Góry‎ > ‎

Gorgany i Czarnohora 29.05-2.06.2010

          
Tym razem postanowiłem powrócić na Ukrainę, zwłaszcza że nadarzała się okazja na wędrówkę z kompanem, z którym już dawno  chciałem się gdzieś wybrać, a jakoś nigdy nie było okazji. Tym kompanem okazał się Darek, znany na forach internetowych jako Menel.
Tak więc po wstępnych ustaleniach padło na Gorgany i wreszcie chciałem przejść Świdowiec. Co z tego wyszło będzie opisane niżej.
Z Menelem spotykamy się w stałym punkcie zbiórki, czyli na stacji BP w Katowicach ;) Jeszcze jakiś szybki posiłek w KFC i ruszamy. Po drodze krótki postój na ostatnie zakupy w Tesco w Tarnowie i do Przemyśla docieramy jakoś koło północy. O tej porze nie ma już niestety szans na transport do Medyki, odkąd zmieniono limity przewozu towarów, tak więc pozostaje nam przenocować gdzieś w Przemyślu. Pada na dworzec PKP a konkretnie peron nr1 :) Jak zwykle SOK podchodzi wyrozumiale do naszego noclegu (chwała Im za to) i jakoś kimamy na karrimatach do rana. 

29.05.2010
Zrywamy się przed 5.00, w nadziei, że już coś na granicę kursuje, niestety pierwszy bus do Medyki odjeżdża dopiero o 6.15, ale już o 5.15 podstawia się na postój. Włazimy więc do środka i kimamy jeszcze godzinkę.
Do Medyki docieramy przed 7.00 i udajemy się na przejście graniczne. Tu miła niespodzianka - zero tłumów, mrówek i innych handlarzy. Po stronie ukraińskiej również przekraczamy granicę "z marszu" nie licząc wypisywania karteczek imigracyjnych. Jeszcze tylko Menel wymienia złotówki na Hrywny i udajemy się na postój marszrutek. Trochę zdziwiło mnie że nic nie stoi przy sklepie spożywczym, a tu okazuje się, że teraz w Medyce jest "Awtostancja" ok 100m od miejsca gdzie do tej pory marszrutki stawały. Tego dnia mamy szczęście, bo wsiedliśmy do marszrutki, która właśnie ruszała z postoju. Po 2 godzinkach jazdy jesteśmy we Lwowie. Tu trochę miotamy się w poszukiwaniu marszrutki do Iwanofrankowska, ale w końcu decydujemy się pojechać na Dworzec Stryjski i stamtąd próbować dostać się do Jaremczy, czyli miejsca startu w góry. Po dotarciu na Dworzec Stryjski (marszrutki nr 2 i 37 z Dworca Podmiejskiego) okazuje się, że za niecałą godzinkę mamy marszrutkę do Jaremczy. Kupujemy zatem bilety (58 hr) i umilamy sobie oczekiwanie penetrując okoliczne sklepiki i budki z piwem. 
Na kilkanaście minut przed odjazdem naszej marszrutki zgadujemy się z kierowcą marszrutki do Iwanofrankowska, który mówi nam, że marszrutka do Jaremczy nie przyjedzie. Wracam więc do kasy zmienić bilety na marszrutkę do Iwanofrankowska (ok. 45 hr). Nie było problemów z przebukowaniem biletów. 
O12.40 odjeżdżamy. W marszrutce jak zwykle duszno i w dalszej trasie tłoczno, czyli standardy ukraińskie :) W Iwanofrankowsku jesteśmy ok 15.00. Tu też widzę spore zmiany w infrastrukturze transportowej. Nowa "Awtostancja" znajduje się ok 300m od dworca kolejowego, nie widać już tyle marszrutek z butlami na metan na dachach, widać nowszy tabor. Po krótkim poszukiwaniu transportu do Jaremczy znajdujemy marszrutkę odjeżdżającą o 15.35. Zatem kupujemy bilety (w kasie, a nie u kierowcy, co również jest dla mnie zaskoczeniem). Kierowca stanowczo odmawia zabrania pasażerów bez biletu zakupionego w kasie. Przy wyjeździe z "Awtostancji" okazuje się dlaczego. Każda marszrutka jest kontrolowana pod kątem ilości pasażerów znajdujących się w pojeździe, a stanem z listy jaką dostarcza kasa. Do Jaremczy docieramy bezproblemowo, ale o której godzinie, to nie pamiętam :-(

W Jaremczy chcieliśmy jeszcze zjeść coś treściwego na ciepło, ale w zasadzie tylko w jednej budce były jakieś hot-dogi, a konkretnego nic. W końcu z nadzieją wchodzimy do jakiejś pierogarni, i zamawiamy "pirożki" za kilka hrywien, ale okazuje się, że to jakieś popierdółki, których trzeba by zjeść przynajmniej 10 by się nasycić. Zawiedzeni ruszamy w góry. Pogoda taka sobie. Ciepło, ale pochmurnie i deszcz wisi w powietrzu. Kierujemy się na żółty szlak rowerowy, z którego w pewnym momencie schodzimy kierując się ścieżką na Jawornik Gorgan, przez który chcemy się dostać na Syniak i dalej przez Płoskę, Czarną Klewę, Bratkowską, Przełęcz Okole, Todiaskę, Bliźnicę, zejść do Jasinii i tam miałby się zakończyć mój etap wędrówki. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na jednym z wierszków nad Jaremczą, przed wejściem na ścieżkę na Jawornik Gorgan, znajdujemy fajne miejsce biwakowe. Nie trzeba nas zachęcać by tu pozostać na noc, zwłaszcza, że umordowani jesteśmy podróżą i dość stromym podejściem, a tu i miejsce na namiot, i ognisko, i nawet drewna na opał trochę jest. Bierzemy się zatem za rozbijanie namiotów oraz przygotowywanie obozowiska. Po około godzince płonie już ognisko a my szykujemy się do pieczenia kiełbasek. W trakcie przygotowywania ogniska przypomniałem sobie, dlaczego przez całą podróż prześladowała mnie myśl, że czegoś zapomniałem spakować - nie zabrałem siekierki :/ Kurcze na tym wyjeździe przydałaby się jak mało kiedy. Zawsze tak mam że jak czegoś zapomnę, to akurat to jest rzecz, która byłaby najbardziej przydatna :/ No nic jakoś sobie poradziliśmy bez siekierki. 
Zatem po posiłku i jakimś piwku
przyszedł czas na jakieś foto no i trzeba się było udawać na spoczynek. 

30.05.2010
Rankiem ok 7.00 mieliśmy pobudkę zorganizowaną przez miejscowych z inwentarzem (krowy, owce i kozy) pędzonym na pastwisko, jak się później okazało na Połoninie Jawor. Wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań i zabraliśmy się do przygotowywania śniadania. Po śniadaniu zwijamy obóz i ruszamy dalej stromo pod górę. Po około godzince podejścia wychodzimy na malowniczą polankę poniżej Połoniny Jawor. tu chwilę odpoczywamy i robimy zdjęcia, po czym idziemy dalej. Na Połoninę Jawor docieramy ok 10.00. Pierwsze kroki kierujemy do szałasu pasterskiego, gdzie spotykamy ekipę od pobudki :-) Dopytujemy się o ser, ale niestety nie mają w sprzedaży - ma być dopiero za 2 dni :-( No nic - musimy się obejść smakiem. Na przełęczy powyżej szałasu robimy sobie krótki popas i foto-stop. 
A widoki zaiste cudowne stąd się rozpościerają zarówno w Dolinę Prutu gdzie leży Jaremcza, jak i w stronę Homiaka i Syniaka. Przy okazji dość nisko nad wzniesieniem przelatuje śmigłowiec, który Menel uwiecznił na kracie pamięci. Nam jednak trzeba iść na Jawornik Gorgan, co też czynimy po postoju. Droga wiedzie lasem więc wyglądające co rusz zza chmur słońce nie przypieka nas, ale i tak leje się z nas srodze pot. W lesie natykamy się na kilka fajnych miejsc biwakowych, oraz pierwszowojenne okopy, gdzie przez przypadek trafiam na niebezpieczną niespodziankę w postaci granatu ręcznego. Wprawdzie przerdzewiały już srodze, ale w takich przypadkach nie ma żartów i wolę nie dotykać tego świństwa.Skończyło się tylko na fotografii.
Jeszcze po chwili marszu docieramy wreszcie do granicy lasu i wchodzimy na gorgan. Po prawej widzimy szczyt Jawornika Gorganu więc po wykonaniu kilku fotek udajemy się w jego kierunku. Na szczyt docieramy ok południa, więc postanawiamy dłuższą chwilę odpocząć, zwłaszcza że ze szczytu rozpościerają się całkiem przyjemne widoki na Homiaka, Syniaka, i Doboszankę, pomimo że pogoda  staje się mocno niepewna, a ciemne chmury straszą jakimś opadem. Na szczęście słoneczko także operuje tu i ówdzie, dzięki czemu mamy możliwość cieszenia się zacnymi widokami.



Niestety co jakiś czas daje się wyczuć pojedyncze krople deszczu, co skłania nas do poderwania w górę tyłków i ruszenia dalej, bo po mokrym gorganie idzie się co najmniej kiepsko. Mniej więcej w połowie szczytu dopada nas już konkretna zlewa  i nie ma co robić - trzeba narzucić poncho na plecy i przeczekać opad, zwłaszcza, że widać iż to opad przelotny. Dobrze że obyło się bez wyładowań. Po przeczekaniu zlewy ruszamy dalej w poszukiwaniu ścieżki prowadzącej w stronę Syniaka. Niestety zadanie nie jest łatwe, zwłaszcza, że po deszczu las poniżej granicy gorganu jest mokry i nieprzyjemnie się szuka w ten sposób ścieżki. W efekcie nie trafiamy na właściwą ścieżkę i tu zaczyna się nasz problem, bo zamiast trawersować zbocze schodzimy w dół i już po chwili okazuje się, że zamiast iść w kierunku Syniaka schodzimy w dół. No co zrobić - ustalamy że schodzimy niżej i z dołu będziemy atakować Homiak. Po drodze zaliczamy jeszcze kąpiel w potoku i po ostrym zejściu znajdujemy się przy szlaku do wodospadu "Huk" na strumieniu Żeniec. 
Wodospad zaiste imponujący i rzeczywiście mocno huczy. Wysokość ok 12m i sporo ludzi doń zmierza. Momentami tłok był jak na Krupówkach. Menel długo nie mógł wykonać foty. Jacyś popi, jakieś zakonnice i masa innych turystów. Na ławeczce przy wodospadzie ustalamy że dziś zanocujemy na polanie nad Tatarowem, a jutro zaatakujemy Gorgany od strony Homiaka, a następnie ruszymy dalej jak wyżej pisałem. Zatem ruszamy w dół potoku Żeniec, gdzie po około godzince marszu znajdujemy polankę, a na niej eleganckie miejsce biwakowe. Przygotowujemy więc obozowisko i bierzemy sie za rozwieszanie odzieży, która zamokła nam w trakcie zlewy na Jaworniku. 
Po rozpaleniu ognia, czas na jakąś kiełbaskę i resztę kolacji, a potem jeszcze długo siedzieliśmy przy ogniu rozważając co przyniesie nam dzień kolejny.

31.05.2010
Niestety nic dobrego nie przyniósł i już nad samym ranem pojawił się deszcz, który nie zachęcał nas do wyjścia z namiotu. W związku z opadem postanowiliśmy więc ponownie zmienić plany i odpuścić sobie gorgan, z racji faktu, że nie idzie się za bezpiecznie po mokrym i omszałym gorganie. Pada zatem propozycja że schodzimy do Tatarowa i stamtąd jedziemy do Jasinii, skąd będziemy podchodzić na Świdowiec. Wyczekujemy więc aż opady się uspokoją i zbieramy się w drogę. 
Po drodze mijamy liczne place budowy z ukończonymi już niemalże pięknymi pensjonatami. Niebawem zapewne będą się tu rozbijać swoimi drogimi wozami, turyści z zagranicy. Niestety pomału Ukraina a w zasadzie Zakarpacie traci klimat miejsca odludnego i przyjaznego dla turysty plecakowego :(
Po pokonaniu wiszącego mostu na Prucie wychodzimy na drogę pomiędzy Mikulczynem a Tatarowem. Na pobliskim przystanku oczekujemy około godziny na jakąś marszrutkę, ale żadna nie jedzie na Jasinię, zatem pada propozycja by dojść do Tatarowa i może tam się coś trafi.
Tak też robimy i "z buta" zasuwamy do Tatarowa. Nielekko utyrani wędrówką po asfalcie docieramy do Tatarowa i w sklepie spożywczym dowiadujemy się, że za kilka minut powinna być marszrutka do Jasinii. Kupuję zatem kolejnego Obołonia "Żywe" (nowość sprzed 2 miesięcy z browaru Obołoń) i cierpliwie czekamy urozmaicając sobie czas pogawędką ze sprzedawczynią, oraz starszą Panią siedzącą na ławeczce przed sklepem. Tak schodzi nam kolejna godzina, a w międzyczasie zaczyna lekko kropić. W końcu dostajemy od sprzedawczyni cynk, że zbliżająca się marszrutka to nasza, więc machamy co sił w rękach, ale ta przejeżdża bezdusznie obok nas :/ Skończył się nasz fart widocznie.
Nie było sensu czekać na kolejną marszrutkę, która miała jechać za prawie 3 godziny, więc po konsultacji ze sprzedawczynią i upewnieniu się, że będzie coś jechać na Worochtę, dochodzi do kolejnej zmiany planów i wybór pada na Czarnohorę od strony Worochty. Na marszrutkę do Worochty udajemy się na pobliskie skrzyżowanie , gdzie nie musimy długo czekać na transport. Po dotarciu do Worochty postanawiamy zjeść coś konkretnego na ciepło, przed kolejnym wyjściem w góry. Trafiamy do restauracji "Stara Worochta". Lokal zacny, oferujący bogate menu, i smaczne potrawy, ale jak na standardy ukraińskie nie tani. Ja decyduję się na soljankę, wareniki i piwko, a Menel bierze coś tam z barana ;) Soljanka przepyszna, wareniki niezłe, ale na kolana nie rzucały. Tak czy inaczej ostro nasyceni ruszamy przez tory w kierunku wiaduktu kolejowego, przy którym mieliśmy skręcić w prawo na szczyt... 
Po drodze mijamy cerkiew w Worochcie. Jakoś jednak udało nam się przejść miejsce w którym mieliśmy skręcić i kolejny raz zamiast się wrócić zawczasu to szliśmy dalej ku przysiółkowi Worochta. Po jakimś czasie zapytałem miejscowego, jak daleko jeszcze do zejścia na szczyt... Uzyskaliśmy odpowiedź, że przy znaku z 10 km należy skręcić w lewo, ale jak to zwykle bywa, skrętu żadnego nie było, ruch pojazdów też jakiś marny, więc o stopie nie można było marzyć. W efekcie cały odcinek od centrum Worochty do Przysiółka przeszliśmy na nogach (ok 13 km) zajęło nam to ze 3,5 godziny.  Sam przysiółek także nieco się zmienił od mojego ostatniego pobytu tutaj ( a w zasadzie przejazdu). Powstał duży zajazd (nazwy już nie pomnę), z miejscami hotelowymi, polem namiotowym (ok 8 zł za dobę), jakimiś atrakcjami i obok nowy sklep. Całość na szczęście zbudowano z drewnianych bali więc wygląda to dość przyjemnie i stanowi ciekawy kontrast dla dachów krytych eternitem. Ale nadal przysiółek jest malowniczo położony u stóp Czarnohory i o tej porze roku wygląda cudownie.
Wreszcie jednak stajemy przy punkcie kontrolnym i wejściowym do Karpackiego Parku Narodowego, gdzie chwilę rozmawiamy o warunkach na Howerli z grupką Polaków. Okazuje się, że dzień wcześniej na szczycie można było się natknąć na  opad deszczu, śniegu i gradu, czyli pełny przegląd :) Tymczasem jesteśmy wpisywani w magiczną księgę (bynajmniej, nie pamiątkową) i uiszczamy opłatę 15 hr, za wstęp na teren Parku. Zmęczenie srogo daje się nam już we znaki. Rozmowy milkną, a my jeszcze musimy podejść pod turbazę "Zaroślak". Znów zaczyna kropić deszcz więc wchodzimy w las by rozbić namioty. Gdy już uporaliśmy się ze sprzętem nawet nie chciało nam się przygotowywać posiłków, ani wychodzić z namiotów. Ja się jeszcze przemogłem i opłukałem się w pobliskim potoku, ale do namiotu już wracałem w strugach deszczu, który momentami był ulewny. Tego wieczora, każdy z nas siedział w swoim namiocie i nawet rozmowa się nie kleiła. Ja jeszcze trochę walczę z przeciekającym namiotem i przykrywam go ponczem. Stać mnie jeszcze tylko na wykonanie fotki Menelowi ;) Poszliśmy spać jakoś koło 21.00

1.06.2010 
Tym razem pogoda sprawiła nam miłą niespodziankę i ranek był słoneczny. Z Menelem rozumiemy się bez słów i gdy proponuję by zwinąć obóz jak najszybciej i zjeść śniadanie w jednym z licznych na tej trasie punktów "odpoczynkowych", ten odpowiada, że o tym samym myślał :) Zbieramy więc mokry sprzęt i podchodzimy dalej ku "Zaroślakowi". Po drodze napotykamy zacną budkę ze stołem, gdzie spożywamy śniadanie. Dla mnie będzie to już ostatnie śniadanie w górach, bo dziś muszę zejść z gór. Koło 8.00 startujemy dalej i po ok 1,5 h marszu docieramy pod "Zaroślak". Budzi on we mnie skrajne uczucia, i nie są to uczucia miłe. Menel także wydaje się trochę zaskoczony, ale z nadzieją dopytuje ciecia o złotych zębach i wystruganej przez siebie cygarniczce, czy obiekt jest czynny, bo chciałby wejść do środka i przybić sobie pieczątkę. Ten chyba nie zrozumiał za dobrze, bo pokiwał głową, na co Menel udał się by zadośćuczynić swojej chęci posiadania pieczątki z turbazy "Zaroślak", ja zaś na tę całą sytuację patrzę także z niemałym zaskoczeniem i myślę: "czyżby coś się tu zmieniło, i turbaza zaczęła być normalnym schroniskiem, gdzie można wejść o każdej porze ?". Menel nie zdążył się oddalić zbytnio gdy gość pyta mnie : "gde on ide?" Więc ja mu tłumaczę, że kolega chciałby wejść do środka, może coś zjeść i przybić pieczątkę, na co stróż odparł, że nie da rady bo tam jeszcze zamknięte, a i tak żadnej pieczątki do przybicia nie mają. Jak już tu w budkach "parkowych" przy szlaku może coś będzie. "Zatem nic się nie zmieniło" - pomyślałem i ruszamy dalej. 
Przy wejściu na szlak widzę spore zmiany - są nowe tablice informacyjne, nowe, porządne znaki na drzewach - widać, że fundacja "Karpackie Ścieżki" oraz znakarze z Polski, Słowacji i Ukrainy odwalili tu kawał dobrej roboty.
Na Howerlę prowadzą chyba ze 3 szlaki, my wybieramy ten najkrótszy, ale prowadzący bardziej stromym podejściem, czyli niebieski. Tuż po wyjściu ponad granicę lasu okazuje się, że niebo znów zaciągnęło się chmurami, a Królowa Karpat Ukraińskich spowita jest całunem z chmur: (
Ale przynajmniej nie pada, więc już są jakieś pozytywy. Od wysokości ok. 1600 m idziemy już w chmurze, czyli zero widoków i osadzająca się na odzieży wilgoć. Tuż pod samym szczytem jeszcze leżą połacie topniejącego śniegu. Na szczyt docieramy mniej więcej w czasie przewidzianym przez znakarzy, czyli 1 godz.50 min. (nie licząc odpoczynków). Na szczęście jest puściutko i ani jednego turysty (jest godzina około 11.40 czasu miejscowego), ale już wiemy że ten stan nie potrwa długo, bo zanim weszliśmy w chmury widzieliśmy na szlaku kilkuosobową grupę, która również podchodziła tym samym szlakiem co my. Korzystamy więc z chwili samotności na górze i pomimo kiepskiej widoczności i silnego, zimnego wiatru wykonujemy kilka fotek pamiątkowych. Tutaj też żegnam się z Menelem, który postanawia kontynuować wędrówkę granią Czarnohory i stara się mnie namówić da kontynuowanie z nim wędrówki, ale mam w dobry układ dojazdowo-grafikowo-domowy więc z żalem odmawiam. Objaśniam mu więc gdzie, co i jak, a następnie schodzę w dół ku Pietrosowi, z zamiarem wejścia nań gdyby nie był spowity chmurami. W miejscu biwakowym przed Połoniną Hermanieską widać powstający tu nowy budynek, kto wie, może jakieś niewielkie schronisko planują tu postawić. Miejsce całkiem niezłe. Trochę dalej przy budce "parkowych" siedzi dwóch ludzi, popijając jakąś wódeczkę. Jak mniemam jeden to filanc, a drugi to jakiś koleżka. Dopytali dokąd idę, i czy na Howerli dużo ludzi. Kilkaset metrów dalej znów zaczyna padać deszcz, więc w razie pogorszenia pogody postanawiam przeczekać w "szałasie" na miejscu biwakowym za Połoniną Hermanieską. Na szczęście do tego czasu deszcz ustaje, ale i tak postanawiam dać sobie tam chwilę wytchnienia i ewentualnie podsuszyć sobie sprzęt, a w szczególności namiot. W sumie z suszenia niewiele wyszło, bo wprawdzie trochę podsuszyłem sprzęt, ale po jakiejś godzinie spokoju znów zaczęła padać mżawka i nim pozbierałem wszystko, znów trochę nałapało wilgoci :( Po chwili mżawka przeszła w solidny opad i nie było innego wyboru jak ubierać się w poncho i iść dalej, zwłaszcza, że była już godzina ok. 14.15, a do Łazeszczyny, bo w końcu tam postanowiłem zejść, był jeszcze kawał. U stóp Pietrosa odbijam w drogę prowadzącą do Łazeszczyny. Zejście na pewno ładne widokowo, ale z racji niskich chmur, kiepska widoczność. Odwracam się jeszcze raz na Pietrosa z nadzieją, że może chmury się rozproszą, ale nic z tego :( Zejście jest długie i w sumie zajmuje mi ok 6 godzin. Najpierw docieramy do okolic turbazy "Gowerla", a stamtąd jeszcze kilka ładnych km do samej wsi. Po drodze mijam wysypisko śmieci, na którym akurat opróżniają pakę jakiegoś Kraza, a później jadą do rzeki wypłukać tę pakę z resztek. Pojęcie ekologia, tutaj chyba raczej nie istnieje. W międzyczasie dopada mnie kolejna ulewa, ale nie przestaję iść, bo dziś przed 2 w nocy muszę dotrzeć do wsi aby zdążyć na pociąg, a tymczasem całkiem fajna droga gruntowa, przeradza się , za sprawą zrywki drzew, w jedno wielkie, rozjeżdżone przez Krazy, bagno :-( Brodzę w tej brei nieraz i do pół łydki. Na szczęście, stuptuty zapobiegają nabraniu błota do środka buta, ale w sumie i tak mi już tu nie zależało, bo buty były już przemoczone ze szczętem. Tuż przed wsią mijam kolejny punkt wejściowy do parku, gdzie zostaję przepytany skąd i dokąd idę, oraz czy byłem sam. Rzecz jasna nie wspominam o Menelu, a sam wpisany zostaję do kolejnej księgi. Przy okazji dopytuję się o jakąś marszrutkę czy pociąg i okazuje się, że za około godzinę powinien być pociąg do Worochty. Jeszcze tylko filanc objaśnia mi jak dojść do stancji i już spinam pośladki by zdążyć na ten pociąg.
Później w domu okaże się, że pokonany dziś odcinek, ma długość prawie 32 km (mój prywatny rekord :)
Niecałą godzinę zajmuje mi dotarcie do "stancji" gdzie miejscowego chłopaka pytam o pociąg oraz o bilety. Okazuje się, że bilety należy kupić w kasie, która znajduje się w niepozornym budynku u końca jedynego peronu. To ten wysoki budynek lekko na lewo od środka poniższego zdjęcia. Tu też ciekawostka - wejście do kas/poczekalni zamknięte jest na haczyk :)
Poprosiłem zatem o bilet do Worochty (5 hr) i dopytałem przy okazji ile kosztuje bilet plackartny z Worochty do Lwowa, na nocny pociąg relacji Rachów-Lwów. Okazało się że ok 24 hr, ale później na stacji w Worochcie jednak wyszło na to, że bilet taki kosztuje 32hr. Ale to i tak taniej przynajmniej dwukrotnie niż marszrutki.
Tymczasem wracam na peron i dopytuję stojącego tam chłopaka, czy jest tu w pobliżu jakiś sklep, na co otrzymuję, odpowiedź, ze sklep to może nie, ale piwo i coś do picia mogę kupić w pobliskim domu. Okazuje się, że mieszkaniec tego domu ma niezły składzik piwa (chyba z 9 rodzajów) i sporą ilość innych napojów. Obkupiłem się więc i czekam cierpliwie na pociąg, który się już spóźnia. Korzystając więc z okazji postanawiam zdjąć ciężkie, przemoczone buty i zamienić je na sandały. Widok moich stóp nie napawa mnie optymizmem. Masa pęcherzy, a małe palce u stóp to jeden wielki pęcherz. Przebijam pęcherze, zakładam suche skarpety i sandały, i czekam dalej, a pociąg się spóźnia i spóźnia. Zagaduję więc chłopaka, który w międzyczasie poszedł do kasy dopytać, czy pociąg w ogóle przyjedzie. W miłej dyskusji zeszło nam oczekiwanie na spóźniony ponad godzinę pociąg. Sławek (tak miał na imię chłopak) mieszka w Koźmieszczyku (następna stacja za Worochtą w kierunku na Lwów) i opowiadał mi o okolicy oraz zwyczajach tu panujących. Podróż przebiegła bez zastrzeżeń i do Worochty dotarłem jakoś po 22.00. Całe szczęście w Worochcie otwarta była poczekalnia, gdzie przeczekałem do otwarcia kasy (od 1.00-6.00). Budynek stacji jest świeżo wyremontowany, ładny, czysty, aż miło było spędzić tam czas. Zniknął tylko napis "Worochta" z zewnętrznej bocznej ściany, ktróy często jest widoczny na starych fotografiach. Po otwarciu kas zakupiłem bilet (32 hr) i zdrzemnąłem się jeszcze na chwilkę, ale już zaczęli przybywać pasażerowie więc nie dało się pospać. Ten pociąg także nie uniknął spóźnienia (ok 20 minut), ale do Lwowa dotarł już tylko z 10 minutowym opóźnieniem. Podróż do Lwowa, bez większych przeszkód.

2.06.2010
W Lwowie miałem marszrutkę do Szegini (15 hr), niemal od razu. Ledwo zdążyłem kupić sobie pysznego czeburieka (6 hr - podrożał przez ten okres jak tu nie byłem z 4,5 hr) i jakieś czipsy na drogę. Marszrutka jak zwykle w tracie drogi zapełniała się ostro. Po 2 h jazdy - Szegini. Przekroczenie granicy z powrotem również bez przeszkód. Po stronie ukraińskiej zero ludzi, a p stronie polskiej spora kolejka, ale mnie przepuszczono do przodu, gdzie musiałem poczekać z 15 minut na kontrolę celną. Celnik odważny - włożył rękę do plecaka, mimo ostrzeżeń, że wszystko mokre i nieładnie pachnie. Odparł że przyzwyczajony jest, ale jednak skrzywił się gdy otwarłem plecak :)
Bus z Medyki do Przemyśla miałem "z marszu" i kurcze gdybym przyjechał 10 minut wcześniej zdążyłbym na pociąg do Katowic, a tak przyszło mi jeszcze 2 h poczekać.
Do domu dotarłem ok 20.00.
Refleksje po wyjeździe - Ukraina nie cieszy mnie już tak jak kiedyś. Sam nie wiem czemu. Trochę na pewno ma na to wpływ budowa nowej infrastruktury turystycznej, widać, ze za ok 5 lat turysta plecakowy będzie tam w zdecydowanej mniejszości, ustępując pola wycieczkom zorganizowanym i bardziej masowym. Oczywiście trudno Ukrainie odmawiać prawa do rozwoju, ale trochę żal :(
Nadal jednak cieszy dobre piwo, tani alkohol, smaczne jedzenie no i piękne dziewczyny :)
Ten Świdowiec kiedyś "zrobię" tak czy inaczej, a i marzy mi się zimowe przejście Czarnohory. Zobaczymy - może się uda w tym roku.

Więcej zdjęć znajdziesz w mojej galerii