Góry‎ > ‎

Fogarasze 4-8.10.2009

Decyzja o wyjeździe w Góry Fogaraskie zapadła spontanicznie, wobec faktu że wyjazd nad Bajkał nie doszedł do skutku. Wprawdzie w odległych planach miałem zamiar się wybrać w Fogarasze, ale nie sądziłem że nastąpi to tak szybko :)

Tak czy inaczej w trakcie poszukiwania chętnych na wyjazd gdziekolwiek wykrystalizowała się ekipa, która zaakceptowała moją propozycję dotyczącą wyjazdu w Fogarasze.

Tym samym spotkaliśmy się w Katowicach dnia 4.10.2009 w składzie Piotr, Grzegorz, Zbyszek i ja.  Nie znaliśmy się osobiście wcześniej, ale to jest akurat najmniejsza przeszkoda. Dojazdu w zasadzie nie będę opisywał, bo przebiegł bez problemów i bardzo szybko dostaliśmy się na miejsce.
Z informacji praktycznych podam, że do przekroczenia granicy rumuńskiej nie jest wymagany paszport i można posłużyć się dowodem osobistym. Należy także wykupić winietę (4 euro za winietę tygodniową i 8 euro za winietę miesięczną). Winiety do nabycia są w budce, tuż za przejściem granicznym.
Kolejne informacje praktyczne dotyczą dróg. Kierując się na Sybin (Sibiu) można dojechać tam na dwa sposoby. Drogą przez Cluj Napoca oraz drogą przez Devę. Osobiście polecam wariant przez Cluj Napoca, ze względu na stan drogi, która jest zdecydowanie lepsza niż przez Devę. Tyle informacji praktycznych.

Pod schronisko Balea nad jeziorem o tej samej nazwie, docieramy po północy czasu polskiego, zatem dojazd z Katowic zajął nam 16 h (17 h uwzględniając zmianę czasu). Zważywszy stan dróg, oraz noc na nieznanej trasie uważam to za bardzo dobry czas. Sam dojazd z Sybina, Trasą Transfogaraską zajął nam 1,5 h., choć to tylko ok 80 km. No ale Szosa Transfogaraska nocą nie pozwala na szarżowanie :)
Tak czy inaczej gdy dotarliśmy do schroniska, okazało się, że nie da się wejśc do środka, bo jest zamknięte. Pukanie w okienko nie przyniosło rezultatów. Rankiem dopiero okazało się że nikogo w środku nie było więc mogliśmy sobie pukać do rana. Tymczasem trzeba się było udawać na spoczynek, ponieważ byliśmy zmęczeni podróżą, a zwłaszcza Piotrek, który kierował. Ponieważ noc była pięknie gwiaździsta, nie było najcieplej, więc przed udaniem się na spoczynek opróżniliśmy butelkę tarninówki mojego wyrobu tak na rozgrzewkę i nastąpił podział miejsc do spania. Piotrek z Grzegorzem zostali w aucie, my ze Zbyszkiem rozłożyliśmy się na przymurówce schroniska, tuż nad jeziorem.

Ranek okazał się jeszcze chłodniejszy, o czym świadczył lód na mniejszych kałużach oraz szron na roślinności. Nie powiem bym się wyspał za dobrze. Niestety mój śpiwór Cumulus X-Lite 200 średnio nadawał się na panujące na tym wyjeździe temperatury. W kolejne noce musiałem się ubierać cieplej by nie zmarznąć. Tak więc jeśli ktoś ma wątpliwości, czy ten śpiwór nadaje się na temp. w okolicy zera stopni czy poniżej zera, to oświadczam iż nie. No ale deklarowany przez producenta komfort to temp +3 stopnie więc nie mam absolutnie o to do nikogo pretensji, że zmarzłem. Sam sobie bylem winien. No ale do rzeczy - nie o śpiworze jest ta relacja :-)

Na śniadanko udaliśmy się do schroniskowego baru, a w zasadzie restauracji. Schronisko to w zasadzie schroniskiem jest tylko z nazwy. Moim zdaniem to bardziej pensjonat niż schronisko turystyczne. Polskim odpowiednikiem tego schroniska może być schronisko na Hali Miziowej, z tym że w schronisku Balea jeszcze są kelnerki.
Na śniadanie zjedliśmy sobie po omlecie, do tego browarek, jakieś pieczywo, kawa. W sumie nie wyszlo jakoś szczególnie drogo, bo po ok. 30 RON, czyli ok 30 zł.
Po posiłku czas nam było się zbierać w drogę, zwłaszcza że to była już godzina 10:00 lub coś koło tego. Już od samego początku nie było lekko na podejściu na Przełęcz Kozią (Saua Caprei) było stromo i ślisko, ale podejście zajęło nam coś ok 1h. Po dotarciu na przełęcz naszym oczom ukazał się urokliwy widok na Jezioro Capra (Lacul Capra). Chwila odpoczynku, kilka fotek i ruszamy dalej ku jeziorku.

Na Przełęczy Capra

Na Przełęczy Capra

Zejście do Jeziora Capra

Zejście do Jeziora Capra

Jezioro Capra oraz obelisk ku pamięci alpinistów

Jezioro Capra oraz obelisk ku pamięci alpinistów


























































Mijając je postanawiamy że w drodze powrotnej musimy tu zostać na noc, bo miejsce naprawdę jest wyśmienite. Tuż za jeziorem znajduje się marmurowy obelisk poświęcony alpinistom. Za obeliskiem pniemy się lekko w gorę, na Kozi Szczyt (Varful Capra) do kolejnego nagrobka, gdzie o ile dobrze pamiętam, zginęła w skutek zamarznięcia jakaś grupa młodych osób.  Tam także krótko odpoczywamy i tym razem kierujemy się w dół (cały czas za czerwonymi “paskami”) trawersując po lewej turnie Vartopel.

Turnie Vartopel

Turnie Vartopel

Rozpościera się stąd piękny widok na dolinę potoku Capra, oraz miejscami na połludniową część  trasy Transfogaraskiej. Tutaj też mamy pierwszy kontakt z kozicami, które zdradzają swą obecność spuszczając mini lawinę kamieni.

Kozice

Kozice




















Chwilę dalej dochodzimy do tzw. “Smoczej Bramy”, czy tez “Oka Smoka” nazwa oryginalna Portita Arpasului, skąd rozpościera sie wyśmienity widok zarówno na dolinę po północnej stronie Fogaraszy, jak i w kierunku południowym. Przy takiej pogodzie widoki naprawdę robią wrażenie. Widać także stąd schron Salvamontu (Refugiu Fereastra) znajdujący się w kotle poniżej. Stąd także odbija szlak (niebieskie krzyże) do Schroniska Podragu (Cabana Podragu) - będziemy nim wracać.

Smocza Brama

Smocza Brama

Refugiu Fereastra

Refugiu Fereastra

Wykonawszy kilka obowiązkowych fotek ruszamy dalej za czerwonymi paskami. Po pewnym czasie dochodzimy do przełęczy nad Jeziorem Buda (Lacul Buda), gdzie znajduje się kolejny obelisk. Niestety nie pamiętam intencji w jakiej tu stanął. Znajdujące się poniżej przełęczy jeziorko wyglądało zachęcająco i rozważaliśmy pozostanie tu na noc, lecz godzina była jeszcze wczesna, więc stanęło tylko na tym, że zjedliśmy tu coś na ciepło, odpoczęliśmy dłużej i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę w kierunku kolejnego jeziora, które znajdowało się przy szlaku, czyli Lacul Podu Giurgului z nadzieją, że tam znajdziemy także dogodne miejsca do rozbicia namiotów. W razie braku takowych mieliśmy się wrócić tutaj na nocleg. Na szczęście nie było potrzeby powrotu - znaleźliśmy dogodne miejsca na biwak.

Biwak

Biwak

Śniadanie. prawie jak u Tiffanyego ;-)

Śniadanie. prawie jak u Tiffany'ego ;-)







































Obrawszy miejsca pod namioty trzeba się było rozejrzeć za wodą, której mieliśmy już mało. Wydawałoby się, że do jeziorka wpływa jakiś strumień, ale niestety jak się później okazało nie udało nam się go zlokalizować. Tymczasem musieliśmy wyznaczyć osoby, które pójdą po wodę, wszak nie było sensu byśmy wszyscy szli. Jako że ochotników nie było, pociągnęliśmy zapałki. Padło na Grzegorza i Zbyszka. Chłopcy nie mieli lekko, bo jak się później okazało musieli za wodą udać się kawał drogi w dół. W sumie z 40 minut im zajęło dostarczenie wody. Jak się okazało przy jeziorze nie było szans na nabranie wody, ponieważ walało się pełno śmieci, dopiero sporo niżej znaleźli źródło skąd woda nadawała się do picia.
Podczas gdy chłopcy udali się po wodę my zajęliśmy się rozstawianiem namiotów, oraz przygotowywaniem  posiłków, z wody, która nam została. Po posiłku jeszcze jakieś pogaduchy, fotki księżyca wyłaniającego się zza gór i spać Jeszcze zanim udaliśmy się na spoczynek  zerwał się dość silny wiatr, który mocno przyginał nasze namioty. Na szczęście ja szybko zasnąłem więc nie dane mi było zamartwiać się tym problemem. Z racji czystego nieba noc była chłodna, ale pomny doświadczeń z poprzedniej nocy, tym razem ubrałem się do snu więc na termikę śpiwora nie narzekałem.

Ranek, jak to ranek - krzątanina przy przyrządzaniu posiłku, zwijaniu obozowiska i w drogę. Nie forsowaliśmy szczególnie tempa, bo i po co, a że pogoda była przednia to nawet grzechem byłoby gonić się. Po zejściu nieco niżej docieramy do bacówki znajdującej się nieco poniżej kotła w którym znajdowało się jezioro Podu Giurgiului. Bacówka w stosunkowo dobrym stanie. Było drewno na opał, palenisko, jakieś legowisko - suma summarum całkiem przytulnie, do wody blisko i piękne widoki. Wymarzone warunki by zabiwaczyć. Gdybym wiedział, że taka fajna ta bacówka to z pewnością nalegałbym by zanocować w jej pobliżu.

Bacówka

Bacówka

“Zwiedziliśmy” bacówkę i ruszamy dalej, przy okazji rozglądając się za wodą, ponieważ na śniadanie zużyliśmy cały zapas zgromadzony w dniu wczorajszym. Na szczęście niedaleko bacówki znajdował się wodopój, a przy nim znów kozice. Tym razem kozice nie były zbyt płochliwe i napstrykaliśmy się zdjęć, do woli.

Kozice

Kozice




















Woda uzupełniona - zatem ruszamy trawersem w kierunku Moldoveanu, w kierunku gdzie wydawało mi się, że znajduje się szlak, ponieważ aby dojść do bacówki musieliśmy opuścić szlak znakowany. Niestety niepotrzebnie nadłożyliśmy trochę drogi, ponieważ okazało się, że szlaku nie było w miejscu,  które upatrzyłem sobie. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - dzięki tej pomyłce mieliśmy okazję zapoznać się z widokiem na bardzo głęboką dolinę pod Moldoveanu.Na trawersie

Na trawersie

Dolina u stóp Moldoveanu

Dolina u stóp Moldoveanu






















Widok zaiste imponujący i jednocześnie zachwycający. Zdjęcia nie oddają niestety wrażenia jakie wywarł na nas ten widok. Po sesji fotograficznej ruszamy dalej.
Pod szczytem Corabia serwujemy sobie popas. Kurcze zadziwiająco ciepło jest jak na tę porę roku. Temperatura oscylowała w okolicach 15-20 stopni, co na tej wysokości, o tej porze roku nie jest zjawiskiem często spotykanym. No ale wracając do naszej wędrówki - po popasie ruszamy dalej mając już cały czas w zasięgu wzroku Moldoveanu. Docieramy wreszcie do przełęczy Orzanelei (Saua Orzanelei, ok 1 h drogi na Moldoveanu)), gdzie Grzegorz oświadcza, że ze względu na pogarszające się samopoczucie nie będzie wchodził na Moldoveanu. Rzeczywiście wyglądał nie najlepiej i jeśli choć w połowie tak źle się czuł jak wyglądał, to nie dziwię się że odpuścił ;) Po tej deklaracji morale w grupie runęło. Dość powiedzieć, że w efekcie krótkiej dyskusji zostałem jako jedyny, który zamierzał zdobywać Moldoveanu, a skoro już doszliśmy tutaj, to przecież nie było sensu odpuszczać na godzinę przed szczytem. Ale były i plusy tej sytuacji - nie musiałem iść z ciężkim plecakiem. Zapakowałem do kieszeni mapę, na pas GPS a do drugiej kieszeni butelkę z wodą i w drogę.
Orzanelei (Saua Orzanelei)

Przełęcz Orzanelei (Saua Orzanelei)



Kawałek dalej  za miejscem naszego postoju znajduje się trudniejszy odcinek szlaku, z łańcuchami i czymś na wzór via ferraty, ale w dość kiepskim stanie. Chwilę mi zajmuje pokonanie tego odcinka. Potem jest już łatwo. Dochodzę do miejsca z którego zaczyna się podejście naVistea Mare skąd jest 15 minut przejścia z jednego wierzchołka na wierzchołek Moldoveanu.  Na podejściu postanawiam zostawić sobie pod jednym z kamieni butelkę z wodą, aby nie dźwigać jej z sobą na szczyt. Okazuje się to błędem, ponieważ  w drodze powrotnej nie mogłem jej odnaleźć :/ Tymczasem podejście na Vistea Mare nie stanowiło jakiegoś wyzwania pod względem technicznym, no może poza tym, że było dość strome. Po ok 45 minutach od opuszczenia reszty grupy, dochodzę na szczyt Vistea Mare. Stamtąd patrząc w kierunku wschodnim dostrzec można kolejny na trasie schron Salvamontu. Bardzo podobny do tego który widać na zdjęciu powyżej. Po chwili na szczyt dociera też para (jak później ustaliliśmy) Szwajcarów. Zamieniamy kilka słów po angielsku i robimy sobie nawzajem fotki. Oni zostają jeszcze chwilę, a ja udaję się na Moldoveanu. Stąd to 15 minut spokojnego marszu, z jednym dość eksponowanym przewężeniem, gdzie trochę trzeba pomanewrować po śliskich skałach. Ktoś z lękiem wysokości nie miałby łatwo na tym przewężeniu, ale jest do przejścia. Po drodze mijam kilka krzyży. Wierzchołek Moldoveanu podobnie jak wiele innych “najwyższych szczytów” upstrzony jest jakimiś krzyżami, pomnikami itp.  Tu dodatkowo na “ołtarzyku” pod jednym z krzyży leży masa drobniaków, jakieś wota w postaci bransoletek i innych wątpliwych “pamiątek”.
Na szczycie korzystam z dobrodziejstw samowyzwalacza i wykonuję kilka fotografii, napawam się chwilę widokami, i zmykam z powrotem.

Jeden z ładniejszych krzyży na szlaku na Moldoveanu

Jeden z ładniejszych krzyży na szlaku na Moldoveanu

Moldoveanu 2544 m n.p.m

Moldoveanu 2544 m n.p.m

Trochę lanserki

Trochę lanserki


























































Uwijałem się by koledzy nie zaczęli za mną tęsknić ;-) ale po zejściu z Vistea Mare nie mogłem się doszukać zostawionej tu w drodze na górę, butelki z wodą. Szukałem jej z 20 minut i bez rezultatów. Cóż - przyjdzie mi przeboleć stratę 45 zł za butelkę :/  Do chłopaków dotarłem trochę spóźniony, bo obiecywałem że wyrobię się w 1,5 h w obie strony. Chwilę odpocząłem, przekąsiłem coś, i ruszamy w drogę powrotną. Postanowiliśmy że do samochodu dojdziemy szlakiem za niebieskimi krzyżami. Tak też się stało, a jako że na naszej drodze znalazło się schronisko Podragu (Cabana Podragu) zanocowaliśmy tam w nadziei na możliwość napicia się piwa.
Do schroniska docieramy chwilę po tym jak do Doliny Podragu “weszła” chmura i skończyła się niemal zupełnie widoczność.

Chmura w Dolinie Podragu/ Po lewej widać budynek schroniska.

Chmura w Dolinie Podragu/ Po lewej widać budynek schroniska.

Szczęściem, szlak do schroniska Podragu wytyczony był wzorowo więc z trafieniem nie było problemów. W schronisku już byli szwajcarzy, których spotkałem na Vistea Mare. Wprawdzie nocleg w schronisku mnie średnio bawił, ale wszyscy pozostali uczestnicy woleli tam zanocować, nie pozostało mi nic innego jak “ulec przemocy”.Ostatecznie przekonała mnie do tego butelka śliwowicy, którą zakupiliśmy w schronisku za 40 RON ;-) Budynek świecił pustkami. Cena noclegu to 25 RON więc bardzo przyzwoicie.Poza wspomnianymi szwajcarami, nami i gospodynią nie było nikogo. Sam budynek schroniska dość dobrze wpasował się w okolicę. Tak samo jak ona, ma surowy wygląd. Przyznam że taka asceza w wyglądzie pasowała do tego miejsca. Raczyliśmy się więc, zakupionym w schronisku piwem (15 RON), przygotowywaliśmy sobie posiłek i konwersowaliśmy sobie z gośćmi i gospodynią. Dowiedzieliśmy się, że mamy sporo szczęścia, ponieważ zazwyczaj o tej porze roku jest tu już z metr śniegu. Jak się okazuje schronisko jest nieczynne od listopada do wiosny. Trochę zaskoczony byłem tą informacją - ponieważ spodziewałem się, że zimą też można tu znaleźć schronienie.

Schronisko Podragu (Cabana Podragu)

Schronisko Podragu (Cabana Podragu)

Przed schroniskiem Podragu

Przed schroniskiem Podragu

Tymczasem jednak humory poprawiły się po piwku, pogoda także uległa poprawie, co widac na powyższym zdjęciu, trzeba było więc się posilić a gdy się ściemniło weszliśmy do pokoju, aby spróbować naprawdę zacnej śliwowicy. Dawno tak dobrego trunku nie piłem. Wyszło niewiele ponad 100g na głowę więc w sam raz na zdrowy i spokojny sen.

Ranek pomimo naszych obaw o pogodę, po wczorajszym zachmurzeniu,  był rześki i zapowiadał pogodny dzień. Wylegliśmy więc na zewnątrz łapać promienie słońca i przygotowywać sobie posiłek. Po śniadaniu zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami kontynuowaliśmy wędrówkę za niebieskimi krzyżami. Nie powiem - szlak był mocno urozmaicony dolinami i podejściami, tak że profil naszej trasy wygląda jak grzebień, ale widoki w pełni rekompensowały poniesiony trud. Zwłaszcza że nie musieliśmy forsować tempa, gdyż celem na ten dzień było jezioro Balea, gdzie postanowiliśmy zabiwakować.  W jednej z głębszych dolin Grzegorz doznał kontuzji kolana więc przytrafił nam się dłuższy popas. Na szczęście kontuzja okazała się niegroźna i bez przeszkód mogliśmy kontynuować naszą wędrówkę.
Przy “Smoczej bramie”, czyli w miejscu  gdzie niebieskie krzyże łączą się ze szlakiem czerwonym (czerwone paski) spotykamy grupkę Polaków. Chwilę rozmawiamy oraz informujemy ich że wybrali trudniejszy wariant aby dostać się do Schroniska Podragu. Kilkadziesiąt metrów dalej spotykamy kolejna grupkę, która również pyta nas o szlak. Zgodnie z prawdą odpowiadamy że za czerwonymi paskami idzie się zdecydowanie lepiej niż za niebieskimi krzyżami. Ci skorzystali z naszej rady i kontynuowali wędrówkę szlakiem czerwonym. Teraz jeszcze  pozostało nam pokonać trawers Vartopel, wdrapać się na Varful Capra i z górki mieliśmy już do jeziora Capra, gdzie zrobiliśmy sobie biwak.
W trakcie pokonywania tego odcinak ustaliliśmy że nie idziemy na Negoiu jak wcześniej planowaliśmy, tylko przemieszczamy się na północ kraju w rejon Padiszu, zahaczając po drodze o Sybin.

Podejście na Varful Capra sprawiło mi niesamowitą niespodziankę, ponieważ o ile zawsze wlokłem się w ogonie grupy, to tym razem ja nadawałem tempo i to dość ostre :-) Aż sam byłem zaskoczony jak łatwo mi się podchodzi pod górę. Gdy juz dotarliśmy nad jezioro okazało się, że nie byliśmy sami - biwakował tam już rowerzysta z namiotem i coś tam krzątał się przy rowerze, jakby naprawiał przebitą dętkę. Pogoda w tym czasie uległa pogorszeniu i zaczęła siąpić mżawka. Nic więc dziwnego że nastroje nie były najlepsze, i w sumie każdy pozamykał się w namiocie, i tym razem poszliśmy spać z kurami. Wieczorem jeszcze nad jeziorem pokazali się wędkarze, którzy dość długo kręcili się wokół jeziora. Rankiem okazało się, że wędki to była zmyłka, i goście rozciągnęli przez całe jezioro sieć. Zobaczyliśmy linkę podchodząc na Przełęcz Balea. Grzegorz się wrócił i zerwał im tą linkę, choć przyznam że mam mieszane uczucia co do zasadności tego czynu, zwłaszcza że sieci nie udało mu się wyciągnąć. Koło południa docieramy do samochodu, gdzie przebieramy się i idziemy na jakiś posiłek do restauracji schroniska/pensjonatu. Po posiłku, przy pięknej znów pogodzie i w ponad 20 stopniowym upale(przypominam jest 8 października !)  zjechaliśmy Trasą Transfogaraską do Sybina, gdzie Grzegorz chciał kupić jakieś suweniry, a my chcieliśmy coś zjeść. Nie mogliśmy się zdecydować gdzie zjeść i w końcu nie zjedliśmy, ponieważ Grzegorz nie znalazł nic ciekawego, to nie zabawiliśmy w Sybinie za długo, a szkoda, bo bardzo piękne to miasto. Zdecydowanie warte by tu wrócić.
Przebijając się przez korki wreszcie udało nam się wyjechać z Sybina na trasę. Tym razem mieliśmy jechać przez Devę. Droga była zauważalnie gorszej jakości, i spory ruch. Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do do Padiszu. jeszcze po drodze zaliczyliśmy nieprzyjemną przygodę gdy na jednym z zakrętów kierowca ciężarówki jadącej z przeciwka “ściął” zakręt i zjechaliśmy z asfaltu, a samochód zawisł nad poboczem, które wypłukał strumień. Na szczęście obyło się bez poważniejszej usterki, a samochód udało się wprowadzić z powrotem na resztki asfaltu jakie tu pozostały. Ok. 22:00 docieramy do Pensjonatu bodaj “Mama Mia”, gdzie za 100 RON wynajmujemy 2 pokoje, ale to już jest temat na kolejny opis, tym razem z Padiszu, który niebawem tu umieszczę :-)