpiworze jest ta relacja Na śniadanko udaliśmy się do schroniskowego baru, a w zasadzie restauracji. Schronisko to w zasadzie schroniskiem jest tylko z nazwy. Moim zdaniem to bardziej pensjonat niż schronisko turystyczne. Polskim odpowiednikiem tego schroniska może być schronisko na Hali Miziowej, z tym że w schronisku Balea jeszcze są kelnerki.
Na Przełęczy Capra
Zejście do Jeziora Capra
Jezioro Capra oraz obelisk ku pamięci alpinistów
Mijając je postanawiamy że w drodze powrotnej musimy tu zostać na noc, bo miejsce naprawdę jest wyśmienite. Tuż za jeziorem znajduje się marmurowy obelisk poświęcony alpinistom. Za obeliskiem pniemy się lekko w gorę, na Kozi Szczyt (Varful Capra) do kolejnego nagrobka, gdzie o ile dobrze pamiętam, zginęła w skutek zamarznięcia jakaś grupa młodych osób. Tam także krótko odpoczywamy i tym razem kierujemy się w dół (cały czas za czerwonymi “paskami”) trawersując po lewej turnie Vartopel.
Turnie Vartopel Rozpościera się stąd piękny widok na dolinę potoku Capra, oraz miejscami na połludniową część trasy Transfogaraskiej. Tutaj też mamy pierwszy kontakt z kozicami, które zdradzają swą obecność spuszczając mini lawinę kamieni.
Kozice
Chwilę dalej dochodzimy do tzw. “Smoczej Bramy”, czy tez “Oka Smoka” nazwa oryginalna Portita Arpasului, skąd rozpościera sie wyśmienity widok zarówno na dolinę po północnej stronie Fogaraszy, jak i w kierunku południowym. Przy takiej pogodzie widoki naprawdę robią wrażenie. Widać także stąd schron Salvamontu (Refugiu Fereastra) znajdujący się w kotle poniżej. Stąd także odbija szlak (niebieskie krzyże) do Schroniska Podragu (Cabana Podragu) - będziemy nim wracać.
Smocza Brama
Refugiu Fereastra Wykonawszy kilka obowiązkowych fotek ruszamy dalej za czerwonymi paskami. Po pewnym czasie dochodzimy do przełęczy nad Jeziorem Buda (Lacul Buda), gdzie znajduje się kolejny obelisk. Niestety nie pamiętam intencji w jakiej tu stanął. Znajdujące się poniżej przełęczy jeziorko wyglądało zachęcająco i rozważaliśmy pozostanie tu na noc, lecz godzina była jeszcze wczesna, więc stanęło tylko na tym, że zjedliśmy tu coś na ciepło, odpoczęliśmy dłużej i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę w kierunku kolejnego jeziora, które znajdowało się przy szlaku, czyli Lacul Podu Giurgului z nadzieją, że tam znajdziemy także dogodne miejsca do rozbicia namiotów. W razie braku takowych mieliśmy się wrócić tutaj na nocleg. Na szczęście nie było potrzeby powrotu - znaleźliśmy dogodne miejsca na biwak.
Biwak
Śniadanie. prawie jak u Tiffany'ego ;-)
Obrawszy miejsca pod namioty trzeba się było rozejrzeć za wodą, której mieliśmy już mało. Wydawałoby się, że do jeziorka wpływa jakiś strumień, ale niestety jak się później okazało nie udało nam się go zlokalizować. Tymczasem musieliśmy wyznaczyć osoby, które pójdą po wodę, wszak nie było sensu byśmy wszyscy szli. Jako że ochotników nie było, pociągnęliśmy zapałki. Padło na Grzegorza i Zbyszka. Chłopcy nie mieli lekko, bo jak się później okazało musieli za wodą udać się kawał drogi w dół. W sumie z 40 minut im zajęło dostarczenie wody. Jak się okazało przy jeziorze nie było szans na nabranie wody, ponieważ walało się pełno śmieci, dopiero sporo niżej znaleźli źródło skąd woda nadawała się do picia. Ranek, jak to ranek - krzątanina przy przyrządzaniu posiłku, zwijaniu obozowiska i w drogę. Nie forsowaliśmy szczególnie tempa, bo i po co, a że pogoda była przednia to nawet grzechem byłoby gonić się. Po zejściu nieco niżej docieramy do bacówki znajdującej się nieco poniżej kotła w którym znajdowało się jezioro Podu Giurgiului. Bacówka w stosunkowo dobrym stanie. Było drewno na opał, palenisko, jakieś legowisko - suma summarum całkiem przytulnie, do wody blisko i piękne widoki. Wymarzone warunki by zabiwaczyć. Gdybym wiedział, że taka fajna ta bacówka to z pewnością nalegałbym by zanocować w jej pobliżu.
Bacówka “Zwiedziliśmy” bacówkę i ruszamy dalej, przy okazji rozglądając się za wodą, ponieważ na śniadanie zużyliśmy cały zapas zgromadzony w dniu wczorajszym. Na szczęście niedaleko bacówki znajdował się wodopój, a przy nim znów kozice. Tym razem kozice nie były zbyt płochliwe i napstrykaliśmy się zdjęć, do woli.
Kozice
Woda uzupełniona - zatem ruszamy trawersem w kierunku Moldoveanu, w kierunku gdzie wydawało mi się, że znajduje się szlak, ponieważ aby dojść do bacówki musieliśmy opuścić szlak znakowany. Niestety niepotrzebnie nadłożyliśmy trochę drogi, ponieważ okazało się, że szlaku nie było w miejscu, które upatrzyłem sobie. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - dzięki tej pomyłce mieliśmy okazję zapoznać się z widokiem na bardzo głęboką dolinę pod Moldoveanu. Na trawersie
Dolina u stóp Moldoveanu
Widok zaiste imponujący i jednocześnie zachwycający. Zdjęcia nie oddają niestety wrażenia jakie wywarł na nas ten widok. Po sesji fotograficznej ruszamy dalej. Przełęcz Orzanelei (Saua Orzanelei)
Kawałek dalej za miejscem naszego postoju znajduje się trudniejszy odcinek szlaku, z łańcuchami i czymś na wzór via ferraty, ale w dość kiepskim stanie. Chwilę mi zajmuje pokonanie tego odcinka. Potem jest już łatwo. Dochodzę do miejsca z którego zaczyna się podejście naVistea Mare skąd jest 15 minut przejścia z jednego wierzchołka na wierzchołek Moldoveanu. Na podejściu postanawiam zostawić sobie pod jednym z kamieni butelkę z wodą, aby nie dźwigać jej z sobą na szczyt. Okazuje się to błędem, ponieważ w drodze powrotnej nie mogłem jej odnaleźć :/ Tymczasem podejście na Vistea Mare nie stanowiło jakiegoś wyzwania pod względem technicznym, no może poza tym, że było dość strome. Po ok 45 minutach od opuszczenia reszty grupy, dochodzę na szczyt Vistea Mare. Stamtąd patrząc w kierunku wschodnim dostrzec można kolejny na trasie schron Salvamontu. Bardzo podobny do tego który widać na zdjęciu powyżej. Po chwili na szczyt dociera też para (jak później ustaliliśmy) Szwajcarów. Zamieniamy kilka słów po angielsku i robimy sobie nawzajem fotki. Oni zostają jeszcze chwilę, a ja udaję się na Moldoveanu. Stąd to 15 minut spokojnego marszu, z jednym dość eksponowanym przewężeniem, gdzie trochę trzeba pomanewrować po śliskich skałach. Ktoś z lękiem wysokości nie miałby łatwo na tym przewężeniu, ale jest do przejścia. Po drodze mijam kilka krzyży. Wierzchołek Moldoveanu podobnie jak wiele innych “najwyższych szczytów” upstrzony jest jakimiś krzyżami, pomnikami itp. Tu dodatkowo na “ołtarzyku” pod jednym z krzyży leży masa drobniaków, jakieś wota w postaci bransoletek i innych wątpliwych “pamiątek”.
Jeden z ładniejszych krzyży na szlaku na Moldoveanu
Moldoveanu 2544 m n.p.m
Trochę lanserki
Uwijałem się by koledzy nie zaczęli za mną tęsknić
Chmura w Dolinie Podragu/ Po lewej widać budynek schroniska. Szczęściem, szlak do schroniska Podragu wytyczony był wzorowo więc z trafieniem nie było problemów. W schronisku już byli szwajcarzy, których spotkałem na Vistea Mare. Wprawdzie nocleg w schronisku mnie średnio bawił, ale wszyscy pozostali uczestnicy woleli tam zanocować, nie pozostało mi nic innego jak “ulec przemocy”.Ostatecznie przekonała mnie do tego butelka śliwowicy, którą zakupiliśmy w schronisku za 40 RON
Schronisko Podragu (Cabana Podragu)
Przed schroniskiem Podragu Tymczasem jednak humory poprawiły się po piwku, pogoda także uległa poprawie, co widac na powyższym zdjęciu, trzeba było więc się posilić a gdy się ściemniło weszliśmy do pokoju, aby spróbować naprawdę zacnej śliwowicy. Dawno tak dobrego trunku nie piłem. Wyszło niewiele ponad 100g na głowę więc w sam raz na zdrowy i spokojny sen. Ranek pomimo naszych obaw o pogodę, po wczorajszym zachmurzeniu, był rześki i zapowiadał pogodny dzień. Wylegliśmy więc na zewnątrz łapać promienie słońca i przygotowywać sobie posiłek. Po śniadaniu zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami kontynuowaliśmy wędrówkę za niebieskimi krzyżami. Nie powiem - szlak był mocno urozmaicony dolinami i podejściami, tak że profil naszej trasy wygląda jak grzebień, ale widoki w pełni rekompensowały poniesiony trud. Zwłaszcza że nie musieliśmy forsować tempa, gdyż celem na ten dzień było jezioro Balea, gdzie postanowiliśmy zabiwakować. W jednej z głębszych dolin Grzegorz doznał kontuzji kolana więc przytrafił nam się dłuższy popas. Na szczęście kontuzja okazała się niegroźna i bez przeszkód mogliśmy kontynuować naszą wędrówkę. Podejście na Varful Capra sprawiło mi niesamowitą niespodziankę, ponieważ o ile zawsze wlokłem się w ogonie grupy, to tym razem ja nadawałem tempo i to dość ostre |

