Góry‎ > ‎

Gorgany Zachodnie 10-15.07.2011

Pojawiła się okazja by wyjechać w góry, więc zgrzeszyłbym gdybym jej nie wykorzystał. Planów wielkich nie było, ponieważ nie było wiadomo ile uda mi się załatwić wolnego w pracy, ale w efekcie wyszło tak, że udało mi się wygospodarować tydzień wolnego, jakże więc nie wykorzystać takiej ilości dni wolnych na jakiś wyjazd w góry, zwłaszcza że przez ostatnie pół roku najdłuższym wyjazdem były wyjazdy weekendowe.
Ok, zatem wolne jest, sprzęt jest, chęci są, pozostaje wybór destynacji. Myślałem o Rodniańskich, z którymi mam niewyrównane rachunki, ale po przeliczeniu czasu dojazdu wyszło, że gra nie warta świeczki, ponieważ połowę czasu musiałbym spędzić w podróży. Padło więc na Gorgany, do których dojazd miałem jako tako rozpracowany i nie zajmował on 2 dni, choć w moim przypadku niewiele krócej jak się później miało okazać.
Czynię więc stosowne zakupy, pakuję sprzęt, w międzyczasie poszukując kompana na wyjazd. Niestety nie udało się zgrać z dwoma osobami, ponieważ mogły startować dopiero w poniedziałek, a mnie było szkoda marnować wolne na siedzenie w domu, zatem przyszło mi jechać samemu. 
Zwijam się w sobotę wieczorem na PKS do Przemyśla. Ten ma już w Katowicach 20 minut opóźnienia, ale i tak rad jestem że zajechał na dworzec PKS i że było miejsce. Niemniej do Przemyśla docieramy z 35 minutowym opóźnieniem, co jak się później okazało miało kluczowy wpływ na dotarcie do Osmołody. Jak na złość chwilę przed moim przybyciem na postój busów do Medyki , odjechał bus. Kolejny odjeżdża za godzinę :/ No nic - czekam wśród ukraińskich pracowników sezonowych, jakiejś grupki zmierzających na przedstawienie w Operze Lwowskiej i handlarzy fajkami. O 8.10 startujemy. Po ok 20 minutach jestem w Medyce. Szybki marsz do przejścia - przekroczenie granicy w zasadzie z marszu. Po ukraińskiej stronie raptem na 5 minut kolejka była. Pędem na awtostancję gdzie widzę stoi marszrutka do Lwowa. Ale nim wsiadłem kobieta z kasy zaprosiła mnie po "kwitok" do kasy. Koszt 23 hr z jakimiś kopiejkami. Zasiadam z tyłu, jest luźno, bez tłoku. Zapowiada się wygodna podróż, tylko ta duchota nie daje spokoju :/ Na razie jak stoimy, otwarte są lufciki i niektóre okna, ale pomny doświadczeń z innych wyjazdów wiem, że ten stan rzeczy potrwa tylko do czasu gdy marszrutka pojedzie szybciej. Nie wiedzieć czemu Ukraińcy przeraźliwie boją się przeciągów, a już osoby starsze mają na tym punkcie jakąś obsesję, przez co podróż w marszrutkach przypomina podróż transporterem opancerzonym po pustyni, z zamkniętymi lukami :/
Podróż umilałem sobie rozmową z zakonnikiem udającym się na pielgrzymkę, oraz grupą dziewczyn z jakiegoś obozu historyków sztuki, czy też studiujących ten kierunek.

Do Lwowa docieramy po niecałych 2 godzinach, czyli standard. Ruch pod dworcem spory. Pierwsze kroki kieruję na dworzec, do bankomatu. W pierwszym bankomacie chcę wypłacić kasę, ale gdy już wklepałem piny, kwoty itp okazało się, że jest chyba awaria podajnika i nie otrzymałem kasy :( Na szczęście bankomatów na dworcu jest dostatek i w drugim już nie mam takich przygód. Następnie wracam na awtowakzał i szukam marszrutki na Kałusz - jest, ale o 13 z hakiem, a tymczasem stoi marszrutka do Doliny. Pytam czy jest jeszcze miejsce i łapię się na ostatnie. Koszt 40 hr. Odjazd planowany jest za ok 15 minut, więc jeszcze wychodzę zakupić doładowanie do telefonu oraz czeburieka naprzeciw wokzała, ale niestety punkt, gdzie kobieta handlowała pysznymi czeburiekami jest nieczynny :( No nic - przyjdzie obejść się smakiem.
Wracam więc do marszrutki zajmuję jedyne wolne miejsce i kierowca zapuszcza silnik. Jest jakoś 12:30.
Do Doliny dojeżdżam jakoś po dwóch godzinach i od razu mam marszrutkę do Kałusza (koszt 8 hr), gdzie jestem jakoś godzinę później czyli ok 15:30. Niestety ostatnia marszrutka do Osmołody pojechała godzinę temu :( Trochę się łudziłem że będzie jeszcze jedna o 17:30, ale za wielkich nadziei nie miałem po tym co pisali znajomi internauci. Zacząłem więc rozważać inny cel podróży, ale kobieta w kasie tchnęła we mnie nieco nadziei, informując że wprawdzie do Osmołody już niczym nie dojadę, ale jest o 19:50 marszrutka do Jasienia. To tylko 16 km przed Osmołodą, więc w sumie dystans spokojnie do zrobienia z buta. Musiałem sobie to przemyśleć, więc najpierw skierowałem się do pobliskiego sklepu spożywczego by uzupełnić zapasy (zapomniałem zabrać cukier i herbatę). Następnie udałem się do centrum Kałusza, do bankomatu. Wprawdzie kasę jakąś miałem ale już z doświadczenia wiem że lepiej w tych terenach mieć ze sobą więcej gotówki, ponieważ w takiej Osmołodzie czy pobliskich wioskach nie ma szans by zapłacić kartą czy wypłacić pieniądze. Jakieś dwa piwa później podjąłem decyzję by jechać do tego Jasienia. Jak by nie patrzał, będę już w górach, ale okazało się, że ta marszrutka jednak w niedzielę nie jeździ:( No to teraz jestem już w czarnej dupie. Zatem nie pozostało mi nic innego jak poszukać miejsca gdzie mógłbym przenocować. Do wyboru miałem poczekalnię wokzała, albo namiot. Awtostancja jest zamykana o 20:30. Ale że cenię sobie spokój, i miałem namiot postanowiłem się rozbić gdzieś w pobliżu awtostancji
Znalazłem ciekawą miejscówkę, na uboczu, wśród malin i wzrastającej kukurydzy, raptem kilka minut od awtostancji. Po rozbiciu namiotu, biorę się za jakiś posiłek i tak schodzi mi do ok 21:30. Nawet nie wiem kiedy zasypiam.
Ranek budzi mnie chłodny i wilgotny. W nocy była solidna burza. Na szczęście nie zanotowałem przecieków (to pierwsza poważna zlewa dla tego namiotu) Szybko się zbieram, ponieważ o 7:50 mam marszrutkę do Osmołody. Na awtostancji już stoi spore grono oczekujących, ale nie wszyscy na szczęście czekają na "moją" marszrutkę. Ta przyjeżdża z kilkuminutowym opóźnieniem i w znacznej mierze już wypełniona. Na szczęście znajduję sobie skrawek podłogi i siadam na karrimacie. Tłoku nie ma, więc nie jest źle. Koszt marszrutki z Kałusza do Osmołody 17,36 hr. Nawet po ok pół godziny jazdy zwalnia się miejsce więc jest już pełny wypas :)
Droga do Osmołody jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo na co się trafi. Trafiały się odcinki świeżo położonego asfaltu, odcinki wyremontowane, oraz tzw OS'y, czyli odcinki nie remontowane chyba od czasów Sojuza :) Tak czy inaczej po dwóch godzinach i pięćdziesięciu minutach docieram do Osmołody, gdzie na marszrutkę czeka już spore grono turystów chcących się dostać do Kałusza.
Zbieram swój, pokryty kilkumilimetrową warstwą pyłu i kurzu plecak i wychodzę. Od razu kroki swe kieruję ku wejściu do Parku Narodowego. Po drodze jeszcze tylko krótka wizyta w sklepie by zakupić piwko na drogę. W budynku parkowym pustki, więc udaje mi się zaoszczędzić 5 hr. za wstęp do parku. Jeszcze tylko po drodze zaczepia mnie para pastuchów, którzy poszukują swoich koni.
Gdy dochodzę do szlakowskazu, udaję się na lewo, w kierunku Pietrosa i Popadii. Szacowany czas dojścia na Popadię 7,5 h. Zapowiada się nieźle i jestem zdania, że gdzieś za Popadią uda się zabiwakować, na jednym z wyznaczonych miejsc biwakowych, jednak plan minimum przewiduje by dojść dziś gdzieś za Pietrosa. Początkowo idzie się wyśmienicie, drogą gruntowo szutrową. Po drodze mijam rurociąg "Przyjaźń" i wyprzeda mnie ukraiński turysta. Po ok godzinie drogi postanawiam coś zjeść i odświeżyć się w przepływającym potoku. Upał i zaduch jest straszny, a ja od 2 dni się nie myłem więc chętnie korzystam z dobrodziejstw zimnego potoku. Przy okazji przyrządzam sobie jakiś posiłek. Schodzi mi tu ok godziny, ale pokrzepiony posiłkiem, i ciepłą herbatą z entuzjazmem ruszam naprzód. W końcu docieram do miejsca sporego wyrębu i tu znaki szlaku się urywają na znacznym odcinku, więc polegam głównie na wskazaniach GPS. Niestety okazało się to błędem i mapa, którą miałem w odbiorniku okazała się zgubna. Była to stara, sowiecka sztabówka, która została celowo obarczona tzw: "błędem taktycznym" a co za tym idzie szlaku szukałem nie na tym wzniesieniu, na którym powinienem. Dopiero  rzut oka na mapę papierową i same poziomice w mapie GPS dał mi pewność, że jestem na sąsiednim grzbiecie, względem tego, na którym powinienem być. Nie ufajcie więc ślepo swoim urządzeniom nawigacyjnym ! Niestety poszukiwania szlaku zajęły mi sporo czasu, do tego oba grzbiety dzieliła głęboka dolina, a ponadto doszedłem do wysokości kosówki i pogoda zaczęła się psuć, więc zapada decyzja, że nocuję w najbliższym miejscu na jakie natrafię. Udaje się znaleźć kawałek płaskiego miejsca gdzieś na wysokości Pietrosa, więc rozbijam namiot i szykuję posiłek.
Meszki skutecznie uprzykrzają życie, więc zaszywam się w namiocie. Błogosławiony niech będzie ten, który wynalazł moskitierę. Z dzikim zadowoleniem wpatrywałem się w krążące pod tropikiem i przy moskitierze meszki, komary i muchy :) Przeglądam jeszcze mapy by ustalić plan marszu w dniu jutrzejszym. Mam dwie możliwości - albo zejść w dolinę dzielącą mnie od wzniesienia ze szlakiem i potem wejść ostro w górę przedzierając się przez pas skarłowaciałych buczyn i kosówki, albo przedzierać się ok 800 m przez kosówkę. Wybrałem wariant pierwszy, bo choć dłuższy nie skazuje mnie na długotrwałe przedzieranie się przez kosówkę. Z tą myślą zasypiam. W nocy znów burze i intensywne opady.
Ranek nie napawa optymizmem. Zimno, chmurno (widoczność nie dalej jak 50 m) i wilgoć straszna :( No nic - zwijam sprzęt i z perspektywą że muszę jeszcze znaleźć szlak ruszam w drogę. W dolinie uzupełniam wodę i zaczynam podejście. 
Do granicy kosówki/karłowatej buczyny idzie się jako tako, potem już jest hardkor. No ale to już taka moja tradycja, że nie ma wyjazdu na Ukrainę, podczas którego nie byłoby chaszczowania. Wreszcie po jakiejś godzinie przedzierania się przez kosówkę docieram do ścieżki szlaku. Radość nieziemską mi sprawiła ta ścieżyna, choć kiedyś utyskiwałem że w kosówce powycinano szlaki - tego dnia błogosławiłem tego, kto to zrobił :) Teraz już za znakami czerwonymi udaję się na Pietros, a następnie na Popadię, gdzie pod samym szczytem mijam co rusz rzędy okopów z mniej spokojnych czasów, a na samym szczycie słupek graniczny nr. 1 dawnej granicy polsko-czechosłowackiej, z widocznym na orłem wg. wzoru z lat 1919-1927. 
Na Popadii "otwiera się okno" pogodowe i udaje się wykonać kilka zdjęć, ale trwa to raptem parę chwil. Ruszam dalej ku Małej Popadii. Na dziś plan przewiduje dotarcie na Polanę Płyśce i zanocowanie w tamtejszym schronisku. To pierwsze schronisko górskie na Ukrainie. Ale o samym schronisku będzie później. Tymczasem nie spieszę się jakoś szczególnie, ponieważ, raz, że pogoda bez widoczności, wilgoć duża, trasa w miarę prosta więc nie ma powodów by się spinać. Na przełączce pod Małą Popadią uzupełniam wodę z pobliskiego źródła, ponieważ dalej to już trzeba sporo zejść ze szlaku po wodę. Na Małej Popadii nawet nie wykonuję zdjęcia, ponieważ widoczność spadła do ledwie 20m. Dopiero jakieś fotki udaje się wykonać na Parenkach, gdzie nawet przez chwilę pojawia się słońce :) Za Parenkami i tuż za miejscem biwakowym spotykam pierwszego turystę. Okazuje się nim Polak, który właśnie zamierza nocować na miniętym przeze mnie miejscu biwakowym. A miejsce naprawdę całkiem fajne, dużo drewna na opał, tylko do wody ok 800m :( Chwilę rozmawiamy. Kwateruje u Wiktora w Arnice, w Osmołodzie, zaprasza by zajrzeć jak już zejdę z gór. W sumie pomyślałem sobie że to niegłupi pomysł, by zajść gdzieś do cywilizacji przed powrotem do domu, a powrót do domu rozważałem bardzo poważnie gdyby pogoda się nie poprawiła, no strasznie mi przez ten dzień siadła psycha :( Z przykrością się rozstaję z moim rozmówcą i nawet kilkaset metrów dalej rozważam czy nie wrócić się do niego - wszak w plecaku znajduje się flaszka mojej pigwówki, którą miło byłoby rozpić w jakimś fajnym towarzystwie. No ale porzucam ten pomysł, gdyż jeszcze za wcześnie jest na biwakowanie a im więcej przejdę dziś, tym mniej będę miał do przejścia jutro. Na Płyśce docieram jakoś przed 21:00. Już kilka minut od chaty wiem ze nie będę tam sam, bo czuć dym. Po dotarciu do schroniska okazuje się ze jest tu prawdziwy tłum :) 2 chłopaków spod Iwanofrankowska i pięcioosobowa ekipa z Suma w obwodzie Czernihowskim. Ma to swoje plusy, bo ogień już płonie. W międzyczasie zaczyna mżyć deszczyk. Czym prędzej więc biorę się za przygotowanie posiłku, co jakiś czas przerywane dyskusjami z moimi kompanami. Po posiłku nie zamierzam już dłużej ze sobą nosić wspomnianej wyżej pigwówki i częstuję towarzystwo. Z początku niektórzy się wzbraniają, ale Ci, którzy popróbowali, zachęcają ich i w ten sposób przełamujemy lody i dyskusja toczy się już bardziej swobodnym językiem. 
Teraz słów kilka o samym schronisku. To piętrowy budynek ze sporą ilością miejsc noclegowych. Na dole jest piec, na górze miejsca na których można rozbić namiot oraz miejsca do leżenia na ławach. Przy budynku jest stół z ławkami, miejsce na ognisko i dość wydajne źródełko. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie wszechobecny syf. Masa puszek wypalonych w ognisku, jakieś butelki no generalnie przykry widok.
Tymczasem zapada zmrok i pomału rozchodzimy się na miejsca noclegowe. Ja wybieram się na górę. Tam już stoją 2 namioty, ale ja nie zamierzam rozbijać swojego - kładę się normalnie w śpiworze.
Ranek wita mnie słoneczny i ciepły, co widać na powyższym zdjęciu. Zatem szkoda czasu i po szybkim śniadaniu zbieram się w dalszą drogę. Dziś mam nastrój zgoła odmienny od wczorajszego. Jest ciepło, sucho, świeci słońce i jest wspaniała widoczność. Czego chcieć więcej ?
Na ten dzień w planach jest przejście przez Grofę, na Mołodę i nocleg na którymś miejscu biwakowym za Mołodą.
Na Grofę docieram w czasie jaki jest przewidywany na znakach. Zresztą na wspomnienie zasługuje właśnie oznakowanie w tym rejonie Gorganów. Otóż można tu rozróżnić 3 metody znakowania. Zacznę od najniższej, czyli od grupy leśniej. Znaki tu umieszczone są w intuicyjnych miejscach i nie ma większych problemów z nawigowaniu po znakach. Wszelkie skręty i odbicia są zaznaczone aż za dobrze. pewnym problemem mogą być poręby, ale to już takie ryzyko znaków w lesie. Nie ma drzew - nie ma znaków. Niemniej te partie szlaków uważam za wyznakowane wzorowo.
Druga grupa, to grupa kosówkowo-krzakowa. Tutaj znaki umieszczane są w bardzo dużych odstępach. Czasem idąc przez godzinę nie spotka się znaku. No ale z drugiej strony z tych szlaków nie ma za bardzo gdzie zejść, więc tak rzadkie umieszczenie jest uzasadnione.
Trzecia grupa, to partie szczytowe czyli gorgan. Tu jest różnie. Najwięcej jest znaków na stojących kamieniach, ale gdy nie ma znaków, należy wypatrywać kopczyków ułożonych z grechotu. Przy odrobinie wprawy można też dostrzec kamienie, które zostały poruszone i są np. odwrócone lub pozbawione mchu. Niemniej zawsze gdzieś jakiś znak uda się dostrzec prędzej czy później.
Wracając jednak do mojej wędrówki - docieram na Grofę i oczom mym ukazują się fantastyczne widoki gdzie w promieniu 360 stopni znajdują się góry i w zasadzie tylko one. Osady jeśli jakieś są to głęboko w dolinach więc ma się wrażenie, że nie ma tu nic poza górami. Takich widoków próżno szukać u nas w kraju. Jeden z ładniejszych widoków jakie miałem okazję widzieć. Góry po horyzont. Oczywiście nie omieszkałem skorzystać z funkcji automatycznej panoramy w aparacie. Musze przyznać, że to bardzo przydatna funkcja. Podobnie ciepło będę się wyrażał od tego wyjazdu o statywie do aparatu, typu "gorilla-pod" To statyw z giętkimi "nogami" dzięki czemu można go ustawić lub przymocować do dowolnej powierzchni. Fantastyczny wynalazek.
Po krótkim odpoczynku i wykonaniu kilkudziesięciu zdjęć - ruszam dalej. Na Przełęczy pod Koniem Grofeckim znajduje się chatka, gdzie zastałem parę Ukraińców. Próbowałem wypytać ich o połączenia z Osmołody, ale nie znali godzin odjazdu. Pierwotny plan by z Mołody udać się na Jajko Ilemskie i zejść do Osmołody pomału zaczął się zmieniać i rozważałem zejście do Mysliwki, znajdującej się na drodze Dolina - Miżhiria. Ponoć łatwiej tam o transport do cywilizacji. No nic - zostawiam sobie pole manewru i póki co opcja z zejściem do Osmołody do Pensjonatu "Arnika", przeważa. Miło byłoby się okąpać, napić zimnego piwa i pogadać z rodakami, zwłaszcza że podobno miała tego dnia do "Arniki" przyjechać liczna grupa z Polski.
No ale na bok rozpustne myśli - czas zejść w dół by potem znów piąć się w górę. Staw Grofecki, znajdujący się u podnóża Grofy, trochę mnie rozczarował. Myślałem że będzie to jakiś stawik, tymczasem to zarośnięte skrzypem i wikliną bajorko, gdzie nie widać skrawka tafli wody. Schodzę niżej aż na samo dno doliny. Już przed drogą prowadzącą dnem doliny natrafiam na zrywkę drewna. Oczywiście w takich miejscach jest masa rozjeżdżonego błota i masa wody z pobliskich potoków. Po przekroczeniu rzeki Mołody wchodzę na Kruhły, gdzie bitą drogą udaję się kilkaset metrów w lewo. Kierując się w prawo można dojść do Osmołody w jakieś 2-2,5 h. Mnie jednak humor i pogoda dopisują, więc idę za czerwonymi znakami by po kilkuset metrach skręcić w prawo przy ruinach schroniska PTT. Od teraz dość stromo pod górę drogą zniszczoną przez zrywkę drewna. Z ulgą i mozołem wchodzę powyżej prowadzonej zrywki, ale tu z kolei pojawiają się wiatrołomy. Niemniej wyrabiam się czasowo. Na tym odcinku przy jednym z ostrych skrętów szlaku znajduje się źródełko. Od pewnego czasu moim zmartwieniem było właśnie zaopatrzenie w wodę i wiązałem z tym źródełkiem spore nadzieje. Okazało się, jednak że to dość marne źródło płynące dość leniwie. Woda lekko pachniała stęchlizną, no ale lepsza taka niż w ogóle. Jeśli więc ktoś jest bardziej wrażliwy zapachowo czy żołądkowo, to lepiej niech zaopatrzy się w wodę wcześniej, lub potem dopiero za Mołodą na Przełęczy Sołotwinka jest woda.
Mniej więcej w czasie jaki jest przewidziany na dojście na Mołodę staję na szczycie. Stąd także fantastyczne widoki, ale wilgoć w powietrzu już nieco osłabia widoczność. Robię sobie tu dłuższy odpoczynek, suszę namiot, który nie był wyjmowany z pokrowca od poprzedniego dnia. Nawet rozważałem możliwość zanocowania na Mołodzie, by rankiem móc się delektować fantastycznymi widokami, ale na horyzoncie pojawiły się nieciekawe chmury, które mogły zagrażać burzą, a nie uśmiechało mi się być w czasie burzy najwyższym punktem w okolicy. Zatem po dłuższym odpoczynku zwijam się i postanawiam zanocować na Połoninie Sołotwinka.
Docieram tam w okolicach godziny 20:00 i pierwsze co robię, to szukam źródła, do którego jest ponoć 320 m od szlakowskazów. Niestety źródło znów okazuje się dołem wypełnionym wodą, w dodatku widać, że poją się tu konie więc woda prawdopodobnie została skażona odchodami tychże. Nie daje mi jednak spokoju fakt, że jest tu dość głęboka dolinka i udaję się jedną ze ścieżek. Po chwili docieram do miejsca skąd słychać szemrzący strumyk. Idę w tym kierunku i po kilkudziesięciu metrach docieram na polankę gdzie obok przepływa wartki strumyk, a z polanki rozpościera się fantastyczny widok na Karpaty Rumuńskie.
Nie mam wątpliwości, że to jest właściwe miejsce na nocleg. Nastawiam wodę na posiłek i herbatę, biorę kąpiel w strumyku i zbieram jagody wielkie jak czereśnie. Niestety meszki skutecznie psują tę sielankę więc po kąpieli i zagotowaniu wody zamykam się w namiocie delektując się zza moskitiery widokami na wspomniane wcześniej Karpaty Rumuńskie i popijając herbatę.
Analizuję również mapy w perspektywie jutrzejszej wędrówki, ponieważ nie mam rozeznania jak sprawa wygląda ze szlakiem za Jajkiem Ilemskim, bo od tego zależy czy zejdę do Osmołody, czy do Mysliwki.
Tej nocy miałem okazję widzieć jedną z najładniejszych pełni księżyca.
Księżyc świecił tak mocno, że można było czytać książkę przy jego blasku. Teraz żałowałem że nie zostałem na Mołodzie, bo z pewnością można by napstrykać masę fantastycznych zdjęć. No ale cóż - nikt nie jest jasnowidzem - ja za to miałem nieograniczony dostęp do wody i kumkające kumaki w pobliskim stawku, który znajdował się kilka metrów od mojego miejsca biwaku :)
Przez ten księżyc jakoś kiepsko mi się spało, ale ranek wstał równie uroczy jak wczorajszy dzień. Zero chmur, słoneczko, ciepło. Zapowiadał się kolejny piękny dzień więc nie było czasu do stracenia i trzeba było się zbierać. Szybkie śniadanie i lecimy w górę. Tuż za Przełęczą Sołotwinka spotykam dwóch ukraińskich turystów. Od nich dowiaduję, się, że szlak na Jajko Ilemskie jest dobrze oznaczony, że za Jajkiem są 2 szlaki prowadzące do Mysliwki oraz ponoć jest jakaś ścieżka prowadząca doliną Mszany do Osmołody. Ja z kolei informuję ich gdzie jest woda i jak sprawa wygląda na szlaku na Mołodą. Po chwili żegnamy się i podchodzę na Sywanię Połonińską.
Tu także szlak dobrze wyznakowany czarnymi znakami. Idzie sie przyjemnie, choć co jakiś czas trzeba się przedzierać przez kosówkę i kilka razy ściągam na twarz wielką pajęczynę :/ Ale za to widoki na Jajko Ilemskie rekompensują te niedogodności. Jakieś pół godziny przed podejściem na Jajko Ilemskie dopada mnie jakaś niemoc i zadyszka. Nie mogę w pełni nabrać oddechu, serce jakoś dziwnie kołacze i męczę się po kilkunastu krokach, idąc nawet po równym :/ Trochę mam stracha, bo w zasadzie jestem w takim momencie wędrówki że w którą stronę (wstecz czy w przód) bym nie poszedł, to i tak mam porównywalny czas dotarcia do cywilizacji :/ Sam nie wiem co robić i poruszam się mimo wszystko do przodu krótkimi odcinkami. Wreszcie na przełęczy pod Jajkiem Ilemskim postanawiam odpocząć dłużej. W głowie kołacze się myśl by zawrócić, ale jakże to tak - mieć cel wędrówki na wyciągnięcie ręki i wracać ? Ponadto ze szczytu miałem wypatrzeć drogę, którą obiorę na powrót. Czy będzie to Mysliwka, czy Osmołoda. Pewnie gdyby szlak obchodził szczyt - byłoby mi łatwiej podjąć decyzję, ale w efekcie po około 40 minutach odpoczynku jako tako dochodzę do siebie i zapada decyzja że wchodzę na Jajko. Po drodze jeszcze przepłaszam wygrzewającą się na kamieniu żmiję. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nie była to jedyna żmija którą podczas tego wyjazdu widziałem. Kolejne dwie wiedziałem na podejściu pod Grofę i jedną pod Mołodę. W tempie osoby w podeszłym wieku wchodzę wreszcie na szczyt. Widoki nieziemskie. Pasmo Arszycy jak na dłoni. Wypatruję możliwości zejścia do Osmołody - widać, że doliną Mszany biegnie droga prawdopodobnie zrywkowa. Napawa mnie to optymizmem.
Tymczasem wyciągam do wysuszenia namiot i ręcznik oraz upraną wczoraj koszulkę. Zjadam jakieś orzeszki i delektuję się widokami oraz wykonuję zdjęcia tak swoje jak i pejzaży. Podejmuję decyzję, że w związku z faktem że coś podupadłem na zdrowiu jeśli z Przełęczy Mszana nie będzie jakiejś ścieżki w dolinę Mszany, to idę szlakiem do Mysliwki. Nie miałem sił ani ochoty na chaszczowanie stokami Arszycy. Po jakiejś półtorej godziny zbieram się i schodzę z Jajka niebieskim szlakiem do Mysliwki. Szlakowskazy pokazują cztery godziny - jest po 13:00 więc licze ze o dobrym czasie dotrę do Mysliwki i będzie szansa jeszcze złapać jakiś przewóz do Doliny.
Na przełęcz Mszana docieram dokładnie ze wskazaniami szlakowskazów. Po drodze jest dość wydajne źródełko i kilka ciekawych miejsc biwakowych. Zejście dość strome przez co męczące. Na Połoninie Mszana niestety nie wypatrzyłem żadnej ścieżki w kierunku Doliny Mszany więc udaję się niebieskim szlakiem do Mysliwki. Szlak prowadzi lasem świerkowym więc idzie się wygodnie i przyjemnie. W końcu docieram do leśnej drogi i odtąd to już jest sielanka. Po jakiejś godzinie marszu spotykam posilających się 2 Ukraińców z jakiejś grupy rekonstrukcyjnej. Umundurowani, wyposażeni w jakieś ładownice i inne akcesoria wojskowe.
W końcu docieram do mostu na Świcy skąd już tylko godzinka do Mysliwki. Co rusz mijają mnie gruzawiki z drewnem, a także udaje mi się wypatrzeć padalca chcącego przekroczyć drogę, co mogłoby się źle dla niego skończyć. Zatem postanawiam go wpuścić z powrotem w krzaczory.
Wreszcie docieram do jakiejś cywilizacji. To Ljudwikiwka. Jest tu sklep a w zasadzie barak spożywczy gdzie zaopatruję się w piwo. Zimne ! Oj nic tak dawno nie sprawiło mi radochy jak te kilka łyków browarka. Stąd już tylko 10 minut do Mysliwki. Zapytuję jeszcze mijane dziewczynki, czy w Mysliwce jest jakiś magazin - na szczęście jest :) Tam też zaopatruję się w jakieś 30 dag przepysznych orzechów w czekoladzie (których połowę zjadam niemal od razu), bułkę i piwka na wieczór. Dowiaduję się też, że spóźniłem się 20 minut na ostatni autobus do Doliny. Czyżby Deja Vu z Kałusza ? Otrzymuję też informację, że rano będzie pierwszy autobus o 7:30. No nic - przychodzi mi kolejny raz zabiwakować w pobliżu cywilizacji.
Wracam więc w kierunku Ljudwikiwki ponieważ idąc tamtędy wypatrzyłem interesujące miejsca do ewentualnego zabiwakowania.
Znajduję sobie przyjemną miejscówkę, blisko rzeki i z ławką. Przystępuję do konsumpcji kolacji, oraz zakupionych piwek :) Nieopodal, nad rzeką znów przebiega Rurociąg "Przyjaźń", są jacyś wypoczywający mieszkańcy. Udaję się w ustronne miejsce rzeki by się wykąpać i odświeżyć przed jutrzejszą podróżą. Znów muszę uciekać przed meszkami do namiotu. Po piwach śpię jak zabity.
Pobudkę zarządzam na 5:30 by móc w spokoju zjeść śniadanie i zwinąć namiot oraz przepakować plecak na wersję transportową, ale nie mogę przełknąć ani kęsa kabanosa, ni bułki. Zjadam więc resztkę orzechów w czekoladzie i zbieram się na przystanek. Jestem prawie godzinę przed planowanym przyjazdem autobusu. Kusiło mnie by łapać stopa, ale w portfelu nie było szału z gotówką więc zdecydowałem, że na stopa zdecyduję się dopiero jakby autobus nie przyjechał. W międzyczasie wieś budziła się do życia. Pastuchowie wyprowadzali swoje krowy na pastwiska, ludzi na przystanku przybywało. Autobus przyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem i był dość nabity, ale udało się zapakować z tyłu. Ponadto miła niespodzianka - kurs do Doliny kosztuje 5 hr :) Po drodze jeszcze doszło kilkoro pasażerów i w pewnym momencie jechałem na jednej nodze. Do Doliny docieramy ok 8:30. I tu miła niespodzianka - marszrutka do Lwowa odjeżdża o 8:50. Bilet też należy zakupić w kasie - pilnuje tego kobieta, która zjawia się na stanowisku tuż po podjechaniu pojazdu na stanowisko. Koszt biletu do Lwowa 35,32 hr. 
Droga przebiegła bez problemu i w komforcie można by rzec, bo tym razem nie było babuszek narzekających na przeciągi więc można było uchylić okna. We Lwowie jesteśmy ok 11:30. Udaję się jeszcze do bankomatu by wybrać kasę i dokonać jakiś zakupów, a konkretnie Blagoff'a Green Apple, którego to u nas w kraju nie można dostać. W piwa zaopatrzę się na granicy. Ta decyzja okazała się błędna bo na granicy niestety w ofercie są same najpopularniejsze gatunki, a nie ma mojego ulubionego czyli Czernihiwskiego Biała Noc :(
Wracam na awtowokzał, a tam już stoi marszrutka do Szegini. Nie zastanawiam się więc za długo i wsiadam. Kurs kosztuje 21 hr. Zgodnie z przewidywaniem do Szegini docieram po ok 2 godzinach. Ostatnie browarowe zakupy i śmigam na przejście. Tu miła niespodzianka po stronie ukraińskiej - stoją raptem ze 4 osoby. Gorzej przy Polskiej celni. Tu w potwornym upale schodzi mi ponad godzinę. Pogranicznicy już nie puszczają bokiem plecakowców, albo może mnie się taka zmiana trafiła :( Teraz jeszcze przyszło mi poczekać na busa z Medyki do Przemyśla i w Przemyślu ląduję o 15:00. Okazuje się, że bezpośrednie połączenie mam za 2 h, ale za 45 minut jest pociąg TLK do Warszawy Wsch. przez Kraków. Zakupuję więc nań bilet i idę coś zjeść do baru naprzeciw dworca PKP. Przyznam że jadam tam zawsze jak jestem w Przemyślu. Oferują dobre i niedrogie jedzenie. Polecam.
W Kraku jestem o 20:15, a już wiem że mam busa do Katowic o 20:30 więc trzeba się uwijać. Tym sposobem tuż po 22:00 docieram do domu cały i zdrowy.

Więcej zdjęć można obejrzeć w mojej galerii na Picasie