Dojeżdżamy do Sanoka planowo, czyli ok 14.30. PKS do Stuposian mamy o 15.10 mamy zatem czas aby dokonać ostatnich zakupów, a ściślej chodzi o napoje wyskokowe, jako że pogoda iście barowa, a przez najbliższe dwa - trzy dni nie będziemy widzieć sklepu. Udaję się zatem do najbliższego znanego mi miejsca w którym można takich zakupów dokonać (czyli na prawo od dworca PKS). Wchodzimy do sklepu, a tu rozczarowanie - na półkach bieleją jedynie nieliczne butelczyny z czystą, a Nam potrzebny był jakiś "Krupnik" lub "Żołądkowa". Okazuje się, że sklep likwiduje dział monopolowy :-( Idziemy dalej, ale atmosfera robi się z lekka napięta jak baranie jaja, bo zbliża się czas odjazdu autobusu, a my jeszcze nie mamy jakże upragnionego płynu. Z pomocą przychodzi sieć sklepów "abc", który znajduje się ok 100 m dalej. Tam zakupujemy po butelczynie "Żołądkowej" na głowę oraz stosowną do potrzeb ilość piwa. Wszak piwo lubi niemal każdy, a sklepu nie będziemy mieć innego po drodze. Wypychamy więc plecaki zakupionym towarem (nie zapomnieliśmy tez o pieczywie) i czym prędzej spieszymy na dworzec, co by zająć dogodne pozycje do szturmu na PKS. Na przystanku głównie młodzież wracająca z internatów do domu i kilka osób starszych. Siły rozmieszczamy strategicznie - ja atakuje przód, a Grzesiek atakuje tył. Podjeżdża autobus, na przystanku daje się wyczuć napięcie. W końcu jest... Otwierają się drzwi i tłum rusza. Niestety pomimo próśb, gróźb i lamentów tylne drzwi nie zostają otwarte :-( Grzesiek został gdzieś za moimi plecami, ale ważne że ja jestem blisko, więc szanse na miejsce siedzące wzrastają. Jest git - siedzimy :-) Plecaki mocujemy do barierek w okolicy tylnych drzwi i postanawiamy trochę się zdrzemnąć. Niestety emocje związane z przyjazdem w Bieszczad nie pozwalają zmrużyć oka, zwłaszcza, że usilnie wypatrujemy przez okna tej wspaniałej złotej jesieni. Niestety nie jest tak jak liczyliśmy ze będzie, ale pierwsze oznaki już widać, więc jesteśmy dobrej myśli. Za oknem siąpi deszcz - nie napawa nas to optymizmem :-( Ale nie załamujemy się - zawsze jak jesteśmy razem w Bieszczadzie pogoda dopisuje, więc tym razem nie może być inaczej. Podróż autobusem przebiegała leniwie do Ustrzyk Dolnych. Tam w kolejce wsiadających wypatrzyłem naszą znajomą z "Kremenarosa" - Sylwię (pozdrawiam Cię przy okazji :-). Poznaje nas i tym sposobem w miłym towarzystwie spędzamy resztę podróży. Sylwia wysiada w Czarnej, ale to rzut beretem od Stuposian, gdzie znajduje się kres naszej podróży.
W Stuposianach jesteśmy ok 17.25. Wysiada tu sporo ludzi jak na tak małą miejscowość, ale nic w tym dziwnego - stamtąd część jedzie w stronę Mucznego, gdzie mniej więcej i my się kierujemy. Po chwili na przystanku zostajemy tylko my i ładna, młoda dziewczyna. Wymieniamy kilka zdań, ale po chwili przyjeżdża grupa młodych ludzi i "zabierają nam" młódkę. My tymczasem kończymy dopakowywanie plecaków i ruszamy kierując się na Muczne. Idzie się stosunkowo łatwo, choć deszcz nie pomaga :-( Jednak gdy szedłem tędy latem, szło mi się dużo gorzej. Szybko docieramy do punktu widokowego, ale jak nietrudno się domyślić - nic nie widać. Chmury stoją nisko i pojawia się mgła. Idziemy dalej, bo ściemnia się, a jeszcze przed nami spory dystans do przejścia. Mija nas co chwilę jakiś samochód. Zdziwiło mnie to trochę, ponieważ nie spodziewałem się o tej porze roku takiego ruchu na tej drodze. W przeważającej większości są to Fordy "Focus" na warszawskich numerach, więc wnioskuję, że jakiś kongres się odbywa w Mucznem. Nie próbujemy ich nawet zatrzymywać, bo doświadczenie mnie nauczyło że szkoda ręki na machanie takim samochodom, zwłaszcza jak mają rejestrację WI. Sad but true :-( Po ok. godzinie marszu wyjmujemy "czołówki" i próbujemy rozświetlić gęstniejącą mgłę. Po pewnym czasie skręcamy w stosownym miejscu, aby dostać się na ścieżkę prowadzącą do naszej bazy noclegowej. Ścieżka wygląda lepiej niż się spodziewałem, ale nie obeszło się bez pomocy stuptutów, bo inaczej ubłoceni bylibyśmy po kolana. Cały czas siąpi deszcz i w dodatku mgła nie poprawia nam nastrojów. Po drodze wysyłam smsy do znajomych, z którymi mieliśmy się spotkać i nie tylko do nich. Światło czołówek wyławia z mroku głębokie kałuże czy tez miejsca potencjalnie grożące zapadnięciem w błoto po kolana. Niestety nie da się takich miejsc wyeliminować i kilkakrotnie zapadamy się głębiej. Gdyby nie stuptuty - mielibyśmy buty pełne błota i wody. Jako, że odwiedzam tę chatkę pierwszy raz, często korzystam z mapy, ale bardziej by potwierdzić moje przypuszczenia co do przebiegu ścieżki niż po to aby się nie zgubić.
Docieramy wreszcie do charakterystycznego miejsca w którym, należało zwiększyć czujność i rozglądać się za chatką. Niestety mgła nie pozwala rozświetlić mrok dalej niż na kilkanaście metrów. Po chwili postanawiam skontaktować się ze znajomym z pewnego forum - "Jabolem" aby ewentualnie uzyskać pomoc w znalezieniu chatki. Niestety mój telefon szybko gubi zasięg i rozmowa zostaje przerwana. Próbuję z telefonu Grześka. Rozmowa trwa tylko chwilkę dłużej. Cóż - poradzimy sobie własnymi siłami. W końcu obszar który mieliśmy do przeczesania nie był jakiś strasznie wielki i do rana znaleźlibyśmy chatkę, ale w pewnej chwili rozdzwonił się Grześka telefon. To "Jabol" z odsieczą w postaci "Anyczki" ( znajomej z forum skąd i "Jabola" znam). Wspólnie próbują nam pomóc, lecz jakość połączenia pozostawia wiele do życzenia, ale w końcu jakoś tam się dogadaliśmy się, i już wiemy gdzie mamy się kierować. Idziemy twardo dalej i w pewnym momencie z mroków i mgły wyłania się jakieś blade światełko, które wzmaga się w miarę jak się doń zbliżamy. To jakaś bacówka. Zbliżamy się na tyle, że widzimy już dokładnie zabudowania oraz przez okno postaci przy stole. Przy chatce stoi jakiś Jeep. Coś mi tu nie gra. Chatka jak na standardy Bieszczadzkie wygląda nad wyraz dobrze, wokół czysto, w środku kominek, ładna werandka, miejsce na grilla, drewno do kominka starannie poukładane. W pamięci miałem jak mnie informowano przed wyjazdem, że w niedalekiej okolicy znajdują się dwie chatki. Jedna to ta, w której mamy spać, a druga jest prywatna. Po zapukaniu i otwarciu drzwi nie miałem złudzeń, że trafiliśmy do tej prywatnej chatki. Wnętrze choć stosunkowo surowo, to jednak gustownie i funkcjonalnie urządzone. Przy stole 4 osoby (dwoje dorosłych, choć różniących się wiekiem mężczyzn i dwoje dzieci). Zapytałem czy to tu jest ta bacówka. Otrzymałem odpowiedź, która nie była dla mnie zaskoczeniem, że nie, i że ta, do której zmierzamy znajduje się niedaleko. Przy okazji starszy z mężczyzn zapytał się co mamy zamiar jutro robić, ponieważ jest leśniczym i jutro mają w okolicy polowanie, więc wolałby wiedzieć, czy nie będziemy się wałęsać po okolicy. Odparłem że mamy następnego dnia "dzień gospodarczy" i raczej nigdzie dalej niż okolice chatki nie zamierzamy chodzić Podziękowałem za wskazanie kierunku i pożegnałem się. Do właściwej chatki dotarliśmy szybko i bez przeszkód, choć pomógł nam w tym jakiś dziki zwierz (przypuszczamy że to prawdopodobnie coś z psowatych lub kotowatych bo jak na jelenia czy innego wiekszego zwierza oczy miał rozmieszczone zbyt blisko sienie), którego blask oczu ukazał nam się podczas przeczesywania terenu światłem naszych czołówek. Jak się okazało tuz po tym jak zobaczyliśmy w ciemności te oczka - zajaśniał nam komin chatki. Choć różniła się wystrojem znacznie, od tej do której dotarlismy wcześniej, to jak na tzw."standardy bieszczadzkie" prezentowała się bardzo dobrze. Było czysto, drewno i woda, co nie było dla nas bez znaczenia, ponieważ po ciemku, w nieznanym terenie nie chciałoby nam się szukać punktu czerpania wody. Szybko zajęliśmy się rozpaleniem ognia w piecu. Trochę podymił, ale jak się rozgrzał, to przestał i już zrobiło się miło i cieplutko. Rozpakowaliśmy nasze bagaże i dobraliśmy się do zawartości jednej z zakupionych butelek, oraz kilku puszek browarka. Dorzuciliśmy jeszcze nieco drewna "na noc" i ululaliśmy się jak dzieci.
P.S.
Celowo nie podaję dokładniejszej lokalizacji chatki (zarówno tej o której pisałem powyżej, jak i innych), aby te magiczne miejsca pozostały takimi jakimi są. Osoby zorientowane i tak znają doskonale te miejsca, a Ci, którzy ich nie znają mogą się nie trudzić i nie pisać do mnie, ponieważ i tak nie zdradzę ich lokalizacji. To dzięki temu, że wiedza o tych miejscach jest ograniczona mają one taki niepowtarzalny klimat.
P.S. 2
Przepraszam za brak zdjęć z tego dnia, ale zrobiłem ich dosłownie kilka, ale ze względu na kiepskie światło wyszły kiepsko i nie nadają się do publikacji.
1.10.2005
Budzimy się dość wcześnie, bo ok 4.00. Od razu biorę się za rozpalenie ognia, który siłą rzeczy zgasł z braku drewna. Spożywamy śniadanko (bodaj grześkową kiełbasę i jakieś tam gorące kubki tudzież zupy chińskie. Po posiłku zabieramy się do tzw."obchodu logistycznego" terenu. Robimy tez pamiątkową fotkę przy chacie, oraz samej chatki z boku. Doszukujemy się WC oraz wodopoju, a także widzimy że drewna na opał nam nie zabraknie, ponieważ nieopodal prowadzony był wyręb i leży sporo okrąglaków. Wybieramy te cieńsze, ponieważ i tak te grubsze nie weszłyby do pieca, a nie doszukaliśmy się siekiery :-(
Wprawdzie radziliśmy sobie jakoś saperką przyniesioną przeze mnie, ale to nie to samo co siekiera. Gdy już naznosiliśmy pokaźną ilość drewna, nanieśliśmy wody, wzięliśmy się za porządki w chacie, a ściślej za mycie naczyń, połamanie gałęzi na ogień i takie tam. Postanawiam zajrzeć, co znajduje się na stryszku. Wśród różnych śmieci znajduję tam pośród worków po jakiś nawozach siekierę i kosę. Radości nie ma końca :-) Ochoczo zabieramy się do rąbania drew. Teraz robota pali nam się w rękach. Wypijamy po piwku i bierzemy się dalej za robotę. Po jakimś czasie słyszę warkot silnika samochodu. Po chwili zza horyzontu wyłania się Jeep, którego wczoraj widzieliśmy przy tej prywatnej bacówce. "Leśniczy" przyjechał wraz z towarzyszami (dlatego w cudzysłowiu, ponieważ nie mam pojęcia czy to był leśniczy, zwłaszcza że to On kierował samochodem, a auto było nie na miejscowych rejestracjach. Coś chyba GA było czy jakoś tak. W każdym bądź razie rejestracja zaczynała się na "G"). Podyskutowaliśmy trochę, powiedzieli, że polują na jelenia, ale z polowania nici, lecz za to widzieli w pobliżu niedźwiedzia, i ostrzegali nas przed nim. Jako, że miło się dyskutowało, zaprosiliśmy Ich na kielicha czegoś mocniejszego. Przyjęli nasze zaproszenie, a i sami nie byli z pustymi rękoma. Tym sposobem na naszym stole oprócz naszej "Żołądkowej" zagościł równie zacny trunek, szczególnie lubiany przez myśliwych, czyli "Jagermeister" (na marginesie dodam że lubię go bardzo :-). I tak sobie siedzieliśmy sącząc naprzemian to nasz trunek, to trunek naszych gości. Leśniczy wypił tylko jednego, aby spełnić się towarzysko, ale więcej nie chciał, bo prowadził samochód, więc we trójkę opróżniliśmy naszą butelczynę, oraz to co przynieśli nasi goście umilając sobie czas pogawędkami na tematy aktualnych map, skąd przyjechaliśmy itp. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i nasi goście musieli nas opuścić, zostawiając jeszcze trochę trunku, który przynieśli, my z Grześkiem zaś wzięliśmy się za przygotowywanie jakiegoś posiłku. Postanowiliśmy wykorzystać to co znaleźliśmy w bacówce, i tak na naszym stole zagościło spaghetti z sosem bolońskim z wkładką z kiełbasy Grześka. Bardziej to przypomina tzw."pulpę" ale smakowało zacnie.
Po posiłku zajęliśmy się pozostałą częścią alkoholu, który pozostał (to chyba nie wymaga dalszego opisu) oraz koszeniem pokrzyw, które rosły wokół chatki, a także wszelakimi wygłupami. Zrobiłem tez parę fotek okolicy. Oto jedna z nich, przedstawia dolinę Sanu. I tak na zbytkach, przeplatanych pożyteczną robotą i wygłupami minął nam pochmurny, a w zasadzie mglisty dzień. Nawet się nie obejrzeliśmy jak nastał wieczór i czas było zjeść kolację. Oczywiście poczerwieniałe twarze to efekt użycia lampy błyskowej ;-)
2.10.2005
Tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, bo coś ok. godz. 4.30. Oczywiście przeszkadzało nam "suche powietrze", bo chyba za bardzo napaliliśmy w piecu, i chciało nam się bardzo pić ;-) Po zaspokojeniu pragnienia, jęliśmy się do codziennych obowiązków. Trzeba było napalić w piecu, aby zrobić sobie herbatki, jakiś gorący kubek itp. Ja wyszedłem sobie na zewnątrz podziwiać pięknie rozgwieżdżone niebo i wykonałem kilka fotek. Niestety nie zamieszczę ich tutaj, ponieważ po zmniejszeniu do akceptowalnego rozmiaru są zupełnie czarne :-( Musicie mi zatem uwierzyć na słowo, że niebo było piękne. Jakoś dotrwaliśmy do świtu. Mnie się spać nie chciało, ale Grzesiek położył się ponownie. Ja postanowiłem udać się na poranny spacer z nadzieją, że uda mi się sfotografować ryczącego gdzieś w oddali jelenia. Zmokłem od rosy strasznie, ale żadnego zwierza nie udało mi się sfotografować. Za to był ładny wschód słońca, co postanowiłem uwiecznić na tej fotografii, na tej również, a także na tym zdjęciu. Wracając do bacówki przytachałem ze sobą trochę drewna i postanowiłem posprzątać po śniadaniu, a po wykonaniu tych czynności czas był obudzić Grześka. Gdy wreszcie zwlókł się z łoża siedząc na zewnątrz i wygrzewając się w promieniach porannego słońca, ustaliliśmy że czas opuścić to miejsce, choć planowo mieliśmy wyjść dopiero nazajutrz. Uznaliśmy jednak, że trzeba by oprócz siedzenia w chatce coś tez zobaczyć, a jako, że nie chcieliśmy zostawiać naszych rzeczy w tej chatce, a ponadto musielibyśmy tam wrócić na nocleg, uznaliśmy że skorzystamy z dobrej pogody i połączymy przyjemne z pożytecznym i udamy się do naszego następnego punktu noclegowego, czyli następnej chatki. Ażeby trasa nie była nudna postanowiliśmy zwiedzić torfowiska znajdujące się na wschodnich rubieżach Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ustalamy, że zbieramy się za półtorej godziny. Tyle czasu potrzebowaliśmy na spakowanie się, uprzątnięcie chatki i zaimpregnowania obuwia. Czas mija szybko, ale my uwinęliśmy się jeszcze szybciej, i już po godzinie jesteśmy gotowi do wymarszu. Jeszcze tylko wykonujemy pamiątkową fotografię i idziemy. Idziemy inną drogą niż przyszliśmy, i jak się okazuje był to dobry wybór, bo dzięki temu zaoszczędziliśmy kilka minut, i kilkaset metrów marszu. Na drodze błoto dość spore. Ja odruchowo patrzę pod nogi w poszukiwaniu tropów i pośród innych tropów dostrzegam ślady niedźwiedzia, dość świeże zresztą. Idziemy dalej, a tropy misia cały czas prowadzą ścieżką. Jedne widoczne lepiej, inne gorzej, ale towarzyszyły nam one na dość długim odcinku. Potem jeszcze dwukrotnie znajdowaliśmy po kilka tropów. Dochodzimy wreszcie do drogi utwardzonej i tam skręcamy w kierunku Dźwiniacza. Po drodze mijamy skład drewna w którego pobliżu stoi dość okazały paśnik dla zwierzyny, przy którym odpoczywamy chwilkę. W dalszą podróż udajemy się drogą wyłożona po obu stronach drewnem przygotowanym do wypału, a po chwili docieramy do samego wypału. Tutaj widać, że już dawno nikogo nie było, choć widać świeże ślady kół samochodowych, jednak prowadzą one tylko do jakby magazynu. Zaglądamy przez szparę - wewnątrz sporo worków z węglem drzewnym - jedne pełne inne puste. Nieopodal jednej z retort stoi drewniana chatka, w całkiem niezłym stanie, choć wewnątrz bałagan, to gdyby to uprzątnąć można by się nawet niezgorzej przespać, na znajdującym się wewnątrz tapczanie. Zimą może być chłodno ze względu na brak pieca, ale latem - całkiem niezłe schronienie.
Idziemy dalej. Tuż za wzniesieniem na które musieliśmy wejść odnajdujemy kolejny paśnik a naprzeciw niego w lesie po prawej dumnie wznosi się pokaźnaambona myśliwska, w której robię sobie zdjęcie, zresztą Grzesiek też. Ambona jest naprawdę wysoka i wewnątrz ocieplona jakąś watoliną częściowo zjedzoną przez mole, dość wygodna, i ma zamykane okienka i drzwi. Od biedy mogłaby stanowić niezłe schronienie dla jednej osoby, choć na siedząco, to nawet dwie osoby z plecakami by weszły. Po zejściu z ambony udajemy się w dalsza drogę, by po chwili skręcić w kierunku nieistniejącej już dziś wsi Łokieć (Wieś lokowano na prawie wołoskim w dobrach Kmitów ok 1580r. W XVII i XVIII w należała do Wisłockich, którzy ufundowali tu w 1737 r cerkiew parafialną. W 1921 r Łokieć liczył 68 domów i 392 mieszkańców (365 grekokatolików, 22 wyznania rzymskokatolickiego i 5 wyznania mojżeszowego. Po 1945 r wieś została przecięta przez granicę państwową. Ludność z tego miejsca została wysiedlona a zabudowania zniszczone, ze względu na oczyszczanie pasa granicznego) Po przejściu małej przecinki leśnej po płytach betonowych oczom naszym ukazuje się taki oto widok. Jesteśmy urzeczeni jego pięknem. Wieś była na pewno pięknie ulokowana i szkoda, że takie miejsca przestają istnieć :-( Jest ładna pogoda, ciepło, cisza i spokój no i jesteśmy w Bieszczadach. Czego chcieć więcej ? Ta trasa na pewno zapadnie w mojej pamięci. Jeśli ktoś nie był to polecam, bo jest naprawdę rewelacyjna jeśli chodzi o widoki i spokój jaki emanuje z tego miejsca.
Chwilę napawamy się tym widokiem, wykonujemy kilka pamiątkowych fotografii i ruszamy dalej po betonowych płytach. Idzie się lekko, łatwo i przyjemnie. Nie ma dużych przewyższeń. Co rusz zza drzew wyzierają zakola Sanu i słupki graniczne. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do Torfowiska "Łokieć" (zżółkła roślinność w centrum kadru). Nieopodal odpoczywamy chwilkę, co owocuje zbiorową fotografią. Po odpoczynku idziemy dalej w kierunku cmentarza w Dżwiniaczu. Docieramy tam dość szybko. Wykonaliśmy kilka fotografii samego cmentarza oraz niektórych nagrobków, to następny i kolejny. Bardzo urokliwy to cmentarz. Kto nie był polecam szczerze. Po wizycie na cmentarzu ruszamy w dalszą drogę. Nieopodal cmentarza nadarza się okazja wykonania zdjęcia przy słupku granicznym. Po zdjęciu idziemy dalej. Co jakiś czas natykamy się na przydrożny krzyż. To jeden z nich, to drugi, a to trzeci (w kolejności mijania od strony cmentarza) . Docieramy wreszcie do miejsca, w którym San płynie tuż obok drogi. Znajdują się tutaj ławeczki, można sobie odpocząć, coś zjeść. No ale nas czas goni, bo chcemy zdążyć do Tarnawy, aby dokonać zakupów w bufecie i może zjeść coś na ciepło. Podczas marszu na tym odcinku spotykamy uroczego padalca, którego o mało nie rozdeptałem. W pierwszej chwili myśleliśmy ze jest nieżywy, ale gdy schyliłem się aby zrobić dokładniejsze zdjęcie poruszył się i oddalił w trawę przy drodze. Niewąsko już schodzeni ruszamy do Tarnawy. Już widać ruinę nigdy nie dokończonego hotelu na wzgórzu nad Tarnawą. Po kilkunastu minutach marszu i przeprawie przez mostek nad potokiem, docieramy do Tarnawy. Od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu (w maju b.r.) trochę się zmieniło. Niektóre z zabudowań dawnego "Igloopolu" ulega rozbiórce ale główna brama wjazdowa jak dawniej prezentuje się nienajgorzej, ale już raczej nie pełni swej funkcji. Przyznam że w tym miejscu bardzo łatwo przychodzi mi powrót w czasy PRL-u, no ale chyba nie ma się czemu dziwić. Docieramy wreszcie do bufetu. Przy jednym ze stolików siedzą funkcjonariusze Straży Granicznej. Witamy się z nimi i wchodzimy do bufetu dokonać zakupów. Wprawdzie asortyment jest ograniczony do słodyczy, piwa, jakiś napojów i niewielkiej ilości nabiału i wędlin nie narzekamy, zwłaszcza, że jesteśmy już nieźle spragnieni. Na pierwszy ogień idzie piwo i zapowiadamy że za chwilkę wrócimy po większe zakupy, jak tylko ugasimy pragnienie. Przy piwku narada co kupujemy. Stanęło na tym, że dokonujemy zakupu piwa (3 PLN za puszkę Tyskiego) na wieczór, kupujemy po konserwie "mięsnej" (ok 4,5 PLN za puszkę, pomimo że nie była tania, to mięsna ona była tylko z nazwy, ale do "pulpy" taka nam wystarczy), uzupełniam tez zapasy "Gorących Kubków". Przy okazji ja zostaję ukąsany dość boleśnie przez jakiegoś owada, ale kończy się tylko na "pieczeniu". Postanawiamy też zjeść coś na ciepło w pobliskiej restauracji. Po konsultacji z szefową wybór pada na schabowy z frytkami i surówką (18 PLN, ale warto. Schabowy słusznych rozmiarów, frytki tez nie oszukane no i bardzo dobra, świeża surówka) W trakcie oczekiwania na posiłek ustalamy z Grześkiem, że nie idziemy dalej, i nocujemy w Tarnawie. Ja przy okazji przyglądam się dzieciom bawiącym się przed lokalem, i zastanawiam się jakież to te dzieci mają szczęśliwe dzieciństwo. Pozornie wyglądają że ich rodzicom się nie przelewa, ale wydaje mi się, że są bardziej szczęśliwe niż ich rówieśnicy w mieście. Bawią się beztrosko, bez zwracania uwagi na to, że nie mają najnowszych ciuchów, najmodniejszych lalek i super wypasionych rowerów. Co prawda dzieci dzierżawców lokalu wyglądają na lepiej ubrane i mają lepsze rowerki, ale nie widać, aby przez to uważały się za lepsze. Bawią się tak samo jak te uboższe dzieci. To jest piękne. Zazdroszczę tym dzieciom że mogą mieć tak piękne dzieciństwo, bez podziału na dzieci lepsze i gorsze. Chciałbym aby moja 9 letnia córka też miała takie dzieciństwo. Nie dane jej jednak było takiego zaznać. W mieście jest to nie możliwe, i nad tym ubolewam :-( Rozważania przerwała mi szefowa, która przyniosła nasz posiłek. Prezentował się i smakował rewelacyjnie. Naprawdę polecam. Przy okazji zagadnęliśmy o nocleg. Wprawdzie na warunki jakie oferuje tenobiekt, cena 26 PLN za pokój 2 os. bez pościeli to stosunkowo drogo, no ale wyboru za wielkiego nie mieliśmy. Na plus mogę zaliczyć - ciepła woda bez problemu, centralne ogrzewanie włączono, dzięki temu pranie, które sobie zrobiliśmy wyschło do rana pięknie. Kończymy jeść, płacimy za posiłek i za nocleg. Wprawdzie pani był zdziwiona że płacimy z góry za nocleg (pisze to w kontekście jednego z postów na forum bieszczadzkim) ale wyjaśniłem że wychodzimy wcześnie rano i nie chcemy budzić nikogo. Pani skasowała nas i zaprowadziła do pokoju. Okazało się, że niektóre pokoje jeszcze są sprzątane. W pewnym momencie zauważyłem, że dziewczyną, która pomaga kobiecie sprzątającej jest spotkana w Stuposianach na przystanku współpasażerka PKSu, którym jechaliśmy. Przywitałem się ładnie ;-) Zaczęliśmy się rozpakowywać i przygotowywać do snu. W międzyczasie dokończono sprzątanie, a my poszliśmy się wykapać. Tutaj oszczędzę czytelnikowi szczegółów. Ciepły prysznic to było to czego potrzebowałem :-) Po kąpieli udaliśmy się na zasłużony dziś odpoczynek.
3.10.2005
Zegarki mieliśmy nastawione na 5.00, ale sami budzimy się wcześniej. Gdzieś ok. 4.40. Dziś też mamy do pokonania niemały odcinek, a najgorsze to, że głównie po asfalcie lub tym co po nim zostało. Bez zbędnych ceregieli pakujemy się i już po pół godziny jesteśmy gotowi do wymarszu, ale Grzesiek chciał przed wyjściem coś jeszcze zjeść. Jem więc "na zapas", choć specjalnie głodny nie jestem. Opuszczamy obiekt ok. godz. 5.30 i kierujemy się w stronę Bukowca. Tarnawa jeszcze pogrążona we śnie, choć dało się słyszeć jakiegoś ujadającego psa. Mgła ściele się jeszcze dość nisko. Powoli zostawiamy zabudowania Igloopolu za sobą. Dochodzimy do zakrętu. Przed nim stoi znak "Niebezpieczny zakręt w prawo" i poniżej napis "Uwaga niebezpieczny zakręt", z której ktoś pozrywał cześć liter, i ułożył się całkiem zabawny napis "...aga ...bezpieczny ...kret". Spodobała mi się ta kombinacja :-) Idziemy dalej. Po drodze wykonujemy kilka fotografii. W sumie żadne tam zachwycające widoki, bo mgła snuje się dość gęsto, ale do upamiętnienia chwili wystarczy. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do torfowiska "Tarnawa". Przejeżdżając tędy w maju widziałem pomosty z desek wykonane nakładami Bieszczadzkiego Parku Narodowego, dlatego teraz postanawiamy się po nich przejść. Żałuję, że nie znam się na roślinności torfowisk, bo mógłbym coś więcej napisać na ten temat, a tak to poza tym, że widziałem ze 2 gatunki mchu - Torfowca i Płonnika (tak mi się wydaje), oraz liczne wydeptane przez zbieraczy runa ścieżki i tu i ówdzie papierki po słodyczach oraz butelki PET; nie dostrzegłem w tym torfowisku jakiegoś szczególnego uroku. No może trawy o tej porze roku i dnia prezentowały się nieźle. Może i dowiedzielibyśmy się więcej, gdyby wyznaczono tu jakąś ścieżkę dydaktyczną, z oznaczeniem roślinności występującej na tym torfowisku itp. Niestety o nic takiego nie zadbano, a szkoda :-( Podobnie sytuacja wyglądała na Torfowisku "Litmirz" Przeszliśmy się zatem po drewnianych pomostach, nie dowiedziawszy się niczego :-(
Docieramy do miejsca gdzie droga rozwidla się na Sokoliki Górskie i Bukowiec. Idziemy w prawo w kierunku Bukowca. Tuż za rozwidleniem stan nawierzchni pogarsza się znacznie. Tak będzie już do samego Bukowca. Idziemy sobie spokojnie, nie spiesząc się, jest rześko, gdzieniegdzie jeszcze miedzy drzewami majaczą resztki mgły. Dobrze że weszliśmy już miedzy drzewa. Dzięki temu jesienne słońce, nie dogrzewało nas. Kilka zakrętów i wzniesień dalej, po prawej stronie mijamy zabudowania leśników. Wprawdzie w zabudowaniach jest cisza i spokój jednak dym z komina oraz ujadanie psów skutecznie odstraszyły nas od eksploracji tego miejsca. Zresztą Grzesiek zaczął nalegać na chwile odpoczynku (a w zasadzie chodziło mu o przerwę na papierosa), ale powiedziałem, że już niedaleko do Bukowca i nie ma sensu stawać. Wreszcie dochodzimy do miejsca, w którym jest zakręt na cerkwisko i cmentarz z I WŚ. Jako, że będziemy tędy wracać postanawiamy plecaki zostawić w pobliskich krzakach. Jeszcze Grzesiek sobie tylko zajarał szluga i idziemy. Przy samej przeprawie przez potok zreflektowałem się, że przecież będziemy tą drogą szli jeszcze dziś w kierunku Tarnawy, i "pluję sobie w brodę", że wcześniej tego nie wziąłem pod uwagę :-/ Przez to straciliśmy ok godzinę. No nic - skoro jednak już tu jesteśmy to przeprawiamy się na drugą stronę potoku Halicz. Przy okazji nadmienię, że przydałaby się jakaś tablica informacyjna, lub choćby strzałka informująca gdzie skręcić w stronę potoku. Wiem że dla osób, które umieją posługiwać się mapą zlokalizowanie takiego miejsca to "bułka z masłem", ale przecież nie tylko tacy wędrują po Bieszczadach. Schodzimy z drogi na lewo i rozpoczynamy przeprawę. Przeprawa to za duże słowo, jednak nastręczyła nam nieco kłopotów. Grzesiek wypatrzył jakąś dobrą drogę, a ja uparłem się, że przeprawię się w tym właśnie miejscu. Udało się bez zamoczenia butów. Idziemy ledwie widoczną ścieżynką, mijając kilka nagrobków z zatartymi już napisami na cokołach. W cieniu pięknych lip, kryje się cerkwisko. Bardzo wyraźnie widać zarys kamiennej podmurówki. Robię kilka zdjęć, i aparat domaga się wymiany akumulatora. Czynię to szybko, ażeby skorzystać z dobrego światła i wykonać jeszcze kilka zdjęć. Ścieżka prowadzi dalej ku cmentarzowi, jednak z niewyjaśnionych do dziś powodów nie idziemy tam. Sam się zastanawiam dlaczego. Po części może dlatego, że te nagrobki, które widzieliśmy zdawały nam się cmentarzem, o który nam chodziło, a po części może z niepokoju o bagaże zostawione w krzakach. Wprawdzie ruch jeszcze o tej porze niewielki, ale zawsze może się trafić jakiś grzybiarz, czy leśnik. Wracamy więc do naszych betów. Wszystko jest na swoim miejscu, ale ślimaki zdążyły się już doskonale zadomowić na naszych plecakach i tym co było do nich przytroczone. Usuwamy więc pasażerów na gapę, który "przyozdobili" nam plecaki w piękne szlaczki i zarzucamy garby na plecy. Grzesiek jeszcze korzysta z okazji na papierosa i idziemy dalej. Parking w Bukowcu już widać. Na chwilę przystajemy przy tablicy informacyjnej, zapoznając się z jej zawartością, ja wykonuję foto "kotła" do produkcji/transportu potażu, i idziemy dalej w kierunku Beniowej. Na posiłek przystajemy przy pierwszym krzyżu. Przy okazji raczymy się jednym z dwóch piwek, które nam zostały z dnia wczorajszego. Drugie zostawiamy na moment, w którym dotrzemy do kolejnej chatki na nocleg. W międzyczasie ja przebieram spodnie na krótkie spodenki i zdejmuję polar, bo słoneczko mimo jesiennej pory przygrzewa już mocno. W trakcie naszego posiłku widzimy jak na parking podjeżdża bus z Uniwersytetu Lwowskiego, który stał rano przy hotelu w Tarnawie i wysiadają. z niego ludzie w różnym wieku. Po chwili mijają nas. Słychać wśród nich język angielski, rosyjski (może ukraiński) i polski. Jedni nas pozdrawiają, inni nie. Kończymy się pakować i ruszamy w tę samą stronę co Oni. Po chwili ich doganiamy, a jedna z kobiet pyta nas czy śpimy w lesie, na co odpowiadamy, że prawie, następnie pada odwieczne chyba pytanie w Bieszczadach "a czy nie boimy się wilków", na co udzielam standardowej już chyba odpowiedzi, że to ludzi się trzeba bać, a nie wilków. Cóż niepojęty jest dla mnie lęk niektórych ludzi przed dzika przyrodą, a zwłaszcza syndrom "złego wilka" Jakoś nie słyszałem, żeby wilk czy wilki zaatakowały człowieka, a zwłaszcza dwóch ludzi z widoczną nadwagą ;-) No nic - tempo jakie prezentowali nasi adwersarze nie przystawało do naszego, więc bardzo szybko zostawiliśmy ich z tyłu, i po wyjściu z lasu, już w samotności i ciszy delektowaliśmy się widokami jakie rozpościerają się z Beniowej. A ten kto był w Beniowej potwierdzi, że nie są to tylko puste słowa. Po jednej stronie widać nieliczne zabudowania na Ukrainie, a także linię kolejową na Przełęcz Użocką przez Sianki oraz systemy umocnień (pozostałość po "zimnej wojnie"), a po drugiej stronie widoczne są , pięknie oświetlone przez słońce połoniny, Halicz, Kinczyk Bukowski etc. Po kilkunastu minutach spacerku docieramy wreszcie do momentu, gdzie musimy skręcić aby dojść do bacówki, która miała być naszym schronieniem na minioną noc. Docieramy tam, i pomimo twierdzenia Jabola, że ta bacówka nie jest warta uwagi, uważam, że nie jest taka najgorsza. Wprawdzie warunki są chyba najbardziej spartańskie z tych jakie spotkałem w bieszczadzkich chatkach, ale samo położeniebacówki dodaje jej dużooo uroku. Wewnątrz zastajemy jedno legowisko na dechach, a drugie po drugiej stronie paleniska na drewnianej podłodze w postaci niewielkiej stertki siana. Można by jeszcze przespać się "za przepierzeniem", gdzie było dużo więcej siana. Bacówka ta, jest na wzór kurnej chaty, z paleniskiem w otworze podłogowym, a rolę komina spełnia otwór w dachu. Wewnątrz zastaliśmy tez 3 lub 4 ławki zbite z grubych bali i okrąglaków. Ławki wyglądały na niemal nowe, i nie wiem czy nie zostały przygotowane przez "parkowych" do umieszczenia przy cmentarzu w Beniowej. Tak czy inaczej - po zestawieniu ich razem, mogłyby stanowić całkiem wygodne łoże. Wyposażenie chaty składało się z jednego garnka, czajnika na pałąku nad paleniskiem, oraz drewnianej, wystruganej przez kogoś łyżki (nieopodal chaty znalazłem tez metalowa łyżeczkę, która od tej chwili znalazła się na wyposażeniu chaty ;-) Obok chaty znajduje się pokaźny stos drewna na opał. Niestety brak siekiery skutecznie ogranicza możliwość skorzystania z niego. Wykonujemy jeszcze pamiątkową fotkę przy chacie i ruszamy dalej w kierunku ścieżki na cmentarz. Po kilku minutach i wykonaniu zdjęcia pamiątkowej, starej lipie, osiągamy cel. Przy cmentarzu stoją motocykle Straży Granicznej. Długo się nie zastanawiając wsiadamy na maszyny i odpalamy. Wprawdzie miałem trochę problemów z odpaleniem swojego motoru, ale po kilku próbach się udało. Jadąc w kierunku Negrylowa widzimy jak z terenu cmentarza wybiega dwóch funkcjonariuszy SG, i coś krzyczą do nas. O co Im może chodzić ? Chwilę potem padają strzały, ale jesteśmy już na tyle daleko, że nie obawiamy się o trafienie, zwłaszcza że teren jest wyboisty. Oczywiście powyższy opis przywłaszczenia i heroicznej ucieczki jest wytworem mojej chorej wyobraźni, i ma na celu jedynie pobudzenie czytelnika, gdyby z nudów przysnęło mu się nad lektura tych wypocin ;-) Na czym to ja skończyłem ?...
Dochodzimy do cmentarza, przy którym stoją motory. Na ławeczkach w pobliżu zostawiamy plecaki, i "na luzie" idziemy zwiedzić cmentarz. Pierwsze kroki kierujemy do "ołtarza", na którym znajduję kartkę, z informacją, że ktoś zostawia tu jakąś kiełbasę w ofierze dla jakiegoś Świętego. Nie pamiętam już dokładnie treści, ale wzmiankowano tam coś o tym, że jest to podziękowanie, za spełnienie jakiejś prośby, oraz jeśli ktoś zabierze tę kartkę, będzie musiał przepisać ją w kilkunastu egzemplarzach (chyba 25) i zostawić w podobnych miejscach, a wówczas jego prośba się spełni. W pierwszej chwili pomyślałem sobie - "Łańcuszki szczęścia" dotarły już nawet w Bieszczady. To straszne. No ale jeśli komuś pomaga to niech ma. Niemniej zostawianie takich karteczek w takich miejscach uważam za niestosowne. Co zaś do samej kiełbasy - już nie było nawet kawałka :-( Po chwili z krzaków wyłonili się funkcjonariusze Straży granicznej. Przywitaliśmy się, i jęliśmy się do dalszego zwiedzania cmentarza. Teraz było mi łatwiej wykonywać zdjęcia niż w maju, bo było dużo jaśniej. Jeden z nagrobków (ten z kwiatkiem) bywalcy tego miejsca wiedzą o który chodzi, został owinięty w folię, pewnie aby zapobiec jego dalszej degradacji. Już w maju był w stanie znacznego rozpadu :-( Po obejściu całego cmentarza idziemy do naszych plecaków przed wejściem na nekropolię. Tam odpoczywamy chwilę, wykonujemy sobie zdjęcie z widokiem na połoniny. Po odpoczynku kierujemy się w stronę, w którą odjechali strażnicy. Dzięki temu unikamy powrotu ta samą trasą. Dochodzimy do drogi, która zapewne kiedyś była asfaltowa. Prowadzi tedy ścieżka rowerowa z Bukowca do schronu w Negrylowie. My kierujemy się na Bukowiec. Idzie się przyjemnie, choć są okolice południa i słońce przygrzewa już znacznie. Pokonanie tego odcinka do Bukowca zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Tam chwilka odpoczynku i śmigamy w kierunku Tarnawy, ale inną drogą niż przyszliśmy. Kolejny raz tego dnia, znajdujemy się koło cerkwiska w Bukowcu, ale tym razem już nie schodzimy tam, tylko kierujemy się drogą pod górę. Na podejściu znowu zauważam tropy niedźwiedzia - szkoda, że nie udało nam się zobaczyć tego zwierza w środowisku naturalnym :-( - a Grzesiek znajduje 10 PLN, które po opłukaniu z błota i wysuszeniu nadaje się do wydania :-) Na szczycie odpoczywamy chwilę. Mijają nas konni, którzy mieszkali wspólnie z nami w Tarnawie, ale buraki jakieś, bo nawet "dzień dobry" nie chciało im się powiedzieć. Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Trochę monotonnie szło się tak przez las, a w międzyczasie przybywało na niebie chmur. Rekompensowały to takie widoki na bieszczadzką jesień, oraz udało mi się też kontynuować tradycję fotografowania "bieszczadzkich pojazdów". Po dość długim marszu dotarliśmy wreszcie do tarasu widokowego w pobliżu skrzyżowania dróg do Mucznego i Tarnawy. Jest godzina ok. 15.00 Tutaj odpoczywamy dłużej, wypijając ostatnie pozostałe nam piwko i podziwiając widoki, oraz z coraz większym niepokojem patrzymy na zaciągające się burzowymi chmurami niebo. Nie za bardzo uśmiecha nam się marsz w strugach zapowiadającego się deszczu, zwłaszcza, że droga do chatki od strony Mucznego jest miejscami mocno rozjeżdżona przez samochody ze zrywki drewna, zwłaszcza, że nie wiemy czy w chacie jest woda i drewno, którego szukanie po mokrym lesie i tak nie zaskutkowałoby ogniem. Zapada decyzja o zmianie planów. Zamiast iść do Mucznego na zakupy i dopiero stamtąd iść do chatki, która miała nam być schronieniem przez najbliższe kilka dni - udajemy się skrótem, który w maju pokonywałem z Mariuszem i Pawłem w przeciwnym kierunku. Trasa jest dość ciężka, ze względu na stromizny i przeprawę przez potok, jednak nie było tragicznie. Na zejściu z drogi na Tarnawę, dostrzegam na drzewie dziwną narośl (pewnikiem jakiś grzyb). Udaje nam się też znaleźć kilka rydzów. Przeprawa przez potok, to nie było nic trudnego, choć ze znalezieniem odpowiedniego miejsca do tego celu nie było już tak łatwo. Teraz najgorsze - strome podejście, które nas czekało. Co rusz natrafiałem na ścieżki zwierzyny, którymi szliśmy jeśli pokrywały się z naszym kierunkiem marszu, dzięki temu nie musieliśmy szukać łatwych przepraw przez strome wąwoziki wydrążone przez liczne strumyczki. Zwierzęta zrobiły to za nas. Co rusz wydać tez było teren ostro zryty przez kopyta jeleni - to nieodłączne znaki kończącego się już rykowiska. Słyszeliśmy tez ze dwa razy ryk byka, ale dość odległy. Po kilkudziesięciu minutach podejścia docieramy wreszcie do celu naszej wyprawy - chatki.
W chacie jest pusto, jest drewno, porządek, tylko wody nie ma :-( Jakoś mam pecha do wody w bacówkach. Pierwsze, więc kroki kierujemy ku strumykowi, aby napełnić butelki. Niestety niedawne deszcze całkowicie niemal zburzyły "infrastrukturę" do napełniania butli, a sam strumyk nie płynął zbyt obficie. Odbudowujemy więc "infrastrukturę" i zostawiamy w spokoju, aby nieco się przepłukała, bo na razie to do butelek, oprócz wody wpływały też różne potokowe żyjatka i masa piachu :-( Wracamy do chaty, rozpalić ogień i trochę się rozpakować. Ubolewamy w międzyczasie nad tym, że ten wieczór spędzimy o "suchych pyskach", ponieważ chmury pomału się rozpierzchały, a chata była przygotowana, więc można było iść do Mucznego. No ale jak mówi przysłowie: "Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł". Postanawiamy do sklepu wyruszyć nazajutrz, i dokonać stosownych zakupów, a na dzień dzisiejszy decydujemy się jeszcze udać w miejsce, w którym jest zasięg sieci komórkowej, co by zadzwonić do bliskich, a które to oddalone jest od chatki ok 3 min. drogi w górę. Tego wieczora musieliśmy się zadowolić herbatą i jakąś zupką chińską na kolację. Zapada zmierzch, więc pomny moich lipcowych doświadczeń w tej chacie, biorę się za zabezpieczanie pożywienia przed popielicami, które w lipcu dały mi nieźle popalić. Następnie przeglądam tak nieliczne (po sierpniowej kradzieży) zeszyty. Jakim trzeba być egoistą i burakiem żeby zabrać niemal wszystkie zeszyty z tak sympatycznego miejsca ? Ciekaw jestem czy z kościoła też taki kołek ukradłby Pismo Święte, aby mieć pamiątkę ? Na szczęście jeden z bywalców zostawił swój zeszyt do niemieckiego, więc było się gdzie wpisać. Co też uczyniłem. Poprzednicy opuścili chatkę w dniu wczorajszym. Godz. 20.30 to był czas, w którym podczas lipcowego pobytu, popielice zaczynały swój taniec. A teraz cisza. Zacząłem nawet podejrzewać, że zapadły w sen zimowy, ale już pół godziny później, dało się słyszeć pierwsze "nawoływania" a zaraz potem tupot małych nóżek i pazurków. Oczywiście nie obeszło się bez fotografii. Nie jednej zresztą, ale to dopiero następnego dnia. Dla nas ten dzień już się skończył. Szczęśliwie dotarliśmy do chaty, choć brak napojów wyskokowych dawał się we znaki :-( To miała być pierwsza noc przespana bez "wspomagania".
4.10.2005
Obudziliśmy się bez pomocy popielic :-) Zresztą obawiałem się, że nie pośpimy przez nie, ale okazały się bardzo gościnne tym razem, i nie przeszkadzały nam zbytnio. Może to za sprawą jedzenia, które ktoś zostawił dla nich na półce w "przedpokoju", a może za sprawą pory roku, gdzie jako zwierzęta zapadające w tzw."sen zimowy" nie są już tak aktywne jak latem. Dość powiedzieć, że nasze terytorium to było pomieszczenie główne w bacówce, a do popielic należał "przedpokój". Staraliśmy się nie naruszać swoich terytoriów częściej niż było to konieczne. Za oknem przywitał nas piękny widok na połoniny i jesienny, bieszczadzki las.
Po szybciutkim śniadaniu (tradycyjnie już zupka chińska i gorący kubek), zbieramy się do wyjścia, ukrywszy wcześniej (ze względu na sierpniowe kradzieże sprzętu) co cenniejsze przedmioty w okolicy chatki. Ja nie wiem jakim trzeba być człowiekiem, żeby okraść drugiego w takim miejscu. O ile w mieście kradzieże mnie nie dziwią, bo przecież "dresiarstwa" i innych głąbów jest tam pełno, o tyle nie mogę tego zrozumieć w górach, a zwłaszcza w takich miejscach jak bacówki, o których wiedzą nieliczni turyści. No ale jak widać po (nielicznych na szczęście) przykładach - również wśród turystów też trafiają się odpowiedniki "dresów" :-/ Po ukryciu cennych rzeczy, pakujemy do plecaków wszystkie śmieci, które udaje nam się znaleźć w chacie. Było tego sporo - dwa pełne plecaki 55 L i 40 L. W przewadze były butelki i puszki po różnych trunkach. Tutaj też naszła mnie refleksja, na temat pozostawiania po sobie takich "atrakcji", ale nie będę tu używał wulgaryzmów :-/ Przecież puste opakowania są lżejsze niż pełne, i skoro ktoś dał radę je tutaj wnieść, to tym łatwiej powinno mu się je znosić. No ale chyba nie każdy rozumie tą zależność - przecież łatwiej jest zostawić śmieci, ktoś wyniesie :-/ No nic - rozpisałem się nie na temat.
Droga w dół była bardzo wyraźna, i wbrew moim obawom nie mieliśmy problemu z chaszczowaniem, ponieważ, na łące przez którą przebiega ścieżka którą szliśmy ktoś prowadził sianokosy, i dojechał sobie na tę łąkę jakimś pojazdem, dzięki czemu my mieliśmy ułatwione zadanie. W błocie odnaleźliśmy też świeże tropy niedźwiedzia, które przez dość spory odcinek drogi pokrywały się z kierunkiem naszego marszu. Droga do Mucznego zajęła nam ok 1 godz, ale udało się. Jesteśmy. Pierwsze kroki kierujemy ku początkowi żółtego szlaku, aby pozbyć się balastu z chatki. Niestety nigdzie nie widać ogólnodostępnego kontenera na śmieci :-( Wracamy się pod sklep spożywczy i pytamy o możliwość pozbycia się tego dziadostwa przy sklepie, który jest jednocześnie punktem sprzedaży biletów do BdPN, jednak Pani sprzedająca jak dowiedziała się ile tego jest, odmówiła stanowczo :-( Kupiliśmy więc po piwku, i siedliśmy przy sklepie, co by zastanowić się, co zrobić z tym fantem. Swoją drogą, to niezłe jaja, żeby w tak popularnym miejscu jak Muczne, dodatkowo w miejscowości, w której kończy i zaczyna się szlak nie było ogólnodostępnego kontenera na śmieci. Nic dziwnego, że potem pełno butelek PET i innego dziadostwa wala się po lesie, w okolicy szlaku (choć moim zdaniem i tak znajda się osoby, którym nie będzie się chciało znosić butelki PET bo przecież jest za ciężka i niewygodna) a brak kontenera jest pewnie dla niektórych usprawiedliwieniem. Popijając "Tyskie" ustalamy, że Grzesiek pójdzie swój plecak opróżnić na tyłach budynku "hotelowego", a ja zastanowię się w drodze powrotnej co zrobić z tym fantem. Grzesiek poszedł, a ja zostałem. W międzyczasie do sklepu przyszli inni klienci, a sprzedawczyni podała mi worek ze słowami "przyczynię się jakoś do czystych Bieszczad", odebrałem to jako zgodę na zostawienie śmieci przy sklepiku. Gdy Grzesiek wrócił z pustym plecakiem, dokonaliśmy stosownych zakupów. Zarówno żywności, jak i napojów (zwłaszcza alkoholowych, bo to wiecie - noce zimne są itp ;-) Kupujemy jeszcze po jednym piwie "na miejscu" i w trakcie opróżniania butelek pozbywam się śmieci z mojego plecaka, które ładnie zapakowane w worek zostawiam obok sklepu. Dopijamy piwo i idziemy z powrotem do chatki. Po drodze zbieram - z zaznaczonego w drodze na dół miejsca - rydze w ilości 4 szt., które spożyliśmy później wprost "z blachy". Droga powrotna to ok.1,20 godz. W chacie, podczas naszej nieobecności ktoś był, ponieważ zeszyty, które przed wyjściem odłożyłem na półkę, leżały teraz na stole. Wpisu jednak nie poczyniono. Nic też nie zginęło.
Po chwili odpoczynku i pozbieraniu naszych sprzętów z kryjówek, jęliśmy się do codziennych czynności gospodarczych, czyli zaopatrzenia w wodę, cięcia i rąbania drewna, skrawkiem siekiery jaki pozostał w chacie, oraz przygotowywania jakiegoś posiłku, czyli znów "pulpa" z wykorzystaniem kiełbasy zakupionej w Mucznem. ;-) Po posiłku wracamy do naszych obowiązków, a potem wspólnie tniemy drewno na opał, przy pomocy piły "moja-twoja" przyniesionej do chatki przez "Harnasia" - głównego dobroczyńcy dla bieszczadzkich bacówek. Dzięki "Harnaś" ! Co jakiś czas idziemy do chatki, aby pokrzepić się kieliszeczkiem czegoś mocniejszego, a potem znów powrót do piły. W sumie ten dzień, jak i następny upłynęły nam na czynnościach gospodarczych. Jedyna niemiłą niespodzianką była reklamówka pełna śmieci odkopana przez Grześka w liściach tuż przy wejściu do chatki. Tez trzeba być niezłym głąbem żeby zakopywać śmieci w liściach koło chaty. No ale niektórzy widać uważają, że jeśli śmieci nie widać, to ich tam nie ma :-( Mieliśmy mocne postanowienie odkopać całe okolice wejścia do chaty z naniesionych liści i błota, jednak nie starczyło nam sił i odkopaliśmy tylko okolice samych drzwi. Liczę, że ktoś znajdzie mój wpis w zeszycie z prośbą aby przyczynił się nieco do odkopania chaty. I tak na pracach gospodarczych zastał nas wieczór. Na kolację zrobiliśmy sobie tym razem kiełbasę na ruszcie i dokończyliśmy trunek Nawet popielice nie były w stanie zakłócić naszego snu. To był dobry dzień.
5.10.2005
Budzę się ok 5.30 słysząc "zabawy" popielic. Lekki ból głowy i jej lekkość przypominają o wczorajszym "Krupniku". Nie chce mi się jednak wstawać więc otwieram piwko aby złagodzić objawy kaca. Jednym tchem wypijam znaczną część zawartości. Od razu czuję ulgę i zapadam w błogi sen. Budzę się na dobre godzinę później. Od razu dopijam resztę piwa, żeby nie zwietrzało, i ubieram się, ponieważ wczoraj sobie obiecałem że pójdę na grzyby. W końcu sezon był w pełni - trzeba to było wykorzystać. W planie mam przechadzkę niedaleko chaty. Jakoś nie chciało mi się angażować sił na jakieś dłuższe wyrypy. Po zejściu ze ścieżki pojawiają się pierwsze grzyby. Głównie rydze. Niestety w większości są bardzo robaczywe, i nie nadają się do zebrania :-( Ale zachęcony siedliskami schodzę coraz niżej. Wreszcie trafiam na stanowisko, gdzie przeważają okazy zdrowe. Niestety głównie młode egzemplarze nadają się do zabrania. Starsze, i większe na wskroś przeżarte są przez larwy, oraz dopada je zgnilizna. Na szczęście rekompensują to dość liczne stanowiska, dzięki czemu reklamówka szybko się zapełnia :-) Najwięcej zdrowych okazów znalazłem dokładnie po drugiej stronie polanki, w wyschniętych korytach strumyczków, które niewątpliwie tędy płynęły, podczas obfitszych opadów deszczu. Stąd też ładnie widać bacówkę. Teraz już wiem czym się kierować przy szukaniu kolejnych stanowisk. Od tej chwili moje zbieranie nabrało tempa. Twarz wykrzywiała mi się w uśmiechu, gdy znajdowałem co raz to nowe miejscówki rydza, ponieważ bardzo lubię te grzyby, zwłaszcza jeśli są przyrządzane na blasze nad ogniem. Rewelacja. W pewnym momencie dotarłem do koryta jednego ze strumyków, płynących nieopodal chaty, i postanowiłem że zejdę nim na dół. Po kilkunastu minutach marszu dotarłem do pięknego wąwozu, w którym zbiegały się trzy takie strumyki, w jeden większy. Sceneria iście bajkowa. Poprzewracane stare pnie wieeelkich drzew pokryte grubą warstwą mchu, szum strumienia, wszędzie paprocie, i niemal pionowe ściany wąwozu. Całości dopełniało przebijające się przez liście słoneczko, które wraz z unoszącą się delikatną mgiełką tworzyło niezapomnianą atmosferę matecznika. Niestety zdjęcia z uwagi na małą ilość światła, są średnio wyraźne, przez co tracą sporo ze swojego "klimatu".
Spoglądam na zegarek - nawet się nie obejrzałem a tu już minęła ponad godzina. Czas powoli się zbierać, zwłaszcza, że trochę już zgłodniałem i "doszedłem do siebie". Nie ukrywam, że miałem tez ochotę na ucztę rydzową. Wspinaczka po wilgotnych, omszałych i stromych ścianach wąwozu nie należała do najłatwiejszych, ale wspomagany kijkiem trekkingowym, który zabrałem ze sobą, dałem jakoś radę, choć okupiłem to niemałym wysiłkiem :-) W tych okolicach już niestety nie było aż tyle rydzów. Do chatki dotarłem po ok 1,5 godz. z reklamówką pełną grzybów. Na śniadanko zrobiliśmy sobie pulpę z kiełbasą kupioną w Mucznem oraz mielonką, również tam zakupiona i dwoma opakowaniami makaronu z zupek chińskich. Objedliśmy się jak dziki i trzeba się było brać za obieranie grzybów. Grzesiek czyścił sobie buty, i pastował je, a ja obierałem grzyby (mnie zresztą po obraniu grzybów tez czekała kosmetyka obuwia, bo zapuściłem je trochę przez ostatnie dni). W sumie z tego co przyniosłem połowa poszła do wyrzucenia, ze względu na robactwo, ale po obraniu i tak było tego niemało. Jak zrobiło nam się trochę miejsca w żołądkach, przystąpiliśmy do przygotowywania rzeczonych grzybów. Mhhmmmm... smakowały wyśmienicie. Grzesiek zjadł raptem kilka sztuk, a ja spałaszowałem resztę. Przyznam szczerze miałem wtedy dość, ale teraz z chęcią opędzlowałbym jeszcze taką porcyjkę :-) To był nasz obiad, bo w sumie na takich robotach zeszło nam do ok 13.00. Udaliśmy się więc nieco w górkę, aby zadzwonić do bliskich, a w drodze powrotnej przytachaliśmy trochę drewna na opał. Po krótkim odpoczynku, i powieszeniu mapy "Bieszczady Wysokie" 1:40 000 Wojtka Krukara (mam nadzieję, że jej ktoś nie ukradnie) wzięliśmy się znów do roboty, przy przygotowywaniu drewna na opał. Niestety na pewnym etapie prac kawałek siekiery, którym się posługiwaliśmy utknął nam na dobre w jednym z okraglaków, i sporo czasu zmitrężyliśmy na próbach wyłuskania go z pnia. Niestety bezskutecznie :-( Sięgnęliśmy więc po plan "Ostateczne rozwiązanie kwestii siekiery" i okraglak wrzucony został w ogień, by siekiera się wypaliła. My w tym czasie zabraliśmy się za zapas "Krupniku", i "Żołądkowej", który nam pozostał z dnia wczorajszego ;-) Przy okazji mam coś dla uważnie śledzących moją relację - gdzieś w sienniku, w którymś z łóżek znajduje się ćwiartka "Żołądkowej" - zapomnieliśmy zabrać. Jeśli jej nikt nie znalazł, to powinna tam gdzieś być. Zresztą z tą buteleczką wynikła całkiem komiczna sytuacja, w drodze powrotnej, ponieważ Grzesiek myślał, że to ja wziąłem tą butelkę, a ja myślałem że wziął ją Grzesiek, i tak siedzimy sobie w przedziale pociągu relacji Kraków - Katowice, rozmawiając, że wypijemy sobie ją razem z piwkiem, które kupiliśmy w Kraku. Ja patrzę na Grześka, on na mnie, i gdy napięcie oczekiwania sięgnęło zenitu okazało się, że buteleczki nie ma. Wtedy wprawdzie nie było nam do śmiechu, ale teraz mam z tej sytuacji ubaw. No ale nie o tym miałem pisać.
Wzięliśmy się za "sprzęt" i tak na degustacji schodziło nam, schodziło, i zeszło do wieczora. Wieczorkiem upiekliśmy sobie kiełbasę z grilla, przekąszając herbatnikami, z masłem (polecam) i czas było kłaść się spać. Zwłaszcza, że popielice zaczynały swój taniec. Tego wieczora były jakby aktywniejsze niż poprzedniego. Może oswoiły się z naszą obecnością. Tak czy inaczej tym razem były bardziej chętne do pozowania, niż poprzedniej nocy. Po wykonaniu kilkufotek, dołożyliśmy do paleniska jeszcze kilka drew na noc, wyciągając wcześniej "siekierę" która zdążyła się już wypalić. Tak minął ostatni wieczór spędzony w tej chacie. Rano mieliśmy się zbierać, bo wszystko, co dobre, niestety szybko się kończy, i na nas tez przyszedł już czas. No ale to dopiero nazajutrz.
6.10.2005
Tego dnia również budzimy się wcześnie, no ale nie ma się co dziwić - gdy jest taka piękna bieszczadzka jesień, to szkoda marnować każdej minuty. Bez ochoty zwinęliśmy się z łóżek, i jęliśmy się pakować powoli sprzęt. W przerwie na pakowanie zrobiliśmy sobie śniadanie, podobne jak wczoraj, czyli pulpę. Po posiłku strasznie nas korciło, aby wypić piwo, które nam zostało jeszcze z zapasów z Mucznego, ale twardo postanowiliśmy, że wypijemy je sobie jak dojdziemy na Bukowe Berdo. Pakowanie poszło nam bardzo sprawnie, i już po godzinie od momentu gdy zaczęliśmy, byliśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko ostatnie porządki w chacie, wpis do zeszytu, ostatni rzut oka czy nie zostawiliśmy niczego, czego nie chcielibyśmy zostawić i opuszczamy chatę. Zamykamy drzwi i okiennice (nasz poprzednik, który był w chacie 2.10 zapomniał o tym). Była godzina ok. 8.00 jak wyszliśmy na szlak. Kierunek Bukowe Berdo.
Jako, że mgła o tej porze roku nie jest jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, wcale nas nie zdziwiło, że w zagłębieniach terenu roślinność była mokra od rosy. Szybko tez, jako że szedłem pierwszy, przemokły mi spodnie. Ale na szczęście takich odcinków nie było wiele, więc w przerwach między nimi zdążyłem przeschnąć. Tutaj Grzesiek na jednym z takich "OS-ów" :-) Na szczęście w pierwszej połowie naszej wędrówki przeważały odcinki leśne, gdzie szło się bardzo komfortowo.Tutaj ja na jednym z takich odcinków. I tak idąc sobie dość spokojnie, nie forsując się zbytnio, i umilając sobie wędrówkę rozmowami na temat pogody i kolejnego szczęśliwego pobytu w Bieszczadach doszliśmy do granicy lasu, a co za tym idzie, do połowy naszej trasy, którą oceniałem na około godzinę z chaty na Bukowe Berdo. Tutaj odpoczęliśmy chwilkę dłużej, i po uzupełnieniu płynów ruszamy dalej. Po opuszczeniu granicy lasu uparcie przemy naprzód, podziwiając jednocześnie uroczą bieszczadzką jesień. Słońce wznosi się już coraz wyżej nad horyzont (nie mylić z siecią sklepów turystycznych ;-), ogrzewając nasze spocone twarze. Wiaterek z dolin zaś bardzo przyjemnie chłodzi, i przynosi ulgę. Po 1.10 h docieramy na Bukowe Berdo. Pusto, cisza, spokój, tylko wiatr hula na połoninie. Kurcze rewelacja. Widoczność nienajgorsza. Gdy tak stałem (sam, bo Grzesiek został kawałek z tyłu) poczułem się jak Leonardo Di'Caprio na dziobie "Titanica" - kurcze rewelacyjne uczucie. Nie istniało nic - tylko ja i góry. Aż boję się pomyśleć, jakie emocje przeżywają zdobywcy najwyższych gór świata. Ja tymczasem cieszyłem się swoim malutkim sukcesikiem.
Po kilku minutach na szczyt dociera Grzesiek. Siadamy na barierce ograniczającej szerokość szlaku przebiegającego przez szczyt, i wyciągamy z plecaka po ostatnim piwku, które czekało właśnie na tę okazję. Warto było je dźwigać, dla takiej chwili. Sączymy z wolna ciecz z puszki, a tymczasem na horyzoncie pojawia się pierwszy turysta. Mija nas, wita się, i idzie kawałek dalej, gdzie przycupnął na kamieniu. My też zmieniamy miejscówkę, bo wiaterek, który tak miło nas chłodził, gdy byliśmy zgrzani, teraz zaczął być dokuczliwy. Schroniliśmy się więc za skałką, co jakiś czas wychodząc, aby zrobić sobie zdjęcie. Na takiej sielankowej bezczynności zeszła nam godzina, albo i dłużej. Nie chciało nam się ruszać zupełnie. Miło tak było nie spieszyć się nigdzie. To jeden z niewielu dni, jakie spędziłem w Bieszczadzie, w czasie których nie musiałem się spieszyć. Przeważnie moje pobyty tutaj są krótkie i intensywne, co nie zawsze pozwala się cieszyć urokami otaczającej mnie natury. tym razem było inaczej, i przyznam, że miłe to uczucie. Tak czy inaczej nadszedł moment, kiedy trzeba było się zbierać. Wprawdzie początkowo planowałem, że przejdziemy do Widełek, ale ostatecznie z Grześkiem ustaliliśmy, że pójdziemy przez siodło pod Tarnicą i Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. Ciekaw byłem, jak będzie nam się schodzić z Krzemienia na Przełęcz Goprowców, bo odcinek to dość stromy, a w tym kierunku jeszcze nie szedłem. Trasa na szczęście okazała się niewymagająca, a przynajmnie nie na tyle, abyśmy sobie z nią nie poradzili dość szybko. Schodziło się bardzo wygodnie, bo od kilku dni świeciło słońce i nie spadła nawet kropla deszczu. Na Przełęczy Goprowców spotykamy kolejnych tego dnia turystów. Idą w kierunku Halicza. Na szlaku koło źródełka nad Przełęczą Goprowców ustawiono drewniane barierki. Rozwiązanie średnio sensowne, bo burzące całkowicie harmonię tego miejsca. Zresztą można to sobie zobaczyć na tym zdjęciu. Nie wiem jak Wam, ale mnie się takie rozwiązanie nie podoba wcale. Co innego gdy takie barierki ustawia się gdy szlak biegnie lasem. A przy okazji dodam, że niektóre odcinki szlaku, wyglądają zupełnie inaczej gdy pokonuje się je w przeciwnym kierunku. W maju pokonywałem ten odcinek, i jakoś nie zwróciłem uwagi, na ten odcinek, a przecież wygląda pięknie. Idealne miejsce do zrobienia zdjęcia. Wreszcie docieramy na siodło pod Tarnicą. Tu chwila oddechu. Turystów coraz więcej. Śmieci niestety też :-( Po chwili oddechu wchodzimy na Tarnicę. Początkowo miałem nie wchodzić, bo przecież byłem już tu tyle razy, ale pogoda była rewelacyjna, to myślę sobie - co mi szkodzi. Zwłaszcza, ze od mojego ostatniego pobytu tutaj zmieniłem aparat fotograficzny, to będzie okazja porównać zdjęcia :-) Każdy pretekst jest dobry, żeby wejść :-)
Na Tarnicy nie obędzie się bez tradycyjnej fotografii. Odpoczywamy tu chwilkę, a nawet troszkę dłużej, dzwonimy do znajomych i rodziny, i czas zbierać się w drogę powrotną. Schodzimy na siodło a potem podchodzimy na Szeroki Wierch. Tu trasa jest już wybitnie spacerowa, więc idziemy dziarsko. Mijamy po drodze chyba z 4 grupy młodzieży szkolnej oraz oazowej. Pocieszające jest, że większość tych młodych ludzi wie jak należy się zachować, i mówią "dzień dobry", a reszcie kij w oko. Na zejściu z Szerokiego Wierchu spotykamy grupę ludzi, z którymi chwilkę rozmawiamy. Pytają nas jak daleko jeszcze na Tarnicę i takie tam. Jedną z pań, ubraną w bluzeczkę okrywającą tylko strategiczne części kobiecego ciała, uprzedzamy, że na górze wieje srodze, i lepiej żeby założyła polar. Obiecała, że tak zrobi. Przy okazji z zazdrością patrząc na nasze kije trekkingowe pytają, czy nie pożyczylibyśmy im ich. "Dogadamy się jakoś" odparłem. Skwitowali to uśmiechem, i padło już chyba standardowe pytanie, czy w plecakach mamy tez takie składane nartki, na co ja udzielam standardowej odpowiedzi, że "mieliśmy, ale nam się starły na kamieniach". Zresztą na odcinku leśnym, tego szlaku, mijając już kolejną grupę młodzieży szkolnej słyszymy głupawe uśmieszki, za plecami, w stylu: "patrz, śniegu nie ma a Ci z kijkami" itp. Zbyłem milczeniem gówniarzy - co tu gadać z kołkami. Oczywiście 100% grupy, łącznie z opiekunami posiada wysoko wyspecjalizowane obuwie trekkingowe marki adidas, a dodam, że na odcinku leśnym było dość ślisko. Brak jakiejkolwiek mapy zbędę milczeniem. No ale cóż - nie moja to sprawa. Wcześniej jednak na odpoczynku w wiacie (tej położonej wyżej) spotkaliśmy dwoje młodych ludzi. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że chłopak wziął koleżankę na zwiedzanie Bieszczadów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że o ile chłopak był obrany w miarę stosownie na górskie wędrówki, o tyle dziewczę obute z pantofle, które nie sięgały nawet do kostek, na lekkim obcasiku, prezentowało się co najmniej dziwnie. Nie jestem pewien, czy koleżanka miło będzie wspominać wycieczkę w Bieszczady.
Na dół dotarliśmy już bez większych przygód. Przy punkcie kasowym opróżniliśmy nasze plecaki ze śmieci znalezionych na szlaku. I tak zresztą nie zbieraliśmy wszystkiego co spotkaliśmy, ale jako żywo miałem w pamięci "przygodę" z Mucznego, i zniechęcony byłem do tego typu akcji. W okolicy Hoteliku "Biały" wykonałem jeszcze jedno ujęcie 'Bieszczadzkiej jesieni". To w tym momencie ustalamy z Grześkiem, że pomimo wcześniejszych ustaleń, które zakładały nocleg w "Kremenarosie", nie zostajemy na noc w Bieszczadach, ale jedziemy od razu do Sanoka. Wszystko zależ od tego jak wypadną nam połączenia. Uznaliśmy, że nie ma sensu wydawać kasy, na nocleg, tylko po to, żeby się umyć (bo na tym nam najbardziej zależało).
Do Ustrzyk doszliśmy około 13 z minutami. PKS mieliśmy mieć za dwie godziny więc uznaliśmy że czas zjeść wreszcie po tylu dniach jakieś konkretne danie. Zanim jednak swoje kroki skierowaliśmy do knajpy "U Eskulapa" na przystanek podjechał bus. Po krótkiej rozmowie z kierowcą okazuje się, że o 15.00 jedzie do Sanoka (miasta zamieszkałego przez "Krasnala Półchrapka" ;-) i to kierowca zarzekał się, że zrobi to w 1,5 godziny. Była to dla nas dobra wiadomość, ponieważ w takiej sytuacji mieliśmy szanse zdążyć w Sanoku na pociąg do Krosna. Umówiliśmy się więc z kierowcą, że będziemy z nim jechać, ale najpierw idziemy coś zjeść. Wracamy więc do lokalu "U Eskulapa". Z wcześniejszego pobytu wiedziałem, że mają tam bardzo dobry żurek w chlebie i placek po bieszczadzku. Nie złamałem tradycji i zamówiłem sobie ten duet. Jak zwykle żurek był pyszny, a i placek po bieszczadzku mu nie ustępował. Tylko miejsca na piwo brakło :-( Gdy już kończyliśmy posiłek zauważyłem, że nasz bus odjeżdża. O kur... powiedziałem do Grześka. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom :-/ Przyznam szczerze, że już dawno nie przeżyłem takiego zawodu. Nie szczędziliśmy słów powszechnie uznawanych za nieparlamentarne pod adresem kierowcy, bo przez jego niesolidność nasz plan runął w gruzach. No ale pokrzepieni posiłkiem, poszliśmy na zakupy do delikatesów, dokonać jakiś zakupów na drogę. Przede mną stała grupka młodzieży w wieku "na oko" 16 lat. umawiali się ile będą kupować alkoholu. Ilości jakimi operowali, przeraziła mnie trochę, bo taką ilością alkoholu to nawet ja mógłbym się nieźle upić. No ale cóż - sam kiedyś byłem młody (sam nie wiem kiedy ;-), i za kołnierz nie wylewałem, więc częściowo mogłem zrozumieć młodzików. Zadziwiające, że prym w zakupach wiodły dziewczyny. Ciekaw byłem tylko jednego - czy ekspedientka poprosi ich od dowód osobisty. Pierwsza dziewczyna dochodzi, i ekspedientka nie zawiodła mnie. pyta o dowód. Okazuje się, że dziewczyna miała, to też zakupy zostały dokonane. Swoją drogą dziwi mnie, jedna rzecz - nigdzie nie widziałem opiekunów tej grupy. Po zakupach wsiedli do autokaru na lubelskich blachach i odjechali. Pewnie potem, niejeden z nich będzie się chwalić, że był w Bieszczadach, a że tylko w sklepie, to pewnie już nikt nie doda. Ehh - człowiek jak młody to jest głupi. Wracam do naszej sytuacji. Niestety nie przedstawiała się różowo - PKS-em nie mieliśmy szans aby zdążyć na pociąg do Krosna. Staliśmy więc zrezygnowani na przystanku, złorzecząc pod adresem kierowcy, który nas wyrolował. Ja przy okazji poszedłem na drugą stronę ulicy sfotografować lipę, pod która tradycyjnie spożywamy jakiś trunek. Tym razem tradycji nie podtrzymamy, bo ani nastroju nie ma, a i z gotówką nie jest najlepiej. Trzeba mieć jakiś zapas na bilety. W pewnej chwili patrzę, od Wetliny jedzie "nasz" bus. Jest 14.45. Zastanawiam się, czy zatrzyma się tu. Zatrzymał się :-) Jeśli odjedziemy zgodnie z obietnicą o 15.00 i pojedziemy 1,5 godziny, to spokojnie zdążymy na pociąg. Kierowcy opowiadamy, że myśleliśmy, że nas zostawił na pastwę, ale powiedział, że on takich rzeczy nie robi. Skoro się umówił, to musiał być. A nawet jeśli by nie mógł, bo trafiłby mu się jakiś kurs (jak ten do Wetliny), to podesłałby inny bus. Tak czy inaczej zmęczeni, najedzeni, zadowoleni, że mamy gdzie siedzieć rozłożyliśmy się w busie i oczekiwaliśmy na odjazd. Odjechaliśmy z 10 minutowym opóźnieniem, ale nie wpłynęło to na nasze plany.
W sanoku nie poszliśmy na pociąg, jak wcześniej mieliśmy w planach, ale udaliśmy się na PKS, bo okazało się, że za kilka minut mamy autobus do Krakowa. Dla nas była to rewelacyjna wiadomość, choć trochę obawialiśmy się tak długiej podróży w autobusie. Do Krakowa dojechaliśmy ok 22.00, ale tu niemiłą niespodzianką był fakt, że dworzec PKS był przeniesiony w pewnej odległości od dworca PKP. Mimowolnie musieliśmy się wybrać jeszcze w 20 minutową wędrówkę po Krakowie, aby dotrzeć do dworca PKP. Na szczęście na pociąg tez nie musieliśmy czekać zbyt długo. Tym sposobem w Katowicach byliśmy ok. 0.30 Grzesiek miał szczęście, bo zaraz miał nocny autobus, a ja udałem się do pracy, aby "przekimac" do rana.