Góry‎ > ‎

Padisz 8-11.10.2009

Czas na “Padiską” część naszej wizyty w Rumunii.

W góry Padisz postanowiliśmy pojechać zachęceni opowieściami Grzegorza, o urokach tej krainy. Jaskinie, wąwozy, potoki i inne zjawiska krasowe - to zelektryzowało wszystkich. Nie bez żalu, ale z nadzieją na nowe przygody, opuściliśmy Trasę Transfogaraską i po krótkim postoju w Sybinie, gdzie Grzegorz chciał kupić jakieś wyroby rękodzieła (ale bez skutku), ruszyliśmy w kierunku północnym, ku Okręgowi Bihor. Za Sybinem jeszcze zaliczyliśmy krótki postój w jednym z hipermarketów, gdzie uzupełniliśmy zapasy oraz zjedliśmy jakąś pizzę :-)
W sumie droga była zdecydowanie gorsza niż ta, którą przyjechaliśmy w Fogarasze, ale tragedii nie było. Po ok 5 h, z czego około godziny spędziliśmy w korku, aby wyjechać z Sybina, docieramy do zjazdu z głównej trasy na Pietroasę, skąd dalej kierujemy się na przysiółek Boga, gdzie także zaopatrujemy się w jakieś piwko, by uczcić szczęśliwy dojazd. Jednak nasze toasty były przedwczesne, ponieważ po kilkuset metrach od sklepu, na jednym z zakrętów,  jadąca z naprzeciwka ciężarówka ścina zakręt, i tym samym chcąc uniknąć  kolizji spadamy z asfaltu i samochód ze złowieszczym chrobotem zawisa jednym kołem w wypłukanym przez strumień poboczu. Chwila niepewności, nerwów, ale wstępne oględziny nie wykazały jakiś poważnych uszkodzeń, więc po podłożeniu kilku płaskich kamieni wjeżdżamy z powrotem na asfalt.  Ze względu na fakt, że już zapadł zmrok, postanawiamy przenocować gdzieś na kwaterze. Grzegorz zaproponował abyśmy zatrzymali się w pensjonaciku, w którym On bytował. Po zasięgnięciu języka, akceptujemy cenę po 100 RON za pokój 2 os.  w pensjonacie  ”La Mama”. Pokoiki malutkie, ale przytulne, czyste no i wreszcie można się było wykąpać w ciepłej wodzie, co przy upałach jakie panowały tego dnia (temp. ok. 23 stopnie) sprawia nam niemałą przyjemność. Po kąpieli, przy piwku snujemy plany na kolejny dzień. W zasadzie nie wybieramy nic oryginalnego, i główny plan zakłada dotarcie do osady/schroniska Padis a stamtąd  trasą, którą pokonywał Grzegorz wiosną. Niestety szczegółowe plany musieliśmy odłożyć na czas nabycia mapy. W sumie na rozmowach i planach zeszło nam do północy.

Rankiem, po śniadaniu przystępujemy do realizacji wczorajszych planów, więc zwijamy się z pensjonatu i jedziemy dalej w górę. Niestety tuż za pensjonatem droga asfaltowa zamienia się w miejscami mocno pobrużdżoną koleinami, szutrówkę czy drogę gruntową, ale Focus Piotra daje radę i po około 1,5 h docieramy do schroniska  Padis (Cabana Padis). Tam nie marnując czasu przepakowujemy się, strzelamy po “Ursusie”, kupujemy mapę, skądinąd kiepską, nie tanią (15 RON), ale lepsza taka niż żadna i ruszamy na szlak. Tego dnia także jest ciepło, choć słońce skryło się za lekkimi, chmurkami. Byliśmy wypoczęci, więc szło się bardzo przyjemnie, co rusz widać zapadliska jakiś podziemnych jam. Teren zaiste mocno “pracuje” bo niektóre z nich wyglądają na świeże. Idziemy za żółtymi kropkami. Po około godzince nieśpiesznego marszu dochodzimy do uroczo usytuowanego u stóp wysokiej, pionowej skały, wywierzyska (Ponor)

Ponor

Ponor

Po wykonaniu kilku obowiązkowych zdjęć, ruszamy dalej, gdzie docieramy do Polany Ponor (Poiana Ponor), z biegnącym przez jej środek strumieniu, który właśnie wypływał z wcześniej mijanego wywierzyska.

Polana Padis

Polana Padis

Polanka byłaby idealnym miejscem na biwak, gdyby nie liczne ślady bytowania parzystokopytnych, w postaci nawozu ;-)  Ciekawostką polany był fakt, ze potok nagle znikał w otworze w ziemi, ale sądząc po korycie, albo otwór nie odbierał nadmiaru wody w czasie opadów, albo powstał całkiem niedawno, ponieważ koryto potoku było dalej bardzo wyraźne i znikało dopiero u podnóża grupy skał.
Za polaną mamy małą rozterkę, którym ze szlaków iść, zwłaszcza, że nazwy na mapie niewiele nam mówią i nie znamy atrakcji tego terenu, ponieważ wyjazd odbył się spontanicznie i nie było możliwości by zapoznać się z informacjami, co warto zwiedzić. W końcu postanawiamy iść za jednym z drogowskazów ku miejscu o wszystko mówiącej nazwie “Cetatile Ponoroului”. Nasz krok okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ okazało się, że ta enigmatyczna nazwa kryje piękną i imponującą pod względem rozmiarów jaskinię.

Cetatile Ponoroului

Cetatile Ponoroului

Jaskinia ma otwór o wysokości bagatela 75m ! Wyłoniła się znienacka i mocno przytłoczyła nas swoją wielkością. A i samo dojście do jaskini nie było łatwe. Było stromo, wapienne skały były wyślizgane na lustro, a wilgoć z lasu sprawiła, że było naprawdę mocno ślisko. Co rusz jakieś łańcuchy, czy liny służyły jako ubezpieczenie.  W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak był naprawdę trudny i z dużymi plecakami raczej ciężko było się poruszać. Na szczęście nie wszyscy mieli ochotę by schodzić na dół po łańcuchach i gładkich wapieniach. Ja oczywiście nie przepuściłem tej okazji i zszedłem na dół, ale trochę to trwało. Bez łańcuchów nie byłoby szans by dotrzeć bezpiecznie na dół, ale warto było. Ogromne skały, wielki otwór jaskini i szemrzący gdzieś w jej otchłani potok tworzyły niesamowitą scenerię. Ale prawdziwe zaskoczenie czekało mnie po wejściu do jaskini, która okazała się nietypowa, bo jej większość, tworzyła przejście do jakby amfiteatru o pionowych ścianach porośniętych tu i ówdzie bukami i smrekami, a przy jednej ze ścian tego “amfiteatru” zionął otwór z lejem i osuwiskiem. Rzucony w otwór kamień długo spadał w dół nim uderzył w lustro wody.

Amfiteatr

"Amfiteatr"

Zdjęcie absolutnie nie oddaje uroku i wielkości tego miejsca, więc proszę wziąć na to poprawkę.
Niestety nie miałem za dużo czasu na pełną eksplorację, ale miejsce urocze i naprawdę warto je odwiedzić. Powrót do kolegów nie był łatwy i głównie polegał na podciąganiu się na linach i łańcuchach, ale w końcu udało się :-) Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Za cel obraliśmy sobie Wąwóz Galbenei (Cheile Galbenei), ale jeszcze kawałek mieliśmy do niego. Po drodze robimy sobie odpoczynek na jednym z licznych tarasów widokowych znajdujących się nad takimi “Amfiteatrami” jakie widziałem w Jaskini Ponoroului. Przecudne widoki, kolory jesieni i wyborna pogoda sprawiły, że nie chciało nam się ruszać za bardzo z miejsca. Ja co rusz biegałem od jednego punktu widokowego do drugiego i pstrykałem zdjęcia. Oto efekt tego biegania (w takich sytuacjach przydałby się obiektyw szerokokątny)

Na jednym z punktów widokowych

Na jednym z punktów widokowych

Landszafty

Landszafty

Wszystko co dobre jednak ma swój, zazwyczaj szybki koniec, więc i na nas przyszedł czas i trzeba było ruszyć dalej. Szlak prowadził głównie lasem, więc  wędrówka była mało interesująca, ale na szczęście co rusz natykaliśmy się na różne wychodnie skalne, czy też jaskinie. Natknęliśmy się także na odchody niedźwiedzia, co trochę zaniepokoiło część grupy, ale w końcu nas było czterech, a niedźwiedź pewnie jeden :-)
W okolice Cheile Galbenei docieramy już sporo po południu i niewiele brakowało abyśmy nie zeszli do niego, ale przeważyła opcja aby uzupełnić zapas wody, ponieważ nie znaliśmy dalej na szlaku żadnych miejsc, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć w wodę. Zejście w wąwóz był chyba największą atrakcją tego wyjazdu, a dla mnie prywatnie najpiękniejszym przeżyciem podczas tego wyjazdu.
Zapowiadało się niewinnie - wywierzyskiem.

Wywierzysko Galbenei

Wywierzysko Galbenei

W trakcie wędrówki Wąwozem Galbenei nierzadko poruszaliśmy się tak jak Grzegorz na poniższym zdjęciu

Grzegorz w ścianie

Grzegorz w ścianie

Po jakimś czasie dotarliśmy do urokliwej kaskady, która wygląda jak z folderów reklamowych. Absolutnie fantastyczne miejsce. Tu podobnie jak wyżej, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca.

Kaskady

Kaskady

Chwilę za tymi kaskadami, znajduje się przewężenie i ostre zejście, gdzie znów trzeba mocno uważać i asekurować się umieszczonymi tam stalowymi linami. Zresztą w tym wąwozie większość miejsc urokliwych, to również miejsca niebezpieczne. Po deszczu sporo trzeba by się nagimnastykować by przejść z jednego końca wąwozu na drugi.

W pewnym momencie przeżyłem mały stres gdy dotarliśmy do pionowej ściany, która usytuowana była tak, jakby wąwóz się kończył pionową ścianą. Byłaby to niezbyt pocieszająca wiadomość, gdyby trzeba było wracać z powrotem pod górę . Na szczęście okazało się, że wąwóz ma “zakręt” o 90 stopni, a to co czekało na nas na zakręcie to sceneria niemal jak z bajki.

Coś być musi do cholery... za zakrętem. I było

Coś być musi do cholery... za zakrętem. I było

Miejsce absolutnie wyjątkowe. Wodospad wypływający z jaskini, omszałe głazy, wąwóz o pionowych ścianach. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę, ponieważ grzechem byłoby w takim miejscu nie zachwycać się jego urokiem. Co ciekawe w jednej ze ścian wąwozu wykute były drobne stopnie i rozciągnięto liny (widoczne po lewej stronie zdjęcia), co sugeruje, że wody zazwyczaj jest tu sporo więcej niż obecnie i aby przejść w miarę suchą stopą trzeba było skorzystać z tych ubezpieczeń. Być może poniższe zdjęcie pozwoli wyobrazić sobie urok i ogrom tego miejsca (po prawej widać Grzegorza).

Wodospad

Wodospad

Po wykonaniu masy zdjęć, z różnych ujęć  ruszamy dalej ponieważ dzień się kończy, a my nie wiemy ile jeszcze zejdzie nam wędrówka tym wąwozem. Na szczęście na tym odcinku nie było już dużych stromizn, i w zasadzie jedynym utrudnieniem były ogromne głazy i w jednym miejscu trzeba było przejść przez “oczko” skalne, do którego trzeba było się wspiąć kilka metrów przy pomocy stalowej liny, a za “oczkiem” zejść w podobny sposób w dół. Nie było też już tutaj tylu fantastycznych miejsc, co wyżej, ale również było bardzo ładnie.  Wąwóz kończy się przy szutrowej drodze  i przyznam że od tej strony wygląda i zaczyna się niepozornie.
Gdyby się ktoś wybierał kiedyś w Padisz - Chiele Galbenei  to pozycja obowiązkowa do przejścia !
Po dojściu do drogi mieliśmy małe wątpliwości co do kierunku, w którym powinniśmy iść, ale na szczęście akurat przejeżdżali samochodem miejscowi i rozwiali nasze wątpliwości, oraz udało nam się dowiedzieć, że nieopodal będzie gdzie rozbić namiot.  Droga również była malowniczo położona. Wiła się pomiędzy skałami, a głęboko w dole płynął strumień, którego korytem szliśmy przez ostatnie kilka godzin.

Droga

Droga

Po ok 1/2h marszu dochodzimy do jakiegoś opuszczonego domostwa. Niewykluczone, że było tam kiedyś schronisko, i kilka metrów dalej ukazuje się naszym oczom polanka, na której postanawiamy się rozbić.  Znalazło się też trochę drewna na ognisko i tym samym udało się posiedzieć, choć jedną noc przy ognisku, bo już myślałem że będzie to mój pierwszy wyjazd, gdzie nie rozpalałem ognia. Warto było zabrać ze sobą kiełbasę :-) Przy cieple ogniska posiedzieliśmy do ok. 21.00, ja jeszcze z pół godzinki posiedziałem samotnie przy ogniu - szkoda było tak pięknej nocy, choć zrobiło się chłodno i wilgotno, to niebo było pełne gwiazd.

Ranek powitał nas chłodny, wilgotny i mglisty. Obudziłem się wcześniej niż koledzy i poszedłem na obchód terenu. Zajrzałem także do mijanego wczoraj opuszczonego domu. W środku znajdowały się jakieś materace, krzesła i duży, ładny piec kaflowy. Udało mi się tam też znaleźć trochę suchego drewna, które posłużyło do rozpalenia porannego ogniska, na którym przyrządziliśmy sobie śniadanie. W trakcie prac przy ognisku chłopcy także się obudzili i po chwili siedzieliśmy sobie już przy radośnie trzaskającym ogniu wszyscy poza Grzegorzem, którego nie ruszała nawet obozowa krzątanina :-) W międzyczasie pojawił się także miejscowy człowiek, by ściągnąć  dwa buczki z wycinki, która znajdowała się przy naszym obozowisku. Zwinęliśmy się gdzieś ok 9.00 lub nawet później. Nie spieszyło nam się zbytnio, i jedynie ciążyła nam myśl o “odrabianiu” wysokości, którą wczoraj tak skrzętnie “traciliśmy”. Dodatkowym utrudnieniem był zaduch jaki panował gdy mgła się podniosła i słońce oparło się o łąki, a jak na złość spory kawałek musieliśmy iść właśnie łąką :-(
Tego dnia także udało nam się natrafić na odchody niedźwiedzia, i to nie za daleko od naszego byłego obozowiska. Oczywiście nie obeszło się też bez chaszczowania (jak na każdym moim wyjeździe). tym razem chcieliśmy sobie nieco skrócić drogę i zamiast iść szlakiem, który trochę kluczył, skorzystaliśmy z drogi zrywkowej, która jak to zwykle ma miejsce skończyła się w najmniej odpowiednim momencie. Chyba nigdy nie nauczę się, że korzystając ze skrótów idzie się dłużej :-)  Na szczęście po dłuższej chwili trafiliśmy na szlak (żółte kropki) i już bez przeszkód przemieszczaliśmy się za jego pomocą. W międzyczasie Grzegorz dostał jakiegoś szalonego speeda i wydarł do przodu, a nam nie pozostało nic innego jak go gonić. IMO średni to był z jego strony pomysł zwłaszcza bez mapy i znajomości terenu, oraz w sytuacjach gdy szlak rozdzielał się na inne drogi, ale Grzegorz  zostawiał nam co jakiś czas strzałki na ziemi. “Zahaczyliśmy także o kolejną atrakcję Padiszu - Jaskinię Lodową.

Jaskinia Lodowa

Jaskinia Lodowa

Podobno w godzinach przedpołudniowych słońce ładnie oświetla ten lodospad w środku, dzięki czemu wygląda jak podświetlony reflektorem. Niestety nie dane nam było doświadczyć tego zjawiska. Po zwiedzeniu Jaskini Lodowej dotarliśmy do szutrowej drogi, którą w dniu wczorajszym mijaliśmy a że można było tamtędy skrócić sobie nieco drogę skierowaliśmy się tą drogą w kierunku Polany Ponor, lecz wcześniej (około południa) jeszcze trafiamy na polanę La Grajduri, gdzie znajduje się “goprówka” Salvamontu (rumuńskiego GOPR), pole namiotowe z czymś na wzór sklepo-knajpki (zamknięta) i jakiś bacówek, oraz niemałej ilości owiec :-) Posiedzieliśmy z godzinkę, czekając na Grzegorza, ale ten nie zjawiał się, więc ruszyliśmy dalej w nadziei, że po prostu jest przed nami.  Na Polanę Ponor docieramy po około godzinie podejścia pod górę, i tutaj korzystając z zasięgu sieci komórkowej dzwonimy do domów, a w międzyczasie nadchodzi Grzegorz. Wracał tą samą trasą, którą szliśmy wczoraj i jak widać tym razem opłacało nam się  skrócić sobie drogę :-)

Po dojściu do samochodu rozbijamy namioty i rozkładamy śpiwory, by wyschły z rosy, a sami udajemy się do sklepo-knajpki na jakiś posiłek  i Ursusa. Zjedliśmy po pysznym pstrągu z frytkami popijanym piwkiem (prócz kierowcy), i po wysuszeniu sprzętu chłopcy jednak zaczynają kręcić nosami, na wcześniejsze ustalenia, że nocować będziemy gdzieś pod namiotem, i rozważają zanocowanie  w jednym z domków do wynajęcia na Polanie Padis. Ja twardo optowałem przy noclegu pod namiotem, w końcu nie przyjechałem tam na wczasy, i nie po to brałem namiot by go tylko nosić :-)
Ostatecznie jednak, postanowiliśmy zjechać z powrotem do “La Mamy” i tam sie zatrzymać - dzięki czemu zaoszczędziliśmy sobie zjeżdżania przed podróżą powrotną drogą z Polany Padis do przysiółka Boga, co z powrotem również zajęło nam ok 1,5 h. Tym razem w pensjonacie nocleg kosztował nas po 70 RON za pokój, ponieważ był weekend i tańsze pokoje były zajęte.
Jak się rano okazało, zanocowanie w pensjonacie to był dobry ruch, ponieważ w nocy przeszła niemała nawałnica, która mogłaby się dla nas skończyć przemoczeniem szpeju. Na szczęście tak się nie stało, i po szybkim śniadaniu wskakujemy w samochód i ruszamy do kraju.
Przez Rumunię przejechaliśmy w zasadzie gładko, no może poza jednym pit-stopem gdy drogą pędzone były owce.  Przez Węgry przejechaliśmy gładziutko, nie zdejmując nawet nogi z gazu, przez Słowację trochę gorzej, ale także przyzwoicie, i po 8 h jazdy największe problemy zaczęły się na “zakopiance” tuż za Nowym Targiem. Wszystko stało, ponieważ był tam jakiś wypadek. Ruszyliśmy więc przez Rabkę i Oświęcim i w efekcie wieczorkiem byłem już w domu.
Kolejny udany wyjazd, pełen przygód i nowych miejsc.