Czas na “Padiską” część naszej wizyty w Rumunii. W góry Padisz postanowiliśmy pojechać zachęceni opowieściami Grzegorza, o urokach tej krainy. Jaskinie, wąwozy, potoki i inne zjawiska krasowe - to zelektryzowało wszystkich. Nie bez żalu, ale z nadzieją na nowe przygody, opuściliśmy Trasę Transfogaraską i po krótkim postoju w Sybinie, gdzie Grzegorz chciał kupić jakieś wyroby rękodzieła (ale bez skutku), ruszyliśmy w kierunku północnym, ku Okręgowi Bihor. Za Sybinem jeszcze zaliczyliśmy krótki postój w jednym z hipermarketów, gdzie uzupełniliśmy zapasy oraz zjedliśmy jakąś pizzę Rankiem, po śniadaniu przystępujemy do realizacji wczorajszych planów, więc zwijamy się z pensjonatu i jedziemy dalej w górę. Niestety tuż za pensjonatem droga asfaltowa zamienia się w miejscami mocno pobrużdżoną koleinami, szutrówkę czy drogę gruntową, ale Focus Piotra daje radę i po około 1,5 h docieramy do schroniska Padis (Cabana Padis). Tam nie marnując czasu przepakowujemy się, strzelamy po “Ursusie”, kupujemy mapę, skądinąd kiepską, nie tanią (15 RON), ale lepsza taka niż żadna i ruszamy na szlak. Tego dnia także jest ciepło, choć słońce skryło się za lekkimi, chmurkami. Byliśmy wypoczęci, więc szło się bardzo przyjemnie, co rusz widać zapadliska jakiś podziemnych jam. Teren zaiste mocno “pracuje” bo niektóre z nich wyglądają na świeże. Idziemy za żółtymi kropkami. Po około godzince nieśpiesznego marszu dochodzimy do uroczo usytuowanego u stóp wysokiej, pionowej skały, wywierzyska (Ponor)
Ponor Po wykonaniu kilku obowiązkowych zdjęć, ruszamy dalej, gdzie docieramy do Polany Ponor (Poiana Ponor), z biegnącym przez jej środek strumieniu, który właśnie wypływał z wcześniej mijanego wywierzyska.
Polana Padis Polanka byłaby idealnym miejscem na biwak, gdyby nie liczne ślady bytowania parzystokopytnych, w postaci nawozu
Cetatile Ponoroului Jaskinia ma otwór o wysokości bagatela 75m ! Wyłoniła się znienacka i mocno przytłoczyła nas swoją wielkością. A i samo dojście do jaskini nie było łatwe. Było stromo, wapienne skały były wyślizgane na lustro, a wilgoć z lasu sprawiła, że było naprawdę mocno ślisko. Co rusz jakieś łańcuchy, czy liny służyły jako ubezpieczenie. W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak był naprawdę trudny i z dużymi plecakami raczej ciężko było się poruszać. Na szczęście nie wszyscy mieli ochotę by schodzić na dół po łańcuchach i gładkich wapieniach. Ja oczywiście nie przepuściłem tej okazji i zszedłem na dół, ale trochę to trwało. Bez łańcuchów nie byłoby szans by dotrzeć bezpiecznie na dół, ale warto było. Ogromne skały, wielki otwór jaskini i szemrzący gdzieś w jej otchłani potok tworzyły niesamowitą scenerię. Ale prawdziwe zaskoczenie czekało mnie po wejściu do jaskini, która okazała się nietypowa, bo jej większość, tworzyła przejście do jakby amfiteatru o pionowych ścianach porośniętych tu i ówdzie bukami i smrekami, a przy jednej ze ścian tego “amfiteatru” zionął otwór z lejem i osuwiskiem. Rzucony w otwór kamień długo spadał w dół nim uderzył w lustro wody.
"Amfiteatr" Zdjęcie absolutnie nie oddaje uroku i wielkości tego miejsca, więc proszę wziąć na to poprawkę.
Na jednym z punktów widokowych
Landszafty Wszystko co dobre jednak ma swój, zazwyczaj szybki koniec, więc i na nas przyszedł czas i trzeba było ruszyć dalej. Szlak prowadził głównie lasem, więc wędrówka była mało interesująca, ale na szczęście co rusz natykaliśmy się na różne wychodnie skalne, czy też jaskinie. Natknęliśmy się także na odchody niedźwiedzia, co trochę zaniepokoiło część grupy, ale w końcu nas było czterech, a niedźwiedź pewnie jeden
Wywierzysko Galbenei W trakcie wędrówki Wąwozem Galbenei nierzadko poruszaliśmy się tak jak Grzegorz na poniższym zdjęciu
Grzegorz w ścianie Po jakimś czasie dotarliśmy do urokliwej kaskady, która wygląda jak z folderów reklamowych. Absolutnie fantastyczne miejsce. Tu podobnie jak wyżej, zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca.
Kaskady Chwilę za tymi kaskadami, znajduje się przewężenie i ostre zejście, gdzie znów trzeba mocno uważać i asekurować się umieszczonymi tam stalowymi linami. Zresztą w tym wąwozie większość miejsc urokliwych, to również miejsca niebezpieczne. Po deszczu sporo trzeba by się nagimnastykować by przejść z jednego końca wąwozu na drugi. W pewnym momencie przeżyłem mały stres gdy dotarliśmy do pionowej ściany, która usytuowana była tak, jakby wąwóz się kończył pionową ścianą. Byłaby to niezbyt pocieszająca wiadomość, gdyby trzeba było wracać z powrotem pod górę . Na szczęście okazało się, że wąwóz ma “zakręt” o 90 stopni, a to co czekało na nas na zakręcie to sceneria niemal jak z bajki.
Coś być musi do cholery... za zakrętem. I było Miejsce absolutnie wyjątkowe. Wodospad wypływający z jaskini, omszałe głazy, wąwóz o pionowych ścianach. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę, ponieważ grzechem byłoby w takim miejscu nie zachwycać się jego urokiem. Co ciekawe w jednej ze ścian wąwozu wykute były drobne stopnie i rozciągnięto liny (widoczne po lewej stronie zdjęcia), co sugeruje, że wody zazwyczaj jest tu sporo więcej niż obecnie i aby przejść w miarę suchą stopą trzeba było skorzystać z tych ubezpieczeń. Być może poniższe zdjęcie pozwoli wyobrazić sobie urok i ogrom tego miejsca (po prawej widać Grzegorza).
Wodospad Po wykonaniu masy zdjęć, z różnych ujęć ruszamy dalej ponieważ dzień się kończy, a my nie wiemy ile jeszcze zejdzie nam wędrówka tym wąwozem. Na szczęście na tym odcinku nie było już dużych stromizn, i w zasadzie jedynym utrudnieniem były ogromne głazy i w jednym miejscu trzeba było przejść przez “oczko” skalne, do którego trzeba było się wspiąć kilka metrów przy pomocy stalowej liny, a za “oczkiem” zejść w podobny sposób w dół. Nie było też już tutaj tylu fantastycznych miejsc, co wyżej, ale również było bardzo ładnie. Wąwóz kończy się przy szutrowej drodze i przyznam że od tej strony wygląda i zaczyna się niepozornie.
Droga Po ok 1/2h marszu dochodzimy do jakiegoś opuszczonego domostwa. Niewykluczone, że było tam kiedyś schronisko, i kilka metrów dalej ukazuje się naszym oczom polanka, na której postanawiamy się rozbić. Znalazło się też trochę drewna na ognisko i tym samym udało się posiedzieć, choć jedną noc przy ognisku, bo już myślałem że będzie to mój pierwszy wyjazd, gdzie nie rozpalałem ognia. Warto było zabrać ze sobą kiełbasę Ranek powitał nas chłodny, wilgotny i mglisty. Obudziłem się wcześniej niż koledzy i poszedłem na obchód terenu. Zajrzałem także do mijanego wczoraj opuszczonego domu. W środku znajdowały się jakieś materace, krzesła i duży, ładny piec kaflowy. Udało mi się tam też znaleźć trochę suchego drewna, które posłużyło do rozpalenia porannego ogniska, na którym przyrządziliśmy sobie śniadanie. W trakcie prac przy ognisku chłopcy także się obudzili i po chwili siedzieliśmy sobie już przy radośnie trzaskającym ogniu wszyscy poza Grzegorzem, którego nie ruszała nawet obozowa krzątanina
Jaskinia Lodowa Podobno w godzinach przedpołudniowych słońce ładnie oświetla ten lodospad w środku, dzięki czemu wygląda jak podświetlony reflektorem. Niestety nie dane nam było doświadczyć tego zjawiska. Po zwiedzeniu Jaskini Lodowej dotarliśmy do szutrowej drogi, którą w dniu wczorajszym mijaliśmy a że można było tamtędy skrócić sobie nieco drogę skierowaliśmy się tą drogą w kierunku Polany Ponor, lecz wcześniej (około południa) jeszcze trafiamy na polanę La Grajduri, gdzie znajduje się “goprówka” Salvamontu (rumuńskiego GOPR), pole namiotowe z czymś na wzór sklepo-knajpki (zamknięta) i jakiś bacówek, oraz niemałej ilości owiec Po dojściu do samochodu rozbijamy namioty i rozkładamy śpiwory, by wyschły z rosy, a sami udajemy się do sklepo-knajpki na jakiś posiłek i Ursusa. Zjedliśmy po pysznym pstrągu z frytkami popijanym piwkiem (prócz kierowcy), i po wysuszeniu sprzętu chłopcy jednak zaczynają kręcić nosami, na wcześniejsze ustalenia, że nocować będziemy gdzieś pod namiotem, i rozważają zanocowanie w jednym z domków do wynajęcia na Polanie Padis. Ja twardo optowałem przy noclegu pod namiotem, w końcu nie przyjechałem tam na wczasy, i nie po to brałem namiot by go tylko nosić |