Uczestnicy wyprawy: Mariusz Kapela, Michał Gabzdyl i Adam Liduk (czyli ja :)
Nasza wyprawa zaczyna się od spotkania na dworcu PKP w Katowicach. Spotykamy się tylko ja i Mariusz. Michał wsiądzie w grodzie Kraka. Pociąg relacji Wrocław-Przemyśl ma dość spore obłożenie. Zajmujemy jednak miejsca w jak zwykle dusznym i nieświeżym przedziale, otwieramy po piwku i rozpoczynamy rozmowy, z cyklu "jak to będzie". Po 1,5 h docieramy do Krakowa. Michałowi daję znać na komórkę, w którym wagonie jesteśmy. Jako że do naszego wagonu wsiada tylko jedna osoba z plecakiem zakładam że to Michał. Szybciutko się zapoznajemy, ponieważ wcześniej znaliśmy się li tylko z korespondencji drogą elektroniczną. Michał dołączył do nas "rzutem na taśmę" bo Jego ekipa na wyjazd wykruszyła się podobnie jak nasza, z tą różnicą, że nas zostało dwóch, a On został sam. Połączyliśmy więc siły, i stworzyliśmy "silną grupę pod wezwaniem..." na First Czarnohora 2006 Expedition Challenge ;-)
Do Przemyśla docieramy po podróży urozmaicanej krótkimi, nerwowymi drzemkami, z ok 20 minutowym opóźnieniem. Od razu kierujemy się za tłumem do wyjścia na miasto. Tam już czekają na nas busy do Medyki. Tu spotyka nas niespodzianka in plus, ponieważ busy potaniały i teraz przejazd kosztuje 0,5 PLN a nie jak poprzednio 2 PLN. Z początku myślałem, że kierowca sobie robi żarty, ale jedna z pasażerek busa utwierdza mnie w przekonaniu, że to jednak prawda. To chyba kuriozum na skalę całego kraju, w sytuacji gdy paliwo i wszystko inne drożeje, tam przejazdy tanieją. Sądzę, że należałoby tę sprawę nagłośnić :-) Po dojechaniu do Medyki, oganiamy się od mrówek oferujących liczne towary od braci zza granicy i kroki swe kierujemy do kantoru gdzie chłopcy wymieniają walutę na hrywny. Ja miałem całość waluty ze sobą. Okolice przejścia granicznego sprawiają przygnębiające wrażenie, jak za czasów PRL'owskich. Wszędzie śmieci, butelki, opakowania po papierosach. Tutaj Unia Europejska jeszcze nie dotarła. Podchodzi do nas chłopak (Grzesiek), który jedzie do Lwowa, i pyta, czy nie mógłby się podpiąć pod naszą ekipę bo jedzie sam, a jest pierwszy raz. Nie oponujemy i wspólnie po drodze z betonowych płyt udajemy się na odprawę paszportową, gdzie pogranicznik zapytuje nas czy udajemy się na Howerlę. Po potwierdzeniu odparł, że pewnie będzie tam tłok.
Cóż - pażywiom uwidim. Na razie nie ma się co martwić. Żegnamy się z Polską i ogrodzonym chodnikiem udajemy się ok 150 m dalej na odprawę u Ukraińców. Idąc tym chodnikiem czułem się jak na jakimś checkpoincie na granicy USA-Meksyk, czy też Korea Płd-Korea Płn. Przygnębiające doświadczenie. Docieramy pod budynek odprawy Ukraińskiej. Tutaj już stoi spory tłumek. Ustawiamy się pokornie w kolejce i czekamy na otwarcie, ponieważ akuratnie odbywała się zmiana na posterunkach. Ok 7.30 drzwi się otwierają i wchodzi pierwsza grupa. Zaczyna się ruch, zaczynają tez podchodzić co rusz jacyś ludzie, i wchodzą w kolejkę tuż przy barierkach. Jak zaobserwowałem nie należy mieć w tej kolejce żadnych skrupułów, trzeba się rozpychać łokciami i nie mieć względu czy to jakaś staruszka, staruszek, czy tez osoba młoda. Tutaj życie nabiera nowego wymiaru. Przy aktywnym udziale osób z kolejki wypełniamy karteczki imigracyjne (pewnie pozostałość po USSR) i wciskamy się z powrotem w kolejkę, co przy wyładowanych plecakach wcale nie jest łatwe, ale po kilku zabiegach udaje się. Ustawiamy się w tyralierę i tym sposobem skutecznie blokujemy dostęp dla osób podchodzących bez kolejki. Nie przeszkadza to jakiejś babci przemknąć pod moim łokciem - cóż, nie przewidziałem, że ktoś tamtędy wejdzie, a jednak :-) Po ok godzinie oczekiwania docieramy do budynku i wchodzimy w paszczę lwa. Jako, że jako jedyny kojarzę co nieco rosyjsko-ukraiński język idę na pierwszy ogień. Podaję paszport i karteczkę imigracyjną. Kobieta, o wyrazie twarzy kata przed egzekucją, wyzutą z wszelkich emocji pyta gdzie jest Dżembronia, którą to wpisaliśmy jako miejsce docelowe. Pokrótce objaśniam gdzie to, ale z geografii własnego kraju ta Pani chyba nie była najlepsza, bo udała, że wie gdzie to i pyta dalej o adres, ja zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie wiem bo "budumu spat pod pałatkami", coś tam zamruczała pod nosem i majestatycznie przybiła pieczątki w paszporcie i na jednej połówce karteczki imigracyjnej i otrzymałem te dokumenty z powrotem. Poczekałem jeszcze aż odprawią się koledzy i pokonujemy kolejne 150 m ogrodzonego chodnika. Tam ciekawie rozglądamy się wkoło i minąwszy budkę, gdzie jak mniemam sprzedawano kiedyś "obowiązkowe" ubezpieczenie tzw. "strachowkę" dochodzimy do miejsca gdzie stają busy. Rozglądam się po napisach i w pamięci przypominam sobie znaki cyrylicy. Patrzymy akurat jest busik do Lwowa. Pytamy o cenę, pada odpowiedź 10 hr. Jako że cena jest akceptowalna zajmujemy miejsca i układamy plecaki. Chwilę później do busa wsiada kolejna ekipa z Polski i po chwili kierowca rusza. Jest ciasno, ale nie przeszkadza to kierowcy zabrać jeszcze kilku pasażerów po drodze. Współczuję tym, którzy muszą stać. My na szczęście siedzimy sobie wygodnie. Pogoda za oknem jest taka sobie, ale widać, że się wypogadza. To dobrze, nie będziemy moknąć podczas zwiedzania Lwowa. Przy okazji chciałbym zdementować pogłoski, jakoby jakość dróg na Ukrainie była fatalna. Nic bardziej mylnego. Zaryzykuję twierdzenie, że droga do Lwowa, jest w lepszym stanie niż wiele dróg w Polsce. Oczywiście im dalej od większych miejscowości, tym gorzej, ale wcale nie jest dużo gorzej niż u nas. Po ok 1,5 h jazdy i krótkich drzemek docieramy do Lwowa, pod dworzec kolejowy, który na mnie, jako miłośnikowi infrastruktury kolejowej robi ogromne wrażenie. Jest bardzo duży, ładny, odnowiony ze smakiem, i bardzo czysty. Zwraca też uwagę wszechobecny brak reklam - nieodłącznego u nas w kraju, elementu, zajmującego każdy wolny centymetr powierzchni w miejscu publicznym. We Lwowie na dworcu wszystkie bannery reklamowe można by policzyć na palcach jednej ręki. Mijając parę, której spadła na posadzkę butelka PET i pękła rozlewając wkoło swą klejącą zawartość udajemy się do przechowalni bagażu. Tam po zabraniu co cenniejszych rzeczy i prowiantu płacimy po 4 hr. od plecaka ( Mariusz musi zapłacić 8 hr, ponieważ jego plecak jest bardzo duży) i udajemy się do holu głównego, celem zakupu biletów na pociąg do Czerniowców, a właściwie do Kołomyi. Odjazd ze Lwowa o 21.25. W holu głównym nie ma śladu po niedawnym wypadku z butelką PET, co byłoby nie do pomyślenia np w Katowicach. Po zakupie biletów plackartnych (miejsca do leżenia, w wagonie bez zamykanych przedziałów) To najlepsza alternatywa, pomiędzy ceną a jakością usługi. Bilety do Kołomyi kosztowały nas ok 57 hr za 3 osoby, czyli po ok 19 hr na osobę, czyli niecałe 12 PLN ! Po zakupie biletów rozstajemy się z Grześkiem, który przed dworcem będzie oczekiwał na ludzi, którzy mają go odebrać z dworca, a my udajemy się na ekskursju pa Lwowi :-)
Mijając ładne, ale raczej zaniedbane kamienice wyobrażam sobie jak pięknie to miasto musiało wyglądać w latach swojej świetności, ruch jest dość spory, zwracają uwagę pojawiające się co rusz salony sieci komórkowych, których na Ukrainie jest chyba ze 2 lub 3 razy tyle co w Polsce. Tutaj to musi być konkurencja, choć to raczej świeży rynek. Po drodze mijamy automatyczny saturator z nieśmiertelną "szklanką gruźliczanką", gdzie Mariusz wykonuje mi zdjęcie. Na początku chcemy zaopatrzyć się w plany Lwowa, dlatego kierujemy się "na nosa" w kierunku centrum, czyli Prospeku Swobody, bo otrzymałem informację, że tam za pomnikiem Mickiewicza znajdują się księgarnie gdzie można kupić dobre mapy, zarówno Czarnohory, jak i plany Lwowa. Po drodze oglądamy Operę, pomnik Szewczenki, fotografujemy dziewczyny ubrane na rozpoczęcie roku szkolnego (wszak to 1 września) jak za "starych, dobrych czasów" , oraz pod Pomnikiem Szewczenki spotykamy poznanego na granicy Grześka, wraz ze znajomymi, i postanawiamy zjeść coś regionalnego. Na miejsce posiłku wybieramy odpowiednik naszego baru mlecznego znajdującego się w sąsiedztwie "restauracji" McDonalds. Wystrój lokalu przywołuje wspomnienia PRL'u, ale nie zrażamy się tym i kierujemy swe kroki ku ladzie, za którą stoi słusznych rozmiarów kobieta. Tam niepewnym okiem przyglądamy się potrawom zalegającym w chłodni, na ladzie i na chłodni i w końcu podejmujemy kulinarną decyzję. Ja decyduję się na soljankę i pielmienje a koledzy nie mają jednak zaufania do kulinarnych wytworów tej jadłodajni, i zamawiają sobie cieburieki. Pani po zainkasowaniu stosownej kwoty wręcza mi kwitek a chłopcom wrzuca cieburjeki do mikrofalówki, a ja cierpliwie czekam. Widzę jednak, że coś jest nie tak, i po chwili oczekiwania, pytam co z moim zamówieniem. Okazuje się, że powinienem udać się na "zaplecze" gdzie po realizację zamówienia. Pani z kasy prowadzi mnie w stosowne miejsce, do okienka, gdzie jest "wydawka" i tam oddaję swój kwitek, który otrzymałem przy kasie. Przy okazji oceniam stan czystości kuchni, i jestem przerażony. Będąc w wojsku widziałem wiele (pływające w kadziach z mlekiem karaluchy, itp. atrakcje), ale takiego syfu na podłodze, nie widziałem nigdy. Nie sprzątano tam chyba z tydzień lub dłużej. Ale stoję twardo, nie zrażając się brudem na podłodze. Same potrawy wyglądają dość apetycznie, i co najważniejsze sztućce oraz talerze są czyste. Brud jakby dotyczył jedynie sfer przyziemnych czyli podłogi :-) Po chwili oczekiwania otrzymuję zamówione potrawy i udaję się na salę główną, gdzie koledzy juz są po konsumpcji cieburieków, które bardzo zachwalają. Ja przystępuje do konsumpcji soljanki, która wbrew moim oczekiwaniom nie jest słona, a składa się jakby z pokrojonej w paski wątroby wieprzowej, jakiś bliżej nieokreślonych podrobów i przypraw. Przyznam bardzo smaczna, choć pewien niesmak pozostawia to co widziałem na zapleczu. Następnie zabieram się za pielmienje, które jest jeszcze lepsze od soljanki, i wchłaniam je z apetytem.. Pielmienje, to malutkie pierożki, z mięsem, polane jakimś tłuszczem, przypominające nasze uszka. Michał decyduje się jeszcze na jednego cieburjeka, więc ja też chcę spróbować tego specjału. Zamawiamy jeszcze po jednym (2,5 hr za szt.) i po posiłku udajemy się do "księgarni" celem zakupu map i planu Lwowa. Po zakupieniu tegoż, przypominam sobie, że wypadałoby odwiedzić Cmentarz Łyczakowski wraz z Cmentarzem Orląt Lwowskich. Wszak być we Lwowie i nie widzieć tego zabytku, to tak jak być w Rzymie i nie widzieć Papieża. Po zasięgnięciu informacji skąd odjeżdża tramwaj w tamtym kierunku udajemy się na stosowny przystanek i wsiadamy do tramwaju nr.2. Tam po zakupie biletów u konduktorki, która sama podchodzi do pasażerów i sprzedaje bilety po 0.5 hr dopytujemy na którym przystanku musimy wysiąść. Dowiaduję się, że musimy wysiąść na 6 przystanku i lekko się cofnąć. Po ok 10-15 minut jazdy malowniczymi uliczkami Lwowa docieramy do przystanku na którym musimy wysiąść. Wysiadamy i dopytujemy jednego z wysiadających pasażerów w którym kierunku musimy iść. Ten wskazuje nam drogę i po ok 10 minutach marszu jesteśmy u bram Cmentarza Łyczakowskiego. Płacimy za wstęp po 4 hr. i od razu kierujemy się środkową alejką, "na nosa" w kierunku Cmentarza Orląt Lwowskich. Po ok. 15 minutach spokojnego marszu i minięciu setek pięknych,nietuzinkowych nagrobków docieramy do Pomnika Ukraińców Poległych w Obronie Lwowa, a tuż obok niego znajduje się Cmentarz Orląt Lwowskich. Obie nekropolie robią na nas niesamowite wrażenie jednak Cmentarz Orląt Lwowskich prezentuje się bardziej okazale i jest w całości odnowiony. Wchodząc nań doznałem w sercu ukłucia dumy i jednocześnie łza stanęła mi w oku, na widok takiego lasu krzyży. Nidy jakoś specjalnie nie uważałem się za jakiegoś nadmiernego patriotę, ale w tym miejscu poczułem się dumny z tego że jestem Polakiem i jednocześnie byłem przerażony skalą ofiar. Miło mi również było, że Cmentarz Orląt Lwowskich sąsiadował z Pomnikiem Ukraińców. Niebawem powstanie tam coś na wzór naszej nekropoli, ponieważ udało mi się podsłuchać to co mówił przewodnik polskiej wycieczki. Zresztą widać było intensywne prace przy budowie nowej nekropolii. Może przyczyni się to do częściowego chociaż zażegnania waśni pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Wszak kiedyś byliśmy braćmi, a historia najnowsza w sposób brutalny odkreśliła jednych od drugich. Po wykonaniu kilkuzdjęć, udajemy się mniej uczęszczanymi uliczkami Cmentarza Łyczakowskiego. Co rusz widać polskie groby, na których ktoś roztrzaskał ceramiczne fotografie osób zmarłych. Zresztą na ukraińskich nagrobkach również te fotografie były poniszczone. Niemniej sama nekropolia robi na ludziach niesamowite wrażenie, zarówno swoim ogromem, jak i samymi nagrobkami, z których każdy jest swoistym dziełem sztuki. Nie spotkałem dwóch jednakowych nagrobków. Pewnie żeby zwiedzić całość nekropolii trzeba by sobie zarezerwować ok 3 h - nam przejście głównych "atrakcji" zajęło ponad 1,5 h. Na koniec postanowiliśmy zobaczyć grób Marii Konopnickiej i innych znanych Polaków. Poprosiliśmy o wskazanie tych miejsc w punkcie informacyjnym - udzielono nam informacji rzetelnej i wyczerpującej. Udaliśmy się tam i po wykonaniu kilku fotografii czas nastał na powrót. Było już po godzinie 17.00 a my jeszcze nie dokonaliśmy zakupów, i nie zwiedziliśmy nic konkretnego poza ścisłym centrum Lwowa. Wracamy do centrum, wysyłamy do rodziny widokówki (które jeszcze nie dotarły :-) i idziemy gdzieś spróbować piwa oraz lokalnych destylatów. W tym celu wybieramy lokal niedaleko Prospektu Swobody, tam zasiadamy i raczymy się piwem. Z początku siedzimy wewnątrz, gdzie obserwuję niespotykane w Polsce zjawisko, gdzie młodzież (pełnoletnia na oko) siedzi sobie w lokalu, popijając sobie trunki i bawi się wyśmienicie, nie doprowadzając się do stanu upojenia alkoholowego. Czyli wystarczy chcieć. Siedzą sobie tez dwie dziewczyny popijając wino. Jednym słowem kultura o jakiej w Polsce można tylko pomarzyć. Jako że zwolniły się miejsca na zewnątrz, zasiedliśmy sobie tam. Pod dłuższych namowach udaje mi się nakłonić kolegów do wypróbowania lokalnych destylatów. Niestety żaden z konsumowanych trunków nie smakował nam aż tak bardzo, a specjalnie braliśmy różne trunki, aby zorientować się co przywieźć do kraju. Mnie przypadło w udziale wypróbowanie wódki brzozowej, która pachniała i smakowała, jak nasza "Woda brzozowa". Fuj :-( Po wykonaniu fotki i dokończeniu konsumpcji, powoli zaczęliśmy się kierować ku dworcowi kolejowemu. Po drodze wykonujemy (a w szczególności ja) trochę zakupów zarówno spożywczych jak i monopolowych. Po krótkim pobłądzeniu (błędna interpretacja wskazań GPS) docieramy wreszcie na dworzec kolejowy. Tam odbieramy bagaże z przechowalni i udajemy się na peron wskazany na biletach (bodaj 3).
Na peronie jesteśmy tuz przed godziną 21.00. Od jednego z oczekujących pasażerów dowiaduję się, że prowadnicy (kierownicy wagonów) wpuszczają do poszczególnych wagonów ok 20 min. przed odjazdem pociągu. Wykonujemy pamiątkowe foto zarówno samej hali dworca, jak i nas na tle naszego pociągu.. Po dworcu (zresztą jak i po mieście) przechadzają się liczne patrole milicji, co wyraźnie wpływa na poziom bezpieczeństwa. Równo 20 minut przed odjazdem zostaje otwarty nasz wagon. Pokazujemy bilety naszej Pani prowadnyk, a ta informuje nas, które mamy miejsca.. Na szczęście okazuje się, że mam miejsce na dole, podobnie jak Michał. Mariusz ląduje na górnym łóżku. Szybciutko zajmujemy swoje miejsca, rozbieramy się z niewygodnego obuwia i zabieramy się za konsumpcję zakupionego piwka. Pociąg rusza punktualnie o 21.25. Po chwili Pani prowadnyk zbiera od nas bilety, a my zajmujemy się rozmową i przystępujemy od opróżniania butelki wódki, którą Mariusz przywiózł ze sobą z Polski. Nadmienię, że na Ukrainie, oficjalne spożywanie piwa w pociągu nie jest niczym nagannym, a i na spożycie alkoholu bardziej procentowego nikt nie zwracał większej uwagi (ponoć nie trzeba się w ogóle kryć), ale my woleliśmy nie zwracać na siebie zbytnio uwagi i robiliśmy to z ukrycia. Jako, że zmęczenie dawało nam się już we znaki nie opróżniliśmy butelczyny do końca i poszliśmy spać.
2.09.2006
Dzień kolejny rozpoczął się jeszcze w pociągu. Obudziłem się ok 40 minut przed Kołomyją. Pobudziłem chłopaków, a za jakieś 10 czy 15 minut przyszła Pani prowadnyk nas obudzić i oddać bilety. Zaczęliśmy przepakowywać plecaki do "pozycji bojowej". Do Kołomyi dojeżdżamy punktualnie. Dworzec jak to w byłym Sojuzie, jest okazały, ale czysty. Korzystamy z toalety, lecz z braku personelu nie uiszczamy opłaty (0,75 hr). Po załatwieniu potrzeby udajemy się na postój busów (tuż przy budynku dworca). Otrzymujemy tutaj propozycję przejażdżki wysłużoną, czarną Wołgą do Werchowyny, za "jedyne" 40 hr od osoby. Stanowczo odmawiamy i za 0,80 hr podjeżdżamy do "dworca marszrutek" skąd za 8,65 hr. kupujemy bilety do Werchowyny. Niestety mamy pecha i marszrutka bezpośrenio do Dżembroni odjeżdża przed naszym przybyciem, choć godzina odjazdu jeszcze nie nastała. Cóż - to są realia Ukraińskie. Zebrała się klientela, to pojechał. Zajmujemy miejsca z tyłu, gdzie jest miejsce na plecaki i jeszcze na wyciągnięcie nóg. Gdy marszrutka ruszyła, dokańczamy "z gwinta" ponieważ wczoraj zaginął nam kieliszek, wczorajszą butelkę alkoholu. Starczyło tego ledwie na 2 łyki, ale zawsze coś. Z początku marszrutka jedzie po terenie raczej płaskim, ale już po godzinie jazdy, i kilku krótszych drzemkach wjeżdżamy w teren górzysty. Rozpościerają się coraz piękniejsze widoki. Co rusz mijamy wody Czarnego Czeremoszu i pokonujemy niezliczone wzniesienia. Nasz pojazd mimo że wiekowy, bardzo dobrze sobie radzi z pokonywaniem przeszkód terenowych. Do Werchowyny docieramy przed godziną 10.00. Zasięgam języka w kasie, i okazuje się, że marszrutka do Dżembroni odjeżdża o 11.00. Kupujemy więc bilety (po ok 8 hr/os.) i udajemy się na pobliskie targowisko, jako że sobota jest tu dniem handlowym. Na targowisku przechadzamy się w poszukiwaniu oryginalnych pamiątek dla bliskich. Generalnie poza nieprzydatnymi do niczego duperelami nie ma tam nic. W końcu jednak na jednym stoisku Mariusz dostrzega piękną krywulkę, którą postanawiam przywieźć córce. Po krótkich targach ustalamy cenę na 28 hr. Nie jest to jakoś rewelacyjnie tanio, i zdaję sobie sprawę, że widząc turystów, sprzedająca babuszka zawyżyła cenę co najmniej dwukrotnie, ale miło mi że mogłem kupić jakiś oryginalny huculski gadżet, i przy okazji wesprzeć ten ubogi jakby nie było zakątek Europy. Na targowisku tym można kupić wszystko - od makaronu do części zamiennych do maszyn rolniczych, ale pamiątek nie ma za dużo. Wszak turystów tu nie dociera za dużo, a miejscowi kupują tylko potrzebne rzeczy. Na targu zaopatruję się też w masło czekoladowe odcinane z bloku (pycha), rewelacyjny huculski ser zaplatany w warkoczyki, podobnie jak u naszych południowych sąsiadów, ale bez porównania lepszy. To z co sprzedają Czesi czy Słowacy, to jakaś imitacja sera, który kupiłem na Ukrainie. po godzinie 10.00 docieramy z powrotem na awtostancję i zostawiamy plecaki i Michała, który już nie chce iść na targ. My jeszcze udajemy się celem zakupu jakiegoś pieczywa, czy piwa. Niestety nie chodzimy długo bo ok 10.30 znajduje nas Michał i mówi ze jest nasza marszrutka. czym prędzej więc wracamy na awtostancję po plecaki i ładujemy się do marszrutki jadącej na Szybene. O miejscach siedzących możemy już zapomnieć, a i miejsca stojącego dużo nie zostało. Co lepsze miejsca na bagaż zajęte już są przez ziarno lub pomidory w kartonowych pudłach. Nie ma tez mowy o wrzuceniu plecaków do komory ładunkowej marszrutki, ponieważ ta zajęta jest przez worki z cementem jednej z pasażerek.
Zabieramy plecaki do środka. Niestety wąskie przejście uniemożliwia jakieś rozsądne ich rozlokowanie, a ludzi chcących wsiąść przybywa. W pewnym momencie sytuacja zaognia się na tyle, że interweniuje kierowca i zaprowadza ład niczym Sędzia Dredd :-) Nasze plecaki lądują na miejscu gdzie jeszcze przed chwilą siedział pewien starszy jegomość z wnuczką. On sam zajmuje miejsce stojące, a my jesteśmy uwolnieni od bagażu, oraz od 2 hr od osoby, za miejsce, które zajmują nasze plecaki. Ludzi w marszrutce cały czas przybywa, choć wydawało mi się, że jak wsiedliśmy my, to może wejdzie do niej jeszcze ze 4 osoby. Byliśmy w błędzie. Weszło jeszcze co najmniej tyle osób ile było przed nami, czyli ok 15 lub więcej. O godz. 11.10, marszrutka naładowana ludźmi i towarem do granic możliwości rusza niespiesznie w stronę Dżembroni. Nie ma żadnych wygód, jest ciasno, duszno, ale jesteśmy szczęśliwi, że jedziemy. Współpasażerowie zdaje się też. Odchodzą w niepamięć spory, które jeszcze 15 minut temu rozgorzały przy wsiadaniu, i już nie ma psioczenia, że nie bierzemy plecaków. teraz wszyscy jesteśmy rodziną :-) Miło gwarzymy ze sobą, oraz co jakiś czas zagadują miejscowi, a i ja nie pozostaję dłużny. Czas błogo płynie, choć w zasadzie wiszę w powietrzu, i nie ma za bardzo miejsca aby wygodnie stanąć. Znów mijamy wody Czarnego Czeremoszu, oraz okazałe urwiska, lub podmytą drogę. Sama droga to tez kuriozum, bo składa się z samych dziur. Podczas tej jazdy cieszyłem się że jestem średniego wzrostu, ponieważ osoby wyższe musiały zginać kark, aby nie uderzać głową w sufit czy rurki. czas jazdy to ok 1h10 minut. Docieramy wreszcie do Dżembroni, a przynajmniej w jej pobliże, bo jak się później okazało, do samej wioski jest jeszcze ok 4,5 km. Samo wyjście z marszrutki zajęło nam kilka ładnych minut, ale przez współpasażerów przyjęte zostało z ulgą i zrozumieniem, ponieważ po naszym wyjściu przybyło sporo miejsca. Przy okazji wychodzenia, Mariusz jeszcze zrzucił w kałużę plecak jednego ze współpasażerów. Wykonuję jeszcze pamiątkowe foto tego pojazdu i żegnani machaniem rak pasażerów zostajemy przy mostku sami.
Tutaj postanawiamy zjeść coś na ciepło i chwilę odpocząć. Mariusz wreszcie robi użytek ze swojej patelni, i po kilku chwilach jemy już pyszną jajecznicę. W międzyczasie ja wykonuję kilka fotografii otaczających nas gór i najbliższej okolicy. Po śniadaniu, a w zasadzie obiedzie, gdy juz mieliśmy ruszać dalej, przybłąkał się do nas mały, rudawy kundelek, który jak się okazało towarzyszył nam nieraz wbrew naszej woli, w trakcie całej podróży przez Czarnohorę. No ale nie uprzedzajmy faktów. Ruszyliśmy w kierunku wsi, z nadzieją, że może uda nam się złapać jakiegoś stopa w tamtym kierunku, i zaoszczędzimy trochę nóg, ale nasze nadzieje okazały się płonne. Cały odcinek musieliśmy "uderzyć z buta", ale w sumie szło się bardzo sympatycznie, przeważnie w cieniu, tuż obok szemrzącego potoku. Za nami krok w krok podążał "sabaka" jak go pospolicie nazwaliśmy. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy do wsi Dżembronia. Tam rozpościerają się piękne widoki na wieś i okolicę. Docieramy do pierwszego sklepu. Z pewną nieśmiałością wchodzimy na podwórko, w obawie, że zaraz zza winkla wyskoczy jakaś zębata bestia, i nas pogryzie. Nic takiego się jednak nie stało :-) Niestety jest przerwa, i musielibyśmy czekać ponad 50 minut na otwarcie, dlatego zasięgamy opinii przechodzącej akurat babuszki, czy to jest jedyny "magazin" we wsi. Okazuje się, że jest jeszcze jeden, i ponoć będzie czynny. Idziemy więc za babcią i po kilkudziesięciu metrach ta wskazuje nam, dwie kobiety robiące pranie nad brzegiem potoku, jako właścicielki "magazinu". Babuszka oznajmia im że maja klientów, te zaś proszą o chwilę cierpliwości, tylko dokończą pranie. Jako że nie spieszy nam się zbytnio, czekamy. W sumie musieliśmy poczekać ok 20 minut i już zaczęliśmy się niecierpliwić. W końcu zaproszeni zostajemy do garażu gdzie na dwóch stołach rozstawione są wszelkie dobra. Kilka rodzajów piw, kilka gatunków horiłki, oraz wszelkiej maści słodycze i temu podobne towary. Zakupujemy więc piwa, każdemu w/g potrzeb, oraz po batoniku "Kozaciok" (polecam - 1,5 hr), oraz zakupuję małą butelczynę horiłki, w nadziei, że koledzy postąpią podobnie. Nic bardziej mylnego - koledzy kupili tylko browar, i dopiero perswazja z mojej strony, doprowadziła do zakupu wyrobów Ukraińskiego Monopolu Spirytusowego w ilościach podobnych do mojej. Najdłużej opierał się Michał, ale w końcu uległ kolegom bardziej doświadczonym przez życie :-) Potem nie żałował, a wręcz był nawet wdzięczny. Racząc się browarkiem przed sklepem, podziwialiśmy zmagania dwójki mężczyzn naprawiających jakąś wywrotkę., oraz łakomym okiem spoglądaliśmy na córkę kierowniczki sklepu, która co jakiś czas przechodziła koło nas. Moją uwagę zwrócił tez stojący na ławce przed sklepem kieliszek (poj. 50 g), który znacznie ułatwiłby nam opróżnianie zawartości zakupionych butelek. Zagadnąłem więc kierowniczkę, czy nie zechciałaby nam odsprzedać tego zacnego naczynia. Nie robiła problemów. Za 50 kopiejek stałem się jego posiadaczem (jak się później okaże to moja jedyna pamiątka z tego wyjazdu). Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, więc i nam piwo powoli zaczęło się kończyć w butelkach, co oznaczało, że powoli nadchodzi czas ruszyć w góry i pożegnać się z cywilizacją. Nieco poniżej sklepu spotkaliśmy jeszcze jednego Ukraińca, który chyba wbrew swej woli został przewodnikiem anglojęzycznego jegomościa i dziewczyny z nim podróżującej. Ukrainiec nie wyglądał na zbytnio zorientowanego w temacie, i chyba tez był tu pierwszy raz.
Zaraz koło sklepu przebiega szlak na Smotrec. Tam też się udaliśmy. Powoli, trawiastą drogą, pięliśmy się mozolnie do góry. Na jednym z postojów nazbierałem sobie trochę owoców jałowca, do późniejszych potraw, podkarmiliśmy psa, i ruszamy dalej. Po ok 2 h marszu docieramy do bacówki huculskiej, gdzie wytwarza się sery. Omijamy ją i pniemy się dalej w górę po błotnistej, rozdeptanej przez bydło polance. Po prawej mijamy pasterski szałas, i dalej uparcie w górę. Jako że dają się nam we znaki trudy podróży, i wiemy że na Smotrec nie dotrzemy przez zmrokiem na jednej z polanek postanawiamy rozbić obóz. Rozpościerają się stamtąd przecudnej urody widoki na Smotrec, oraz na dolinę, w której jest wieś Dżembronia. Zrzucamy garby i po krótkim odpoczynku szukamy drewna na ognisko, o które wbrew pozorom wcale nie jest łatwo, pomimo otaczających nas lasów. Nie tylko nam to miejsce przypadło do gustów, jako obozowisko, i widnieje tu już kilka wypalonych kręgów. Jeden z nich adoptujemy na nasze potrzeby. W trakcie zbierania drewna, napotykamy schodzących ze Smotreca chłopaka z dziewczyną. Byli to Polacy, choć co do dziewczyny pewien nie jestem, bo zaciągała po lwowsku, ale mówiła dobrze po polsku. Wymieniamy pozdrowienia, i uwagi na temat naszej jutrzejszej trasy. Słuchamy uważnie, aby jutro niepotrzebnie nie nadłożyć drogi, a osiągnąć szczyt. Po kilkunastu minutach rozmowy żegnamy się. Korzystając z ostatnich promyków słońca rozbijamy namioty i przygotowujemy sobie jakiś ciepły posiłek, oraz rozpalamy ognisko. Po posiłku siadamy sobie przy ognisku i opróżniamy jedną z zakupionych niżej butelek. Robi się bardzo miło, i przyjemnie. Cóż więcej potrzeba wędrowcowi ? Jest gwiaździste niebo, rozbity nieopodal namiot, ciepło bije od ogniska, sa towarzysze podróży, i jest horiłka. Magiczny to był wieczór. Rozmowy przy ognisku nie trwały jednak za długo, bo wszyscy byliśmy zmęczeni i najpierw Mariusz, a potem ja udaliśmy się na spoczynek. Młody, czyli Michał został przy ognisku. Tak dobiegł końca nasz 2 dzień na Ukrainie.
3.09.2006
Jakoś po godzinie 3.00 obudziło nas szczekanie psa. Wyjrzałem z namiotu posiłkując się czołówką, i w świetle diody dojrzałem kilka par świecących w mroku oczu. Gdy wzrok się nieco przyzwyczaił zauważyłem również sylwetki właścicieli oczu - były to konie w ilości ok 5 lub 6 sztuk, skubiące sobie trawkę i pomału kierujące się ku naszym namiotom. Ja tam jednak nie przejmuję się tym zbytnio, bo na namiot raczej nie wdepną. Mariusz za to, który spał w płachcie biwakowej obok mojego namiotu, zastanawia się czy nie wejść do środka, ale jednak decyduje się zostać na zewnątrz. Po chwili słyszymy zbliżające się odgłosy skubania trawy i odgłosy wydawane przez jednego z wałachów. Skubany chyba najadł się jakiejś kapusty czy czegoś innego bo pierdział niesamowicie. Chwilkę później usłyszeliśmy też brzęk menażek lezących nieopodal przygasłego ogniska, oraz kilka niecenzuralnych słów rzuconych przez Michała pod adresem buszującego konia. Pomału zaczynało świtać, więc raczej pogrążyliśmy się w półśnie, do momentu aż się nieco rozwidni. Gdy już było co nieco widać, zaczęło się fotografowanie "landszaftów" oraz naszych porannych gości. Potem śniadanko, i znów fotografowanie landszaftów, następnie zwijamy namioty i czas ruszać w dalszą drogę. Jeszcze tylko pamiątkowe foto u stóp Smotreca i w drogę. Szlakiem docieramy do wodospadu, przed którym mieliśmy skręcić w lewo. Widzimy zarys jakiejś ścieżynki, więc po sesji fotograficznej przy wodospadzie i strumieniu cofamy się kawałek i pniemy się w górę., jest dość stromo, ale trawers jest dosyć wygodny. Nie mogę się oprzeć pokusie, i co chwila staję, aby zebrać garść soczystych jagód. Nie zraża mnie nawet ryzyko zarażenia, popularną ostatnio bąblownicą. To grzech nie skosztować, tych owoców. Podobnie rzecz ma się z borówkami. Tak wielkich owoców nie widziałem jeszcze w życiu. Opóźniam przez to nieco marsz, ale chłopcy pną się śmiało do góry, a ja staram się nie zostawać zbytnio z tyłu. Przed szczytem Smotreca wykonuję jeszcze ostatnie tego dnia zdjęcia rozpościerających się widoków. Niestety zza szczytu zaczyna wyłaniać się gęsta chmura, która niebawem spowije nas wszystkich i skutecznie zniechęci do czegokolwiek. Któż lubi posuwać się noga za nogą w mleku ? Na dodatek robi się zimno i zrywa się porywisty wiatr, a na odzieży momentalnie osadza się skondensowana para wodna w postaci rosy.. Na samym szczycie Smotreca mało się nie gubimy. Zrobiliśmy za duże odstępy między sobą, i Mariusz poszedł inną ścieżką, a my inną. Na szczęście w porę się orientujemy że za długo Mariusza nie widać, i po chwili nawoływania Mariusz wyłania się z mgły. Humory nam się popsuły przez tę pogodę. Docieramy smętnie do Przełęczy pod Popem Iwanem. Tam w skałach zostawiamy plecaki. Jest taka mgła, że nie bawiliśmy się w jakieś specjalne ich maskowanie - i tak by ich nikt nie znalazł, chyba że przypadkiem. Bez plecaków udajemy się na Popa Iwana. Jaz powodu pogody mam doła strasznego, ale chłopcy wyrwali do przodu. Mnie się średnio chciało iść, dlatego smętnie wlokłem się w ogonie, gubiąc Ich we mgle. Tutaj jest tylko jedna ścieżka, wiec na pewno dojdziemy na Popa Iwana. Ja dalej wlokę się smętnie pogrążony w myślach, i zerkając pod nogi mało się nie rozbijam o obserwatorium. Tak nagle wyłania się z gęstej jak mleko mgły. Niestety widoki są zerowe, toteż z obowiązku zwiedzamy Białego Słonia. W tej scenerii prezentuje się niezwykle przygnębiająco, niczym z powieści Edgara Alana Poe, lub Artura Conan Doyle'a. Tego dnia byłby tu niezły materiał na zdjęcia do jakiegoś ponurego horroru. Na marginesie dodam, że pies cały czas nam towarzyszy. W ruinach spotykamy podobnych nam zapaleńców, którzy wyszli tu w taką pogodę. Wdrapujemy się na wieżę, na której znajdowała się kopuła obrotowa. Widać tu resztki urządzeń i wyposażenia obserwatorium. Wszędzie walają się śmieci i gruz. Nie omieszkałem też sfotografować "rozstrzelanego" orła nad wejściem do obserwatorium. Wracamy na dół. Wiatr się wzmaga. Heh gdybyśmy tylko wiedzieli, że to nie koniec jego możliwości, to pewnie uniknęlibyśmy późniejszych kłopotów, ale co by to była za przygoda :-). Docieramy do plecaków, wszystko jest ok - nie dziwota, sami ledwo je znaleźliśmy. Wiatr cały czas się wzmaga. Postanawiamy zjeść coś na ciepło. W tym celu znajdujemy zaciszny kawałek szlaku, biegnący tuż za granią, która daje nam jako taką osłonę od wiatru. Tu robimy sobie biwak w ścianie :-) Mariusz porywa się nawet na robienie placków ziemniaczanych, z półproduktów znanego producenta przypraw itp. rzeczy. Podwiewający czasem wiatr, oraz 100% wilgotność powietrza powodują, że palnik pali się mało efektywnie, i jak się później okazuje podczas tego prawie 2 godzinnego biwaku zużywamy cały zapas benzyny :/ To już mnie dobija kompletnie, i o ile do tej pory jakoś humory nam dopisywały, to teraz już nie jest tak różowo. Michał próbuje mnie pocieszać, że przecież on ma kuchenkę gazową, ale jakoś średnio mnie to pociesza. Pośpiesznie kończymy biwak i kierujemy się dalej, na miejsce biwaku, które mieliśmy wyznaczone przy jeziorku pod Gutin Tomnatykiem. Niestety pogoda pogarsza się coraz bardziej, wiatr przybiera na sile a brak widoków działa na nas przygnębiająco. Spoglądając na zegarki i na mapy widzimy, że na dotarcie do wyznaczonego miejsca nie ma szans, więc postanawiamy iśc do godz. 18.00 a potem poszukać dogodnego miejsca na rozbicie namiotów. Może przeczekamy złą pogodę. Tak docieramy w okolice Munczela. Nie jest tajemnicą, że stąd już jest niedaleko do jeziorka pod Gutin Tomnatykiem, bo ok godzina spokojnym krokiem. Niestety wiatr wieje z zachodu, i utrudnia marsz, a poza tym nie ma gwarancji, że nad jeziorkiem będzie wiało mniej. Postanawiamy, że jednak bezpieczniej będzie, rozbić namiot tuż za granią, za jakąś przeszkodą terenową. Z perspektywy czasu nadal uważam że to była dobra decyzja, bo spod jeziorka, to by nas chyba zdmuchnęło. Udało nam się znaleźć jako takie miejsca na namioty, ale nie na tyle dobre, aby chroniły przed wiatrem. Tyle co rozbiliśmy namioty zaczyna padać deszcz. Liczymy że to opad przelotny, ale nic bardziej mylnego. Padało tak niemal całą noc. Pierwszy raz w życiu widziałem, deszcz padający poziomo. Zasypiam gdzieś ok godziny 19.30
4.09.2006
Spałem przez pierwsze kilka godzin od położenia się. Od ok godziny 23 z hakiem urządzam sobie przerywane drzemki, ponieważ namiotem szarpie na wszystkie strony. Obawiam się trochę czy go nie zwieje, bo okazało się, że wziąłem o połowę mniej szpilek niż powinienem. Sam nie wiem jak to się stało. Namiot został rozbity li tylko przy pomocy 8 szpilek a na wyposażeniu Islandii II jest ich chyba 16. Daszek nad siateczką wentylacyjną przymocowaliśmy do kijków trekkingowych wbitych w ziemię (jak się później okazało, był to poważny błąd). Co jakiś czas z niepokojem zerkam na psa, który skulił się pod tropikiem z mojej strony. Połowa psa znajdowała się pod tropikiem połowa, poza. Wyglądał koszmarnie, a na dodatek dostał jakiś drgawek. W związku z faktem, iż pies był nosicielem pcheł, nie zdecydowałem się go wpuścić do namiotu. Musiał się zadowolić dodatkowym miejscem, które mu zrobiłem pod tropikiem. Starałem się tez poprzez powłokę sypialni oprzeć o niego śpiwór, aby choć trochę go ogrzać. Jego sytuacja nie wyglądała różowo i nie byłem przekonany, czy przeżyje tę noc.
Wkrótce ok 2.30 wiatr zmienił kierunek i zaczynał wiać z taką siłą, że wciskał strugi deszczu pod klapkę nad siatką wentylacyjną, a klapka ta swobodnie sobie powiewała i zasysała wodę na siatkę wentylacji. Po chwili woda zaczęła się dostawać do namiotu. Jakby tego było mało wiatr wiał z taką siłą, że woda spływająca z tropiku nie mogła swobodnie spłynąć, tylko była cofana w górę i dostawała się pod klapkę wentylacji :/ Zaczynało się robić naprawdę nieciekawie. Gdybym wcześniej wpadł na to, że to jest przyczyna przemakania namiotu, to pewnie dałoby się zminimalizować jakoś skutki tego opadu. A tak rano okazało się, że pod karrimatami jest woda, śpiwory całe mokre. Wykorzystując przerwę w opadach szybko się zwinęliśmy i ruszamy w dalszą drogę. Po wyjściu na grań - szok. Wiatr tak silny, że ledwo idziemy, nie można się odwrócić twarzą do wiatru bo wiatr wciska się w płuca jakbym dostawił usta do jakiejś butli z gazem. Jakby tego było mało zaczyna znów padać deszcz, który bolesnie smaga po twarzy. W ciągu kilku minut mamy wszystko mokre. Poza tym co znajduje się pod kurtkami przeciwdeszczowymi. Pokrowców przeciwdeszczowych na plecaki nie da się założyć, ponieważ wiatr momentalnie je zrywa, więc rezygnujemy z nich. Pies trzyma się ziemi chyba jedynie siłą woli, ale dzielnie idzie z nami, przemykając jedynie z jednej osłony terenowej do drugiej. Nie ma mowy o jakiejkolwiek rozmowie, bo po pierwsze huk wiatru jest okropny, a poza tym trzeba uważać, aby nie otworzyć ust pod wiatr, bo zatyka człowieka. Porozumiewamy się krzykiem.
W tych warunkach uszliśmy może z kilometr może mniej. Postanawiam, że dalsza kontynuacja marszu może skończyć się jakimś wypadkiem lub kontuzją. Pada propozycja, aby zejść poniżej granicy lasu i tam najpierw napić się czegoś ciepłego, a potem zejść do wsi, aby znaleźć gdzieś nocleg, co by dać szansę wyschnąć przemoczonej odzieży i ekwipunkowi. Moja propozycja spotyka się ze zrozumieniem, choć nikomu z nas nie uśmiecha się schodzenie z grani, a potem wchodzenie nań. Na GPS'ie odnajduję ścieżkę, która schodzi z grani w kierunku wsi Bystrec. Kierujemy się nią. Wszystko jest w miarę pięknie do momentu gdzie ścieżka dociera do piętra kosodrzewiny. Tu po ścieżce nie ma śladu. Nasza sytuacja staje się niewesoła. Mamy już mokre doszczętnie wszystko, odzież, buty, plecaki i ich zawartość. Możemy próbować kosodrzewinę ominąć, ale nie wiadomo ile nam to zajmie. Postanawiamy się trzymać wyimaginowanej w GPS ścieżki i brniemy przez kosówkę przy widoczności sięgającej ok 10 m nie jest łatwo, ale po chwili walki z krzaczorami jest polanka. Mówię sobie w duchu - jest dobrze. Niestety nie na długo - następnie znów docieramy do kosodrzewiny, tym razem wyższej od nas, a każdy z nas ma ponad 170 cm. Co robić - idziemy przez tę kosodrzewinę. Tym razem schodzi nam nieco dłużej, i już zaczynaliśmy chodzić w kółko. Dobrze że zerknąłem na GPS, bo mało brakowało i zatoczylibyśmy pełne koło. Miałem okazję przekonać się na własnej skórze, że człowiek we mgle prędzej czy później zaczyna chodzić w kółko. Potem już częściej kontrolowałem nasz kierunek marszu. Jeszcze ze 2 razy wyszliśmy na niewielkie polanki., a potem przyszło nam się przedzierać przez kosodrzewinę, po dość stromym stoku, co skutkowało częstymi upadkami. Dawno tak nie bluźniłem. W tych chaszczach wyczerpałem chyba miesięczny limit na bluźnierstwa. Na domiar złego w pewnym momencie Michał idący za mną stanął mi na kilku, na tyle skutecznie, że ten się złamał :/ No to dolało oliwy do ognia. Wściekłem się wtedy niemiłosiernie, choć zdawałem sobie sprawę, że niechcący nadepnął mi na ten kijek. Na szczęście widoczność się trochę poprawiła, i dojrzeliśmy granicę lasu. To dodało nam sił i żwawiej ruszyliśmy ku niemu. Niestety zaowocowało to zwiększoną częstotliwością upadków, jak się później okazało, miało to opłakane skutki. Gdy dotarliśmy do granicy lasu stwierdziłem brak karrimaty, która widocznie wysunęła się z troków w trakcie przedzierania przez gęstwinę. Na moje nieszczęście nikt, z podążających za mną kolegów nie dostrzegł na swojej drodze, mojej zguby :-(
To był odpowiedni moment aby napić się wódki, i czegoś ciepłego. Wstawiliśmy więc wodę na herbatę, a ja wyjąłem butelczynę wody ognistej i rozpiliśmy ją w 5 minut aby nie wywietrzała ;-)
Po walce z żywiołem kosówki myślałem, że pozbyliśmy się psa, ale gdzie tam - nasz towarzysz wiernie podąża za nami. Nawet podczas postoju w lesie wywąchał jakiegoś zwierza i obszczekiwał go namiętnie. Po krótkim postoju i wypiciu kubka ciepłej herbaty zbieramy się do schodzenia w dół. Po krótkim marszu odnajdujemy całkiem widoczną ścieżkę i kierujemy się nie w dół. W międzyczasie pogoda się powoli klaruje, i co jakiś czas wygląda słońce. Nie wiem czy to wina spożytego alkoholu czy poprawy pogody, ale humory nam się poprawiają, zaczynamy dowcipkować. W pewnym momencie trafiamy na kępę kurek, które postanawiamy zebrać, ponieważ marzy nam się jajecznica na kurkach. Ostatecznie liczymy tez, że za pełną reklamówkę kurek ktoś udostępni nam jakąś suchą stodołę. w pewnym momencie ścieżka rozpływa się w leśnych ostępach, jak poranna mgła. Idziemy zatem na azymut, ale stok poorany jest wąwozami po strumieniach. W końcu postanawiamy iść korytem jednego ze strumieni. Spotykamy Traszkę Karpacką, jednak fotografii nie udało się zrobić zaparowanym obiektywem :/ Korytem strumienia docieramy do ładnej polanki, gdzie postanawiamy wysuszyć przemoczony ekwipunek. Jest godzina ok 13.00, słońce ładnie przygrzewa, więc robimy sobie dłuższy popas. Najbardziej z tej decyzji cieszy się chyba pies, który pada jak nieżywy i zasypia, wygrzewając się w słońcu, my zaś wyjmujemy wszystko z plecaków i wystawiamy na działanie promieni słonecznych. Najgorzej schną śpiwory, które zostały przemoczone niemal doszczętnie. Namiot i reszta odzieży schnie niemal błyskawicznie. W międzyczasie Michał gotuje jakąś mamałygę mleczną, która smakuje całkiem przyjemnie. Karmię też psa pozostałym masłem czekoladowym. Zjada w oka mgnieniu. Mariusz zauważa, że polana na której się rozłożyliśmy wyglądać musiała z daleka jak giełda sprzętu turystycznego. Leniuchujemy niemal do 16.00. Tuż przed tą godziną kontynuujemy marsz w kierunku wsi Bystrec. Po drodze , w odległości ok 2-3 km od wsi trafiamy na malowniczo położone ruiny. Po krótkiej dyskusji postanawiamy, że nie będziemy schodzić do wsi, tylko po to aby rano znów się wdrapywać w to samo miejsce. Jako że w okolicy ruin było sporo drewna na ognisko, liczyliśmy że dosuszymy w razie potrzeby przemoczone śpiwory. Jeszcze tylko zrobiliśmy losowanie, kto pójdzie do wsi po zaopatrzenie a kto zostanie pilnować dobytku i zgromadzić opał na noc. Wypadło na to, że Mariusz zostanie na miejscu, a ja z Michałem pójdziemy po zaopatrzenie, jednak ustaliliśmy kolektywnie, że zostanie Michał, a ja z Mariuszem udam się do wsi. Rozbiliśmy więc szybko namioty i rozłożyliśmy resztę mokrego ekwipunku do wyschnięcia, i dalejże w dół, po zakupy. Nie byliśmy wcale pewni czy w Bystrecu jest sklep, ale z nadzieją w sercach idziemy. Po pokonaniu kilkuset metrów spotykamy jeźdźca na koniu. To młody chłopak. Pytamy go czy we wsi jest sklep i czy jest czynny. Odparł, że tak, i coś tam mruknął, że pojedzie przed nami, aby znaleźć właściciela, aby ten otwarł "magazin". Po pokonaniu ok. 2-3 km docieramy do centrum wsi. tam dopytujemy się jeszcze gdzie jest "magazin", ponieważ jeździec wyprzedził nas skutecznie i straciliśmy go z oczu. Pokazano nam kierunek i udając się w nim spotykamy znajomo wyglądającego konia, przy którym stoi jakiś hucuł, znacznie już pokrzepiony lokalnym destylatem. Zagadujemy o drogę do sklepu. ten nam pokazuje, skrót przez czyjąś łąkę i malowniczy mostek (na zdjęciu Mariusz). Sklep (na zdjęciu budynek po lewej) nie wyróżnia się niczym. Nie posiada nawet szyldu, że to sklep. Zagadujemy siedzącego na schodkach dziadka, czy sklep to tutaj, odpowiada, że tak, no to dopytujemy o podstawowe artykuły spożywcze (piwo, wódkę i słodycze), na co zaprasza nas do środka i wskazuje drzwi, w które mamy się udać. Nieśmiało wchodzimy do środka. Sklep znajduje się w pokoju, w którym po jednej stronie są półki i lada, a po drugiej jakieś prywatne ciuchy, i przedmioty codziennego użytku. Lubię takie sklepiki, w mig przypomniało mi się dzieciństwo, ale głupio mi było zaproponować, zrobienie zdjęcia. W sklepie spotykamy naszego jeźdźca, który robił właśnie zakupy. Przyszła nasza kolej i bierzemy najpotrzebniejsze produkty. Niestety jajek ani kiełbasy nie ma :-( Po piwo, wódkę i chleb musieliśmy się udać do garażu, który mijaliśmy w drodze do sklepu. Przy garażu stoi samochód GAZ, w całkiem niezłym stanie wizualnym, oraz w miarę nowy model BMW, niestety mocno potłuczony, na którym Mariusz doszukiwał się śladów po kulach. Po spakowaniu towaru idziemy obejrzeć postawioną nieopodal nową kapliczkę, która datowana jest na rok 2005. Prezentuje się bardzo okazale zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Po obejrzeniu kapliczki odchodzimy parę metrów, i siadamy na kamieniach przydrożnych, celem rozpracowania jednego piwa. Po kilkunastu minutach obładowani dodatkowymi kilogramami ( a właściwie Mariusz był obładowany bardziej) idziemy z powrotem. Jak się okazało droga w jedną stronę od miejsca naszego biwaku zajmuje prawie równą godzinę. Z powrotem jest podobnie. po drodze odkupuję jeszcze od jednego z napotkanych mieszkańców pół litra benzyny, do kuchenki . Dobrze że w porę sobie o niej przypomniałem bo znów plułbym sobie w brodę na grani, że dźwigać musze bezużyteczny ciężar. Do Młodego docieramy ok godz. 19.00 Szybciutko robimy sobie kolację. Na etylinie kuchenka śmiga aż miło, i wydatnie skrócił się czas zagotowania wody. Minusem jest to, że kopci bardziej, ale nie zraża nas to. Ja zrobiłem sobie jakąś breję z kuskusa i sosu pomidorowo-paprykowego. Poczęstowałem psa, ale ten tylko powąchał, wzdrygnął się i nie zjadł nawet kawałka. Cóż, ja to musiałem zjeść. Po posiłku (już ciemno było) otwieramy butelczynę i rozgrzewamy kości ciepłem ogniska i destylatem. Miło gaworzymy sobie blisko do godziny 23.00 Po opróżnieniu butelki i części piwa, w niezłych humorach kładziemy się spać. Michał udostępnia mi swoją karrimatę, a sam postanawia spać z psem przy ognisku. Na wszelki wypadek ma jednak rozbity namiot. Jak się w nocy okazało- bardzo dobrze, bo pokropiło trochę po północy. Michał zadbał, aby buty, które się suszyły przy ognisku wylądowały pod tropikiem. Zuch chłopak. To był chyba najcięższy dzień w trakcie naszej wyprawy. Na szczęście zakończył się w miłej atmosferze.
5.09.2006
Noc upłynęła na w miarę spokojnym śnie. W nocy lekko powiało i padał lekki deszczyk. Nic nam nie przemokło, bo nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego porządnie przymocowaliśmy daszek nad siatką wentylacyjną. Budzimy się ok. godziny 6.00 i zabieramy się za czynności związane z przygotowaniem jakiegoś posiłku. Ja dodatkowo susze swoje mapy, o których zapomniałem wczoraj. Niestety wydawnictwa ukraińskie, są kiepskiej jakości, i najczęściej próba rozdzielenia sklejonych warstw kończy się rozdarciem kawałka mapy :/ Z posiłkiem uwijamy się stosunkowo szybko, podobnie ze zwinięciem namiotów i reszty sprzętu, i tak o godzinie 10.00 jesteśmy gotowi do dalszej drogi, i wspinaczki na szczyt Szpyci. Naszą uwagę zwraca brak psa, i po chwili zastanowienia, nikt z nas nie może sobie przypomnieć, żeby go widział od śniadania. To dobrze myślimy - tu w dolinie będzie mu lepiej i spotka go na pewno lepszy los niż w naszym towarzystwie. Poprzedniego dnia upewniliśmy się, że droga, którą podążamy prowadzi na Howerlę a wcześniej na Grzbiet Czarnohory. Tego dnia pogoda jest wyborna - jest nie za ciepło, a słoneczko świeci ładnie. Wieje lekki wiaterek. Drogą docieramy do strumienia, i tam zgodnie z ukraińską tradycją droga jakby rozpływa się, bez żadnego śladu. Idziemy kawałek drogą, która skręcała przed strumieniem w lewo, ale prowadzi ona tylko do miejsca zrywki drewna i koniec. Postanawiamy więc dotrzeć na drugi brzeg strumienia. Nie jest jakiś wielki, ale nikt z nas nie ma zamiaru przemoczyć dopiero co wysuszonego obuwia, szukamy więc brodu. Wreszcie po chaszczowaniu udaje się nam wyszukać miejsce na tyle wąskie, że da się strumień przeskoczyć. Wspomagając się kijkami wykonujemy tę czynność i odnajdujemy namiastkę ścieżki, która podążamy. Po dotarciu do czegoś w rodzaju wodopoju ścieżka ponownie znika, ale w dali pojawia się huculska bacówka, w której postanawiamy zasięgnąć języka. Okolice bacówki, to błoto rozdeptane przez parzystokopytne. Brniemy ostrożnie dalej, gdy w pewnym momencie dostrzegają nas dwa psy pasterskie, i już nie tak pewnym krokiem postanawiamy wyminąć bacówkę z boku. Psy na szczęście nie atakują, lecz stoją na skraju posesji i ujadają. Przekrzykujemy szczekanie psów i pytamy wyglądających z bacówki gospodarzy, czy na Howerlę to tędy. Pada odpowiedź twierdząca, więc nawet nie wchodzimy na teren posesji, mając na uwadze psy. Tymczasem psy zaczęły się do nas zbliżać, nieśmiało machając ogonem. ośmieleni tym gestem wołamy je sympatycznie. Podlatują do nas radośnie, i już jesteśmy ich najlepszymi przyjaciółmi. Przyjacielsko opierają się o nogi i domagają się podrapania. Chwilę z nimi stoimy, i ruszamy dalej. Teraz z perspektywy czasu sądzę, że dobrze byłoby zajrzeć do gospodarzy i kupić choćby trochę sera. Z przyjemnością bym skosztował takiego, świeżego przysmaku. Psy towarzyszą nam w marszu jakiś czas, a potem wracają na posesję. tymczasem znajduje się nasz zguba, czyli "sabaka". Jak on pokonał wartki strumień i nas odnalazł pozostanie jego słodką tajemnicą, faktem jest że mu się to udało. Postanawiamy, że przepędzimy go, bo branie go znów na grań, to nienajlepszy pomysł. Pomimo, że radośnie machał ogonem z bólem serca pogoniłem go, a ten jakby z wyrzutem i pytaniem "dlaczego" patrzył się na nas. Przykry to był moment :-(
Pnąc się dość stromo w górę, widzimy, jak nasz towarzysz zostaje w towarzystwie dwóch psów pasterskich. jeszcze raz podjął próbę, pójścia za nami, ale znów pogoniliśmy go. Wchodzimy w las i ścieżka znów rozpływa się w ostępach leśnych. Trawersujemy więc zbocze idąc na azymut. Wprawdzie GPS wskazuje, że w miejscu gdzie stoimy jest ścieżka, nie było jej ani w tym miejscu, ani w promieniu kilkunastu metrów od miejsca w którym staliśmy. Po ok 1,5 h marszu docieramy do piętra kosodrzewiny. Tu robimy postój i co widzimy za nami ? Tak - psa. Ponownie zostaje przegoniony, i znika nam z oczu. Uparta i wierna bestyjka. Kurcze gdybym miał warunki zabrałbym go ze sobą, ale co zrobić - nie mam warunków, a i na granicy zwierza by nie przepuścili. Po chwili zastanowienia, postanawiamy minąć kosówkę, i idziemy jej skrajem. Docieramy do miejsca gdzie jej nie ma i nie ma tez lasu, ale jest za to bardzo stromo. Co nam zostało. Z dwojga złego wolę podchodzić stromo ale bez kosówki, niż łagodniej, ale przedzierać się przez kosodrzewinę. Po przejściu kilku metrów dostrzegam koryto potoku, gdzie nie ma żadnych większych krzaczorów tylko trawa i borowina. Kierujemy się tam, podziwiając piękne widoki, ze stoku, którym podążamy. Naprawdę piękna ekspozycja. Po kilkunastu minutach przedzierania się przez karłowate świerki i wdrapywania na kamienie, docieramy do koryta, i teraz już pniemy się niemal pionowo w górę. Pierwszy raz miałem tak strome i długie podejście. Przełęcz Brona, to przy tym jest spacerek. Po ponad godzinie wdrapywania się (o jednym kijku) i czepiania trawy i borowiny, docieramy na grzbiecik pod szczytem Szpyciego. Tam odpoczywamy dłuższą chwilę, i kolektywnie stwierdzamy, że teraz psa mamy już na pewno z głowy, bo nie ma szans aby podszedł pod tak stromy stok. Jakby na zaprzeczenie naszych słów zza głazów wyłania się nasza psina. No kurcze niesamowite zwierzę. Co ono w nas widziało ? Pogoniliśmy go znowu, ale jak przypuszczaliśmy nieskutecznie. Po uszczupleniu zapasów piwa, wykonaniu kilkudziesięciu fotekwspaniałego spektaklu świetlno chmurzastego, i przekąszeniu jagodami i borówkami prosto z krzaka ruszamy dalej. Znów trzeba się ubrać w cieplejszą odzież, bo pomimo, że jest słonecznie wiatr wieje dość dokuczliwy. Po wdrapaniu się na szczyt, oczom naszym ukazują się nieco dalej piękne grzebienie skał. Wygląda to bardzo malowniczo na tle ogarniającej nas zieleni i koloru brunatnego. W dole pięknie prezentuje się dolina Gadżyna, z malowniczym jeziorkiem. Podoba się tu nawet zagorzałemu miłośnikowi Tatr - Mariuszowi. W dali oświetlana przebijającymi się promieniami słońca majestatycznie czeka na nas Howerla. Po zejściu ze Szpyciego i dojściu do słupka granicznego nr.30 oczom naszym ukazuje się dolina, z malowniczo wrzynającymi się w nią jęzorem Wielkich Kozłów. Po chwili na zrobienie fotografii ruszamy dalej. Dziś jako bazę noclegową wybraliśmy Jeziorko Niesamowite. Niestety nie orientujemy się jak dalej sprawa wyglądać będzie z miejscem pod biwak, a znów zaczęły nadciągać gęściejsze chmury, i zamiast nocować gdzieś bliżej Howerli, ale w miejscu przypadkowym, woleliśmy się schronić w kotle, przy Jeziorku Niesamowitym. Zresztą nie bez znaczenia są walory krajobrazowe tego miejsca. Nad Jeziorko Niesamowite docieramy szybko i sprawnie. Nawet sami jesteśmy zdziwieni, że tak szybko tam dotarliśmy. Mariusz był tak rozgrzany, że miał ochotę maszerować dalej, ale na szczęście miałem sprzymierzeńca w postaci Michała, i wspólnie przegłosowaliśmy Mariusza. Ja już raczej nie nadawałem się na dalszą wędrówkę - wędrując o jednym kijku, przeciążyłem więzadła krzyżowe na tyle, że zaczęły dawać o sobie przy zejściach. Za Szpycim już musiałem pożyczyć jeden kijek od Michała, bo nie wiem czy bym dotarł do Jeziorka Niesamowitego. Nad samo Jeziorko schodziłem już krzywiąc się w bólu. Jeszcze z góry wypatrzyłem bardzo wygodne miejsce, z prowizoryczną ławeczką, i tam też się udaliśmy. Przygnębiające wrażenie zrobiła na nas sterta śmieci w jednym z zagłębień terenu, oraz walające się wszędzie butelki plastikowe i szklane, liczne kręgi po ogniskach, a także kępy wyciętej kosodrzewiny. Przyznam, że byłem trochę przygotowany na taki widok, po relacji moich znajomych, którzy odwiedzili to miejsce, dlatego nie było to dla mnie szokiem. Zresztą wyobrażałem to sobie jeszcze gorzej. Już po zejściu na poziom Jeziorka dochodzi do nas szczekanie. Nie jest to nic innego jak nasz "sabaka", obszczekujący latające nad Jeziorkiem kruki. Za nami widzieliśmy 4 innych turystów więc liczymy, że oni staną się nowymi ":właścicielami" psa.
Rozsiadamy się, i bierzemy się za gotowanie wody na posiłek i ciepłą herbatę. W międzyczasie robi się coraz zimniej, i przy każdym wydechu z naszych ust zaczyna lecieć para wodna. Z rozbiciem namiotu postanawiamy się wstrzymać do zmierzchu, wcześniej jednak wybrawszy sobie miejscówkę pod namioty. Nie chcemy kłuć w oczy przechodzących turystów rozbitymi namiotami, zważywszy na fakt, że jest to rezerwat, choć sądząc po śmieciach, wypalonych kręgach i wyciętej kosodrzewinie jakoś innym to nie przeszkadzało. W trakcie posiłku nad Jeziorko docierają tez idący za nami turyści. Okazuje się, ze to również Polacy, więc zapraszamy ich do nas. W skład tej ekipy wchodzą dwie dziewczyny Grażyna i Wiola, oraz 2 chłopaków - Rafał i Jarek Umawiamy się z nimi na wspólne ognisko wieczorem, i udają się szukać dogodnego miejsca pod namioty. My kończymy obiadokolację i bierzemy się za zbieranie drewna. Nie było z tym problemów. Wystarczyło się przejść po okolicy i pozbierać to co pozostało po innych. Nazbierało się tego na solidne ognisko, więc poszliśmy na przechadzkę nad jeziorko. Tam stawiamy przewrócony słupek informacyjny, i robimy sobie przy nim foto. Po chwili dołącza do nas Grażyna, i chwilę rozmawiamy wykonując spacerkiem pełne okrążenie wokół Jeziorka, oraz robimy sobie pamiątkową fotkę. Ekipa jest z Gdańska, i planują przejść Czarnohorę, Świdowiec i Gorgany. Mają na to 2 tygodnie.
Pora wracać na obozowisko. Tam przygotowujemy miejsce wokół wypalonego kręgu, ustawiamy nasze ławki, i czekamy aż Rafał zapali ogień. W międzyczasie na grani widzimy dwójkę turystów, którzy kierują się ku nam. Schodzą w dolinkę i widać, że to para i szukają miejsca na nocleg. Po pewnym czasie mężczyzna podchodzi do nas i zagaduje. Okazuje się że to Ukrainiec z Czerniowców, który przyjechał sobie na 2 dni. Zwraca uwagę jego strój, który różni się znacznie od zdecydowanej większości odzieży noszonej namiętnie przez Ukraińców , czyli butów w stylu adidas, i dresów, czy też podobnych temu strojów, które średnio nadają się w góry. Chwilę rozmawiamy z nim, i wraca do małżonki rozbijać namiot a my wracamy do rozpalania ognia. Niestety nie idzie to najlepiej po kilku nieudanych próbach bierze się za to nasz dotychczasowy ogniomistrz - Michał. Niestety jemu też się nie udaje, pomimo, że podlewamy chrust paliwem z mojej kuchenki. Postanawiam się ja zabrać za rozpalenie, ale niestety mnie też się nie udaje, i z ogniska nici. Tymczasem robi się coraz ciemniej, więc postanawiamy posiedzieć w świetle czołówek. Zawsze to przyjemniej niż w egipskich ciemnościach. Na szczęście niebawem w sukurs przychodzi nam księżyc, który jednak raz po raz kryje się za chmurami. Ekipa z Gdańska przygotowuje sobie w tym czasie ciepłą strawę, a my przynosimy nasze zapasy (skromne już) piwa i dzielimy się, co jest wśród Gdańszczan przyjmowane z nieskrywaną uciechą. Wykonujemy też sobie pamiątkowe zdjęcie, a potem po krótkiej rozmowie udajemy się do swoich namiotów, bo zaczyna się robić już chłodno. Przy namiotach jeszcze kreci się "nasz" pies, ale staramy się go nie zachęcać do zbliżania się do nas. Nie przeszkadza mu to jednak zrobić sobie legowisko koło naszych namiotów. Nie mamy już jednak sił na użeranie się z nim. Dajemy za wygraną i idziemy spać. Cały wieczór nie czuję się najlepiej, podobnie jak i Michał, który od razu aplikuje sobie polopirynę, ja postanawiam przeczekać - może samo przejdzie. Nie przeszło :-(
6.09.2006
Tej nocy spałem przez pierwsze kilka godzin, potem po północy już nie mogłem spać. Przeszkadzał mi katar, i wysoka temperatura. Nawet śpiwora nie mogłem zagrzać, aby było mi ciepło :/ Nie chciałem tez szamotać się z apteczką, aby nie obudzić kolegów, więc ranek powitałem z nieskrywaną radością, że będę mógł ubrać się w coś ciepłego i napić się gorącej herbaty. Wychodzimy z namiotów, jest mgła i trochę wieje. W nocy pies obszczekał kogoś lub coś w okolicy naszych namiotów, ale nie chciało mi się wychodzić sprawdzać co to. Tego dnia postanowiliśmy opuścić obozowisko wcześniej niż zwykle. W planach było wyjście o godzinie 8.00 i prawie udaje nam się zrealizować ten plan. Wychodzimy o 9.00
Kolana mi już nie dokuczają, ale wędruje się nam jakoś marnie. Mariusz, który wczoraj mógłby przejść niemal do Polski, tego dnia był outsiderem. Jakoś nie mógł złapać "drugiego oddechu", ja tez nie błyszczałem formą, i do tego jeszcze ta chmura, w której szliśmy. Mijamy po drodze ekipę 6 os. z Czech lub ze Słowacji. Chwilkę rozmawiamy i pytamy czy na Howerli tez taka mgła - odpowiadają że tak. No cóż - myślę - tak to w górach bywa. Nie zawsze ładnie świeci słoneczko. Po ok. 1h 10 min od opuszczenia obozowiska docieramy do Breskuła, i trochę się dziwimy, że na Howerlę zostało nam ok 40 min. marszu, ale nie przeszkadza nam to. Jest to krócej niż myśleliśmy więc w nieco lepszych humorach postanawiamy to sprawdzić, więc po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Pogoda niestety bez zmian. Martwi mnie to trochę, ponieważ zostało mi jeszcze sporo miejsca na karcie, a tu się zapowiada, że za dużo ich nie zrobię. Na szczęście im wyżej, tym częściej pojawiają się chwilowe przejaśnienia. Sunąc noga za nogą docieramy do tabliczki informującej, że znajdujemy się na wysokości 2000 n.p.m. Oznacza to, że zostało nam już do pokonania tylko 60 m różnicy wzniesień. Patrzę na GPS - odległość do wierzchołka tylko 350 m, więc niemal spacerek. Michałtrochę wyrwał do przodu, ja sunę za nim, a za mną Mariusz. Przed samym szczytowaniem okazuje się, że jesteśmy powyżej chmur, i jest doskonała widoczność. Dodaje mi to sił, i modląc się w duchu, aby pogoda się nie pogorszyła zanim dotrzemy na szczyt, gonię Michała. Na szczęście zaczekał przed samym wierzchołkiem, tak, abyśmy mogli wejść na szczyt razem, i o 11.20 stajemy na szczycie najwyższej góry Ukrainy, w blasku słońca, i mając u stóp kotłujące się chmury. Dla takich chwil, warto było przejść i przejechać ten szmat drogi.
Na szczycie jesteśmy sami, tym większa jest nasza radość, bo ostrzegano nas, że są tam zawsze tłumy. Wykonujemy kilkadziesiąt fotografii. A to przyobelisku, a to przy krzyżu, czy Tryzubie. Wykonuję tez kilka fotografii, skąpanego w chmurach Pietrosa, który był naszym następnym celem, ale ostatecznie zaniechaliśmy podróży do Jasini przez Pitrosa, a wybraliśmy wariant zejścia do Worochty przez Zaroślak. Liczyliśmy, na to, że wybierając tę opcję, dotrzemy do Lwowa wcześniej niż pociągiem klasy "obszczij" relacji Rachów - Lwów. Bardzo spodobała nam się klasa "plackartnyj" i chcieliśmy się jeszcze raz przejechać pociągiem tej klasy, a z Worochty były na to większe szanse niż z Jasinii. Tymczasem na szczyt zaczęli docierać turyści. Najpierw dwóch chyba Słowaków, potem pojedynczo, weszła spora grupka Ukraińców. Tych ostatnich wyróżniała odzież, zupełnie nie nadająca się na te warunki. Nam było dość chłodno, choć ubranie mieliśmy goretexy, czapki i rękawiczki, a oni w bluzach od dresów, w ciężkich "skórach" czy tez w "wiatrówkach". Brrr... Jako, że zmarzliśmy trochę, padła propozycja aby zaparzyć sobie gorącej herbatki. Zatem korzystając z Michała karrimaty i mojej kuchenki oraz menażki, zagotowaliśmy sobie trochę wody i po kilku minutach sączymy ciepły napój. W trakcie konsumpcji zagaduje nas jedna z kobiet z "ekspedycji" ukraińskiej. Rozmawiamy trochę o tym, żW nocy spałem przez pierwsze kilka godzin, potem po północy już nie mogłem spać. Przeszkadzał mi katar, i wysoka temperatura. Nawet śpiwora nie mogłem zagrzać, aby było mi ciepło :/ Nie chciałem tez szamotać się z apteczką, aby nie obudzić kolegów ni jest najlepiej przygotowana na taką pogodę, że jest zimno, i wyjaśnia, że czekają, na Ich znajomą, która wyemigrowała do Australii i wróciła odwiedzić "stare śmieci". Po chwili dociera owa znajoma i zbiera się przy nas kilka osób zagadując nas z ciekawością. Rozmawiamy z nimi jeszcze chwilę, i zaczynamy się pakować, aby ok. południa zacząć schodzenie w stronę "Zaroślaka". Początkowo zejście jest łatwe, ale potem zaczyna się spore i strome rumowisko skalne, i już nie idzie się tak wygodnie. Nie powiem też , żeby to był balsam na moje kolana, ale na razie dobrze sobie radzą. Słoneczko ładnie przygrzewa, rozbieramy się z kurtek i polarów. Gdy dochodzimy do wypłaszczenia za naszymi plecami widać piękny wodospad, do którego można było dość z głównego grzbietu Czarnohory, ale jakoś nie zdecydowaliśmy się na taki krok, a może warto było. No nic teraz nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nareszcie dochodzimy do granicy lasu - tu juz słońce tak morderczo nie piecze, i blisko stąd do Zaroślaka. Na dole, wyrzucamy swoje śmieci do przygotowanych pojemników, i już niemal po płaskim dochodzimy do parkingu przed dużym kompleksem jakby hotelowo-rekreacyjnym, który jest świeżo po remoncie. Wygląda to trochę podobnie jak w Arłamowie czy Mucznem. Na pewno nie wyglądało to na turbazę, ale kto wie . Podchodzimy do jedynej osoby która znajdowała się na parkingu i pytamy gdzie "Zaroślak" ? Ona odpowiada, że nie wie, bo przyjechała tu z wycieczką, która poszła na Howerlę i pyta nas czy widzieliśmy taką sześcioosobową grupę na Howerli. Pytamy czy wśród nich była kobieta z Australii, i kobieta odpowiada, że tak, to mówię, że widzieliśmy. Są wszyscy cali i zdrowi. Żegnamy się i podchodzimy obejrzeć kapliczkę, która znajduje się tuz przy parkingu. Ta też wygląda na nową. Chyba na Ukrainie jest teraz jakiś boom na kapliczki :-) W międzyczasie na parking przychodzi jeden z turystów, i wsiada do samochodu. Postanawiamy zapytać, czy nas nie podwiezie, bo perspektywa kilkukilometrowego odcinka po "asfalcie" nie uśmiecha nam się za bardzo. Gość odpowiada, że nie da rady, bo ma komplet pasażerów. Dziękujemy mu zatem i idziemy w dół, po drodze zagadując jeszcze jednego gościa w UAZie. Ten tez odmawia. Snujemy się wiec dalej, i szukamy "Zaroślaka", niestety nie poszliśmy we właściwą stronę, i kurcze musieliśmy go minąć bokiem :-( Nie chce nam się wracać więc idziemy w dół, z nadzieją, że w którymś przysiółku, których na drodze do Worochty mieliśmy chyba ze 3, znajdzie się magazin i kupimy sobie jakieś jedzonko i piwko. Powoli zaczynaliśmy marzyć o cywilizacji. Mariusz miał strasznego smaka na Coca-Colę, ja na piwko, a Michał nie wiem na co, ale wszyscy wspólnie obiecaliśmy sobie, że we Lwowie pójdziemy sobie do McDonald'sa i bierzemy po Big Macu i frytkach :-) Wleczemy się w dół po tym nibyasfalcie, każdy pogrążony we własnych myślach, rozmowa się coś nie klei. próbuje zagadywać, ale widzę, że nie a jakiegoś entuzjazmu, więc milknę, i tez pogrążam się w myślach. Mijamy miejsce gdzie Prut wpada do strumienia, koło którego szliśmy. Kwituje to stwierdzeniem "o Prut" - chłopcy coś tam mruknęli pod nosem. Michał widzę trochę się dąsa, ze nie poszliśmy jednak na Jasinię, ale nikt nie miał za bardzo ochoty podchodzić pod Pietrosa, a ponadto z Worochty mieliśmy lepsze możliwości komunikacyjne do Lwowa, niż z Jasinii. Tak więc idziemy, idziemy "... i Pani nagle mówi - wyciągamy śpiworki, a kolega płakał bo nie miał śpiworka. Ja wiedziałem że tak będzie. uhmm... uhmm.. Ja wiedziałem !"
A poważniej mijamy schron, gdzie jest ładny daszek, ławeczki, a przy nim stoi bus. Niestety nie widać nigdzie kierowcy, więc nici z podwózki. Kolano zaczyna mi już doskwierać, więc proponuję, aby odpocząć. Wybór pada na gruby pień drzewa leżący na skraju drogi. Tam rozsiadamy się, i odpoczywamy dłużej. Jeśli nie uda nam się złapać stopa, to start wyznaczyliśmy na godzinę 15.00. W tym czasie mijają nas chyba 3 lub 4 samochody, w tym samochód faceta, którego pytaliśmy o podwózkę. rzeczywiście był pełny, jak i pozostałe pojazdy. Pasażerowie pomachali nam tylko zrezygnowani i jadą dalej. My nie doczekaliśmy się na transport, więc zbieramy się i idziemy przekonani, że trzeba będzie tę odległość pokonać "z buta". Przynajmniej do głównej drogi Worochta-Werchowyna. Mija nas kolejny samochód. Wprawdzie były w nim tylko 2 osoby, ale kierowca nie zatrzymał się :-( Nagle zza zakrętu wyłania się nasza nadzieja - biały bus marki Ford. Machamy energicznie, gotowi nawet zablokować drogę niczym nasz Wicepremier za czasów gdy jeszcze chodził w gumiakach i polewał policjantów gnojowicą. Na szczęście nie musimy naśladować Pana Wicepremiera i kierowcy starcza tylko machnięcie ręką. pytamy czy zawiezie nas do (i tu przejęzyczyłem się) Werchowyny, gość odpowiada, że nie. Ze mnie jakby powietrze uszło. To pytam a gdzie jedziecie, On na to, że do Worochty, a ja dopiero wtedy zajarzyłem, że miałem na myśli Worochtę, a powiedziałem Werchowyna. Zawczasu pytam więc o cenę podwózki - pada odpowiedź 20 hr. Pytam - za wszystkich, pada odpowiedź twierdząca, więc radośnie wskakujemy do pustego busika i chwilkę rozmawiam z kierowcą, pytam dlaczego jedzie pusty z góry itp. Niestety niewiele rozumiem z jego odpowiedzi, ale nie przejmuję się tym - ważne że nie musimy deptać na nogach, a dopiero w trakcie jazdy widzę, ile jeszcze było przed nami tego deptania. Mijamy po drodze przysiółki, gdzie widzę, powoli ktoś wywęszył interes i zaczynają się budować ładne hotele czy pensjonaty. Pewnie za kilka lat nic już z tej dzikości tego zakątka Europy nie zostanie. podobnie jak w Bieszczadach. Dobrze że nam udało się jeszcze trochę tej dzikości liznąć. Przed jednym z przysiółków dosiada się kobieta, która zwalnia nas z konieczności rozmowy z kierowcą, którego mało rozumiemy. Po ok 40 min. jazdy kierowca mówi nam że wysadzi nas w miejscu skąd o 16.10 będziemy mieć marszrutkę do Ivano-Frankowska. Uiszczamy więc opłatę i dziękujemy za podwózkę. Jako że miejsce skąd mamy mieć tą marszrutkę znajdowało się naprzeciw sklepu spożywczego, zachodzimy tam, po zakup "towarów luksusowych" jak piwo, coca-cola i inne :-) Miejscowi, siedzący przy plastikowych stolikach pożyczają od nas na chwilę mapę, a właściciel sklepu przynosi nam plastikowe krzesła, abyśmy mogli sobie usiąść, przy jedynym pustym stoliku. Po zakupach rozsiadamy się więc wygodnie, delektując się Obołoniem, Mariusz Coca-Colą, a Michał wziął jakiś modny , eksportowy browarek. Ja wracam do sklepu, aby dokupić jeszcze coś do picia i zjedzenia na drogę, a tu nagle wpadają chłopcy i mówią, że jest marszrutka (10 minut wczesniej). Dopijam więc piwo do końca, zabieram zakupy i lecę do nich. Udaje nam się zająć strategiczne miejsca na końcu długiego Mercedesa. Baliśmy się, że nie będzie miejsc siedzących, ale nie było tak źle. Zagadujemy jednego ze współpasażerów jak długo pojedziemy do Ivano-Frankowska, a ten odpowiada, że 3 godziny. Trochę długo myślę, ale co tam - trudno. Zapytany o cenę, tez nie umiał jednoznacznie odpowiedzieć, a kierowcy zapomnieliśmy się z pospiechu spytać. Zdajemy się więc na uczciwość kierowcy i jedziemy, ciekawie przyglądając się widokom za oknem. Zdaję sobie sprawę, ze to już końcówka naszej wyprawy, i pojawia się jak zawsze takie ukłucie w sercu, że żegnamy się z górami :-( Podróż, przerywana krótkimi drzemkami zakończyła się ok. 17.30 czyli ponad godzinę wcześniej niż mówił zapytany współpasażer. Zapytaliśmy wysiadających Ukraińców, czy to na pewno Ivano-Frankowsk i uradowani wysiadamy. Przejazd kosztował 10 hr za osobę, więc IMO bardzo tanio jak na taki odcinek drogi.
Po wyjściu z busa - pierwsze co rzuca się w oczy, to ogromna ilość busów, busików i autobusów, gromny dworzec i naprawdę spory tłok. Nie mieliśmy za bardzo czasu na rozglądanie się, ponieważ na dworcu widzieliśmy że stoi już jakiś pociąg, więc liczyliśmy że do Lwowa. W końcu udało nam się znaleźć dworzec kolejowy, bo wcześniej weszliśmy na awtostancję, czyli odpowiednik naszego dworca PKS. Na dworcu kolejowym pierwsze kroki kierujemy do kasy, i pytamy o najbliższe połączenie do Lwowa. Pani informuje nas, że najbliższy pociąg jest o 18.15 (a była 17.40), więc bez zastanowienia decydujemy się na niego. Pani jeszcze sprawdza czy w plackarcie są jeszcze miejsca i po chwili spędzonej przy kasie, zapłaceniu 57 hr za 3 bilety normalne, staliśmy się posiadaczami miejscówek w wagonie klasy plackartnyj. Bardzo nas ten fakt ucieszył. Wychodzimy na peron 3 , i okazuje się, że pociąg, który tam stoi, to właśnie ten, którym mamy jechać. Tradycyjnie już nie możemy odnaleźć numeru wagonu na bilecie, więc podchodzimy do Pani prowadnyk i dopytujemy, który mamy wagon. Okazuje się, że to wagon nr 18, czyli przedostatni, jak zdołałem policzyć. Pokonujemy więc dość szybko odcinek ok 200-300 m aby dojść do naszego wagonu. Na szczęście pani prowadnyk już wpuszcza do wagonu, więc zajmujemy nasze miejsca i decydujemy, że ja zostanę w wagonie, a chłopcy pobiegną jeszcze sobie dokupić coś do jedzenia i jakąś zapitkę do butelczyny czarnego Nemiroff'a, którego kupiłem w Worochcie. Czasu jest sporo, bo ok 17.50. Tak tez robimy. Ja zająłem się rozlokowaniem plecaków, a chłopcy pobiegli na zakupy. W międzyczasie do naszego "przedziału" dosiadł się czwarty współpasażer. młody chłopak ze Lwowa. Zapytał, czy z Howerli wracamy, odpowiadam że tak i ogólnie że z Czarnohory. On odpowiada, że też był 3 tygodnie temu. Chwilę rozmawiamy. Tymczasem wrócili chłopcy z zakupami. Nie będę komentował ilości zakupionego piwa, bo to kurcze dla jednej osoby byłoby mało, a co dopiero dla trzech, ani skromnej paczuszki chipsów, którą nie zadowoliłaby się nawet moja córka ;-) No ale stanęło na tym, że Mariusz odstąpił mi swoje piwo i już byłem bardziej zadowolony. Pociąg odjeżdża punktualnie o 18.15. Wykonuje jeszcze pamiątkowe foto dworca kolejowo-autobusowego i zasiadamy do stołu, aby napić się spokojnie piwa. Wszak pewni jesteśmy, że we Lwowie będziemy nad ranem. Na wszelki wypadek dopytuje jednak siedzącego z nami chłopaka o której będziemy we Lwowie. Okazuje się, że nasza podróż potrwa tylko 3 godziny ! (Sic!) Szkoda trochę, bo liczyliśmy, że prześpimy się spokojnie w pociągu i do Lwowa dotrzemy wypoczęci, a tu czeka nas raczej albo powrót nocą do polski, albo noc spędzona we Lwowie. Zwłaszcza, że jeszcze chcieliśmy porobić zakupy we Lwowie, i może jeszcze coś zwiedzić. Ustalamy zatem, że nie ma co rozpoczynać butelczyny. Musimy zadowolić się piwkiem. Podróż minęła nam na rozmowach i wspominkach. gdybyśmy wiedzieli, że będziemy mieć takie dobre połączenie, to spokojnie moglibyśmy zostać w górach jeszcze jeden dzień. no ale jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł.
Do Lwowa docieramy, a jakże - punktualnie i pierwsze kroki kierujemy do przechowalni bagażu. Zostawiamy tam swoje bety, ale tym razem opłata kosztuje nas 8 hr, ponieważ nie jesteśmy pewni, czy odbierzemy swoje plecaki przed północą, więc opłata pobierana jest za 2 dni. Ruszamy na miasto tramwajem nr.2. Wysiadamy przy Prospekcie Swobody i pierwsze swe kroki kierujemy do MacDonalds'a na zestaw "BigMac menu" (16 hr) a po błyskawicznym spałaszowaniu powyższego wychodzimy i obserwujemy nocne życie Lwowa, a także gdzie znajdują się sklepy w których moglibyśmy dokonać zakupów. Wybór jest bardzo duży. Kupujemy więc co tam każdy ma do kupienia. Ja jeszcze wymieniam dolary, bo brakło mi już hrywien. Niestety z przykrością stwierdzam, że we Lwowie tylko nieliczne zabytki są ładnie podświetlone w nocy :-( I to tylko te przy Prospekcie Swobody. Pozostałe okryte są mrokiem, podobnie jak ulice, które również oświetlone są tylko w ścisłym centrum. Po dokonaniu zakupów ( w sumie, wspólnie kupiliśmy prawie 10 kg chałwy, fikuśna butelkę wódki, 13 L piwa i jeszcze drobniejszych zakupów kierujemy się ku dworcowi kolejowemu, z nadzieją, że zjemy w okolicy jeszcze jakiegoś cieburjeka na ciepło. Niestety jest juz po północy i wszystko pozamykane, poza nocnymi sklepami z alkoholem oraz barem na dworcu. Tutaj należy się jeszcze czytelnikowi wyjaśnienie, że bar dworcowy w Lwowie różni się w sposób znaczący od baru dworcowego dajmy na to w Katowicach, niemniej jednak z pewną obawą, a raczej instynktem nabytym w trakcie stołowania się w Polskich odpowiednikach baru dworcowego zamawiamy z Michałem cieburjeki i szukamy miejsca aby je spałaszować. Wybór pada na klomb przed dworcem. Tam spokojnie dokańczamy nasz posiłek. jako że plecaki mamy (a zwłaszcza ja) niemożebnie ciężkie nie wchodzą w rachubę żadne wędrówki w okolicach dworca, zwłaszcza, że co chwilę zaczepiani jesteśmy przez taksówkarzy, chcących nas zawieźć do Przemyśla. O cenę nawet nie pytaliśmy, bo i tak nie mieliśmy tyle kasy. Jako że zaczęło się już robić chłodno, i zaczął kropić deszcz postanawiamy schronić się w poczekalni dworca. Tutaj też należałoby wspomnieć, że na dworcu we Lwowie i jak słyszałem w innych większych miastach także na dworcach kolejowych znajdują się dwie poczekalnie. jedne ogólnodostępne i bezpłatne, oraz płatne z wygodami w postaci baru, TV Sat i zimą ogrzewane. Wejścia i porządku strzeże umundurowany funkcjonariusz albo milicji, albo ichniego SOK. Większych różnic np. pod względem czystości nie dostrzegłem. Cały budynek dworca kolejowego jest czysty, pozbawiony zapachu moczu, brudnych żuli itp. Owszem w poczekalni ogólnodostępnej trochę czuć spoconymi ciałami, ale to jest Wersal w porównaniu z Katowicami. Zajmujemy więc grzecznie miejsca w poczekalni ogólnodostępnej. Tutaj również słowem wyjaśnienia - aby siedzieć w poczekalni trzeba mieć ważny bilet na pociąg, ale w praktyce nikt tego nie sprawdza, i jeśli nie zachowujemy się w sposób zwracający uwagę, można spokojnie przeczekać. Co rusz po poczekalni przechadza się a to ochroniarz, a to milicjant, więc jest bardzo spokojnie.
7.09.2006
Drzemiąc nerwowo na plecakach przeczekaliśmy do ranka. obudziło nas zamieszanie, które robiła Pani sprzątająca poczekalnię i mężczyzna czyszczący diabelską maszyną posadzkę, ponieważ nadmienić należy, że pani sprzątająca bez żadnych skrupułów zganiała pasażerów z siedzeń, aby mogła przetrzeć podłogę. Przy okazji byłem świadkiem dość kuriozalnej i komicznej scenki gdy kobieta chciała przetrzeć podłogę pod ławką na której siedział jakiś pijaczek, a ten oponował żeby wstać oberwał więc szczotą przez plecy i od razu stanął jak na baczność, cos tam wykrzykując, na co mężczyzna obsługujący diabelską maszynę czyszczącą wyłączył swoje narzędzie pracy, złapał pijaczka za kark i wyprowadził przed budynek dworca, "sprzedając" na odchodnym kopniaka w tylna cześć ciała. Wszystkiemu przyglądał się milicjant, z uznaniem pokiwując głową, na reakcję Pana z serwisu sprzątającego. Że tez u nas w kraju nie da się wprowadzić takich zasad. No ale zapomniałem - my mamy demokrację. To pewnie dlatego u nas nie można na dworcu w poczekalni posiedzieć, bo zapach zabija, i bez przerwy chodzą żebracy obnażając swe rozdrapywane strupy i proszący o datek. To pewnie dlatego np. w Katowicach w budynku dworca nie ma ławek, bo przecież one były nie dla pasażerów, ale dla meneli.
No ale dość o polityce. Nas tez nie ominęło podniesienie swoich tyłków i plecaków. Była godzina ok 4.00 ludzie zaczynali się budzić, zwiększył się ruch podróżnych, więc o spaniu juz raczej nie było mowy. Co jakiś czas wychodziliśmy tylko przed budynek dworca aby zobaczyć, czy nie podjechała jakaś marszrutka do granicy. Dopiero krótko po godzinie 6.00 udało nam się wsiąść do busa do Szegini (9 hr). Podróż marszrutką przebiegła pod znakiem krótkich drzemek i oglądania mijanych miejscowości. To już ostatnie chwile na Ukrainie. Przy granicy wydajemy jeszcze ostatnie hrywny i idziemy na przejście graniczne. Chcieliśmy się wcisnąć na przód sporej kolejki, ale pogranicznik cofnął nas na koniec. pokornie poszliśmy i zaczęło się oczekiwanie, choć przyznam, że z tej strony granicy ruch odbywał się jakby szybciej. Po niecałej godzinie oczekiwania byliśmy już po odprawie z Ukraińcami. Bagaży nam nie sprawdzano. Przed nami jeszcze odprawa po stronie Polskiej, a tu niespodzianka - kolejka większa niż po stronie Ukraińskiej. Stajemy więc grzecznie na końcu, na szczęście podchodzi do nas pogranicznik i pyta gdzie jedziemy. Zgodnie z prawdą odpowiadamy że do domu. Ale konkretnie gdzie - zapytał. To odpowiadamy zgodnie z prawdą, na co pogranicznik odparł, abyśmy przeszli przez barierkę i ominęli kolejkę. tak tez zrobiliśmy dziękując mu. Tym sposobem ominęło nas kolejne co najmniej godzinne stanie w kolejce "mrówek". Teraz już kilak minut na odprawę paszportową i o dziwo Polacy każą nam otworzyć plecaki. Kontrola jest pobieżna i trochę mnie zirytował, bo jeśli już coś robią, niech robią to dobrze, a jak mają to robić byle jak, to lepiej sobie darować. Ok. 8.00 byliśmy już na ojczystej ziemi. teraz krotki marsz po betonowych płytach na postój busów. Tam stoją dwa busy do Przemysla. Jeden za 1 PLN, bardziej luksusowy, i drugi za 0,5 PLN mniej luksusowy. Decydujemy się na wariant tańszy, i to nie tyle z oszczędności, ale dlatego, że ten za 0,5 PLN zapełniał się o wiele szybciej, więc i szybciej odjedzie. Tak w istocie było. Podczas gdy my juz odjeżdżaliśmy, w busie za 1 PLN siedziały raptem ze 4 osoby. Po ok 20 minutach jazdy dojeżdżamy do Przemyśla, i okazuje się, że już czeka pociąg do Szczecina. Czym prędzej więc kupujemy sobie bilety, i zajmujemy miejsca w wagonach o wysokim standardzie jak na możliwości PKP. Wagon nowy lub odnowiony, czysto, pełen luksus. Wyglądał lepiej niż wagony w TLK jak ostatnio jechałem na wczasy. Rozkładamy się wygodnie, otwieramy sobie przeniesione piwo i teraz czeka nas spokojna podroż do domciu :-) Za Tarnowem zapraszamy do przedziału ładną blondynkę, która chyba bała się wejść do naszego przedziału, a prawie wszystkie były juz pełne. Po moich namowach jednak się zdecydowała i do Krakowa spędziliśmy czas w miłym towarzystwie. W Krakowie pożegnaliśmy się z naszą współpasażerką oraz z Michałem. Do Katowic dotarliśmy krótko po południu, tak że na obiad byłem już w domu.
Z tego miejsca chciałbym tez podziękować mojej małżonce, że puściła mnie na taką wyprawę, oraz moim towarzyszom, którzy wykazali się cierpliwością .dzielnie znosząc moje marudzenie i czasami nerwy.