Góry‎ > ‎

Bieszczady 30.04-4.05.2005

Po długich namowach i "suszeniu głowy" żona wreszcie zgodziła się na mój wyjazd w Bieszczady.  Z tym większą niecierpliwością oczekiwałem na ten dzień.
Szybciutko się spakowałem, i zanim żona zmieni zdanie - wychodzę z domu. W Katowicach na dworcu PKP umówiłem się z Mariuszem. Po godzince oczekiwania wreszcie kupujemy bilety i idziemy na peron 4 skąd odjeżdża nasz pociąg do Krakowa, w którym przesiadamy się na "rzeźnię" z Gdyni do Zagórza. Na peronie sporo ludzi :-( Pociąg okazał się zatłoczony na tyle, że do Krakowa czeka nas jazda na stojąco, ponieważ nie ma nawet na tyle miejsca by usiąść na korytarzu. Pocieszamy się, że w Krakowie będzie lepiej. Niestety to co zastajemy w Krakowie gasi resztki naszego optymizmu. Zapowiada się walka o miejsca w pociągu. Na szczęście strach ma wielkie oczy, i po szybkiej i sprawnej akcji zajmujemy dogodne pozycje na korytarzu. Szczęście nam sprzyjało, ponieważ po chwili z przedziału, przy którym siedzieliśmy, wychyliła się ładna damska głowa, która oznajmiła nam, że są dwa wolne miejsca. Wprawdzie gorzej było z miejscem na bagaż, ale to już był przysłowiowy "pikuś". Ważne że siedzieliśmy w przedziale. Przy okazji chciałbym w imieniu moim i Mariusza podziękować tym dobrym ludziom z Torunia, za to że umożliwili nam podróż we w miarę komfortowych warunkach. Dalej nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, więc nie będę się rozpisywał. Dopiero w Krośnie miał miejsce godny odnotowania fakt. Otóż miały tam miejsce "VI Górskie Zawody Balonowe", czego nie omieszkałem uwiecznić na 
fotografii. Przepiękny to widok -  zobaczyć tyle balonów.
             Jeszcze w trakcie podróży Kotu (który jechał z Warszawy) poinformował nas że jego pociąg ma spore opóźnienie, i dojedzie po nas. Zatem gdy dojechaliśmy do Sanoka mieliśmy jeszcze trochę czasu więc poszliśmy gdzieś zjeść jakieś śniadanko. Wybór padł na bar naprzeciw dworca PKS. Siedliśmy pod parasolami i 
raczyliśmy się "specjałami" które przywieźliśmy ze sobą ;-) Po kilkunastu minutach przyjechał pociąg z Warszawy, udałem się zatem na dworzec PKS gdzie umówiliśmy się z Kotu. Po chwili widzę jak ktoś macha mi ręką - myślę sobie "to pewnie On" bo zaznaczyć trzeba że o ile z Mariuszem znaliśmy się już, o tyle Kotu nie był nam znany. Razem zatem przy śniadanku wypiliśmy z Kotu po dwa piwka i zjedliśmy co mieliśmy zjeść. Powoli nadchodził czas odjazdu naszego autobusu, poszliśmy więc na stanowisko, z którego ów PKS miał odjechać. Zebrało się tam już sporo osób, a wśród nich osoba w czerwonym polarze z naszywką "Precla" (pl.rec.gory). Jako ze tez się udzielam czasem na tej grupie dyskusyjnej postanowiłem zagadać. Okazało się, że to kolega o ksywce "Miko" (pozdrawiam przy okazji). Mieliśmy okazję spotkać się jeszcze, ale o tym dalej. Do autobusu wskakujemy jak zwykle tyłem, aby zabezpieczyć odpowiednie miejsca, pomimo protestów kierowcy, aby bagaż umieścić w lukach bagażowych nie decydujemy się na to. Chcemy sobie oszczędzić kłopotów już na samym początku, zwłaszcza, że podobno w lukach było bardzo brudno. Jak się później okazało nie uchroniło to niektórych z Nas przed umorusaniem się, ale będzie o tym dalej. Zajmujemy więc dwa przedostatnie rzędy siedzeń, plecaki lądują "na tylnej szybie", i liczymy po cichu na jakąś drzemkę, aby odespać noc spędzoną w pociągu. Nic z tego. Już po kilku przystankach okazuje się, że trafiliśmy na miłe towarzystwo "dziewczyn z tylnego siedzenia", oraz dwóch punków (wnosząc z ubiorów), oraz jeszcze dwóch  innych chłopaków (jeśli to czytają to pozdrawiam ;-). Czas upływał nam na pogawędkach, oraz komentowaniu podróży więc o porządnym przespaniu się mowy nie było. Udało mi się jednak zaliczyć kilka kilkuminutowych drzemek :-) Mariuszowi szło trochę lepiej. 
              Do Zatwarnicy, gdzie rozpoczynała się nasza wędrówka dotarliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem. Szybciutko zatem udajemy się do sklepu spożywczego celem zakupu najpotrzebniejszych rzeczy, a przede wszystkim piwa i wody mineralnej. Po króciutkim posiłku przy sklepie, zaczyna się marsz starą drogą do Krywego, i dalej przez Tworylczyk do Tworylnego, nocleg planując pod szczytem Hulskiego (nie mylić z wsią Hulskie). Podążając za czerwonymi znakami ścieżki dydaktycznej spotykamy po drodze zarówno 
piękne widoki, a także dwóch jeźdźców na koniach stojących przy jakiejś Ładzie "Niwa" czy też innym "Aro". Pozdrawiamy Ich i na Ich pytanie dokąd idziemy zgodnie określamy cel naszej wędrówki. Odpowiadają, że Oni tez tam się wybierają, więc pewnie się jeszcze spotkamy. Istotnie, po krótkiej chwili mijają nas najpierw konni, a chwilę potem samochód. Zaproponowali nam podwiezienie, ale odmówiliśmy, bo przecież chodziło nam o to aby po górach chodzić, a nie jeździć. Miło jednak z Ich strony że zaproponowali nam podwiezienie. Po dotarciu do ruin cerkwi w Hulskiem ponownie spotkaliśmy się z wspomnianym już wcześniej "kwartetem na dwa wierzchowce i samochód terenowy". Kotu ciekawie opowiadał historię tego miejsca, a oni uwiecznili go kamerą cyfrową. Ja zadowoliłem się fotografią całej szóstki. Po krótkiej wymianie informacji postanowiliśmy skrócić sobie drogę, idąc ścieżką w dół stoku na którym stała cerkiew. Niestety po kilkudziesięciu metrach pojawia się tabliczka z napisem "Teren prywatny - przejścia nie ma". Postanowiliśmy jednak nie stosować się do tego zakazu i iść dalej. Konni pojechali przodem, za nimi samochód, a na końcu my, jednak po chwili usłyszeliśmy skowyt sfory psów, szybciutko więc zrobiliśmy zwrot w tył, i odpuściliśmy sobie skrót. I tak idąc sobie  dalej, zniszczoną drogą podziwialiśmy widoki jak ten, czy tez ten. Nie odmówiliśmy sobie tez zdjęcia z widokiem na Hulskie, oraz z widokiem na Krywe. A tak  prezentuje się dolina Krywego ze szczytu Rylego. W centrum fotografii widoczne jest wzgórze cerkiewne. Z Rylego udaliśmy się  za niebieskimi znakami ścieżki dydaktycznej, która prowadziła starą, zarośniętą już przez różne samosiejki drogą wiejską. Mijaliśmy liczne, zdziczałe drzewa owocowe i wyobrażaliśmy sobie jak musiała wyglądać tu zabudowa, bo dolinka zaiste piękna jest. Urocze i spokojne miejsce. Pokonując podmokłe i zryte przez dziki łąki dotarliśmy na wzgórze cerkiewne. Tutaj postanowiliśmy zrobić popas i zanocować w okolicy cerkwi, bo godzina już późna się zrobiła i nie było szans abyśmy dotarli do Tworylnego jeszcze za dnia, nie mówiąc już o dotarciu pod szczyt Hulskiego. Niestety dało nam się we znaki zmęczenie podróżą. Gdy dotarliśmy pod cerkiew mieliśmy okazję wykonać kilka fotek tego uroczego miejsca. Zresztą spójrzcie sami - dzwonnica, i jejdrugie ujęcie, tak prezentuje się cerkiew od frontu, a tak wygląda z wzgórza cerkiewnego wieś Krywe, a właściwie to co z niej zostało, czyli jedno gospodarstwo agroturystyczne i baza naukowa Akademii Medycznej w Lublinie.
                 I pomyśleć, że jeszcze w 1921 roku wieś liczyła 73 domy i 459 mieszkańców (433 wyznania greko-katolickiego, 6 rzymsko-katolickiego i 20 wyznania mojżeszowego), a 25 lat później została całkowicie wysiedlona i zniszczona. Podobny los spotkał wieś Hulskie, która w 1921 roku liczyła 52 domy i 332 mieszkańców (298 wyznania greko-katolickiego, 4 rzymsko-katolickiego i 30 wyznania mojżeszowego). W Hulskiem , w latach 1939-41 stała niemiecka strażnica graniczna. Po wojnie wieś została wysiedlona zupełnie, a  opuszczone zabudowania spalili upowcy z sotni "Bira".*
                  Po przyrządzonym na kuchenkach ciepłym posiłku (ja jadłem jakąś "chińską zupkę", Mariusz jakiegoś "kurczaka pomidorro" a Kotu jakąś dziwną potrawę, której skład zna tylko On ;-) rozbiliśmy namiot u wejścia do cerkwi. Wprawdzie mało to odpowiednie miejsce na namiot, jednak było to chyba tylko jedyne, równe miejsce nie zryte przez dziki. Dopiliśmy po piwku i udaliśmy się na odpoczynek.  Nie wiem jak inni, ale ja zasnąłem natychmiast. W nocy jedynie musiałem wyjść "za potrzebą", i jeszcze zanim  usnąłem słyszałem odgłosy jakiegoś zwierza, który podszedł w pobliże naszego namiotu. Niestety po "charcząco-mruczących" odgłosach nie byłem w stanie zidentyfikować zwierza, a jakoś nie stało mi odwagi, aby wyjść z wątłego schronienia, jakie dawał namiot. Jeszcze kilka minut nasłuchiwania i usnąłem. Niestety nie była to udana noc, przynosząca odpoczynek dla Mariusza. podobno z Kotu chrapaliśmy niemiłosiernie, i w dodatku Mariusz zmarzł strasznie, ponieważ jego śpiwór raczej nadawał się do schroniska niż pod namiot, gdzie w dodatku nad ranem musiał być delikatny przymrozek, sądząc po szronie na łące.

1.05.2005

Ten dzień powitał nas mglistym porankiem, oraz szronem skrzącym się na trawce, ale dzięki temu były duże szanse, że pogoda tego dnia będzie nam dopisywać.. Wstaliśmy ok. 5.00 i po krótkiej rozgrzewce zaczęliśmy się sposobić do śniadania. Każdy z nas jadł to co tam ze sobą przytargał. Ja Paprykarz Szczeciński z chlebem, Kotu jakąś kaszkę mleczno-ryżową dla niemowląt okraszoną jakimś Musli owocowym, a Mariusz tradycyjnie jakiegoś "Knorra". Po śniadaniu wykonaliśmy pamiątkowe foto, i ok. 7.10 ruszamy dalej przy okazji uwieczniając piękne widoki m.in. na OtrytPołoninę Wetlińską, oraz jeszcze jeden rzut oka na cerkiew w Krywem. Po drodze do Zatwarnicy natknęliśmy się jeszcze na wypas owiec. W samej Zatwarnicy bardzo ładnie prezentuje potok Głęboki z mostu w Zatwarnicy. Nieco dalej doszliśmy do drewnianego mostu na Sanie. Wykonaliśmy obowiązkowe foto i kierowaliśmy się dalej za znakami czerwonymi ścieżki przyrodniczo-historycznej ku Magurze i Dwernikowi Kamieniowi. Po kilkuset metrach po lewej stronie dostrzegamy retorty do wypału węgla drzewnego, oraz barak węglarzy i samochód ZIŁ-157, przy którym robimy sobie zdjęcie i ruszamy dalej. Około południa docieramy na Dwernik Kamień, mijając się tuż pod szczytem tego wzniesienia z kolegą Miko z pl.rec.gory, z którym widzieliśmy się dzień wcześniej w Sanoku. Na Dwerniku Kamieniu robimy sobie niedługi popas, oraz pamiątkową fotografię i ruszamy w dalszą drogę. Po niecałej godzinie spokojnego marszu czyli ok.13.00 docieramy w okolice Nasicznego. Tam staram się znaleźć sklep spożywczy, który jest zaznaczony na mapie ExpressMapu  (to ta laminowana). Niestety bez skutku. Jeśli zatem ktoś liczy na zaopatrzenie w Nasicznym - niech zapomni. Tam nie ma żadnego sklepu spożywczego ! Przeprawiamy się zatem kładką drewnianą na drugi koniec Nasiczańskiego Potoku i zmierzamy dalej w kierunku wsi Caryńskie (na zdjęciu w tle za Mariuszem i Kotu).
                    Wieś ta, dziś już nieistniejąca, jeszcze w 1921 roku liczyła 63 domy i 402 mieszkańców (381 wyznania greko-katolickiego, 21 wyznania mojżeszowego). Po drugiej Wojnie Światowej została całkowicie wyludniona i zniszczona. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko ruiny murowanej kaplicy cmentarnej i nieliczne 
nagrobki na cmentarzu, na którym też stała kiedyś drewniana cerkiew p.w. Św. Dymitra. Nieopodal cmentarza stoi kamienny krzyż przydrożnyz 1911 roku. Wracając na ścieżkę historyczno-przyrodniczą, Mariusz "cyka" mi foto przy malowniczym potoku Caryńskim. Potem jeszcze chwilka odpoczynku i idziemy dalej, do "Koliby" na Przysłupiu Caryńskim. Docieramy tam po krótkim marszu, i raczymy się ciepłym posiłkiem. Ja z Mariuszem decydujemy się na klopsiki w sosie mięsno - pieczarkowym (cena bodaj 8 PLN za porcję 4 klopsiki i mnóstwo sosu) a Kotu bierze flaczki, które też wyglądają nieźle i jest ich pełen talerz. Ceny jednak nie pamiętam. Do pełni szczęścia brakuje nam tylko piwa, ale i to daje się zorganizować, choć w "Kolibie" go nie sprzedają. Zawsze jednak wśród turystów znajdzie się jakaś dobra dusza, która odstąpi 2 butelki za rozsądne pieniądze. Posileni i przy browarze postanawiamy skrócić dzisiejszy odcinek, i zakończyć go w Ustrzykach Górnych. Pierwotnie mieliśmy przejść jeszcze na Bukowe Berdo i za nim przenocować gdzieś poza granicami Parku Narodowego. Niestety nie czuliśmy się na siłach aby przejść jeszcze ten odcinek, a było już dość późno. Zresztą z "Koliby" wyszliśmy dość pośpiesznie, ponieważ o 17.15 mieliśmy PKS do Ustrzyk Górnych. Wedle zapewnień obsługi powinniśmy ten odcinek pokonać w pół godziny co dawało nam realne szanse na to aby zdążyć na ten PKS. Niestety trasa zajęła nam 40 minut i już niemal przy polu namiotowym w Bereżkach spotkaliśmy pasażerów którzy przyjechali tym autobusem. Nie pozostało nam nic innego jak liczyć na "stopa" lub jakiegoś busa. Stanęliśmy więc cierpliwie na poboczu, i gorliwie machaliśmy rękoma na wszystkie przejeżdżające samochody. Niestety nie mieliśmy szczęścia. W pewnym momencie od Ustrzyk minął nas dżip Straży Granicznej, i wjechał na teren pola namiotowego w Bereżkach. Liczyliśmy że tam zawróci i jak będzie jechał z powrotem to nas zabierze. I rzeczywiście zawraca, więc z nadzieją machamy aby się zatrzymał, i już mieliśmy rogale na twarzach, bo widzimy że zwalnia. Radowaliśmy się co niemiara ale nasza radość trwała krótko, bo strażnicy poprosili nas abyśmy stanęli gdzie indziej, bo oni tu teraz będą stać :-( To był dla nas kubeł zimnej wody na głowę. Mówimy do siebie że teraz to już nikt nam się przy nich nie zatrzyma i trzeba będzie zmienić miejscówkę. Pojawił się nawet pomysł, aby zaczekać i zapytać kogoś, kogo zatrzymają, czy by nas nie podwiózł, albo poprosić strażników aby to Oni zatrzymali nam kogoś. Na szczęście chwilę potem zza zakrętu wyłonił się bus. Jęliśmy więc machać na niego ile sił w rękach, ale w duchu obawialiśmy się czy się nie będzie bał zatrzymać przy SG. Nie bał się :-) Podjechaliśmy zatem komfortowo do UG, za marne 2,5 PLN. W Ustrzykach pierwsze kroki skierowaliśmy do sklepu spożywczego, i zaopatrzyliśmy się w wodę mineralną, jakieś jedzenie, piwo oraz tradycyjną butelczynę mocniejszego alkoholu, którą zamierzaliśmy spożyć tradycyjnie już na ławeczce pod  lipą w okolicy mostu. Ale to dopiero po tym jak się zameldujemy w schronisku i wykąpiemy się. Ja zakupiłem dla córki jakieś prezenty, i udaliśmy się do schroniska "Kremenaros". W schronisku szok - zupełnie zmieniona obsługa (nie mogę powiedzieć żeby była gorsza, może nawet lepsza, ale z poprzednią bardziej się zżyłem), tylko kierownik ten sam. Ładnie więc się zameldowaliśmy ale okazało się, że spanie "na glebie" będzie możliwe dopiero po godz.23.00 w budynku gdzie znajduje się bufet. Po kąpieli postanowiłem zatroszczyć się o to abyśmy mieli w miarę wygodne "miejscówki" na glebie, dlatego pomyślałem że rozłożymy sobie karrimaty przy wejściu po prawej stronie. Koledzy zaakceptowali mój pomysł więc podczas gdy Mariusz się kąpał, ja i Kotu przenieśliśmy cały nasz dobytek do przedsionka i rozłożyliśmy karrimaty i śpiwory. Następnie usiedliśmy sobie przy stoliku znajdującym się w przedsionku i zamówiliśmy sobie "Placek po Bieszczadzku"(10 PLN za porcję), umilając sobie czas oczekiwania trunkiem (marnej jakości niestety) w "firmowych" kieliszkach zakupionych w "Kremenarosie". Wprawdzie mieliśmy go spożyć tradycyjnie na ławeczce przy moście, niestety rozpętała się na zewnątrz burza z wyładowaniami, i nie bardzo chciało nam się opuszczać przytulne schronisko.
                     W międzyczasie inni "glebowicze" zaczęli iść w nasze ślady i z każdą chwilą tłok w przedsionku się nasilał. Dokończyliśmy więc butelczynę, oraz "Placek po Bieszczadzku" i zabraliśmy się za pyfko, i w miłym towarzystwie, które w międzyczasie  rozlokowało się w przedsionku spoczęliśmy w objęciach Morfeusza, podobnie jak i reszta naszych współtowarzyszy. 
Wyglądało to tak.

2.05.2005

Tego ranka obudziliśmy się bardzo wcześnie (jak ja wstałem, było coś ok 4.30), ale byliśmy wypoczęci. No może nie wszyscy, bo Mariusz znowu nie dosypiał, z powodu naszego chrapania, zresztą podobno nie tylko on. Jak mnie rano poinformował, moje chrapania zakłócało również cisze nocną dziewczynom, z którymi wieczorem żartowaliśmy. Nie skutkowało na mnie szturchanie, gwizdanie, a zatykanie nosa skutkowało tylko na krótko. No cóż - takie są uroki spania w salach zbiorowych ;-) Jeśli ktoś z osób śpiących wówczas w "Kremenarosie" czyta ten tekst - proszę o wybaczenie.
                  Po zwinięciu swoich rzeczy przenieśliśmy się na zewnątrz, pod parasole. Tam zjedliśmy śniadanie, po którym skorzystaliśmy z umywalni, gdzie była okazja umyć naczynia w ciepłej wodzie. Po śniadaniu i umyciu menażek czas nam było ruszyć w drogę, zwłaszcza, że dziś do przejścia mieliśmy niebagatelny odcinek. Na pierwszy ogień poszła Tarnica czerwonym szlakiem z Ustrzyk Górnych. Niestety mnie coraz bardziej martwiły moje kolana, które już dnia poprzedniego dały o sobie znać. Na szczęście z podejściami nie było problemów - problemy zaczynały się na zejściach. Tyle dobrego, że tego dnia czekały nas głównie podejścia, a zejścia, jeśli były, to raczej łagodne. Po zrobieniu zakupów w delikatesach w UG i następnie zakupieniu czterodniowego biletu na wstęp do Parku Narodowego ruszyliśmy dalej. Bilet czterodniowy musieliśmy kupić, ponieważ nie chciano nam sprzedać biletów z datą przyszłą, a nie wiedzieliśmy czy w Negrylowie, gdzie przypadł nam nocleg będzie możliwość zakupu biletów, a były nam one potrzebne na przejście ostatniego odcinka  naszej wycieczki. No ale nie uprzedzajmy faktów.
                   Po drodze na Szeroki Wierch nie obyło się bez zdjęć. Tu 
na podejściu, a tutaj na resztkach pozostałego śniegu. Już na samym podejściu na Szeroki zrobiliśmy kilka zdjęć. Tak wyglądało podejście na Szeroki, tu Mariusz podchodzi, a tu stoi cała nasza trójka. Na Szerokim Wierchu tez zrobiliśmy sobie zdjęcie, a co ?! Na siodło pod Tarnicą dotarliśmy zgodnie z czasem podanym na mapie. Niestety przy zejściu moje kolana a właściwie wiązadła krzyżowe dawały srodze znać o sobie :-( Dokuczały mi na tyle, że rozważałem możliwość pozostania na "siodle", i zaopiekowania się naszymi plecakami, jednak od Kotu wziąłem bandaż elastyczny, owinąłem nim lewe kolano, które dokuczało mi najbardziej i poszedłem w górę. W końcu głupio by było być w Bieszczadach, i nie wejść na Tarnicę. Ruch był spory, ale bez jakiś strasznych tłoków. Na szczycie ok 10-15 osób. Wykonuję tradycyjne foto, siedzimy chwilkę, następuje wymiana smsów ze znajomymi, ja dzwonię do domu. W międzyczasie na szczyt dociera chyba jakaś wycieczka pracownicza, panie i panowie w adidaskach, pojawia się jakaś gorzała. Normalna majówka można by rzec gdyby nie fakt, że przez taką niefrasobliwość angażuje się ratowników GOPR zupełnie niepotrzebnie. jakby nie patrzeć to zejście z Tarnicy do Wołosatego, szlakiem niebieskim, nie dość że jest strome, to po nocnych intensywnych opadach na pewno śliskie, co na pewno nie ułatwia zejścia w obuwiu typu adidas, a już pod wpływem alkoholu staje się to niebezpieczne. W takich sytuacjach jestem za tym, aby po stwierdzeniu że ofiara wypadku jest pod wpływem alkoholu, obciążać ją kosztami akcji ratunkowej. Może taki jeden z drugim zastanowiłby się następnym razem :-/ Pomału jakoś zszedłem z Tarnicy na przełęcz, a stamtąd udaliśmy się na Krzemień. Podejście wyglądało imponująco, i nie zachęcało do podchodzenia, ale cóż było robić - trzeba było iść. Spięliśmy się zatem w sobie i ruszamy. Pomimo znacznej stromizny podchodziło mi się nawet komfortowo, i wkrótce reszta teamu została parę metrów z tyłu (do tej pory Kotu wyrywał do przodu i dyktował tempo). Niemal u szczytu  Krzemienia, tuż przy szlaku rosła roślina, o cudownie pachnących kwiatach. Kotu twierdzi że to wrzos, ale ja nie dałbym sobie za to ręki obciąć. Jeśli ktoś ją zidentyfikuje, proszę o info. Tak czy inaczej udało nam się wreszcie dotrzeć na szczyt, ale jako że byliśmy tam pierwszy raz - podłamaliśmy się jak zobaczyliśmy jaki kawałek jest jeszcze przed nami na Bukowe Berdo, gdzie mieliśmy zatrzymać się na przyrządzenie jakiegoś posiłku na ciepło i wysuszenie namiotu, który już drugi dzień nie był wyjmowany z pokrowca. Kotu chciał iść dalej, ale my z Mariuszem nieco podłamani odległością jaką jeszcze musimy pokonać wymusiliśmy na Kotu, króciutki popasik. W końcu na porządny popas napaliliśmy się jak szczerbaty na suchary, a tu czekał nas taki "zonk" :-( Pokrzepieni jakąś naprędce zjedzoną czekoladą dotarliśmy wreszcie na Bukowe Berdo, gdzie założyliśmy obóz i przystąpiliśmy do przygotowywania posiłków. Oczywiście tutaj przestroga, i niech nikt nawet nie myśli o rozbijaniu namiotu w Parku Narodowym ! Nasz rozłożyliśmy tylko i wyłącznie po to aby przesechł. Niektórzy ludzie wchodzący na szczyt byli nieco zdziwieni stojącym tam namiotem, no ale musieliśmy go gdzieś wysuszyć, a akurat dłuższy postój mieliśmy na Bukowym. Po posileniu się kaszą kus-kus (paskudne toto) zrobioną na bulionie grzybowym i zabarwioną koncentratem pomidorowym, ruszyliśmy stokówkąprzez Obnogę i Grandysową Czubę w kierunku Tarnawy Niżnej. Niestety w okolicy Grandysowej Czuby, chcąc sobie skrócić drogę poszliśmy niewłaściwą ścieżką, i zaowocowało to wędrówką po lesie, ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę. Dzięki temu dane nam było obejrzeć takie widoki, no ale i musieliśmy się dwukrotnie przeprawiać przez strumień. Tu przeprawiam się jaKotu, i Mariusz. Przeprawa przez następny strumień wyglądała podobnie, tyle że po grubszym pniu. Po przeprawie czekało nas jeszcze bardzo strome podejście, aby się dostać na drogę do Tarnawy. Gdy już wdrapaliśmy się na drogę, naszej radości nie było końca, ponieważ podejście było naprawdę strome. Po dotarciu na drogę zamarzyło nam się, aby złapać stopa do Tarnawy, jednak nie czekaliśmy biernie, aż ktoś nas zabierze, tylko ruszyliśmy w dół, zasięgnąwszy wcześniej języka u Straży Granicznej, której funkcjonariusze chwilę wcześniej przejeżdżali obok na motorze. Trochę pocieszyło nas, że do Tarnawy jest ok 3 km. Po drodze minęliśmy most z drogą do Mucznego. Obok mostu stały przyczółki mostu kolejki wąskotorowej. Tuż po minięciu mostu udało nam się zatrzymać Forda Mondeo Combi, w którym zasiadała para, którą mijaliśmy kilkanaście minut wcześniej. Zobowiązali się podwieźć nas do Tarnawy (dziękujemy). Podczas jazdy padła propozycja, że poprowadzimy Ich do Bukowca i dalej do Grobu Hrabiny, a w zamian oni nas podwiozą do rzeczonego Bukowca. niestety gdy dojechaliśmy do Tarnawy i robiliśmy zakupy w sklepiku owa para jednak nie zdecydowała się podjechać do Bukowca. Podziękowaliśmy zatem za podwiezienie, i zaczęliśmy się rozglądać za jakimś transportem do Bukowca, bo o marszu raczej nie było mowy - wszyscy byliśmy już nieźle zmęczeni, a w dodatku ból moich kolan stawał się coraz bardziej uciążliwy. Postanowiliśmy że ja i Kotu udamy się na poszukiwanie jakiegoś środka transportu, a Mariusz zostanie przy bagażach. Po zasięgnięciu w sklepiku, języka, kogo można by pytać o podwiezienie, udaliśmy się do mieszkańców Tarnawy, których domy znajdowały się na początku wsi. Po krótkich negocjacjach znalazł się człowiek skłonny nas podwieźć do Bukowca za 10 PLN od głowy. Długo się nie zastanawialiśmy i po chwili siedzieliśmy już w 27 letnim (jak się później okazało) Oplu Kadecie, zabierając po drodze Mariusza wraz z naszymi plecakami. Po drodze mijaliśmy opuszczone zabudowania Igloopolu, który kiedyś podjął się tutaj wypasu bydła i przerobu mięsa. Niestety interes okazał się nieopłacalny, i z całej inwestycji pozostały tylko hale produkcyjne, oraz rozwalający się hotel robotniczy. Mniej więcej w 1/3 drogi z tarnawy do Bukowca po prawej stronie znajduje się torfowisko wysokie "Tarnawa" z ładnie przygotowanymi  pomostami do zwiedzania. Po kilkunastu minutach jazdy strasznie wyboistą drogą dojeżdżamy wreszcie do Bukowca. Jest mniej więcej godzina 18.00. Przy wejściu na ścieżkę dydaktyczno-historyczną filanc sprawdza nam bilety, i jednocześnie odnotowuje fakt naszego przejścia następnego dnia odcinkiem Sianki-Opołonek-Kińczyk Bukowski-Przełęcz Bukowska, sprawdzając jednocześnie nasze zezwolenie na przejście tegoż odcinka. Wymieniliśmy z nim trochę uprzejmości, chwilkę porozmawialiśmy i ruszamy dalej, bo czas działa na nasza niekorzyść. Po drodze fotografujemy  bardzo klimatyczne zachody słońca. Oto jeden z nich i drugi. Naprawdę niesamowity klimat. Ten zachód słońca nad połoninami i nieistniejąca wieś, i nikogo wokół. Naprawdę rewelacja. Dla takich chwil człowiek żyje. Spotykamy też tablicę pamiątkową upamiętniającą tzw. "pochówek pańszczyzny" lub nagrobną  z 1874. 
                    Na chwilę zatrzymujemy się w Beniowej przy ruinach cerkwi i cmentarzu., gdzie fotografuję kamienną 
płytę, z  rysunkiem ryby, oraz ciekawy nagrobek. Po chwili słyszymy nadjeżdżający pociąg, który również fotografuję. Po krótkim odpoczynku  przy cerkwisku idziemy dalej bo zaczyna się już robić ciemno. Po wejściu w las decydujemy się założyć czołówki, ponieważ, nie widać już prawie nic. Do schronu w Negrylowie docieramy zgodnie z drogowskazami, czyli po ok. 30 minutach od cerkwiska. W schronie czeka nas miła niespodzianka - mozna kupić jakieś picie, coś do zjedzenia w postaci słodyczy oraz sporo wydawnictw na temat Bieszczadów. Przemiła kobieta prowadząca ten przybytek nie robiła żadnych problemów ze sprzedażą, choć pora już była późna. Przy okazji informacja dla tych, którzy tam już spali, i zamierzają znów skorzystać z tego schronienia. Zmianie uległa cena noclegu z 4 PLN za nocleg bez zniżki do 10 PLN. Przygotujcie się więc na większy wydatek. Podobno nowa cena uwarunkowana jest zakupem nowych koców, sienników, i faktem, że teraz ktoś tam sprząta. Aha - przy pokoju nr.6 pod podestem leży zdechły kot, ale jak myśmy tam spali to jeszcze nie śmierdział. Jak się później okazało, oprócz nas w schronie były jeszcze dwie osoby.
                    Zdecydowaliśmy się tym razem na dwa osobne pokoje - jeden dla mnie i Kotu a drugi dla Mariusza. Pozwoliło to Mariuszowi przespać bezproblemowo wreszcie jedną noc. Jeszcze zanim położyliśmy się spać w kuchni 
zjedliśmy sobie kolację w miłym towarzystwie "pani z plakatu" :-) Na wszelki wypadek po kątach rozłożyłem nieco chleba, gdyby zjawiły się popielice. Rano jednak chleb był nie tknięty - szkoda. Tak zakończył się jeden z bardziej męczących dni jakie przyszło nam spędzić w Bieszczadzie.

3.05.2009

Ranek powitał nas słonecznie. Wstaliśmy o 5.00, potem nieśpiesznie zjedliśmy śniadanie. Mariusz z Pawłem (Kotu) jakieś kaszki mleczno-ryżowe (tfu), z nawet niezłym Crunchem, a ja tradycyjnie zadowoliłem się "chinolem". Grunt to dobry i pożywny posiłek ;-) Po posiłku podjęliśmy próbę znalezienia "umywalni i prysznica" wymienionych w regulaminie obiektu. W końcu znaleźliśmy. Przez chwilę, kiedy myliśmy menażki poczułem się jak na dzikim zachodzie, czy w Wietnamie, ponieważ prysznic składał się z beczki pomalowanej na czarno, umieszczonej na wysokiej podporze, a pod nią znajdowało się sitko prysznica. Jak ktoś oglądał serial M.A.S.H to będzie wiedział jak to wygląda. Żałuję że nie zrobiliśmy zdjęcia. Tak czy inaczej chętnie bym skorzystał z tego prysznica, gdybyśmy tylko mieli trochę więcej czasu.  Naczynia i sztućce umyliśmy w  "korytku" obok "prysznica", i przy okazji napełniliśmy butelki bardzo smaczną i zimną wodą, od której pękało szkliwo na zębach :-) Ohh jakże byłoby miło wstawić piwko do takiej zimnej wody. Uhhhh. Niestety nie było na to czasu, choć piwo mieliśmy - zostało nam z dnia poprzedniego. obiecywaliśmy sobie, że uczcimy dojście do Negrylowa tymże piwem, ale byliśmy tak zmęczeni, że ja wypiłem tylko 2 piwa, Paweł jedno, a Mariusz chyba wcale. No ale dość już o piwach. W kuchni tego schronu rozstałem się na zawsze z ok. 0,5 kg kaszy Kus-Kus, jako że poprzedniego dnia, gdy jedliśmy posiłek na Bukowym Berdzie, postanowiłem, że ostatni raz (choć pierwszy) mam w ustach to "coś". Szybciutko się zwinęliśmy strzeliwszy sobie pamiątkową fotografię i ruszyliśmy w dalszą drogę, bo spory odcinek mieliśmy tego dnia do przejścia.
                     Początkowo szło się po starej drodze (chyba kiedyś była asfaltowa). Po jakichś 45 minutach, po prawej stronie na lekkim wzniesieniu znajduje stary schron drewniany. Wprawdzie dach jest w opłakanym stanie (po jednej stronie jest spora dziura na całej długości) jednak od biedy,  i będąc w posiadaniu np. folii NRC można by się tam pokusić o schronienie przed deszczem, czy nawet nocleg. Niestety nie wiem jak ten schron wygląda od środka, bo szkoda nam było czasu aby tam zaglądać. Teraz żałuję, że tego nie sprawdziliśmy. Po pewnym czasie, z prawej zaczyna się Rezerwat Świerka Wschodniokarpackiego. Niestety drzewa nie przystosowały się do naszych warunków i wyglądają marnie. Od razu widać że chorują. Pod koniec rezerwatu po obu stronach drogi  znajdują się rozlewiska potoku Niedźwiedziego, tworząc malownicze jeziorka. Świetny motyw na foto typu "landszaft". Niestety nie podjąłem się ich sfotografować, ze względu na stan akumulatorów w aparacie. Pomimo 4 kompletów zanosiło się na to, że braknie zasilania, i trzeba będzie zastosować akumulatory, które Kotu miał w czołówce. W miejscu gdzie droga skręca ostro w prawo, i kończy się rezerwat, nasz szlak skręca w lewo i wchodzimy w las. W miejscu tym zbliżamy się do granicy na rzut kamieniem. Po kilku minutach marszu daje się słyszeć po prawej stronie jakiś szelest, oraz dźwięk krótkofalówki. Tak, tak, to nasi dzielni Pogranicznicy strzegą naszych granic :-) W końcu docieramy do 
"Grobu Hrabiny" , robimy tam krótki odpoczynek. Po ok 10 minutach ruszamy dalej, ku punktowi widokowemu na Wierszku, skąd podobno rozpościera się piękny widok na Sianki. Widać było doskonale całe Sianki. Udało mi się tez sfotografować jadący od Przełęczy Użockiej do Sianek pociąg. W tym uroczym miejscu posililiśmy się jakimiś batonikami, wypiliśmy też jedno z dwóch piw, które miałem. Po zerknięciu na mapę i odszukaniu marnie wydeptanej  ścieżki poszliśmy w dalszą drogę. Już po pierwszych kilkudziesięciu metrach trafiliśmy na teren podmokły, ale po pokonaniu tego odcinka szło się całkiem przyjemnie, choć ścieżka była słabo zarysowana wśród drzew. Liczyliśmy, że gdy dotrzemy do słupków granicznych, będzie miedzy nimi wyraźna ścieżka. Tak tez było, a okazało się to gdy dotarliśmy do pierwszego słupka granicznego, o numerze 225. Teraz już szło nam się dużo łatwiej - nie trzeba było  wypatrywać licho zarysowanej ścieżki. Minęło kilka minut i dotarliśmy do źródeł Sanu. Prawdę powiedziawszy pierwszy raz byłem u źródeł jakiejś większej rzeki. Miło było popatrzeć, na małe źródełko, które po kilkunastu kilometrach zamienia się już w całkiem niemałą rzekę. Na uwagę zasługuje fakt, iż nieco powyżej źródeł Sanu znajduje się krzyż (widoczny na zdjęciu) Zastanawiające jest, że na cokole tego krzyża znajduje się pisana cyrylicą informacja o tym jakiej rzeki to źródła, oraz podana jest długość i szerokość geograficzna tegoż źródła. No chyba  że to już jest Ukraina, ale na moje oko to rzeczone źródło znajduje się pomiędzy słupkami. No ale nie ma co roztrząsać dłużej tego tematu. Czas nam było ruszać w dalszą drogę. Szcyt Piniaszkowy pokonaliśmy bez większych problemów po drodze pomiędzy słupkami 223 i 224 mijając pozostałości okopów, oraz założone na ścieżce zwierząt wnyki. Oczywiście wnyki zniszczyliśmy, ciekaw jestem jednak kto je założył. Nasi, czy Ukraińcy ? Mieliśmy to zgłosić filancom, ale jak się później okazało nie bardzo było jak i kiedy. Tak czy inaczej nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy za bardzo, ponieważ po kilkuset metrach ścieżka zaczęła prowadzić przez gęste krzewy malin i jeżyn, dlatego też zeszliśmy do lasu po Polskiej stronie. Kotu przez jakiś czas twardo stawiał czoła zawziętym roślinom, ale w końcu poddał się.  Po jakimś czasie pojawiło się wyjście z powrotem na ścieżkę "graniczną", ale zobaczyliśmy tez że czeka nas niezłe podejście pod Opołonek. Przyznam że jak na realia bieszczadzkie to podejście dość strome, zwłaszcza w końcówce, tuż przy samym szczycie. No ale co to dla nas, zaprawionych w bojach, w poprzednich dniach :-) Podejście było o tyle niewygodne, że trzeba było przedzierać się przez pędy malin i jeżyn. Ja wybrałem drogę skrajem lasu - było tam mniej wszelkich tych utrudnień. Na szczycie ustaliliśmy że odpoczywamy max 10 minut i idziemy dalej. Wypijamy drugiego mojego browarka i ustalamy że lepiej jest pić jedno piwo na trzech, niż każdy miałby pić swoje. Dzięki temu unikniemy uczucia ciężkości w żołądku, a każdy z nas zaspokoi ogólnie pragnienie. Postanowiliśmy, że następny browarek otworzymy na Rozsypańcu Strońskim, a ostatni na Kińczyku Bukowskim. Piwo zostało wypite, czas ruszać dalej. Oczywiście za Opołonkiem - jak chyba większość ludzi, którzy idą tędy pierwszy raz - nieświadomie naruszamy terytorium Ukrainy. Trzeba tutaj uważać, bo gdybyśmy trafili na jakiegoś pogranicznika mogłoby być niewesoło. Proponuje się trzymać skraju lasu po prawej, a nie kierować się ścieżką, która właśnie przechodzi przez terytorium Ukrainy. Widoki, jakie się stamtąd rozpościerają  mogą zauroczyć, ale lepiej darować sobie widoki, i nie mieć kłopotów. Zresztą droga bita, która biegnie wzdłuż granicy po stronie Ukraińskiej bardzo kusi, jednak nie radzę ułatwiać sobie zadania. Zresztą co rusz widoczne są pozostałości po "zimnej wojnie". Raz nawet widzieliśmy przy tej drodze zrobiony mały szałasik i stertę drewna przygotowaną na ognisko. Co rusz rzucają się w oczy niedopałki Ukraińskich papierosów, widać więc, że ktoś z Ukrainy tamtędy chodzi.
                 Po kilkudziesięcu metrach ukazała się naszym oczom słynna 
Skała Dowbosza (słyszałem też inne nazwy Dobosza, Dowbusza itp) Nie mam pojęcia, która jest właściwa, postanowiłem więc przyjąć - za mapą Compass "Bieszczady 1:50 000 wyd.V - nazwę Skała Dowbosza. Tuż koło wspomnianej skały granica skręca ostro w prawo. Po pokonaniu dość stromego i śliskiego zbocza dochodzimy do sporego wąwozu, którym płynie mały strumyk. Niestety już na tym etapie zaczynają mi doskwierać bóle kolan, zwłaszcza przy zejściach, ale głupotą byłoby się wycofać w tym momencie, więc zacisnąć zęby i iść dalej. Dobrze że koledzy byli wyrozumiali, i nie psioczyli na moje postoje. Po kilku minutach od pokonania owego wąwozu dochodzimy do przełęczy Beskid Żydowski. Nie znam genezy tej nazwy. Od tej chwili zaczyna się dość długie ale nie przesadnie strome podejście pod Rozsypaniec Stiński. Najgorszy odcinek jest - podobnie jak w przypadku Opołonka - tuż przy samym szczycie, jednak widoki, które się stamtąd rozpościerają w pełni wynagradzają włożony trud. Oczywiście ustalamy, że tutaj musimy dłużej odpocząć i wykonujemy  kilka fotek. Tutaj z widokiem na Kińczyk Bukowski a tutaj ja łapię oddech a tak naprawdę, to parodiowałem nieco scenę z "Titanica". W takich chwilach człowiek naprawdę czuje się wolny. Po odpoczynku i zaaplikowaniu sobie doustnie dawki chmielu zbieramy plecaki i ruszamy w dalszą drogę. Teraz już idzie się nam lepiej, bo możemy podziwiać wspaniałe widoki rozpościerające się po prawej i lewej. To naprawdę niezapomniane przeżycie. Na Kińczyk docieramy po ok. 40 minutach marszu w borowinie i wysokiej, suchej trawie. Raz nawet przeprawialiśmy się przez wąwozik wyżłobiony przez niewielki strumyk, w którym zalegało jeszcze dość sporo śniegu. Wyobraziłem sobie jakby to było miło natrzeć się takim śniegiem, albo wstawić weń piwko :-) Po drodze na Kińczyk nie opieramy się pokusie wykonania foto na uroczej skałce. Po chwili... uffff.... jesteśmy na Kińczyku. Ochoczo zrzucamy "wory" i rozsiadamy się w w dołku, który jest pozostałością po jakimś bunkrze lub innej budowli, i otwierając ostatnie piwo delektujemy się nim :-) Zacny to napój, skoro nawet Mariusz daje się skusić nań. Zresztą to właśnie jest jego puszka. Popijając ów trunek zachodzimy w głowę co to za budowla pozostawiła tutaj ten dołek w kształcie prostokąta. Wiadomo było nam, że stała tam wieża triangulacyjna, ale o jakiejś inne budowli nie słyszeliśmy Gdyby ktoś miał jakieś informacje na ten temat, to chętnie poszerzę swoją wiedzę. Proszę pisać na mail podany w dziale "Kontakt". Nie zachodząc za długo w głowę jęliśmy się do wykonywania zdjęć, czego efektem jest ta fotografia(po lewej stronie w oddali widoczna wieś Sianki na Ukrainie), oraz to zdjęcie (widok na Halicz i Tarnicę). Po "sesji zdjęciowej" nadszedł czas na jakiś posiłek. Zabraliśmy się zatem do jego przyrządzania. Ja miałem "na obiad" bulion grzybowy z kostki, z maczanym chlebem, Mariusz chyba to co zwykle, czyli "Knorra-Pomidorra", a Kotu zabrał się do przygotowywania jakiejś "pulpy" z wkładką mięsną w postaci kiełbasy podsuszanej. Trochę uszczupliliśmy jego zapasy. po co ma chłopina dźwigać takie ciężary ;-) Po "obiedzie" konieczna jest siesta, więc skorzystaliśmy skrzętnie z tego dobrego zwyczaju :-) Odpoczywalibyśmy tak chyba ze 2 dni, pojawiła się nawet myśl, aby zostać tam na noc, ale nad Wołosatem zaczęły się zbierać burzowe chmury, i zanosiło się na zmianę pogody. Czym prędzej więc spakowaliśmy nasze rzeczy i trzeba było ruszać, bo średnia to przyjemność być najwyższym punktem na połoninie podczas burzy, a nie mogliśmy sobie pozwolić na marnowanie czasu, aby zejść poniżej linii drzew. Śpiesznie zatem ruszyliśmy Połoniną Bukowską w kierunku Przełęczy Bukowskiej, mijając po drodze bardzo malownicze widoki na Ukrainę (tutaj Werchowyna Bystra), oraz ciekawe formy skalne. Nie brakowało też stromych podejść (tu Mariusz i Kotu), ale po wejściuradości nie brakowało (tu ja na jednej ze skałek na trasie). Najbardziej nie lubianym przeze mnie elementem naszej wędrówki były zejścia. Kolana bolały mnie już tak bardzo, że gdyby nie fakt, iż najbliższą miejscowością jest Wołosate, do którego się kierowaliśmy, optowałbym za zejściem do którejś z tych miejscowości. Pokonując liczne krótkie zejścia i podejścia, pozostałości zarośniętych okopów  dotarliśmy wreszcie na Przełęcz Bukowską, do punktu, gdzie szlak czerwony z Wołosatego skręca na Rozsypaniec. Tam czekała na nas niespodzianka, a było nią ostrzeżenie o ... lawinach :-) W tym miejscu koledzy postanowili zmienić obuwie na nieco lżejsze. Ja niestety nie miałem ze sobą sandałów, więc po zrobieniu pamiątkowych fotek poszedłem dalej. Zatrzymałem się dopiero przy strumyku, który chyba niedawno pojawił się jakiś kilometr dalej. Stoi tam też ławeczka. Poczekałem aż Kotu i Mariusz dojdą, i dalej ruszyliśmy już razem. Trasa do Wołosatego była długa i bardzo nudna, dlatego pominę ten element podróży. Co jakiś czas słychać było grzmoty, ale na szczęście jeszcze nie padało. Zupełnie wykończeni, powłócząc już nogami ledwo dotarliśmy do sklepiku spożywczego w Wołosatem, z nadzieją, że będzie jeszcze otwarty. Nasze nadzieje były płonne - sklep był zamknięty. W końcu było już po 20.00 więc nie ma się co dziwić. Jednak przy sklepie, pod parasolami siedziało kilka osób, w tym jakiś mieszkaniec Wołosatego, mocno już "pokrzepiony" piwem. Zawsze uważałem, że tacy ludzie to prawdziwy skarb tej ziemi. Zawsze mają informacje, co , gdzie i jak. Nie inaczej było i tym razem. Po tym jak wdałem się z nim w krótką dyskusję dowiedziałem się, że za sklepem jest restauracja, gdzie można kupić piwo i inne, jakże dla nas cenne rzeczy. Szybko podjęliśmy decyzję, co kupujemy i już po kilku minutach dzierżyłem w dłoniach bodaj 2 puszki piwa i Coca-Colę dla Mariusza i Pawła. W międzyczasie Paweł dowiedział się od naszego "informatora", że za kilka/naście minut powinien przyjechać busem jeden z mieszkańców Wołosatego, i przy odrobinie szczęścia i odpowiedniej motywacji finansowej zawiezie nas do Ustrzyk Górnych, gdzie planowaliśmy nocleg. Ledwo napoczęliśmy przyniesione napoje, a już na drodze pojawił się bus. Zatrzymaliśmy go, i po krótkich negocjacjach ustaliliśmy gratyfikację na poziomie 30 PLN za nas wszystkich. Uradowani niesamowicie siedzieliśmy sobie wygodnie w busiku, popijając co tam kto lubi, a w międzyczasie na zewnątrz rozpadał się deszcz. Po kilku minutach jazdy dołączyli do nas jeszcze jacyś piechurzy w ilości 3 osób. Dzięki temu udało nam się rozłożyć koszty. I tak my zapłaciliśmy po 7 PLN od osoby, a oni po 3 PLN. Wprawdzie te 7 PLN to i tak 2 razy więcej niż płaciłem latem za tę samą trasę, ale tutaj trzeba było wliczyć również kurs powrotny i pewnie kierowca nie miał już szans na jakichś pasażerów w drodze powrotnej. Tak czy inaczej - było to chyba najlepiej wydane 7 PLN na tej wyprawie :-) Pod schroniskiem wysiedliśmy ok 21.00, i bez zbędnej zwłoki udaliśmy się do jadalni schroniska z nadzieją na jakiś ciepły posiłek Mieliśmy szczęście bo jeszcze kucharki nie poszły do domu, i udało nam się  dostać jeszcze ciepły posiłek. Wprawdzie były to tylko frytki, ale za to smakowały jak nigdy :-). 
                       Jakże odmiennie tego dnia wyglądało schronisko. Praktycznie zero turystów, cisza, spokój. Spokojnie zjedliśmy sobie posiłek, przy stoliku obok obsługa szykowała się chyba do jakiejś, drobnej imprezki. W końcu należało im się, bo jeśli przez cały długi weekend mieli tak gorąco jak 1.05, to im nie zazdroszczę. Po posiłku spokojnie udaliśmy się do budynku, gdzie mieści się recepcja. Z zakupem "gleby" nie było najmniejszych problemów, pomimo wolnych pokoi. Wprawdzie pani z recepcji zaproponowała nam leżenie na korytarzu, ale wynegocjowaliśmy salę nr 8, czyli ostatnią w korytarzu. Trochę się zdziwiłem, że teraz zamiast materacy stoją tam łóżka polowe, no ale nie przecież nie będę narzekał ;-) Pani tylko poprosiła nas abyśmy nie spali na łóżkach, bo jak kierownik zobaczy to mogą być problemy. Oczywiście nie w głowie było mi spać na glebie, gdy obok stoją łóżka polowe, więc zająłem miejsce na "polówce", ze świadomością, że jeśli zostanę nakryty, to po prostu dopłacę różnicę. Koledzy ambitnie postanowili spać na podłodze. Cóż - Ich wybór :-) Zresztą i tak w nocy Kotu przeszedł na "złą stronę mocy", czyli położył się na "polówkę". Tylko Mariusz był twardy i wytrzymał w swym postanowieniu niczym Luke Skywalker i nie uległ "Mocy" :P Po "rozłożeniu" swoich rzeczy poszliśmy się wykąpać. Nie było problemów z ciepłą wodą. Potem jeszcze siusiu, paciorek, piwko, krótka rozmowa, dzielenie się wrażeniami z dnia, i zasnąłem nawet nie wiem kiedy. Wcześniej ustaliliśmy, że ja z Mariuszem wracam z samego rana do domu, a Kotu, jako że pociąg miał dopiero wieczorem, odwiedzi jeszcze Panią Stefanię, której zawdzięczamy zezwolenie na przejście odcinka Sianki - Połonina Bukowska, i wręczy w naszym imieniu jakiś skromny dowód wdzięczności. Rano mieliśmy PKS o 6.00 do Krosna, więc wstać musieliśmy ok 5.00.

Jako że następnego dnia nie było bardziej spektakularnych wydarzeń, nie będę tworzył nowej podstrony, bo mija się to z celem. Napiszę tutaj.

                      Rano obudziłem się kilka minut przed dzwonkiem telefonu, czyli krótko przed piątą. Obudziłem Mariusza i zaczęliśmy zbierać swoje rzeczy. Kotu również się obudził, a jako, że jemu pakowanie bagażu jakoś nie szło ustaliliśmy że jeśli zdąży, to wyjdzie razem z nami, a jeśli nie to pożegnamy się w sali. Nie zdążył. Po serdecznym pożegnaniu poszliśmy z Mariuszem na przystanek, rzucając tęskne spojrzenia w kierunku gór. Niestety byliśmy wyczerpani fizycznie, bolały nas nogi i mieliśmy pęcherze na stopach. Mimo wszystko radość z wyjazdu, mieszała się ze smutkiem, że to "już". Jako, że PKS trochę się spóźniał, Kotu zdążył jeszcze do nas dołączyć na przystanku. Chwilę potem podjechał PKS. Po zasięgnięciu informacji u kierowcy, okazało się, że ok 8.10 mamy z Ustrzyk Dolnych PKS do Katowic. Zdecydowaliśmy się zatem na kurs do U.D. Jak się później okazało to był dobry ruch, bo w Zagórzu lub w Sanoku moglibyśmy już nie wejść do autobusu. W Ustrzykach Dolnych byliśmy ok 7.20 i udaliśmy się na poszukiwania bankomatu, bo musiałem Mariuszowi oddać pożyczone wcześniej pieniądze, inaczej nie mielibyśmy pieniędzy na powrót. Na szczęście bankomat nie znajduje się bardzo daleko od dworca PKP/PKS. Po pobraniu gotówki udaliśmy się do sklepu spożywczego, aby zrobić jakieś zakupy na drogę, a potem kupiliśmy bilety. Gdyby kogoś to interesowało, to bilet normalny z U.D do Katowic kosztuje ok 42,50 PLN. Autobus podjechał z niewielkim opóźnieniem, a kierowca, który na początku wydawał się mało sympatyczny, okazał się facetem, który "ma głowę na karku". Z przystanków pośrednich nie zabierał pasażerów więcej niż jest miejsc w autobusie, ale gdy jakieś miejsce było wolne to w pierwszej kolejności wpuszczał pasażerów jadących najdalej, czyli Katowice, Jaworzno, Trzebinia itp. Wszyscy, którzy jechali bliżej niż do Krakowa raczej nie mieli szans wsiąść. Tak to, pomijając Mariusza drobne problemy natury fizjologicznej, po ok 10 godzinach jazdy dotarliśmy do Katowic. Tutaj pożegnałem się z Mariuszem dość szybko, ponieważ mój autobus już stał na przystanku. A szkoda, bo mogłem go chociaż na jakieś piwo wziąć - w końcu miałem tego dnia swoje urodziny. No cóż - myślę, że jeszcze kiedyś to nadrobimy :-)

Tak oto zakończyłem swoją kolejną "Bieszczadzką przygodę". Bilans tej wyprawy był następujący: po 2 pęcherze na piętach, 1,5 kg wagi mniej, zgubiona ircha do czyszczenia obiektywów, ale za to głowa pełna wspomnień, i ok 300 zdjęć w aparacie.