Góry‎ > ‎

Marmarosze 1-6.09.2008

Karpaty Marmaroskie 1-6.09.2008

Uczestnicy wyprawy – Michał Gabzdyl i Adam Liduk

Podróż rozpoczynamy w grodzie Kraka, przy RDA. Z Miśkiem spotykam się ok. godz. 9.00 Po przeciskaniu się przez korki wreszcie wyjeżdżamy na trasę w kierunku Tarnowa. Stamtąd kierujemy się na Gorlice i dalej w kierunku przejścia granicznego w Koniecznej. Na Słowacji lekko gubimy drogę (kierując się GPS’em) ale docieramy w końcu do przejścia granicznego w Niżnem Nemeckiem. Tam odprawa nie zajmuje nam wiele czasu zarówno po stronie słowackiej jak i ukraińskiej. W zasadzie cała odprawa sprowadza się do wypisania deklaracji celnych, i zerknięcia przez Ukraińców do naszego bagażu. Oczywiście nie byliby sobą gdyby nie przyczepili się do tego, ze do deklaracji nie wpisaliśmy drobnej kwoty 35 euro i 40 dolarów, które mieliśmy. Ale obyło się bez zbędnych perturbacji.

Na Ukrainie już nie było tak łatwo nawigacyjnie. Za sprawą mojego błędu i założenia złych kryteriów trasy troszkę czasu zmitrężyliśmy na przejażdżkach bocznymi drogami zamiast mknąć po głównej trasie. No ale dzięki temu mielismy niepowtarzalną okazję zwiedzenia Ukrainy od mniej oficjalnej strony ;-)
Za miejscowością Vylok chcieliśmy uwiecznić na kartach pamięci naszych aparatów przeuroczy widok płonących stogów siana snujących piękne dymki po okolicy. Jednak nie zdążyliśmy zrobić nawet jednej fotki gdy jak z pod ziemi pojawiła się biała Łada z przyciemnionymi szybami, a której to kierowca, tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmił nam że tutaj fotografować nie wolno, ponieważ jest to strefa nadgraniczna. Usłuchaliśmy i ruszyliśmy dalej zerkając co jakiś czas w lusterko wsteczne czy aby Łada nie jedzie za nami. Po parunastu kilometrach już nie jechała za nami.
W miejscowości Beregovo korzystam z usług bankomatu a parę km dalej zatrzymujemy się przy sklepie, aby dokonać niezbędnych zakupów (jakieś piwko, gorzałka)
Na granicę UA > RO Diakovo – Halmeu docieramy już po zapadnięciu zmroku. Nie ma za dużo samochodów, ale kolejka
 z początku przesuwa się dość opieszale, jednak po jakimś czasie nabiera tempa i po ok. 45 minutach oczekiwania jesteśmy odprawiani przez Ukraińców. Większych problemów nie było, poza standardowym zerknięciem do bagażnika i małymi problemami z odczytaniem numeru nadwozia.
Oczywiście problemów tych można było uniknąć wręczając celnikowi drobną sumę w euro czy dolarach, ale cięty jestem na łapówkarstwo więc nie mieliśmy zamiaru kultywować tych dziadowskich zwyczajów. Zaowocowało to nieco dłuższą odprawą niż tych, którzy dali „w łapę”, ale
 mam za to czyste sumienie. Dłuższą odprawę zgotowali nam Rumuni, którzy nie dość, że kazali powyjmować wszystko z samochodu i przeszukano bagaż oraz samochód przy użyciu psa do wykrywania narkotyków. Piesek nic nie znalazł, ale swoje odstaliśmy, niemniej jakoś przed 23.00 wjeżdżamy na teren Rumunii. Teraz już tylko kierujemy się w stronę Sygietu Marmaroskiego, gdzie dojeżdżamy w końcu grubo po północy. Postanawiamy że trzeba się zdrzemnąć, bo Misiek już był nieźle wyczerpany, a i ja byłem po służbie nocnej więc także już śpiący byłem. Początkowo zamierzaliśmy przespać się na parkingu w pobliżu rynku w Sygiecie, ale licznie przechadzająca się młodzież skutecznie nas do tego zniechęciła, więc wybór padł na jakąś stacje benzynową tuz za centrum. Tam docieramy ok. 1.05, bierzemy po łyku piwa i udajemy się na odpoczynek. Było nawet wygodnie, choć dość zimno.
Pobudka ok. 6.00. Szybkie ogarniecie sytuacji i już jedziemy dalej w stronę Viseu De Sus, aby zobaczyć legendarną już kolejkę wąskotorową, zwaną Mocanita. Uwijamy się aby zdążyć przed odjazdem o 8.30. Po krótkich poszukiwaniach miejscowi wskazują nam właściwą drogę. Okazuje się jednak, że w zwitku z niedawnymi powodziami, które nawiedziły ten region i mocno uszkodziły linię wąskotorową zmienił się też rozkład jazdy i kolejka odjeżdża o 6.00, potem o 7.00, a kolejne kursy są dopiero po 14.00. Ale mamy choć tyle szczęścia, że stoi już podstawiony skład który odjeżdża o 14.00, jednak nie jest „pod parą” i nieco traci na atrakcyjności. No ale dobre i to. W Viseu De Sus postanowiliśmy też zjeść ostatni
 porządny posiłek przed wyjściem w góry. Wybór pada na niepozorny lokalik niedaleko głównej ulicy. Po ustaleniu że da się tu zjeść coś na ciepło zostaje nam wskazana sala jadalna oraz menu. Z niezrozumiałych dla nas wyrazów udaje nam się wyłowić kotleta schabowego z frytkami i surówką, którego to kotleta zamawiamy, oraz po czymś do picia. W oczekiwaniu na posiłek przyjrzeliśmy się bliżej lokalowi, który w zasadzie nie był najgorszy, ale widać było, że serwowanie posiłków nie jest jego głównym przeznaczeniem. W zasadzie życiem tętniła sala kawiarniana, a na jadalnej byliśmy tylko my. Po ok. ½ godz. Oczekiwania na nasz stolik trafia najpierw dressing czosnkowy (bardzo pyszny) i chyba z pół chleba, a po chwili danie główne. Jak się okazało płacąc po 13 Lei za schabowego otrzymujemy 2 kotlety wielkości dłoni rosłego górnika, oraz sporo frytek i niezłą surówkę. Gdy już się nasyciliśmy przyszedł czas na dokonanie ostatnich zakupów i powrót w stronę Sygietu by po chwili skierować się na Repedę.
W Repedzie znalezienie miejsca do zaparkowania nie zajmuje nam wiele czasu. Wybór pada na jedno z mijanych gospodarstw. Po krótkiej dyskusji dogadujemy się jakoś z właścicielami i uzyskujemy zgodę na wjazd samochodem. Nie zwlekamy długo i każdy z nas chce jak najszybciej wyjść już w góry. Z właścicielką posesji ustalamy że należność za parkowanie uiścimy po powrocie z gór - wstępnie ma to być sobota. Po otrzymaniu błogosławieństwa od gospodyni znajdujemy się wreszcie na upragnionym szlaku. Cel na dziś – Pop Ivan Marmaroski.
Za wsią robimy sobie dłuższy postoik aby kontemplować widoki. Udaje się nam znaleźć znaki czerwone, zatem kierujemy się nimi, zamiast dreptać drogą. Szlak prowadzi dnem strumienia, ale stan wody nie jest wysoki więc udaje nam się przejść suchą stopą. W pewnym momencie jednak szlak odbija w kierunku dokładnie przeciwnym niż ten w którym my powinniśmy iść, zatem postanawiamy porzucić szlak i iść na azymut. Łatwo nie było, bo stok, po którym przyszło nam się wdrapywać na górę, był stromy, toteż zmitrężyliśmy na
 nim sporo czasu. Po drodze natknęliśmy się też na osady pasterskie, ale po pobieżnych oględzinach okazało się, ze są niezamieszkane, choć nie zaniedbane. Zaznaczam chaty na GPS’ie ,wykonuję kilka zdjęć i udajemy się dalej. Plan był taki aby dotrzeć tego dnia na Popa Ivana, ale już staje się powoli jasne że ten plan jest niewykonalny. Nie uda nam się nawet podejść pod Rapę, więc Tomnatyk wydaje się być realnym celem do osiągnięcia. W zasadzie odległościowo nie jest daleko, ale strome podejście, wysoka temperatura powietrza i nieprzespana zbyt dobrze ostatnia noc odbijają się na tempie marszu. A tempo było koszmarne. Co kilka kroków robiliśmy krótkie postoje, posilaliśmy się jagodami i znów kilka kroków. Wszelkie trawersy i wypłaszczenia witaliśmy z radością. Docieramy do kolejnej osady szałasów pasterskich. Tutaj dla odmiany byli jacyś ludzie – to zbieracze jagód, natomiast szałasy wyglądają na nieużywane od dawna, ale za to w pobliżu jest ładny strumień, ze świeżą wodą. Z tego miejsca na grań zostało nam może z 300m stromego podejścia, ale odcinek ten pokonywaliśmy ponad godzinę. Wreszcie gdy nam się już udało dostać na grań można było odetchnąć z ulgą. Do pokonania zostało nam jeszcze tylko niewielkie podejście na sam szczyt Tomnatyka. Przed samym podejściem znajduje się malownicze jeziorko, niestety woda jest niezbyt czysta i niezbyt głęboka więc na miejsce biwakowe nadaje się średnio, dlatego wleczemy się na sam szczyt, pomimo że padamy ze zmęczenia. Na szczyt docieramy ok. 17.30 czasu lokalnego, czyli ok. 16.30 czasu polskiego, z ulgą zrzucamy plecaki i zabieramy się za rozbijanie namiotu i organizowanie drewna na ognisko. Umilamy sobie czas pociąganiem Aksamitnego Obołonia zakupionego na Ukrainie. Z nazbieraniem drewna nie było problemu, z rozbiciem namiotu również, więc nadszedł czas na łyk czegoś mocniejszego,
 oraz zjedzenie czegoś ciepłego. Jako podkład pod główne danie, na które miały być hamburgery, posłużyły nam jakieś chińskie zupki. Po ich zjedzeniu, szybko zapłonął ogień. Nie tylko po to aby się ogrzać, ale i po to aby wreszcie pozbyć się wszechobecnych meszek. Po posiłku i opróżnieniu znacznej części gorzałki nadszedł czas na wykonanie kilku fotek zachodu słońca, oraz na spoczynek.

Ranek był rześki i niestety bez spodziewanych w okolicy Farchenia mgieł, przez co trochę rozczarowany byłem, ale oczywiście nie odmówiłem sobie wykonania kilku landszaftów.
Po sutym śniadanku czas się zbierać. W sumie na tym „zbieraniu się” zeszło nam prawie do 8.30, ale z nowymi siłami ruszamy dalej w kierunku Popa Ivana Marmaroskiego. Na zejściu z Tomnatyka spotykamy jagodziarzy oraz nawet liczne ślady ich bytowania w postaci butelek po „Spiritus Sanitar” o wdzięcznej nazwie „Mona” i dość atrakcyjnej i roznegliżowanej pielęgniarce na etykiecie.
Nad Jeziorem Vinderel Misiek wyczyta, ze to spirytus salicylowy o mocy 70%. Ale to dopiero przed nami. Tymczasem docieramy na trawers Rapy i tu uzupełniamy zapas wody z lichego, ale jednak cieknącego źródełka.
 Kilkaset metrów dalej, niedaleko przełączki pomiędzy Rapą a Holovaculem, gdzie szlak się rozchodzi w kierunku Popa Ivana i w kierunku Mezipotohów, znajduje się już dużo bogatsze źródełko, z konkretnym wypływem. Tutaj postanowiliśmy zjeść drugie śniadanko i zabawiliśmy tu z 2,5 godziny. Nic nie zapowiadało, że będzie nam tego czasu brakować .
Ciut powyżej źródła, już przy samej granicy zostawiliśmy w krzakach nasze plecaki, ponieważ i tak musimy wrócić tędy i „na lekko” udaliśmy się ku szczytowi Popa Ivana. Droga na szczyt zajęła nam ok. 1,5 godziny, a w połowie drogi spotkaliśmy dwóch Ukraińców , którzy
 wędrowali w kierunku Popa Ivana Czarnohorskiego. Na pokonanie tej trasy mieli 5 dni.
Z
 początku zresztą było trochę strachu, ponieważ nie posiadaliśmy stosownych zezwoleń (nie mieliśmy precyzyjnych informacji czy są niezbędne czy nie) do poruszania się w strefie granicznej i wymienionych wcześniej Ukraińców wzięliśmy za patrol ukraińskiej Straży Granicznej, ale po dostrzeżeniu kijków trekkingowych i kolorowych ubiorów upewniliśmy się że to cywile. Po wyjściu zza kolejnego wzniesienia, oczom naszymukazuje się upstrzony betonowo-stalowym triangulem wierzchołek Popa Ivana. Na szczyt docieramy o 14.00 z tradycyjnym „o kurwa !” na ustach. Odnosiło się to oczywiście do widoku roztaczającego się ze szczytu. W kierunku wschodnim ostre źleby i rumowiska, oraz dwa potężne kotły pomiędzy którymi znajduje się Pop Ivan, a od zachodu dość łagodne stoki, prowadzące w głęboka dolinę rzeki Frumusaua. Przy trangulu odnajdujemy opróżniona butelkę po jakiejś podlej brandy i już chciałem wyrazić, co sadzę o takim postępowaniu, ale w środku butelki dostrzegłem karteczki z wpisami kto ostatnio zdobył szczyt. I tak byli tam ornitologowie, harcerze (pionierzy) i zwykli turyści. Wynikało z tego przynajmniej raz dziennie szczyt jest zdobywany i turysta nie jest tu obiektem unikalnym. Trochę nas to pocieszyło, ale i tak na szczycie nie zabawiliśmy długo – po co kusić los.
Powrót w miejsce gdzie zostały plecaki zajął nam połowę czasu, który
 poświęciliśmy na wejście „tam”. Niedaleko popas zrobili sobie spotkani na podejściu pod popa Ivana Ukraińcy. Było tam kolejne małe źródełko ale nam nie przyszło do głowy, aby uzupełnić zapasy wody, czego później przyszło nam gorzko żałować. Dlatego uprzedzam i ostrzegam – kto będzie się udawał w tym samym kierunku co my, nie zapomnijcie uzupełnić sobie tam wody, ponieważ później na bardzo długim odcinku (ok. 20 km) nie ma żadnego źródła czy strumienia. To znaczy strumienie są, ale w głębi dolin i trzeba by pokonać przynajmniej 700 m stromego stoku (jeśli nie więcej) aby się do nich dostać. Proszę się nie sugerować mapą – na mapie WIG 1:100 000 arkusz „Burkut” są zaznaczone przynajmniej dwa strumyczki po stronie ukraińskiej, mniej więcej w połowie drogi na Mezipotohy, ale w rzeczywistości dojście do nich jest niemal niemożliwe ze względu na stromiznę stoku. Za Mezipotohami także po stronie ukraińskiej, zaznaczony jest strumień, ale w rzeczywistości go nie ma. No chyba że po prostu trafiliśmy na jakiś okres dłuższej suszy, choć nie sądzę, wnosząc po dość licznych kałużach i wilgotnej glebie. Dopiero za pasmem Nieneski udało nam się natrafić zacne źródło, no ale dojdę do tego w dalszej części relacji.
Tymczasem (mija 15.00)mijamy spożywających posiłek Ukraińców i z lekkim strachem podążamy wyjeżdżoną przez samochody patrolowe
 drogą poukraińskiej stronie, rozpadającej się i mającej najlepsze lata za sobą, systiemy, czyli pasa zasiek i zbronowanej ziemi. Sądząc po śladach, ten odcinek nie był patrolowany przynajmniej ze 2 dni. W zasadzie ani jednego świeżego śladu kół nie było, a i ślady butów bardziej wskazywały na obuwie z podeszwą Vibram, które jak mniemam raczej nie są na wyposażeniu patroli Straży Granicznej Ukrainy, no ale czujność rewolucyjna należało zachować i co jakiś czas przystawaliśmy aby posłuchać, czy nie słychać nadjeżdżającego pojazdu. Droga była wygodna, więc wędrowało się wygodnie i nawet szybko, było tylko strasznie gorąco, a przez to woda ubywała nam w dość szybkim tempie. Wprawdzie tego dnia nocleg mieliśmy przewidziany gdzieś przed Mezipotohami , ale brak wody zmusił nas do dalszego marszu. Gdzieś w połowie drogi pomiędzy Rapą a Mezipotohami na mapie zaznaczone są dwa strumienie po ukraińskiej stronie. Niestety po dotarciu na miejsce okazuje się, że nie da się do nich dotrzeć, ponieważ stromizna stoku uniemożliwia to, ale pomimo nalegań Miśka, aby zabiwakować za kolejnym wzniesieniem, już byliśmy gotowi zabiwakować w tym miejscu, gdy na drodze pojawili się znajomi już Ukraińcy, którzy zapytani o to czy dalej będzie woda, odparli że tak, za ok. 7 km będzie woda, oraz „stajanka” czyli jakaś chatka do noclegu. O ile o noclegu po stronie ukraińskiej nawet nie myśleliśmy, o tyle, o wodzie jak najbardziej. Gdy Ukraińcy nas wyprzedzili i straciliśmy ich z oczu, a nam zostały już resztki wody, stało się jasne, że mamy problem i przy każdej większej kałuży stawaliśmy przed dylematem czy skorzystać z takiej wody (groziło dolegliwościami żołądkowymi), czy jednak iść dalej, jednak perspektywa świeżej wody ze strumienia dodawała nam otuchy, zwłaszcza że wiele sobie obiecywaliśmy po zaznaczonym na mapie strumieniu za Mezipotohami, a potem po źródełku, które miałem zaznaczone na mapie GPS. Przed podejściem na Mezipotohy wypiliśmy ostatnie łyki wody jakie mieliśmy, aby się zebrać na podejście. Na Mezipotohach zrobiło się ładne światło do wykonania fotek, więc korzystamy z okazji aby ukazać systiemę w tym „lepszym świetle”.
 Za Mezipotohami widzimy już w dali zagłębienie w którym powinien płynąć, zaznaczony na mapie strumień. Spotykamy też czwórkę rodaków (pozdrawiam korzystając z okazji), którzy szli z Popa Ivana Czarnohorskiego, i zapytują nas czy zdążą dziś dojść na Popa Ivana, niestety nie mamy dla nich zbyt dobrych wieści. Była godzina 18.45, więc za dnia nie było szans aby dotrzeć choćby pod Rapę, nie wspominając o Popie Ivanie. Za to oni mieli dla nas dobrą informację, że idąc tą drogą po ok. 1 godzinie marszu powinniśmy dojść do ładnego źródła, jednak byśmy już na tyle wyczerpani, że postanowiliśmy zabiwakować już gdzieś w tym miejscu, w którym mijaliśmy rodaków, zwłaszcza że po ukraińskiej stronie mieliśmy na mapie zaznaczony strumień, a po stronie rumuńskiej na GPS miałem zaznaczone źródło. Wróciliśmy zatem na rumuńską stronę mijając jeszcze dwójkę Słowaków, którym też uświadomiliśmy że za dnia nie dojdą na Popa Ivana. Po krótkiej chwili znajdujemy niezłe miejsce na biwak i zrzucamy plecaki. Jednak z rozbiciem namiotu postanawiamy się wstrzymać do momentu aż znajdziemy wodę i napełnimy butelki. Udajemy się zatem w kierunku gdzie GPS wskazuje źródło. Trzeba było zejść z grzbietu ok. 380m, ale okazuje się że na próżno. Ok. 300 m poniżej widać kolejne zagłębienie i roślinność, która wskazuje na miejsce podmokłe, więc w akcie desperacji schodzimy tam. Znów okazuje się że nie ma ani grama wody. Mocno już nadszarpnięte morale teraz całkowicie legło w gruzach. Nieźle wkurzeni wracamy do plecaków i postanawiamy w takim razie udać się na stronę ukraińską w poszukiwaniu strumienia. Niestety okazuje się, że strumienia nie ma, i nie było widać, żeby tam ostatnio płynęła jakaś woda. Wracamy zatem do plecaków. Tymczasem zapada już zmrok a my stajemy przed nie lada dylematem. Zostać tutaj i jakoś przewegetować do rana, czy iść dalej i liczyć na to że nie przegapimy po ciemku wspomnianego przez Polaków źródła. Pomimo zmęczenia, pragnienia i niemałego odcinka drogi w nogach wygrywa opcja druga, więc bez entuzjazmu, zakładamy czołówki na głowy, a na plecy plecaki i ruszamy dalej, z nadzieją że uda się znaleźć źródło.Ten odcinek drogi pokonujemy w milczeniu i wypatrując źródła i nasłuchując szemrania wody. W pewnym momencie droga, którą się poruszaliśmy ostro odbija na ukraińską stronę, ale jesteśmy zdesperowani i musimy tego dnia znaleźć wodę, bez względu na wszystko (te wcześniejsze zejścia i podejścia w poszukiwaniu źródła ostro nam dały się we znaki). Wreszcie na jednym z zakrętów dostrzegamy tabliczkę z narysowanym kranikiem, więc już wiadomo że w pobliżu jest woda. Nasłuchujemy zatem i już po chwili do naszych uszu dociera cichy szmerek wody. Ehhh… już dawno tak się nie ucieszyłem ze zwykłej wody. Do źródełka docieramy na lekko, w razie gdyby nie było możliwości rozbicia namiotu przy źródle. Ale jest dobrze – udaje nam się znaleźć kawałek płaskiego terenu oraz krzak jałowca, który częściowo osłaniał nasz namiot przed wzrokiem niepowołanych oczu. Jak się później okazało bardzo dobrze, że nie rozbiliśmy się tuz przy drodze, bo rankiem mielibyśmy „wesoło”. Tymczasem po zaspokojeniu pierwszego pragnienia, szybko stawiamy namiot i szykujemy sobie ciepły posiłek, który przygotowujemy i spożywamy przy użyciu jak najmniejszej ilości światła, aby nie zdradzić naszej obecności. Czułem się jak bohater filmu „Za linią wroga”. Szybko jemy i bierzemy po 2 kieliszki gorzałki dla kurażu i na sen. Niestety tej nocy prawie w ogóle nie spałem. Kolejny raz w swoim życiu doznałem przegrzania mięśni i nie mogłem znaleźć pozycji do wygodnego ułożenia nóg. Zawsze było mi niewygodnie i mięśnie bolały :-/ Dopiero nad ranem udało mi się zapaść w „lekki” sen, z którego wyrwał mnie warkot silnika samochodowego. Rzut oka przez otwarty namiot upewnił mnie w przekonaniu że to jakiś samochód terenowy podjeżdża drogą, którą wczoraj szliśmy. Patrzę na zegarek – jest 5.00, no to myślę, że czas pomyśleć o tym aby się wreszcie zwinąć z tego miejsca zanim zrobi się widno i będziemy widoczni jak na dłoni. Dałem jeszcze Miśkowi pospać z pół godziny i opowiedziałem mu o przejeżdżającym samochodzie. Decyzja była szybka. Jeszcze nigdy tak szybko nie zbierałem się z miejsca noclegu. Nie mieliśmy pewności czy samochód nie wróci tą samą drogą a my akurat na niej będziemy więc wspięliśmy się na stromy stok koło drogi, na grzbiecie którego przebiegała granica i czym prędzej przeszliśmy na stronę rumuńską. Tam już nieco uspokojeni strawersowaliśmy stoki Scaula, gdzie natknęliśmy się na kilka źródełek i potoków przecinających ścieżkę, którą poruszaliśmy się, i skierowaliśmy się na południe, ku grzbietowi Carateasa, który miał nas zaprowadzić na Farcheń. Po dostaniu się na Carateasę, na ładnej połoninie zabiwakowaliśmy na dłużej i wreszcie mogliśmy zjeść śniadanie. Była godzina ok. 8.00, słoneczko zaczęło grzać a nam wszedł leń w nogi. Z początku mieliśmy sobie posiedzieć z 2 godziny, ale w efekcie zeszło nam tam do 12.00. W międzyczasie musieliśmy wysuszyć namiot i znaleźć kolejne źródło, aby uzupełnić wodę, którą w całości zużyliśmy na śniadanie. Na szczęści ok. 200m poniżej grzbietu znajdowało się źródło oraz nieco niżej bacówka. Koło źródła liczne ślady parzystokopytnych, ale sama woda wyglądała bez zarzutu. Po nabraniu wody pozostało nam już tylko ruszyć dalej ku Farcheniowi. W zasadzie grzbiet Carateasy, który widoczny był z daleka jako gładki i bezproblemowy, w rzeczywistości okazał się wcale nie taki łatwy w rzeczywistości. Kilkakrotnie trzeba było schodzić po kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset metrów w dół, aby za chwilę znów podchodzić w górę. Dobrze że chociaż ścieżka prowadzi lasem, to palące słońce nie daje się tak we znaki. Pod samym Farcheniem prowadzona intensywna wycinka drzew. Podejrzewam że ma to związek z chorobą, która toczy tutejszy drzewostan Świerka Karpackiego, a że drzewa chorują to nie ulega żadnej wątpliwości – świadczą o tym sterczące co rusz kikuty uschniętych wielkich świerków.
Kawałek podejścia na stoki samego Farchenia, to niezłe oranie pod górę, ale warto, bo z trawersu rozpościera się ładny widok na Dolinę Roza, oraz na tzw. Drogę Mackensena oraz kocioł na północnowschodnich stokach stokach Farchenia i Michajłeka, w którym malowniczo usadowiona jest bacówka. Na samego Farchenia wchodzimy znów „na lekko”, pozostawiając plecaki na przełęczy pomiędzy Michajłekiem a Farcheniem. Podejście jest łatwe i roztacza się z niego zapierający dech w piersiach widok na bajkowe wręcz połoniny Rugasului przeorane głębokimi wąwozami utworzonymi przez spływające potoki. Po chwili zza małego wzniesienia oczom naszym ukazuje się jezioro Vinderel , które jakby dopełnia bajkowości tego miejsca. W planach mieliśmy tu nocleg, ale uroda miejsca zupełnie przekroczyła nasze oczekiwania.
Tymczasem docieramy
 ok. 15.00 na Farcheń (1961m n.p.m), gdzie pożeramy tradycyjnie paczkę żelek. Nie obędzie się też bez pamiątkowych zdjęć, zwłaszcza że w przeciwieństwie do wielu innych szczytów na których byłem do tej pory, na Farcheniu umieszczono drewniany krzyż, który o wiele lepiej komponuje się niż różne pseudoreligijne konstrukcje stalowe.
Na dół schodzimy szybko bo już nie możemy się doczekać aby dotrzeć nad jezioro Vinderel. Gdy już tam docieramy nie dość, że udaje nam się znaleźć niezłe miejsce na rozbicie namiotu, to w dodatku nie musimy się martwić skąd na tej połoninie wziąć drewno na ogień, bo znajdujemy miejsce po ognisku i w dodatku spory zapas drewna. Wprawdzie drewno nie jest porąbane, ale tu nieocenione usługi oddaje nam siekierka Fiskarsa, którą zabieram na wszystkie wyjazdy karpackie (poza pierwszym na Czarnohorę). Parę minut i mamy zapas drewna na 2 lub 3 dni. Jeszcze dnia poprzedniego ustaliliśmy, że w tym miejscu zrobimy sobie dłuższy
 biwak, a nie tylko nocleg. Cieszyliśmy się na tę okoliczność bardzo, więc wszystkie przygotowania poszły nam sprawnie i mogliśmy skorzystać z dobrodziejstw pobliskiego jeziorka. Wprawdzie brzegi jeziora jednoznacznie wskazywały że jest to wodopój dla wypasanej w tym miejscu rogacizny, ale woda sprawiała wrażenie stosunkowo czystej więc bez większych obaw skorzystaliśmy z jej dobrodziejstw i schłodziliśmy się, i to mocno, bo woda była zimna. Po chłodnej kąpieli robimy wypad na przeciwległy brzeg jeziora aby ze źródła zaczerpnąć wody na kolację, oraz śniadanie. Po drodze do źródła znajdujemy czaszkę konia, która tworzy ciekawą kompozycję bielejąc na pożółkłej połoninie. Po posiłku bierzemy się za rozpalenie ogniska i spożycie zapasów gorzałki, które dźwigaliśmy przez całą trasę. Oj smakowała nam w tych pięknych okolicznościach przyrody. Zdecydowanie najlepszy biwak jaki miałem okazję odbyć. Nie brakowało nam niczego. Ani jadła ani napitku.
 Szkoda nam było nocy więc siedzieliśmy do późna, ale w końcu zalegliśmy w namiocie w bardzo dobrych humorach.

Pobudkę zafundowałem sobie przed świtem, w nadziei, że uda mi się ustrzelić jakieś ładne mgły snujące się nad ukraińską częścią Karpat, niestety nic z tego. Ale sam wschód też nie był najgorszy . Miśkowi nie chciało się nawet drgnąć na tę okoliczność. Niestety od zachodu na niebo nasuwały się chmury typu cirrus co oznaczało niekorzystną zmianę pogody, wobec czego w trakcie śniadania podjęliśmy decyzję, że już dziś schodzimy a zaoszczędzony czas wykorzystamy na zwiedzanie zabytków w Sygiecie i okolicy. Tuż po 10.00 byliśmy gotowi do wymarszu. Po drodze przyjrzeliśmy się z bliska jarom utworzonym przez strumienie – naprawdę robiły spore wrażenie te wąwozy o ścianach ok. 3m i szerokości kilku metrów, a wszystko wyrzeźbione we fliszu.
W okolicach Petricei spotykamy dwóch pasterzy, którzy po górach skaczą niemal jak kozice. Całkowite przeciwieństwo nas objuczonych ciężkimi worami. Pasterze zmierzali do małej dolinki, w której znajdowała się całkiem sporawa osada pasterska, w której pobliżu pasły się krowy oraz tuż przy samej osadzie owce. Oczywiście nie obyło się bez obszczekania nas przez psy pasterskie. Następnie ścieżka wiodła pomiędzy sporymi odłamkami skalnymi, wśród których pasły się znów krowy. Za polanką z tymi odłamkami kolejna polana z bacówką. Gdy trochę się do niej zbliżyliśmy ktoś nam macha z wnętrza ręką abyśmy zaszli tam. Nie mieliśmy ochoty ani kasy aby kupować ser więc kiwamy głowami że dziękujemy za zaproszenie, ale uparcie na nas machają, i kto wie, może w końcu byśmy zaszli do bacówki, ale nagle zwęszyły nas psy i ostro ruszyły do nas. Szybko nam się odechciało wyjść im naprzeciw więc zamiast zbaczać do bacówki ruszyliśmy ścieżką w dół, cały czas mając kijki trekkingowi w pogotowiu, w razie gdyby psy zechciały poważniej nas atakować. Skubańce długo nie dawały za wygraną, ale wreszcie odpuściły, a my tymczasem schodziliśmy już w dolinę Repedy.
Po drodze mijamy jeszcze ze dwie osady pasterskie. Te na szczęście wyglądają na opuszczone. Wszak to już wrzesień więc cześć pasterzy zeszła pewnie z gór. Droga na sam dół zajmuje nam w sumie niemało czasu ale nie spieszymy się, bo przecież nikt nas nie goni. Mamy spory zapas czasu. Jest strasznie duszno. Po drodze napotykamy sędziwego padalca, na ciele którego widać ślady niejednej stoczonej walki. Oczywiście nie obywa się bez pamiątkowej fotografii 
J Przy jednej z klauz wije się ładny strumień z malowniczym wodospadem – przystajemy na sesję foto.
Do gospodarstwa gdzie zostawiliśmy samochód docieramy przed 15.00. Gospodyni nie chce słyszeć o zapłacie za postój samochodu, ale w końcu po naszych namowach złagodziła swoje stanowisko ale tylko w formie jakiegoś drobiazgu dla dwójki dziewczynek, które akurat posilały się na podwórku. Dziewczynki z wdzięcznością przyjęły po 10 lei i paczkę cukierków, gospodyni zaproponowała nam obiad, ale nie chcieliśmy sprawiać kłopotu i przystaliśmy tylko na kawę, zwłaszcza, że Miśkowi kawa na pewno dobrze zrobi. Miała być kawa, a po chwili na stole pojawiła się jakaś oranżada, kanapki, ciastka, jakaś zimna płyta i po chwili sama kawa, a następnie frytki. Dwie dziewczynki uwijały się przy nas, przynosząc coraz to nowe smakołyki. Aż głupio nam się zrobiło, ale gospodyni nie chciała słyszeć o odmowie, i powiedziała że nie puści nas gdy się nie poczęstujemy. W plecaku znajduję jeszcze wedlowską czekoladę, więc daję ją dziewczynkom czym znów zaskarbiamy sobie ich sympatię. Z gospodynią i dziewczynkami porozumiewamy się trochę po ukraińsku, rosyjsku, nieco po rumuńsku. Dowiedzieliśmy się ze jedna z dziewczynek to jej wnuczka, a druga to niestety nie zrozumiałem jaki jest stopień pokrewieństwa miedzy nimi. Dowiedzieliśmy się też, że dwaj synowie gospodyni wyjechali do Grecji do pracy, gdzie całkiem przyzwoicie są wynagradzani. Jak widać nie tylko u nas jest emigracja zarobkowa. Wreszcie udaje nam się spróbować wszystkiego po trochu i przekonać gospodynię że już więcej nie jesteśmy w stanie zjeść i wypić więc nadchodzi czas pożegnania. Udaje mi się jeszcze niezauważenie,
 pod talerz wetknąć 10 lei za gościnę i pakujemy się do auta. Na drogę jeszcze dostaliśmy jabłek, bobu, cukierków oraz oranżadę. Nie było szans żeby odmówić. A i zapomniałbym jeszcze o buziakach od młodych dam 
J Zostaliśmy również zaproszeni gdybyśmy znów byli w okolicy. Naprawdę muszę przyznać, że z taką serdecznością i szczerością, to niektórzy w niejednej rodzinie nie są przyjmowani, a tu zupełnie obcych ludzi ugoszczono po królewsku i to zupełnie bezinteresownie. Nie spodziewałem się takiej serdeczności.
Po wyjeździe z Repedy jeszcze dokonujemy zakupów na najbliższy wieczór, ponieważ planujemy tej nocy przenocować na kampingu, który znajduje się na terenie skansenu w Sygiecie Marmaroskim. Ale zanim udajemy się na miejsce noclegu odwiedzamy jeszcze Muzeum Ofiar Komunizmu (luźne tłumaczenie z rumuńskiego), które robi na nas przygnębiające wrażenie. Wprawdzie nie ma tam jakiegoś szaleństwa eksponatów, ale może to i lepiej – bardziej oddaje to klimat więzienia. Jedną z cel poświęcono przemianom dokonującym się w Polsce w roku 1989, oraz „Solidarności”. Generalnie muzeum byłoby dla nas ciekawsze gdyby opisy były w języku choćby angielskim, a tak wszystko w języku rumuńskim, poza celą, która dotyczyła przemian w Polsce, bo ta jest po angielsku.
Po wizycie w muzeum jedziemy za miasto, do skansenu. W zasadzie droga jest prosta i bez większych przeszkód trafiamy na miejsce gdzie znajduje się kamping an terenie skansenu. Dzięki wskazówkom jednego ze znajomych jedziemy we właściwe miejsce. Gdyby ktoś chciał kiedyś skorzystać z tego kampingu to należy po dojechaniu do wejścia głównego skansenu, udać się jeszcze dalej drogą szutrową, do drugiej bramy znajdującej się po drugiej stronie skansenu. Docieramy tam jakoś ok. 18.40 ale w budynku administracyjnym nie zastajemy nikogo tylko kartkę z telefonem. Niestety nie władam biegle rumuńskim więc nie decyduję się na zadzwonienie, ale miejscowy chłopak, który pozyskiwał żwir z usypanej pryzmy zgodził się poprosić aby ktoś do nas przyszedł. W międzyczasie jednak podjechał na skuterze jego znajomy, którego poprosiłem o to aby poinformował kogoś z obsługi że chcieliśmy skorzystać z noclegu. Przyszło nam czekać prawie godzinę zanim ktoś przyszedł, ale i to dopiero po interwencji człowieka, którzy przywiózł prowiant na mającą się odbyć za 2 dni imprezę.
Wreszcie dotarł ktoś z administracji i jakoś udało nam się dokonać opłaty, choć nie obyło się bez nieporozumień, ponieważ kobieta administrująca obiektem myślała że chcemy pokój, a nas interesował tylko nocleg pod wiatą znajdującą się nieopodal. Po uiszczeniu po 5 Lei za nocleg i 4 Lei za bilet do skansenu (bo chcieliśmy sobie z rana fotografować skansen) zostajemy wreszcie sami więc bierzemy się za przygotowanie noclegu oraz posiłku. Misiek wreszcie może się napić upragnionego piwa. Nie będę ukrywał że na piwie się nie skończyło 
J W międzyczasie na teren skansenu wtargnął pies, który nie opuszczał nas już do naszego odjazdu nazajutrz. Podzieliliśmy się z nim posiłkiem, ale alkoholu nie chciał ;-)
Wieczorem już myśleliśmy że będzie lało, bo grzmiała i błyskało się, ale na szczęście obyło się bez opadów w nocy.

Za to ranek był obiecujący. Nad rzeką snuły się mgły, niebo było bezchmurne, więc warto byłoby wykorzystać ten moment na zrobienie kilku zdjęć na terenie skansenu. Misiek jak zwykle został w śpiworze, a ja poszedłem focić. W zasadzie trochę szkoda, że wczoraj nie wybraliśmy się na obchód skansenu, ponieważ z rana wolałem do chat nie wchodzić aby nie być posądzonym o próbę kradzieży, więc w zasadzie obiekty w skansenie fotografowałem tylko z zewnątrz. Pies cały czas mi towarzyszył.
Po moim powrocie na obchód udał się Misiek a ja w tym czasie przygotowałem sobie śniadanko.
Miejsce naszego biwaku opuściliśmy
 ok. 10.00 tak dla pewności aby z Miska wyparowały procenty z wczorajszego wieczora, i udaliśmy się już w kierunku granicy po drodze zatrzymując się na tzw. „wesołym cmentarzu” w Sapancie. Nazwa ta pochodzi od specyficznego zwyczaju, który polega na tym że krzyże nagrobne są bardzo kolorowe i udekorowane scenkami z życia zmarłych, a najczęściej ilustrowane było czym się zmarły zajmował lub jak zmarł. Wstęp na cmentarz kosztuje 5 Lei od osoby (nie ma zniżek dla studentów) i 5 Lei za możliwość fotografowania. Przyznam że ten cmentarz okazał się średnią atrakcją, ale będąc w okolicy należy go odwiedzić, bo jest to jedna z „żelaznych” atrakcji.
Po wizycie na cmentarzu nadszedł czas na wydanie reszty lei na pamiątki. To jedno z niewielu miejsc gdzie widzieliśmy pamiątki. Kupuję córce torebkę we wzór karpacki oraz koralikową bransoletkę. Pozostałe pieniądze postanawiamy wydać na paliwo oraz jakiś posiłek.
Na posiłek zatrzymujemy się w pizzerii w Negresti. Bierzemy 2 x pizzę firmową po 16 lei. W sumie pizza nie była zła, ale jakoś szczególnie wielka też nie była. Niemniej starczyło aby się najeść. Po posiłku podjeżdżamy na najbliższą stację benzynową i tankujemy paliwo za ostatnie pieniądze.
teraz już jedziemy prosto na granicę, gdzie docieramy ok. 13.00. Wcinamy się trochę na krzywy ryj w kolejkę i zaczyna się oczekiwanie. Celnicy nie pozwalają jechać, ale dzięki temu mieliśmy okazję przyjrzeć się ciekawemu zjawisku, a mianowicie na budce w której siedzieli celnicy był wielki plakat promujący walkę z korupcją, co nie przeszkadzało im przyjmować reklamówek wypełnionych jakimiś butelkami. W sumie to można by zrobić całkiem ciekawe zdjęcie reporterskie, ale balem się wyciągać aparat co by nie być uznanym za szpiega. No wreszcie można jechać. Podjeżdżamy do odprawy paszportowej i tu niespodzianka nikt nam nie każe otwierać bagażnika czy plecaków. Zadają tylko standardowe pytanie gdzie byliśmy i dokąd jedziemy. Trochę zaskoczeni byliśmy. Szybko i sprawnie jak w Unii.
 Na ukraińskiej części granicy nie było już tak różowo, ale w sumie poza sprawdzeniem pobieżnie naszych paszportów i bagażu też jakiś ceregieli nie było. W sumie cała odprawa zajęła nam max 1,5 godziny. Nie ukrywam że byłem w szoku.
Po przekroczeniu granicy już nie kombinowaliśmy z żadnymi skrótami tylko trzymaliśmy się głównej drogi, która bez problemu zaprowadziła nas do Użhorodu, gdzie na piwo Czernihiwskie wydaliśmy pieniądze, i to dosłownie do ostatniej hrywny.
 Teraz przyszedł czas na granicę i tu już nie było tak różowo. Najpierw dostajemy zjebkę od potężnej Ukrainki a za to że podjechaliśmy nie na ten pas co trzeba (zresztą nie tylko my się pomyliliśmy), a potem zaczęły się jazdy. Najpierw deklaracja celna, ale tu już byliśmy przygotowani, a następnie okazało się że wszystkich polaków biorą na kontrolę szczegółową. Zatem musieliśmy odstać swoje w kolejce do „Boxu” a potem się zaczęło drobiazgowe przeglądanie bagażu ze szczególnym uwzględnieniem apteczki, oraz wszystkich drobnych skrytek, opukiwanie samochodu i przyglądanie się każdej szczelinie, jakby tego było mało pies też był w owym „boxie” ale nie wiedzieć czemu go nie użyto. W zasadzie wszystko było ok. do momentu gdy w moim bagażu znaleziono nóż, który sobie przywiozłem jako pamiątkę z wczasów w Bułgarii. Pech chciał, że spodobał się jednemu z celników i zaczął się, jebany koło niego kręcić jak sroka kolo błyskotki. Po zakończeniu kontroli mojego plecaka odłożył nóż na bok i zabrał się za kontrolę Miśkowego plecaka, a ja już wiedziałem ze chyba przyjdzie mi się pożegnać z nożem jeśli chcemy uniknąć kłopotów. Po skontrolowaniu naszego pojazdu i bagażu celnicy nie kryli zdziwienia, że nie wieziemy wódki czy papierosów, ale pozostała jeszcze sprawa noża, który miał ocenić jakiś „starszyna” czy podpada pod paragraf, czy nie. Oczywiście byłem pewien że podpada, ale w gusta tego @^#%@&* :-/
Po chwili zawołali mnie do dyżurki i otrzymałem „propozycję” że w zasadzie powinni nas zatrzymać do sporządzenia protokołu i wypisania kary na 1500 hrywien za to że nie zgłosiliśmy noża do oclenia (jakoś poprzednim celnikom nie przeszkadzał), ale że jest sobota a im się służba kończy, to jeśli „zrzeknę” się praw do noża, to są skłonni zapomnieć o całym incydencie. Cóż miałem zrobić ? Gdybym wtedy wiedział że na słowackiej części granicy przyjdzie nam stać jeszcze 6 godzin, to kto wie czy bym się zgodził tak łatwo pozbyć noża. Choćby po to aby kutasom zrobić na złość. No ale nie miałem takiej wiedzy więc „zrzekłem” się praw do noża w myślach życząc złamasowi, aby za długo się nożem nie nacieszył. :-/ Udzielono mi pouczenia, że jeszcze wwiozę na teren Ukrainy taki nóż,
 to dostanę zakaz wjazdu na teren Ukrainy. Ciekaw jestem jak zamierzają to sprawdzić. Wreszcie wbili nam pieczątkę, i mogliśmy jechać do kolejnej kolejki która stała do przejścia po słowackiej stronie. W zasadzie myśleliśmy że to już koniec naszych problemów, i zacząłem wierzyć, że jeszcze przed północą będę w domu, no ale kurna za pięknie by było. Prawdziwe oczekiwanie to się zaczęło dopiero tutaj. Od stojących, którzy już korzystali z tego przejścia dowiedzieliśmy się, że przed północą nie odprawią nas (była 17.40 wiem dokładnie, bo spojrzałem wówczas na zegarek). Z początku myśleliśmy że nas nabierają, ale kurcze gdy po godzinie stania nic nasza kolejka się nie ruszyła zaczęliśmy rozważać taką możliwość. Gdzieś ok. 20.00 przyszło nam definitywnie wyjechać z terenu Ukrainy, ale przy wyjeździe trzeba jeszcze pokazać paszporty i oddać karteczki imigracyjne wraz z karteczką na której musiały być dwie pieczątki. Od celników i z odprawy paszportowej. Żeby nie było za pięknie na naszej karteczce była tylko jedna pieczątka (ten *@#$%&* celnik tak był zaaferowany nożem, że nie wysłał nas do odprawy paszportowej) i sołdat, który zbierał karteczki powiedział, że nas nie przepuści. Na nic nasze tłumaczenia, że my już mieliśmy odprawę i nie wiemy o co mu chodzi. Uparł się i już. Całe szczęście, że staliśmy w miejscu gdzie blokowaliśmy ruch i w końcu zgodził się nas wpuścić na pas ziemi niczyjej, ale nakazał udać się kierowcy z paszportami po stosowne pieczątki. Oczywiście na odprawie paszportowej siedziała już inna zmiana i zabrali Miśkowi paszporty, oraz dowód rejestracyjny i kazali przyjechać jeszcze raz na odprawę paszportową. Jak Michu wrócił bez paszportów to już było wiadomo że jesteśmy w czarnej dupie, ale pozwoliło nam to olać całą sprawę bo co gorszego nas mogło spotkać ? Teraz to Ukraińcy mieli problem bo staliśmy tak ze blokowaliśmy cały pas ruchu do przejścia słowackiego, a w międzyczasie na przejściu zapanowała panika, ponieważ pojawiła się inspekcja. Ten sukinkot, który nas nie chciał puścić dostał takich ruchów, że głowa mała. Gonił wszystkich aby weszli do pojazdów, krzyczał żeby pogasili silniki itp. Upatrywaliśmy w tym naszej szansy, bo w razie jak inspektor poprosi nas o dokumenty, to zamierzaliśmy powiedzieć zgodnie z prawdą, że nie mamy. No ale w czasie gdy inspektor przechadzał się pomiędzy samochodami nam kazano wyjechać z kolejki , co umożliwił nam ten pogranicznik, i mieliśmy podjechać boczną drogą, którędy puszczano tych którzy wręczyli łapówkę, na odprawę paszportową. Tam oczywiście udzielono nam stosownej reprymendy, my ukorzyliśmy się i obyło się bez jakiegoś pitolenia i ponownej kontroli, bo już chyba nerwowo byśmy nie zdzierżyli. Nie mieliśmy też zamiaru ponownie stać w części kolejki, w której już odstaliśmy sobie więc ponownie skorzystaliśmy ze skrótu, który wykorzystują łapówkarze i czmychnęliśmy do kolejki z której nas zawrócono. W efekcie tylko 2 samochody nas wyprzedziły w kolejce, więc nie było tak źle. Po jakiś 2,5 godzinie wreszcie podjeżdżamy do odprawy słowackiej, która w zasadzie sprowadza się do zadania standardowych pytań skąd jedziemy i dokąd, oraz pobieżnego przejrzenia mojego plecaka. Przejście graniczne opuszczamy dokładnie o 22.50, ale to nie koniec naszych przygód, bo kilka km za granicą okazuje się że zamknięta jest droga która mieliśmy jechać i policja kieruje na objazd. Udaje nam się uniknąć ponownej kontroli przez lotną policję celną, ale musimy trochę kluczyć bocznymi drogami. Wreszcie wjeżdżamy znów na drogę główną i teraz już bez przeszkód kierujemy się ku przejściu granicznemu w Koniecznej. Przed przekroczeniem granicy musimy jeszcze dotankować samochód, ponieważ może nam nie starczyć paliwa aby dojechać do stacji benzynowej po stronie polskiej. Niestety nie udało się dojechać do Krakowa za jednym zamachem, ponieważ Misiek już niemalże zasypiał za kierownicą, pomimo, że starałem się podtrzymywać rozmowę, ale i mnie zmęczyły przeżycia z ostatnich godzin więc poległem. Pokonując trasę z koniecznej do Krakowa w trzech etapach, przed 7.00 dnia 7.09.2008 docieramy szczęśliwie do Krakowa. Misiek już prawie jest w domu, a ja do domu dotrę dopiero za 3 godziny.

Tak zakończył się nasz pierwszy wyjazd do Rumunii. Stojąc na granicy obiecywałem sobie że już długo nie pojadę na wschód lub południowy wschód, ale już mnie tam ciągnie z powrotem.

Pod tym linkiem mozna obejrzeć galerię zdjęć z tego wyjazdu.