Mała Fatra chodziła za mną już dobre kilka lat. Zaraz po wizycie na Wielkiej Fatrze chciałem przejść pasmo Małej Fatry, już nawet tuż po powrocie kupiłem mapę, ale jak to zwykle bywa życie weryfikuje nasze plany. Wreszcie jednak się udało i wyjazd w Małą Fatrę doszedł do skutku. Nawet miałem błogosławieństwo małżonki :)
Na start wybrałem Terchovą, ale by się tam dostać najpierw skorzystałem z bezpośredniego pociągu Katowice - Żilina, z tym że jeśli ktoś nie chce przepłacać, należy kupić bilet do Zwardonia (19,50 zł), skąd można się udać piechotą (nawet po torowisku) do pierwszej miejscowości po słowackiej stronie, czyli Skalite Serafinov.
Dla wygodnych istnieje opcja przejazdu przez granicę, ale na tę okoliczność należy posiadać tzw. "przejazdówkę", która kosztuje 2 euro.
UWAGA - "Przejazdówkę" kupujemy w kasie międzynarodowej np. w Katowicach ! W Zwardoniu kasa jest nieczynna od stycznia i nie można nabyć biletu także u konduktora ! Wprawdzie słowaccy konduktorzy podchodzą wyrozumiale do braku "przejazdówki", ale jak ktoś ma pecha, to może zapłacić "pokutę". Po oczekiwaniu na zmianę lokomotywy i przejechaniu/przejściu przez granicę, na stacji Skalite Serafinov udajemy się niezwłocznie do kierownika pociągu celem nabycia biletu do Żyliny (2,18 euro).
Dworzec autobusowy w Żylinie, skąd jeżdżą autobusy w rejon naszego zainteresowania, znajduje się niedaleko dworca kolejowego. Tyle wskazówek komunikacyjnych.
Do Terchovej dojeżdżam ok. 11:00. Jako, że miałem pewien margines czasu, postanowiłem nie iść na łatwiznę i udaję się w Tlesnavach na lewo, za niebieskimi znakami na Male Noclahy. Podejście jest dość strome, ale widoki w pełni rekompensują trud podejścia. Ludzi dość sporo - wszak trwa weekend i pogoda także dopisuje.
Po osiągnięciu grzbietu Pasma Sokolie kieruję się za żółtymi znakami. Jest trochę łatwiej - nie ma za dużo podejść, ani zejść. Co jakiś czas trzeba się przecisnąć pomiędzy jakimiś skałkami. W większości odcinek mało widokowy, ale co jakiś czas pojawiały się "okna" w drzewostanie skąd rozpościerały się ładne widoki na dolinę potoku Vannka.
Na szczyt tego pasemka, czyli Sokoli docieram jakoś koło 15:00.
Stąd czeka mnie zejście na Sedlo Prislop.
Na przełęczy stoi wiata w której miałem zamiar odpocząć, ale okazała się zajęta przez małżeństwo z dziećmi więc idę dalej na Baraniarkę. Liczyłem że na Przełęczy uzupełnię zapasy wody, gdyż zaczęła się kończyć, ale niestety nie znalazłem źródła ani strumienia :(
Podejście na Baraniarkę było wyczerpujące i zmitrężyłem tu sporo czasu. Spowodowane to było opadami, które widocznie wcześniej tu przeszły i spowodowały że gliniaste podejście nie ułatwiało wędrówki. Nie wyobrażam sobie tu podejścia bez kijków trekkingowych. Na samym podejściu minęło mnie kilka grupek ludzi, którzy również mieli problemy z zejściem. Najczęściej po kilku udanych krokach zaliczali "dupozjazd" :-)
Na tym podejściu też zużywam ostatnie łyki wody. Pozostaje mi jeszcze tylko piwo, które mam w plecaku na wieczór. Pozostaje mieć nadzieję, że dalej znajdzie się jakiś strumień lub źródło, choć patrząc na mapę - dobrze to nie wygląda.
Wreszcie stawiam stopę na szczycie. Widok imponujący, lekki wiaterek, jest przyjemnie.
Rozsutce ładnie się prezentują.
Chwila odpoczynku i ruszam dalej bo czas goni, a postanowiłem tego dnia dojść do Sedla Za Kraviarskym. Ten odcinek już lepiej się pokonywało. Nie było już tyle błota a i widoki rekompensowały trud.
Za Żitnem spotykam parę z trójką dzieci, którzy dzielą sie ze mną wodą (dzięki wielkie). Ostrzegam ich przed zejściem Baraniarką.
Na Sedlo za Kraviarskym docieram jakoś ok. 19:30 i liczyłem że będzie tam woda, ale rozczarowałem sie. Zatem na biwak schodzę zielonym do Starej Doliny. W końcu znajduję ciekawą miejscówkę jakieś 10 minut przed miejscem gdzie szlak wchodzi na asfalt.
Rozbijam zatem swoją "limonkę" i zjadam coś na ciepło.
W nocy burza i ulewa. Rano powtórka. W przerwie pomiędzy burzami udało mi się zwinąć i ruszyć. Do bufetu pod wyciągiem Vratna-Chleb docieram chwilę przed konkretną zlewą. Tam pod parasolami przeczekuję kolejne dwie burze. W oczekiwaniu na jakieś przejaśnienie spijam trzy browarki. Ludzie uciekają przed opadami do budynków, pod podcienia budynku wyciągu, a ja sobie siedzę i sączę piwo w najlepsze. Nawet zacinający deszcz nie wypłoszył mnie spod parasola. Założyłem poncho i dokończyłem piwo.
Gdy wreszcie po ponad 2 godzinach trochę się uspokoiło, ruszam dalej żółtym na Groń. Cały czas delikatnie pada, ale da sie przeżyć.
Przy Chacie na Gruni niebo znów się zanosi na burzę. No i nie trzeba było długo czekać. Kolejna ostra zlewa, która towarzyszy mi z mniejszym lub większym nasileniem do samej Stefanowej.
W Stefanowej posilam sie w restauracji pysznymi Haluszkami serowymi z boczkiem (3,75 euro), oraz Złotym Bażantem (1 euro). Przy okazji udaje mi sie nieco przeschnąć, ale czas goni i na dziś jeszcze mam trochę do przejścia więc czas ruszać dalej.
Kontynuuję więc wędrówkę żółtym na Podżiar i tam nie wiedzieć czemu zamiast odbić na niebieski szlak na Horne Diery, poszedłem dalej żółtym na Nove Diery. Gdy zorientowałem się, byłem już spory kawał od rozgałęzienia szlaków. Szybki rzut oka na mapę i zapada decyzja - wracam, bo inaczej nie będę miał szans by osiągnąć cel jakim było Sedlo Medziholie.
W sumie na tej pomyłce zmitrężyłem ok 45 minut, co potem okazało się kluczowe w wyścigu o Wlk.Rozsutec.
Bardzo mi się podoba ten odcinek. Jest urozmaicony i efektowny. Miłośnikom Wąwozu Galbenei w Padiszu, na pewno się tu spodoba.
Niestety w pewnym momencie znaki się urywają a w związku z wysokim stanem wody przejście wprost jest niemożliwe, skusiłem się na ścieżkę, która prowadziła lekko w tył i w górę. Myślałem że to szlak, ale okazało sie, że to jakiś dziki "łącznik" z żółtym szlakiem, który biegnie powyżej. Po ostrym podejściu dochodzę do żołtego szlaku i już nim kontynuuję wędrówkę wobec braku zejścia do wąwozu. Trochę mi szkoda, tego odcinka, bo pewnie były tam jeszcze różne ciekawostki.
W końcu dochodzę do miejsca gdzie żółty szlak łączy się z niebieskim i dalej już kontynuuję niebieskim podejście na Przełęcz Medzirozsutce. W planach było podejście na Mały Rozsutec, ale wobec braku czasu, który zmitrężyłem na pomyłce przed Hornymi Dierami, postanawiam po krótkim odpoczynku darować sobie Mały Rozsutec.
Wreszcie docieram na Sedlo Medzirozsutce, skąd gonię niemal biegiem na Wlk. Rozsutec ścigając się z nadchodzącą burzą. Przy okazji dzieją sie ciekawe zjawiska dające fantastyczne efekty wizualne.
No ale żartów nie ma i nie było czasu na długie delektowanie się widokami :-( Szybko robię zdjęcie i kieruję się dalej czerwonym szlakiem w dół na Sedlo Medziholie. Zejście okazuje się całkiem trudnym odcinkiem miejscami ubezpieczonym łańcuchami lub prętami. Trochę przypomina to nasza Orlą Perć, ale oczywiście nie ma takiej ekspozycji i jest mniej widowiskowo, ale jednak ciekawie.
Na szczęście burza się trochę uspokaja, ale chmury nadal się "przewalają" przez góry co owocuje bardzo widowiskowymi efektami. Co rusz wychodzi słońce, to okrywa mnie chmura. Jak w jakimś ogromnym kalejdoskopie.
Oczywiście nie odmawiam sobie przyjemności fotografowania tych zjawisk, ale zmęczenie oraz słabe warunki oświetleniowe sprawiają, że sporo z tych zdjęć jest "poruszonych". Na szczęście kilka poprawnych udaje się wykonać.
Na Sedlo Medziholie docieram ok 19:30. Tam najpierw rozwieszam na wiacie odzież do suszenia, oraz biorę się za rozstawianie namiotu.
Tu słowo wyjaśnienia - wprawdzie Mała Fatra to Park Narodowy i teoretycznie jest zakaz biwakowania, to od Słowaków wiem, że Straż Parku daje ciche przyzwolenie na rozbicie namiotu na nocleg, pod warunkiem że zachowujemy się właściwie tzn. nie palimy ogniska, nie śmiecimy i nie niszczymy okolicy w inny sposób.
Ja zatem po rozbiciu namiotu biorę się za przygotowanie jakiegoś posiłku, a tymczasem zachodzące słońce oferuje mi kolejny tego dnia piękny spektakl i feerię kolorów.
Po kolacji uzupełniam wodę w pobliskim źródle i udaję się na spoczynek z przekonaniem że to pewnie jeszcze nie koniec burz na ten dzień.
Spałem snem sprawiedliwego, wiec nie wiem czy w nocy padało, ale ranek powitał mnie fantastycznym wschodem słońca.
Niestety dalsza część dnia nie była już dla mnie tak urocza. Po szybkim śniadaniu i tuż po tym jak zwinąłem namiot i resztę swoich rzeczy znów nadchodzi chmura i znów zaczyna się opad. Z początku niewielki, ale potem dość intensywny. Na szczęście krótki. Jakieś widoki możliwe są dopiero tuż pod wierzchołkiem Stoha, ale też trzeba się było "wstrzelić" w "okno" pomiędzy chmurami. Na szczycie wieje zimny wiatr więc nie bawię tam długo. Zejście z początku dość przyjemne, po pewnym czasie znów przeradza się w zjazd po glinie. Od łączenia żółtego szlaku trawersującego zbocza Stoha do Stohovego Sedla jest już to regularna walka o fragment korzenia, kamienia, czy czegokolwiek innego, co oferuje jakieś tarcie. Co jakiś czas przystaję by posilić się pysznymi malinami, których jest tu masa. Niestety nie udaje się uniknąć gleby i kilkumetrowego zjazdu na tyłku po glinie. Z ulgą więc docieram na Stohove Sedlo. Stamtąd już wędruje się po połoninie więc jest wygodnie, a poprawiająca się pogoda umożliwia delektowanie się widokami.
Za Snilovskim Sedlem od schodzących Polaków otrzymuję pokrzepiającą informację, że bufet znajdujący się przy górnej stacji kolejki gondolowej na Chleb jest czynny i mają w nim piwo :-)
Ta informacja dodaje mi sił i teraz jakoś idzie mi się lepiej :) Pod Chlebem znów jednak zaczyna się chmurzyć i słychać odległe jeszcze grzmoty. Znów więc muszę się pospieszyć by zdążyć przed burzą.
Na szczęście udaje się. Wykonuję kilka fotek i schodzę do bufetu. Po ok. 1/2 h siedzę już w bufecie i oczekuję na "wyprażeny syr" popijając piwko. Tymczasem od strony Chleba nadciągnęła chmura i zaczęła się ostra ulewa. Po chwili deszcz zamienił się w grad wielkości grochu. Dokończyłem więc posiłek oraz zamówiłem kolejne piwo. Nie było sensu pchać się w taką pogodę na zewnątrz.
Burza i opady ustały po jakiejś godzinie lub może półtorej, więc na mnie nadszedł czas.
Po opuszczeniu bufetu zza chmur znów wyszło ładne słońce i nic nie wskazywało by ten stan miał się szybko zmienić, więc dziarsko ruszyłem za czerwonymi znakami na Wlk. Kryvań. Srodze się jednak pomyliłem chwaląc dzień przed zachodem słońca, ponieważ za Pekelnikiem znów pojawiły się, nie wróżące niczego dobrego chmury burzowe. Na opad nie musiałem długo czekać i przed podejściem na Mały Kryvań zmuszony byłem zejść poniżej grani ponieważ znów pioruny zaczęły tłuc tu i ówdzie, na dodatek deszcz przeszedł w grad. Cała ta zlewa trwała ok 50 minut.
Gdy zszedłem z plecaka który na wszelki wypadek izolował mnie od podłoża w razie uderzenia pioruna, okazało się, że pod plecakiem płynie sobie strumień, co oczywiście miało wpływ na zawartość plecaka, która uległa przemoczeniu :(
Oczywiście kto by słuchał rad osób bardziej doświadczonych, którzy radzą by zawartość plecaka , a szczególnie śpiwór i odzież pakować w foliowe worki. Przecież ja wiem lepiej ;) Na własnej skórze przekonałem się, że jednak nie.
Nie pozostało mi nic innego jak kontynuować wędrówkę za czerwonymi znakami. Tego dnia chciałem dojść jak najdalej by następnego dnia mieć mniejszy odcinek do pokonania, a tym samym by zdążyć na połączenie do Żyliny ok. południa.
Mijam zatem Mały Kryvań i w okolicy Sedla Priehyb schodzę z grani za żółtymi znakami w poszukiwaniu jakiegoś dogodnego miejsca do rozbicia namiotu. Niestety nie jest łatwo znaleźć takie miejsce na stromym stoku, ale ostatecznie udało się coś w miarę płaskiego wyszukać u podnóża Białych Skał. W międzyczasie znacznie się ochłodziło więc bezzwłocznie zająłem się kolacją, na którą składały się jakieś hamburgery i chińska zupka. Kolejny raz w czasie tego wyjazdu towarzyszył mi piękny zachód słońca, któremu uroku dodawał wał chmur burzowych nad Żyliną i Strecnem
Spać musiałem z głową lekko u dołu, ale inaczej nie dało się rozbić namiotu, do tego dochodził przemoknięty śpiwór i odzież co zaowocowało dość kiepskim snem.
Ranek był zimny i wilgotny. Wszechobecna rosa nie poprawiła mojego samopoczucia. Nie wychodząc z namiotu zagotowuję wodę na herbatę, przegryzam kabanosa z chlebem i nieuchronnie zbliża się ten moment, w którym trzeba opuścić przeschnięty nieco śpiwór. Nie jest to budująca perspektywa, ale zdobywam się na ten krok i szybciutko zwijam namiot i resztę bagażu.
Teraz szybkie podejście na Sedlo Priehyb i dalej Belymi Skalami i za znakami koloru czerwonego idę w kierunku Suchego. Podejście na Biele Skaly też do relaksujących nie należało i tu także trzeba się było przeciskać pomiędzy skałkami.
Na Belych Skalach robię sobie chwilowy popas racząc się widokami na okolicę. Od wschodu o grań "oparły" się gęste chmury, a od zachodu niebo czyściutkie. Na Suchym robię sobie chwilę oddechu i dokonuję wpisu do znajdującego się tam zeszytu. Pierwszych ludzi tego dnia spotykam dopiero przy Chacie Pod Suchym, ale do samego schroniska nie zachodzę. Teraz trochę dłuży się zejście ponieważ szlak prowadzi cały czas lasem, ale za to nie przygrzewa mi słońce. Przy szlaku daje się za to zauważyć duża ilość grzybów, zarówno jadalnych jak i niejadalnych, czy wręcz trujących.
Miłym urozmaiceniem jest Sromotnik Bezwstydny, w świetnej formie, czego nie omieszkam uwiecznić na karcie pamięci
Wreszcie po stromym zejściu docieram do ruin Starego Hradu. Ruina znajduje się nad malowniczymi zakolami Wagu i z pewnością w latach swojej świetności roztaczały się stąd piękne widoki. Chyląc czoła przed kunsztem budowniczych zamku, którzy wybrali znakomite miejsce na budowę takiego obiektu, próbuję sobie wyobrazić ile się musieli namordować Ci, którzy zamierzali by zdobyć ten zamek.
Jeszcze kawałek schodzę w dół duktem, który z pewnością w czasach gdy zamek był zamieszkiwany, stanowił jedyną drogę do zamku, przez co sam zamek zagrożony był tylko z jednej strony a tym samym łatwiejszy do obrony.
Po dotarciu do asfaltowej ścieżki, która prowadzi mnie już niemal do samego Strecna, zmieniam jeszcze tylko ciężkie i przemoczone buty, na sandały. W Strecnie jestem ok. 12:20. Rzut oka na rozkład jazdy autobusów napawa mnie optymizmem, ponieważ autobus mam tuż przed 13:00. Jeszcze tylko w pobliskim barze zamawiając piwo upewniam się, czy autobus dziś jedzie, i już mogę się cieszyć unurzaniem swych ust w złocistym, chmielowym trunku. Ahhh... jak ja lubię te momenty :-)
Teraz jeszcze tylko powrót do kraju i już można kolejny wyjazd zaliczyć do udanych, pomimo kiepskiej pogody.
W sumie to gdyby tylko takie problemy mieć w trakcie wyjazdów to jeszcze nie jest tak źle. |