Góry‎ > ‎

Bieszczady 16-22.06.2006

Kolejna moja wizyta w Bieszczadach.
Tym razem to 6 dni, 164 km przebytej drogi, 22 wypite piwa i około 0,5 l alkoholu wysokoprocentowego :-)
Prawdę napisał ktoś, że w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, a potem tylko wraca.
Tym razem w związku ze zmianami w rozkładach jazdy dotarłem w Bieszczady przez Rzeszów. Niestety kolej nie ułatwia nam sprawy, i od Rzeszowa podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Po ok 4 godzinach podróży docieram wreszcie do Sanoka, klnę na czym świat stoi, bo pociąg jest spóźniony ok 25 minut, a 10 minut wcześniej miałem PKS do Komańczy. Ale mówię sobie po cichu: „easy man” - jesteś na wypoczynku, nie denerwuj się pojedziesz późniejszym PKS'em. Tak się składało, że ten późniejszy PKS miał odjeżdżać, za 10 minut, więc myślę sobie nie jest źle. Już bardziej wyluzowany udaję się na stanowisko, z którego odjeżdżać ma mój PKS,a tu, tyle co podszedłem podjeżdża autobus, z tabliczką Jaśliska. Wsiadam zatem, kupuje bilet do Komańczy( 6.40 PLN ) przede mną kilka raptem osób, i tak cos mi do głowy przyszło, aby zapytać jednego z współpasażerów, czy to przypadkiem nie jest ten PKS, który miał odjazd 14.40. Gość odpowiada, że tak, i nie wie dlaczego się tak spóźnił. Ja uświadamiam go, że pewnie czekał na spóźniony pociąg. Nie wspomniałem słowem, że to ja m.in. jechałem tym pociągiem i takie "spóźnienie" jest mi na rękę, bo jeszcze w ryja bym dostał, a po co ? ;-)
Zadowolony , z przebiegu wydarzeń, myślę sobie w duchu: "Kurcze jednak są na tym świecie ludzie którzy myślą" i zapałałem sympatią do Pana kierowcy i w domyśle do dyspozytora. Wszak jednak zdarzają się ludzie, którzy nie tylko wykonują swoje obowiązki, ale i myślą o innych. Tymczasem z moich rozmyślań wyrywają mnie bardzo piękne widoki rozpościerające się za niezbyt czystymi oknami pojazdu marku Autosan. Ale co tam - myślę - okna, ważne że jadę i nie będę miał jakiejś większej obsuwy czasowej. Ale wracając do widoków - jechałem tą trasą kiedyś koleją, ale z okien pociągu te tereny nie wyglądały tak malowniczo. A to jakaś przełączka, a to dolinka, z malowniczym domkiem, a to cerkiewka. Kurcze - bardzo mi się spodobała podróż autokarem.
Do Komańczy dojeżdżam ok.15.50. Pogoda zapowiada się nieźle. Po niebie przesuwają się chmury typu cumulus, temperatura ok 25 st. Jako, że nie dźwigałem ze sobą tego co mogłem kupić na miejscu, postanowiłem więc wspomóc lokalny monopol spirytusowy oraz browarnictwo ;-) W tym celu kroki swe kieruję ku pobliskiemu 
sklepowi spożywczemu. Zakupiłem kilka piwek, które miały mi starczyć na najbliższe 2 dni, butelczynę jakiegoś destylatu, w razie gdyby trafiło się towarzystwo, jakieś pieczywko (ostatni chlebek) no i troszkę drobniejszej żywności typu chińskie zupki, i konserwy, oraz kawałek kiełbaski. A co ? Już byłem koło kosciółka, gdy przypomniałem sobie, że nie kupiłem wody. Zarządzam więc szybki odwrót i udaję się w drogę powrotną do sklepu. Dokonuję stosownego zakupu i spowrotem idę ku czerwonemu szlakowi. Po drodze wykonuję jeszcze foto budynku dworca kolejowego.
Na placyku zabaw obok kościoła przepakowuję wszystkie rzeczy, dokonuję ostatniego przeglądu i okazuje się że zapomniałem z domu zabrać kurtki przeciwdeszczowej. Myślę sonie: "Kurna pięknie - będzie wspaniale jak zacznie padać" ale z drugiej strony przecież nie będę się zrażał takimi drobiazgami. Od biedy mam jeszcze folię NRC i płachtę biwakową - jakoś dam sobie radę, a w zasadzie nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że będzie padać. Po krótkim sprawdzeniu sprzętu, ruszam na szlak. Przy okazji załączam swój nowy nabytek, czyli GPS. Będzie od tej pory w miarę swoich możliwości rejestrował trasę mojej wędrówki. Przyda się to potem do analizy trasy jaką pokonałem. Ruszam więc szlakiem czerwony, a jako, że te trasę pokonuję powtórnie, nie miałem problemu przy skręcie z asfaltu w las, jak za pierwszym razem. Docieram do miejsca, w którym kiedyś było
pole namiotowe. Myślę, że już czas zdjąć ten obiekt z nowych map, ponieważ, teren polem namiotowym jest jedynie z nazwy. Trawa po pas, jakieś kwiaty, resztki ogrodzenia. Gdyby nie ślad na mapie – w życiu bym nie przypuszczał, że można tu rozbić namiot. Nieźle trzeba by być zdesperowanym aby to zrobić.
No ale nie mnie oceniać obiekty PTTK, są od tego bardziej kompetentne osoby. Ruszam dalej. Trasę na Prełuki pokonuję dość sprawnie, mijając po drodze dwóch turystów. Dowiedziałem sie od nich ze na Jeziorkach Duszatyńskich nie ma tłoku, a bar w Duszatynie jest czynny. To bardzo dla mnie ważna informacja, bo
miło by było uraczyć się złocistym trunkiem przed ruszeniem w dalszą część trasy. Na 
Prełukach spotkałem jeszcze jednego turystę, i był to ostatni turysta do samych Jeziorek Duszatyńskich. Wprawdzie minęło mnie jeszcze do Duszatyna kilka samochodów, ale ich nie liczę.
Ok 17.50 jestem przy 
barze w Duszatynie. Bar zmienił wygląd zewnętrzny z seledynowego na różowawy z jaskrawym napisem BAR. Widać go już z daleka. Zamawiam piwko Leżajsk (4 PLN - cena podniosła się w stosunku do poprzednich lat o 50 gr), zagaduję o pogodę i frekwencję. Dowiaduje się, że do dnia dzisiejszego pogoda była nie najlepsza, prawie codziennie pojawiały się burze, a frekwencja - jak widać raptem tylko dwa samochody na parkingu i grupka młodzieży z Rzepedzi pod parasolami. Oprócz nich jeszcze tylko jedna rodzina. Po kilku łykach złocistego napoju, zamawiam pierogi i od razu jeszcze jeden kufel piwa, w razie jakby miało braknąć w czasie oczekiwania na pierogi. Pierogi pojawiły się na stole szybciej niż bym przypuszczał, w międzyczasie wdałem sie w
dyskusję z rodziną, która przysiadła się do ławy, przy której siedziałem. Porozmawialiśmy sobie, dowiedziałem się, że że ludzie Ci jeżdżą w Bieszczady juz od wielu lat. Podczas konsumpcji pierogów (nomen-omen bardzo smacznych, choć nie przepadam za pierogami bez nadzienia mięsnego) pojawili się właściciele drugiego z samochodów. Okazało się, że to poszukiwacze militariów. Jako że sam swego czasu interesowałem się tym tematem, wymieniliśmy miedzy sobą doświadczenia i opinie na temat miejscówek i sprzętu. Podczas naszej rozmowy właścicielka baru z córką udały się na pobliskie osuwisko, na spacerek, a ja z braku możliwości zakupu piwa pożegnałem się z poszukiwaczami militariów, i ok. 19.00 ruszyłem w drogę. Po drodze jeszcze minąłem nieistniejący już 
„ostatni sklep na szlaku”. Szkoda, bo przydałby się ty sklepik. Spieszać musiałem, bo chciałem na Jeziorka dotrzeć jeszcze o czasie, aby móc wykonać kilka fotografii. Szło się całkiem przyjemnie bo wieczorny chłodek studził ciało.
Ok. 20.45 docieram nad Jeziorka Duszatyńskie, lub rezerwatu "Zwiezło". Jak kto woli. Wykonuję kilkanaście 
fotografii, niestety jak się w domu okazuje znaczna większość jest nieostra, ponieważ nie zabrałem statywu. Tymczasem opuszczam rezerwat, i powoli rozglądam się za jakimś miejscem żeby rozbić mój prowizoryczny dach. Po przygotowaniu sobie legowiska, szybciutko przygotowuję sobie, na wodzie z pobliskiego potoku zupkę chińską i kładę się spać. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

17.06.2006

Noc w sumie przebiegła bez wydarzeń, poza kilkoma krótkimi pobudkami, ze względu na odgłosy przemieszczającej się w pobliżu zwierzyny.
Obudziłem się ok. 3.30. Dzień zapowiadał się bardzo ładnie, niebo bez jednej chmurki. Czym prędzej więc wziąłem się za zwijanie "obozowiska". Nie pomagały mi w tym muchy, które były wyjątkowo natrętne. Zresztą jak się później okazało te owady były nieodłącznym elementem wędrówki każdego turysty, i nie tylko mnie dawały się we znaki. Tak czy inaczej zwijanie obozowiska przeciągnęło się do ok.5.00. O tej godzinie ruszam bez plecaka z powrotem nad 
Jeziorka, na poszukiwania kapelusza, którego brak stwierdziłem podczas porannego pakowania plecaka. W tym miejscu apel - jeśli ktoś znalazł w tamtym rejonie, a w zasadzie na dojściu do rezerwatu kapelusz wojskowy, w pustynne ciapy, i zechciałby mi go zwrócić, będę wdzięczny. Kapelusza nie znalazłem, ale za to udało mi się wykonać kilka fotografii, o wiele lepszej jakości, niż te z dnia poprzedniego, a następnie udałem się do miejsca gdzie zostawiłem plecak. Zakładam go na plecy i dalejże w drogę. Na Chryszczatej jestem ok. 7.00. Tutaj krótki odpoczynek, kilka fotografii i tym razem korzystam z GPSa, jako urządzenia do nawigacji, aby odnaleźć skrzynkę "Geocache" ukrytą w pobliżu.

Tutaj słów kilka co to jest Geocache. W skrócie można to nazwać grą w poszukiwanie "skarbów", czyli hermetycznie zamkniętych pojemników, zakopanych gdzieś w ziemi, pod kamieniem czy w korzeniach drzewa, bądź schowanych w dziupli, w których znajdują się przeróżne rzeczy. Maskotki, narzędzia, artykuły spożywcze pakowane próżniowo, czasem jakieś piwko czy inny alkohol. Po odnalezieniu Geocache można sobie ze skrzynki coś zabrać, lub zabrać nawet wszystko, jednak trzeba w zamian zostawić coś od siebie. W Polsce to dość nowa zabawa terenowa, ale zdobywa coraz więcej uczestników, i rejestrowanych jest coraz więcej skrzynek. Po więcej informacji odsyłam na jedną ze stron o geocachingu w Polsce www.geocaching.pl

Ale do rzeczy - jako że w okolicy Chryszczatej ukryto jedną ze skrzynek geocache, zaplanowałem sobie że odszukam ją. Zatem korzystając z GPSa ruszyłem najkrótszą drogą do skrzynki, zmagając się cały czas z muchami. Po kilkunastu minutach marszu docieram wreszcie do miejsca o współrzędnych w/g których znajduje sie skrzynka, odszukuje właściwe drzewo (oznaczone farbą) i po chwili wygrzebuje z ziemi i liści pojemnik. W pojemniku znajdowały się 2 naboje i baton Lion. Dorzuciłem coś od siebie, i spiesznie zakopałem pojemnik, cały czas walcząc z natrętnymi muchami. Po chwili dochodzę do drogi, i idąc nią docieram do kolejnych jeziorek w okolicy. Ja byłem tylko nad jednym ale ponoć są dwa. Wykonuję foto, z pięknym widokiem na Chryszczatą, i udaję się do pobliskiej chatki. Tam najpierw zajmuje się nazbieraniem opału, a następnie przyrządzam sobie kolejną Chińską zupkę, oraz wykonuję szybciutką kąpiel w przepływającym nieopodal potoku, oraz piorę sobie niektóre rzeczy. Postanawiam dziś już nie iść dalej iwygrzewam się w słońcu. Mogę sobie pozwolić na ten luksus, ponieważ w Bieszczady dotarłem dzień wcześniej niż pierwotnie planowałem. Poza tym po pierwszym dniu wędrówki pojawiły mi się otarcia stóp. Poobiednią drzemkę przerwał mi hałas za oknem. Okazało się że będę miał gościa. I bardzo dobrze - będzie do kogo się odezwać Zgadaliśmy się z kolegą, że on też udziela(ł) się na bieszczadzkim forum pod ksywką "Klopsik". W trakcie rozmowy okazuje się, że do chatki ma przyjść jeszcze "Harnaś" - człowiek, któremu chatki zawdzięczają wiele, a którego chciałem zawsze poznać. Tym milej będzie mi opróżnić butelkę destylatu, w tak zacnym gronie.

Wcześniej machnęliśmy po jednym kieliszku, aby lepiej nam się pracowało i poszliśmy po opał.

Czas upływał nam na miłych rozmowach, ale "Harnasia" długo nie było. Klopsik zadzwonił do niego, i po pół godziny juz siedział z nami. Okazało się że zatrzymała go burza. Na rozmowach do późnych godzin nocnych upływa nam czas. Ja odłączyłem się od towarzystwa nieco wcześniej ponieważ srodze byłem zmęczony i najzwyczajniej przysypiałem przy stole :-/ 

18.06.2006

Ranek dnia następnego był pochmurny z niewielkimi przejaśnieniami, jednak im później, tym pogoda stawała się ładniejsza. Na ten dzień miałem zaplanowane zwiedzić rezerwat "Gołoborze". Zająłem się więc przygotowaniem do wyjścia. Koledzy tymczasem również zaczęli wstawać ze swoich śpiworów. Przed 8.00 pożegnałem się z "Klopsikiem" i "Harnasiem", wymieniliśmy się adresami i numerami telefonów, i po chwili byłem już w drodze do rezerwatu "Gołoborze". PO drodze mijałem liczne składowiska drewna  wycinku, tzw. "metrówek".  Przy wejściu do rezerwatu napiłem się nieco znakomitej wody, ze źródła i przez mostek udałem się do samego rezerwatu. Przyznaję, że byłem trochę zawiedziony "wielkością" rezerwatu, szybko się stamtąd oddaliłem do pobliskiego kamieniołomu. Ten prezentował się bardziej okazale. Za kamieniołomem wszedłem na przełęcz i skróciłem sobie nieco drogę do drogi na Baligród. W trakcie zejścia do drogi przypomniałem sobie, że w chacie zostawiłem swoją siekierę, a jako że mój wyjazd dopiero co się zaczął, siekiera była mi nieodzowna. Niestety jak na złość nie było zasięgu, więc musiałem się wstrzymać. Gdy dotarłem do drogi na Baligród, dalej nie było zasięgu, a tymczasem udało mi się złapać stopa. Mili, młodzi ludzie podwożą mnie do Baligrodu, i dopiero stamtąd kontaktuje się z "Harnasiem", który informuje mnie że ma moją siekierę, i ze idzie z "Klopsikiem" stronę Baligrodu. Umówiliśmy się więc że poczekam na nich.

W trakcie oczekiwania, wsłuchuję się w wiadomości radiowe, oraz wyniki rozegranych w ostatnich dniach, meczach na Mundialu. Po ok. 0,5 godz. oczekiwania, chłopcy przychodzą, w dowód wdzięczności stawiam Im po piwie, znowu rozmawiamy z godzinkę, ale ja musze się już zbierać w kierunku Stężnicy. Żegnam się i ruszam. Odcinka z Baligrodu za Stężnicę (w okolice dawnego PGR w Stęznicy) nie będę opisywał bo wiódł po asfalcie i był stosunkowo nudny. Może poza jednym wodospadem, po prawej stronie i polaną nieco dalej, na której pasły się dwie klacze ze źrebiętami. Nadmienię tylko że ruch na tym odcinku jest mały i ze stopem ciężko :-( Mnie na kilkanaście samochodów nie zatrzymał się nikt. Na wzgórze ponad d.PGR docieram w okolicach południa. Ze wzgórza rozpościerają się urocze widoki, postanawiam więc odpocząć dłuższa chwilę i zmienić sandały, w których szedłem po asfalcie, na buty trekkingowe. Wypijam jakiegoś browarka, zakupionego w Baligrodzie i ruszam dalej, na poszukiwanie wodospadu "Czartów Młyn". Tu po raz kolejny pomocny okazał się GPS i odnalezienie właściwego wodospadu nie nastręcza większych kłopotów. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że na mapie wodospad ten zaznaczony jest błędnie. Sam wodospad prezentuje się imponująco, jak na warunki bieszczadzkie. Wszak daleko mu do Wodogrzmotów Mickiewicza czy Siklawy, ale w Bieszczadach jest to wodospad najwyższy. Po wykonaniu kilku zdjęć kieruję się ku drodze na Łopienkę. Stamtąd mam zamiar wejść na Korbanię.

Po drodze, tuż przy miejscu, w którym droga gruntowa dochodzi do potoku zauważyłem dziwne "ruiny". Może ktoś wie co to, więc chętnie się dowiem. Parę metrów dalej natknąłem się na kąpiącego się zaskrońca. Młody egzemplarz. Po minięciu kilku brodów docieram do skrzyżowania, na którym kieruję się w lewo ku Łopience. Po drodze mijam jeszcze czynny wypał. To pierwszy raz podczas moich pobytów w Bieszczadach, kiedy trafiam na czynny wypał. Zawsze byłem przed lub po wypale. Przyznam że bardzo ładnie wyglądają dymiące retorty.

Po wykonaniu pamiątkowej fotki, czas ruszać dalej. Wprawdzie na Korbani przewidywałem nocleg, jednak w związku z tym ze godzina była stosunkowo wczesna, postanowiłem dotrzeć do Terki, właśnie przez Korbanię. Niestety w okolicy połowy drogi na szczyt nastąpiła zmiana pogody i zaczął padać deszcz. Wobec takiej sytuacji, i braku odzieży przeciwdeszczowej, nocleg postanawiam zrealizować właśnie gdzieś w okolicy. Rozbiłem sobie ponownie swoja płachtę, już zacząłem się przygotowywać do rozpakowywania śpiwora i karrimaty, gdy zza chmur wyjrzało słońce. Zatem zebrałem obozowisko i poszedłem dalej. Pod szczytem Korbani, miałem nieco problemów z odnalezieniem właściwej ścieżki, ale za to ze szczytu bardzo ładne widoki. Niestety widoczność dopisała średnio, ale Zalew Soliński było widać. Słabo bo słabo, ale był widoczny. Na szczycie nie zagrzewam dłużej miejsca, bo wcześniejszy deszcz trochę pokrzyżował mi plany, i nie mogłem sobie na to pozwolić, chcąc dotrzeć do Terki o przyzwoitej porze.

Ok 18.30 docieram do Bukowca. Stąd już tylko godzinka do Terki, więc nie zatrzymuję się na dłużej niż to konieczne dla złapania oddechu. Istotnie do Terki docieram po godzinie marszu. Pierwszego autochtona dopytuję, czy sklep będzie jeszcze otwarty. Uzyskuję odpowiedź twierdzącą, więc pierwsze kroki kieruje właśnie do lokalnego spożywczaka, celem uzupełnienia zapasów zarówno płynów (wyskokowych tez ;-) jak i produktów żywnościowych. Nie odmawiam sobie drobnych przyjemności, w tym wypadku pochłaniam w ekspresowym tempie 3 lody "Big Milk". Przy okazji dowiaduję się, też o możliwość noclegu. Sprzedawca odpowiada, że problemu nie będzie, i zagaduje stojącą za mną kobietę, czy ta wynajmuje jeszcze pokoje. Szybciutko ustalamy cenę noclegu na poziomie 18 PLN za jedną noc, bez pościeli. Jest to cena, która zadowala mnie w 100% więc nie zwlekam z udaniem się na kwaterę. Trochę mnie tylko boli, ze musze się wrócić na drugą stronę rzeki, ale co mi tam - ważne że będę się mógł wykąpać i podładować telefon. Podchodzę pod posesję i zagaduję krzątającą się tam kobietę, o nocleg, i że wszystko już zostało ustalone. Kobieta prowadzi mnie na pokoje, mówi że mogę sobie wybrać, bo akuratnie skończył się weekend i miejsca nie brakuje. Decyduję się na piętro, zostaję wprowadzony w arkana gdzie jest łazienka, gdzie lodówka i gdzie mogę sobie podłączyć telefon. Chwilę tez rozmawiamy na tematy ogólnospołeczne, czyli jak to teraz młodzi uciekają ze wsi, kobieta trochę narzekała, że synowie co prawda dobre chłopaki, ale do pracy na gospodarstwie nie za bardzo się garną. Widziałem ze moglibyśmy rozmawiać długo, jednak byłem już trochę zmęczony mijającym dniem, więc nie podsycałem żaru dyskusji. Po chwili zostałem sam, więc zająłem się toaletą, i schłodzeniem piwka. Po kąpieli z nieskrywaną rozkoszą ułożyłem się na łóżku i posłuchałem co tam na Mundialu.
Zasnąłem bez problemów.

19.06.2006

Ranek powitał mnie jak w poprzednich dniach, pięknym i niemal bezchmurnym niebem. Uregulowałem rachunek i kilkanaście minut po godzinie 6.00 udałem się w kierunku cerkwiska, skąd prowadził zielony szlak, częściowo którym musiałem kierować się na Studenne. Po drodze ku końcowi wsi minąłem bocianie gniazdo, a następnie trochę się zagapiłem, bo zamiast iść dalej prosto, skręciłem za zielonymi znakami w prawo i przez to musiałem nadrobić trochę drogi, aby wrócić na właściwą trasę, którą sobie wcześniej założyłem. Wprawdzie wymagało to przedzierania się przez pokrzywy, ale co tam - "twardym trza być nie mientkim" ;-) Ostatni rzut oka na Terkę. Wygląda naprawdę bardzo malowniczo.
Do 
Studennego docieram ok. 8.30. Wykonuję kilka fotografii celem dokumentacji i napawając się widokami kieruję się Obłazy, a w zasadzie ku mostowi na Sanie, skąd dalej na Tworylne i Krywe. Droga na Tworylne usiana licznymi tropami jeleni i innego zwierza. Na wzgórzu tuż przed ruinami zabudowań urządzam sobie dłuższy odpoczynek, ponieważ musze wysuszyć plandekę biwakową. Jakoś wcześniej nie było kiedy i gdzie, a teraz korzystając z pięknego słońca cała operacja zajmuje raptem kilkanaście minut. Przy okazji wysyłam kilka smsowych pozdrowień do znajomych. Po posiłku i wysuszeniu plandeki uciekam spod gruszy, pod którą odpoczywałem, ponieważ zainteresowały się nią tez szerszenie, i coraz liczniej zjawiały się w jej konarach. Może gdzieś w pobliżu miały gniazdo. Zejście w Dolinę Tworylnego, jak zawsze obfituje w piękne widoki, a i pora roku sprzyja zadumie nad pięknem tego krajobrazu. Łąki pełne wszelkiego kwiecia i ziół, i niemal balsamiczny zapach tego dobra. Tworylne o tej porze roku wygląda uroczo, a i maszerowało mi się dużo lepiej niż w ubiegłym roku, ze względu na mniej bujna roślinność. Tradycyjnie już fotografuję ruiny cerkwi, i po minięciu ruin docieram do terenów podmokłych, spowodowanych tamami, wykonanymi przez bobry. Tutaj przykład takiej tamy, a w głębi widoczne są żeremia. Po przejściu mokradeł nie decyduję się podejść do ruin dzwonnicy przycerkiewnej, ze względu na masę wysokich pokrzyw :-/ Niespiesznie mijam je więc i kieruję się ku wzniesieniu Tworylczyk, przez które prowadzi droga na Krywe. Z Tworylczyka bardzo ładne widoki na dolinę. Ok. 13.00 docieram do Gospodarstwa Agroturystycznego "U Tosi" w Krywem. To jedyne, zamieszkałe na stałe domostwo w dolinie Krywego. U Tosi uzupełniam wodę, chwilę rozmawiamy, i ruszam dalej. Wprawdzie miałem U Tosi przewidziany nocleg, ale jako, że szybko uwinąłem się z pokonaną trasą, postanawiam iść dalej, do schroniska na Połoninę Wetlińską. Upał doskwiera straszny, więc coraz ciężej się idzie. Docieram wreszcie do drogi na Hulskie, i kieruję się na orientację ku Połoninie Wetlińskiej. Prosto przez las. W lesie znajduję uroczą polankę, i siadam na dłużej. Ostatecznie tak się rozleniwiłem że nie chciało mi się już iść dalej, więc przygotowuję sobie nocleg. Na dziś wystarczy. Wieczorem na polance pojawił się Daniel, i to w sumie dwukrotnie wychodził z lasu. W tak miłym towarzystwie kładę się spać, opróżniwszy wcześniej dwa piwka, co by nie dźwigać ich na Wetlińską. 

20.06.2006

Budzę się dość wcześnie ok. 3.30, za sprawą lasu, który też się budził do życia. Szybciutko przygotowuję sobie posiłek - cóż by innego jak nie nieśmiertelną chińską zupkę :-) - i ok 4.30 wyruszam w drogę. Lubię takie leśne klimaty o poranku. Jest cisza, nie licząc ptaków nawołujących to z lewa, to z prawa. Gdzieniegdzie mignie pod nogami jakiś chrabąszcz, nie musze się nigdzie spieszyć, jednym słowem - sielanka, tylko te pieprzone muchy :/ Nie dają spokoju.
Ok. 5.30 docieram na Stoły. Tam chwilę łapię oddech na słupku pomiarow
ym i dopijam resztki wody. A swoją drogą, ciekaw jestem jak te pomiary są prowadzone ? Z samolotu chyba nie, a z ziemi to nie wiem co daje taki słupek. Pewnie trzeba by się zagłębić w zagadnienia geodezji i triangulacji. Może ktoś zna jakieś prostsze wyjaśnienie, to czekam na info w tej sprawie.
           Wróćmy jednak do przebiegu mojej trasy. Ze Stołów schodzę ledwo widoczną stokówką, a może nawet ścieżką wydeptaną przez zwierzęta. Przyznam, że bez kompasu czy GPS dość łatwo byłoby pogubić się w tej gęstwinie. Nieraz trzeba było chaszczować. W jednej z takich gęstwin znajduję "but". Prawie jak Nike ;-) Miałem go nawet zatrzymać na pamiątkę, ale nie miałem go gdzie schować, więc czeka na następnego znalazcę :-)
Trasa nie jest zbyt męcząca, ale trudna orientacyjnie, a i dokuczało mi ju
ż pragnienie, i nieodłączne muchy :/ Ok.7.30 (te połówki godzin chyba mnie prześladują) docieram w okolice Wysokiego Berda, postanawiam zboczyć jednak nieco, w poszukiwaniu wody. Niestety strumień, który był zaznaczony na mapie wysechł :-( Kieruję się więc na Wysokie Berdo. Docieram tam po ok 15 minutach marszu. Tutaj, tylko pozostaje odnaleźć szlak i już idzie się zupełnie inaczej,. Wygodna, dobrze widoczna ścieżka, zwalniają mnie z obowiązku ciągłego zerkania na GPS. Za to patrząc na mapę widzę, że przed Przełęczą Orłowicza , trochę poniżej znajduje się źródło. Swoje kroki kieruję więc tam, zamiast w górę. Musze się już czegoś napić, bo od 2 godzin nie miałem wody w ustach. Istotnie parę minut marszu zółtym szlakiem od miejsca w którym szlak czarny łączy się z żółtym, i docieram do życiodajnej wody :-) Tutaj korzystam z jej dobrodziejstw, i nabieram życiodajnego płynu do butelki. Butelka pokrywa sie piękną rosą. Wyśmienicie musiałoby smakować piwo schłodzone w takim źródełku. A swoją drogą, stwierdziłem że woda ze źródełek ma o wiele lepszy smak niż woda z kranu od Tosi, że o wodzie w Kremenarosie w Ustrzykach Górnych nie wspomnę. Tak czy inaczej, posiadając już stosowny zapas, wracam w kierunku Przełęczy Orłowicza. Docieram nań ok.8.50 (wreszcie skończył się czas połówek godzin :-). Na Przełęczy Orłowicza pustki. Jest cudownie. Czuję sie jakby te góry były moją własnością. Naprawdę zajebiste uczucie więc wykonuję pamiątkowe foto, z pięknym widokiem. Dla ścisłości muszę dodać, że dawno nie miałem w Bieszczadach tak dobrej widoczności. Na przełęczy odpoczywam z godzinkę, i idę dalej. Nie spieszę się, bo dziś w planach mam dotarcie do Ustrzyk Górnych, po wcześniejszej wizycie w Chatce Puchatka. Co jakiś czas kontempluję widoki, które naprawdę wynagradzają każdy trud. Co rusz spod nóg ucieka jakaś jaszczurka, wygrzewająca się na słońcu, jakiś padalec (wszak to też jaszczurka). W okolicy Roha zatrzymuję się na dłuższą chwilkę i dostrzegam postać, wędrującą za mną. Postanawiam nań poczekać, i pogadać trochę. Jakoś jednak wolno szedł, co jakiś czas się schylał - myślę: "co jest?" Wszystko wyjaśniło się jak kolega dotarł do miejsca gdzie siedziałem. Okazało się że pracuje w Parku i zbiera śmieci zostawione przez "turystów" na szlaku, aby gdy już lada dzień sezon się zacznie , inni mogli podróżować w warunkach przyzwoitych. Po krótkiej rozmowie na temat "turystów" pogody i festiwali "Bieszczadzkie Anioły" chwilę idziemy razem. Potem jednak mój towarzysz zaczął zostawaćnieco w tyle, pożegnałem się więc i ruszyłem swoim tempem.
Do 
Chatki Puchatka docieram około południa. Żółtym szlakiem od strony Wetliny idzie grupa dzieci i młodzieży w wieku szkolnym. Na oko podstawówka.
Oczywiście robi się przy schronisku harmider :/ Idę do środka i kupuję sobie żywca. O dziwo dostaję piwo z lodówki ! Wyrażam swoje zadowolenie obsługującemu mnie młodemu człowiekowi, niestety nie jest skory do rozmów, więc nie ciągnę dyskusji. Nie będę sie narzucał. W kuchni widzę krz
ątających się Dorotkę i Lutka. Wychodzę przed schronisko, bo w środku nie da się wytrzymać - taki hałas. Przy okazji przysłuchuję się komentarzom młodzików w adidaskach i białych skarpetkach, jaka to tutaj drożyzna, że do jedzenia tylko bigos i inne. Nerw mnie trochę wziął, ale myślę sonie co mi to da że się będę pienił ? Wyszedłem na zewnątrz wypić piwko we w miarę spokojnym miejscu, i przy okazji chłonąć widoki nie tylko oczyma, ale i duszą. No ale nie bardzo dane mi było dokonać tego, ponieważ młodzież rozlazła się wokoło schroniska jak stonka. Dopijam piwo już raczej z obowiązku a nie z przyjemności, i przyglądam się z politowaniem na tę grupkę młodych ludzi. Zastanawia mnie co oni zapamiętają z tego wyjazdu ? najpewniej, że ceny były w schronisku wysokie, bo przecież nie dowiedzą się o historii tego budynku, o losach chatara, który zarządza tym schroniskiem, i o wielu innych ciekawych historiach związanych z tym miejscem oraz z całymi Bieszczadami. A wszystko wyglądałoby zgoła inaczej gdyby wynajęli przewodnika, który by im tę wiedzę przekazał. Przy tak licznej grupie koszty byłyby minimalne. Zresztą nie jestem pewien, ale chyba obligatoryjnie przy grupie powyżej chyba 9 osób przewodnik jest wymagany. No ale kto by się przejmował takimi "drobiazgami". Ważne że wycieczka zostanie zaliczona, i nikt do wychowawców nie będzie miał pretensji. To nic że potem jeden młodzik z drugim powie kolegom że był w Bieszczadach, ale mu się nie podobało bo nic tam nie ma, i jest drogo :/ W sumie to może i lepiej - jest nadzieja że nie przyjadą tu więcej i będzie więcej spokoju. Choć to z kolei nie jest dobra opcja dla miejscowych.
Na takich rozmyślaniach upływa mi dłuższa chwila. Z zadumy wyrywa mnie widok chłopaka, zgniatającego puszkę nogą, i kopiącego tę puszkę pod jedną z ław, podczas gdy nie dalej jak 2 metry od niego stoi pojemnik na śmieci. Podchodzę do chłopaka i zwracam mu uwagę. Podnosi puszkę i wrzuca do pojemnika. 
Zbieram się spiesznie, bo nie chcę więcej się denerwować, bo nie w tym rzecz. Zostawiam to całe rozbawione towarzystwo, i dochodzę do wniosku, że chyba się już starzeję :-( Schodze do Berehów. Po ok. godzinie docieram do krzyżówki w Berehach. Słońce przypieka już niemiłosiernie, więc odpuszczam sobie marsz do Ustrzyk. Wprawdzie miałem podczas tego pobytu wejść jeszcze na Rawki, ale spieszno mi było juz zjeść coś konkretnego, a właściwie tradycyjny żurek w chlebku i placek po bieszczadzku " U Eskulapa" w Ustrzykach. Zresztą powoli zaczynało mi już brakować gotówki, więc musiałem zacząć my
śleć o jakimś tańszym noclegu. 
W Berehach stanąłem na drodze, i łapię stopa. Któryś z kolei samochód się wreszcie zatrzymuje. Młodzi ludzie mieli najpierw jechać do Wetliny, ale mówią, że podwiozą mnie do Ust
rzyk. Jak zapewniali mnie, sami jeżdżą stopem, więc zawsze się zatrzymują potrzebującym. Jestem im wdzięczny. Po drodze miło gaworzymy, czas ucieka szybko. Opowiadam Im o moich zimowych przeżyciach na tym odcinku obwodnicy bieszczadzkiej. Dojeżdżamy do Ustrzyk. Wysiadam koło sklepu spożywczego, i pierwsze kroki kieruję do baru"U Eskulapa" na wspomniany wcześniej posiłek. Zamawiam. Niestety żurku w chlebie nie ma, więc zamawiam kwaśnicę. Ceny chyba poszły do góry od zeszłego roku, ponieważ zza placek po bieszczadzku (11 PLN) i kwaśnicę(7 PLN), oraz piwo Leżajsk(4 PLN) zostawiam w kasie 22 PLN. Zajadam z apetytem podane potrawy. jak zwykle są smaczne. W międzyczasie do baru wchodzą moi dobroczyńcy, którzy mnie podwieźli do Ustrzyk. Bez zastanowienia polecam im Placek po Bieszczadzku. Skończywszy posiłek idę do pobliskiego sklepu spożywczego. Ja zwykle ładna sprzedawczyni mnie obsługuje. Pomimo że dziewczyna ładna, jakoś nie widziałem przez te lata moich pobytów tam, uśmiechu na jej twarzy. Nie wiem czy nie może się śmiać, czy co. Zawsze grzeczna, cierpliwa, ale kurcze jednocześnie jakaś taka surowa. Rzucam jakimś komplementem, ale Pani reaguje służbowo, więc zakupuję co mam do kupienia, i wychodzę. Teraz kroki swe kieruję jak zawsze do Kremenarosa mijając po drodze moją ulubiona lipę. W schronisku puściutko. Na ławkach przed barem opalają się dziewczyny z obsługi, wewnątrz w sali dla palących siedzi szef, na dachu krzątają sięrobotnicy. Zagaduję szefa, o dach, czemu znowu naprawa, oświadcza mi, że w ubiegłą sobotę mieli potężną burzę, z gradobiciem i zniszczyła im dach. Chwilę rozmawiamy. Wchodzę do środka i wykupuję nocleg w sali wieloosobowej (20 PLN). Na dziś wystarczy łażenia - musze porządnie buty wysuszyć, bo od dwóch dni jak przemokły nie mogły dostatecznie dobrze wyschnąć, a jako że słoneczko praży mocno, to pewnie buty wyschną. Zabieram się najpierw za czyszczenie odzieży, butów, ekwipunku i wieszam to na słońcu, a następnie biorę się za siebie. Po kąpieli wylegam na ławkę przed schroniskiem, z soczkiem pomidorowym w łapce - wszak trzeba uzupełnić potas w organiźmie. W międzyczasie przyjeżdża grupa młodzieży, która miała zarezerwowane pokoje na szczęście w drugiej części schroniska. Siedząc tak przed schroniskiem i leniwie wygrzewając się na słońcu jak kocur, usłyszałem że jakiś mecz jest w telewizji. Jako że miałem znaczną przerwę zagaduję jednego z chłopaków, kto gra. Uzyskuję odpowiedź: "Polska", zatem domyślam się, ze gramy z Kostaryką. Zabieram więc soczek i udaję się do sali gdzie stoi telewizor. Tam już siedział szef, wraz ze swoimi współpracownikami. Wymieniamy poglądy na temat naszej reprezentacji, niestety raczej mało pochlebne. Zamawiam piwko, potem drugie, w międzyczasie przysiada się strażnik graniczny, o imieniu Krzysiek. Po chwili przypominam sobie, że będąc tu dwa lata temu piliśmy wspólnie piwko, w towarzystwie jednego z pograniczników z Włodawy, który przebywał tu na wczasach. Wspominamy trochę tamtą dyskusję, i czas miło leci. Tymczasem mecz się kończy w żenującym stylu, pomimo wygranej Polaków. Z tego żalu zamawiam kolejne piwko, w międzyczasie z współbiesiadnikami dochodzi do poufałości i przechodzimy w końcu na "Ty" i tak zbliża się wieczór. Po którymś browarku udaję się do pokoju, bo nagle jakaś senność mnie dopadła. Jeszcze tylko powrzucałem swoje pranie przez okno do pokoju i lulu. 

21.06.2006

Ranek tradycyjnie już wstał piękny. Obudziłem się ok 6.00. Podleczam się browarkiem zakupionym wcześniej. Trochę przesadziłem chyba z zakupem, kto to będzie nosił - pomyślałem. Idę do baru na jajecznicę. W barze pustki, poza 3 opiekunami młodzieży. Jajeczniczka, jest jak balsam na mój żołądek, zajadam z apetytem. Po posiłku wracam do pokoju i zaczynam się pakować. Nie muszę się spieszyć, bo na dziś mam trasę, którą spokojnie jestem w stanie wykonać: Wołosate - Przeł.Bukowska - Halicz - Bukowe Berdo. Przed zejściem na Wołosate idę jeszcze do sklepu po lody, bo smak mnie naszedł przeokrutny na lody śmietankowe. Po zakupie kieruję sie na Wołosate. Na drodze do Wołosatego jestem ok. 10.00 Oczywiście nie usmiecha mi się marsz po asfalcie, w takim skwarze, więc zatrzymuję stopa. Długo nie czekałem poza samochodem straży granicznej i parkowych, zatrzymuje się bus. Myślałem, że to że to jakiś regularnie kursujacy busik, ale okazało się, że to zupełnie prywatny bus, wiozący grupę młodzieży również do Wołosatego. Po drodze rozmawiamy z opiekunami, o pogodzie i takich tam sprawach. Wybierają się podobną trasą jak moja, więc postanawiam puścić ich przodem. Wysiadam przy sklepie spożywczym oni zaś jadą kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymując się pod punktem kasowym. Akurat jak dochodzę do punktu kasowego oni skończyli kupować bilety. Ja kupuję swój (4 PLN normalny), i pytam czy nie ma w sprzedaży jakiś chustek na głowę, bo dzień zapowiada się słoneczny, a w dniu wczorajszym dość mocno spiekło mnie słońce, a dziś z racji długiego podróżowania, przewiduję jeszcze mocniejsze działanie promieni słonecznych. Otrzymuję informację, że niżej, w jednej z budek można kupić takie chusty. Wracam więc i istotnie są w sprzedazy chustki. Kupuję jedną (3,50 PLN) i idę znów w górę. Trasa dość monotonna, po zniszczonym strasznie asfalcie. Żałuję, że zamiast butówt trekkingowych nie założyłem sandałów. Poruszam się od jednej kępy drzew rzucającej na drogę cień, do drugiej. Przy cerkwisku ktoś kosił trawę. Oczywiście nie obejdzie się bez fotki słynnego żurawia studziennego. Nieco dalej mijam nie użytkowaną już stanicę ZHP hufca kieleckiego. W miejscu gdzie szlak czerwony dociera do rozwidlenia drogi która kieruje dalej ku Przełeczy Bukowskiej i ku planowanemu przejściu granicznemu (raczej mało realne aby zostało ono otwarte) postanawiam skręcić w prawo i udać się na most nad Wołosatym. Tam korzystając z barierki mostu wykonuję sobie dwie fotki z ładnymi widokami w tle i wracam powrotem na szlak. Pech chciał ze akurat jak schodziłem z mostu przejeżdżał funkcjonariusz Straży Granicznej na KTM'ie. Zatrzymuje się i pyta czy nie wiem którędy przebiega szlak, odpowiadam, że wiem, ale zboczyłem nieco, aby wykonać zdjęcie na moście, i zerknąć w toń Wołosatego. Poprosił dokumenty, i po rutynowym sprawdzeniu dokumentów i danych, pouczył mnie, o tym, aby nie zbaczać ze szlaków, bo następnym razem będzie mandat. Pouczenie przyjąłem, i pożegnałem się. Dalej szło sie już trochę lepiej, ponieważ było więcej cienia. Niestety nie przekładało się to na ilość much latających koło głowy :/ Powiedziałbym nawet że ilość much rosła proporcjonalnie do zagęszczenia lasu :-)
Do źródełka tuz u Przełeczy Bukowskiej docieram ok 12.15. Tam chwilk
ę łapię oddech, napełniam butelkęwodą, trochę się orzeźwiam, i ide do schronu już na samej przełęczy. Tam odpoczywam dłuzej. W sumie to ponad pół godziny. Pozdrawiam siedzącą tam parę młodych ludzi, wymieniamy niecenzuralne slowa na temat much, oraz rozmawiamy sobie o pogodzie i różnych duperelach. Kolega ma aparat, który kiedyś miałem sobie kupić, ale wybór padł na inny model, więc popytałem jak aparacik się sprawuje. Po chwili dochodzi do nas inna para. Również łapią oddech i posilają się. Po chwili ruszają dalej, a ja jeszcze daję im trochę czasu, aby nie natknąć się na nich na szlaku. I nie dlatego, że jestem nietowarzyski, ale dobrze wiem że jak jest okazja, to widoki jakie były tego dnia, należy kontemplować w samotności, lub z osobą bliską. Nie chciałem aby moje towarzystwo Im w tym przeszkadzało, a i ja wolałem cieszyć się widokami samotnie.
Moi dotychczasowi towarzysze odpoczynku postanowili zaś wrócić do Wołosatego, ze względu na kontuzję chłopaka. Szkoda mi ich, bo pogoda była cudowna, choć mogłoby być chłodniej ;-)
o 13.10 czas się zbierać. Zegnam się z parą, i idę swoją drogą. Wyj
ście z cienia skutkuje potężnym uczuciem gorąca, zwłaszcza na opalonej wczoraj skórze rąk. Ale cóż mi pozostaje - przecież nie będę z powodu opalenizny odwoływał swoich planów turystycznych, zwłaszcza że tak ciężko jest wyrwać mi się z domu. Nie zrażony palącymi promieniami słońca, robię swoje, czyli przesuwam nogę za nogą, byle naprzód. Po drodze towarzyszą mi skowronki, czy słowiki (zawsze mylę te dwa gatunki), oraz jakiś duży drapieżnik, o rozpiętości skrzydeł ponad 1 m. Żałuję, że nie umiem rozpoznać co to za ptak. Po drodze nie obejdzie się oczywiście bez kilku fotografii widoczków (tutaj na Kińczyk Bukowski), oraz ciekawych form skalnych. Przy Rozsypańcu przyglądam się zarastającym już borowiną transzejom, chyba pierwszowojennym gdy to Austriacy bronili Przełęczy Bukowskiej przed Rosjanami. Na Rozsypańcu jestem pół godziny marszu od wiaty parkowej. Nie odpoczywam tu za dlugo, bo już Halicz czeka. Wykonuję tylko foto gniazda Halicza i Tarnicy, oraz Kopy Bukowskiej i Halicza.
Pod Haliczem, tuż przy szlaku również wyraźnie widoczne są transzeje. Przyznam że rewelacyjnie wkomponowano je w zbocze, i wyobrażam sobie ile ofiar musiało zostać poświęconych, aby je zdobyć. Rewelacyjny punkt obronny, patrząc na to ze strategicznego punktu widzenia.
Na takich rozmy
ślaniach upłynęło mi kolejne pół godziny, i dotarłem nań o 14.10 ja oraz pokaźne stadko bardzo natrętnych much :/ Na szczycie czekała na mnie kolejna grupa much, i zrobiło się już średnio przyjemnie. Na szczęście mocniejsze podmuchy wiatru rozpędzają natrętne towarzystwo i co jakiś czas pozbywam się intruzów. Oczywiście na Haliczy nie obyło się bez fotek, zarówno krzyża, jak mojej osoby, oraz wieży trangulacyjnej, i obowiązkowo widoczków na Sianki i Ukrainę. Po odpoczynku zbieram się, ponieważ coraz bardziej pieką mnie opalone mocno ręce. Zakup chustki na głowę w tym momencie uznaję za bardzo dobre posunięcie, bo nie chciałbym oglądać swojej głowy gdybym nie miał chustki na głowie. Ok. 15.00 docieram do Kopy Bukowskiej, mijając po drodze, u jej stóp parę turystów. Godzinę później jestem już na Bukowym Berdzie, tam nie odpoczywam za długo. Z Bukowego Berda kieruję się na Muczne Z ulgą wchodzę w cień lasu gdzie po drodze zbaczam do chatki myśliwskiej. Tam dziś będzie mój nocleg. To chybamoja najbardziej ulubiona chatka. Niestety otrzymałem potwierdzone informacje,  o tym że chata ma zostaćrozebrana :-( Dziwne że po ponad 30 latach zaczęła ona komuś w nadleśnictwie przeszkadzać.
W chacie zastaję wodę, drewno ale porządek jest średni.
 Zabieram się więc za uprzątniecie trochę i napalenie w kominku. Tu przydaje się mój Fiskars, choć widzę, że ktoś zostawił tez siekierę. Korzystam ze swojej. Gdy nagrzałem sobie wody, aby się odświeżyć, i zagotować jakąś zupę chińską przystąpiłem do konsumpcji tego co przyniosłem, czyli jednego z 5 dotachanych tutaj, przeze mnie piw :-) W trakcie konsumpcji zastanawiało mnie czy w tym roku gospodarze chaty, czyli popielice będą dla mnie łaskawsze niż w roku ubiegłym. Na wszelki wypadek dzielę się z nimi tym co mam, więc zostawiam Im na schodach na strych kilka porwanych kromek chleba, a na półkę wysypuję garść płatków owsianych, do których i tak już zdążyły się dobrać, przegryzając opakowanie. Biorę się tez za lekturę zeszytów.
Dwa piwa i kilkadziesiąt stron zeszytów później... 
Zaczyna się ściemniać, zapalam więc świece i przeglądam pospiesznie jeszcze kilka stron i biorę się za przygotowania do snu. Popielice niestety nasiliły swą aktywność - có
ż, może jakoś uda się zasnąć. 

22.06.2006

Niestety morduję się do ok 1 w nocy. Po 1.00 przysypiam trochę głębiej, ale już przed 4.00 się budzę. Postanawiam się zwlec powoli z łoża, i przygotować ostatnią zupę chińską. Kończy mi się wszystko - pieniądze, jedzenie i woda. Z tym ostatnim na szczęście nie ma większego problemu, bo nieopodal płynie strumień, z którego korzystam, aby uzupełnić, to co zużyłem. Niestety z jedzeniem jest gorzej. jagody jeszcze nie owocują, poziomek nie ma, a na grzyby jeszcze za wcześnie, a jesienią było tu tak pięknie, jeśli chodzi o grzyby. Tymczasem w radiu podają, że przez Polske przechodzi potęzny front atmosferyczny z ulewnymi deszczami i burzami. Trochę mnie te dane niepokoją, zważywszy moją zeszłoroczną tu bytność i przeżycie takich ulew, gdzie woda wpływała do chaty. Ze względu na powyższe, oraz na aktywność popielic, postanawiam opuścić chatę nieco wcześniej niż zamierzałem. Przygotowuję się wiec do wymarszu. Chatę opuszczam o 8.50 by po ok godzinie marszu dotrzeć do Mucznego. Tam pierwsze kroki kieruję do sklepu gdzie właścicielka dotrzymuje towarzystwa jedynemu klientowi. Zakupuję produkty żywnościowe, oraz wyroby Browarów Tyskich i zasiadam przy stoliku obok. Nawiązujemy dyskusję z człowiekiem, siedzącym przy sklepie. Rozmowa toczy się w najlepsze, poruszamy tematy zarówno miejscowe, jak i krajowe, Pani Halinka ze sklepu potwierdza informację, że chata w której nocowałem ma zostac rozebrana. Rozmawiało mi sie na tyle miło, że zamówiłem drugie piwko, potem mój towarzysz postawił piwo mnie, ja mu się następnie zrewanżowałem i tak na towarzyskich rozmowach przeszliśmy na "Ty". Poldek, bo tak miał na imie mój towarzysz od piwa przyjechał samochodem, i proponował mi nawet podwiezienie do siebie do Dwerniczka, jednak Pani Halinka zdecydowanie zaprotestowała (i słusznie) i zaproponowała Poldkowi nocleg u niej w altanie, mnie zaś zaproponowała poczekać na swoją córkę, która pojechała po towar.. Nawet nie wiem kiedy minęło południe, i przyjechała Asia - córka Pani Halinki. Chwilkę porozmawialiśmy, i zapytałem czy mogę sięzabrać do Ustrzyk Dolnych. Asia się zgodziła, z zastrzeżeniem że najpierw musi się przebrać i rozładowaćtowar. Zaproponowałem pomoc (oczywiście w rozładunku towaru, a nie w przebieraniu) ale podziękowano mi. Zamówiłem więc za ostatnie pieniądze kolejne piwko i spokojnie czekałem na transport. Gdy upiłem jakieś 150 ml piwa, pojawiła sie Asia, i zaprosiła do samochodu. Pani Halinka zaproponowała , abym nie wylewał piwa, tylko zabrał sobie na drogę, a butelkę oddam Asi. Przystałem na te propozycję :-)
Przy okazji zostałem poproszony o zdementowanie pogłosek jakoby w Mucznem były trudności z zakupem chleba (co niniejszym czynię). Kiedyś może i tak było, ale teraz Pani Halinka mówiła, że już problemów nie ma, i trzeba by mie
ć wyjątkowego pecha żeby chleba nie kupić.
Podróż z Asią to sama przyjemnoś
ć - na miłej rozmowie uciekały nam spod kół kolejne kilometry Bieszczadzkiej Obwodnicy, tutaj pragnę nadmienić, że dziewczyna rewelacyjnie prowadzi samochód. Gdybym jechał z zamkniętymi oczami, to w zyciu bym nie przypuszczał, że samochód prowadzi kobieta. Jeździ dynamicznie i płynnie. Co jakiś czas mam okazję jeździć z kierowcami zawodowymi, i niejeden z nich nie dorastał Asi do pięt pod względem umiejętności. W Czarnej proszę o krótki postój za potrzebą, i jedziemy dalej. W Ustrzykach Dolnych byłem ok 14.15. Podziękowalem Asi za podwózkę i pożegnałem się.
Przy dworcu PKP udałem się do jednego z barów, aby przekąsić 
coś mięsnego. Wybór padł na hamburgery. Wiem że w tym wypadku słowo "miesny" nabiera innego znaczenia, ale co mi tam. Zaryzykuję. Zjadłszy jednego, wdałem sie w rozmowę z ekspedientką, jako ze miałem jeszcze trochę czasu bo PKS do Rzeszowa mialem o 15.10 zamówiłem sobie drugiego hamburgera. W międzyczasie do baru wchodzi znajomy ekspedientki, i we trójke gaworzymy sobie. W pewnym momencie dostrzegam za oknem znajomą twarz. To Harnaś ! Żegnam się więc z moimi rozmówcami, i wołam Harnasia. Okazuje się, że był tu umówiony z instruktorem prawa jazdy na jazdę. Chwile rozmawiamy, ale że dochodzi 15.00 żegnam się z Harnasiem, i wstępuję do pobliskiego sklepu spożywczego po jakąś cole na drogę. W międzyczasie widocznie przyjechał instruktor, bo Harnasia nie było jak wyszedłem ze sklepu. Chwilę później podjechał mój PKS. Zakupiłem bilet do Rzeszowa (16 PLN) i jak należy zająłem miejsce na końcu. 
Z jednej strony szkoda mi było się rozstawa
ć z Bieszczadami, a z drugiej strony, widząc zbierające się burzowe chmury, coraz bardziej byłem utwierdzony w przekonaniu że dobrze zrobiłem wyjeżdżając. Wszak burze były zapowiadane intensywne, a cóż bym zrobił bez kasy gdyby mnie na dłużej przytrzymała burza w jednej z chatek.
Do Rzeszowa dotarłem ok 18.00, i tu spotakała mnie niemiła niespodzianka - do biletu na pociąg pośpieszny do 
Katowic, brakło mi 1,5 PLN :-( Na szczęście w kasie siedział miły kasjer, który poinformował mnie że mogę jechać osobowym , który za 5 minut odjeżdża do Krakowa, a z Krakowa złapie ten sam pociąg pospieszny, na który mi brakło pieniędzy. W tej opcji bilet kosztował mnie 7 PLN mniej, więc miałem jeszcze zapas na jakieś jedzenie w Katowicach.
W Krakowie byłem o 21.30 i gdybym się wsłuchał w komunikaty podawane przez gło
śniki, to od razu miałem pociąg osobowy do Katowic, który przyjeżdżał wcześniej niż ten pospieszny, na który czekałem. Niestety jak wbiegłem na peron, to pociąg już odjeżdżał :-( Pozostało mi zatem oczekiwanie na "mój" "pośpiech". Jak podejrzewałem pospieszny się spóźnił, i to znacznie bo ok 20 minut. Do Katowic udało się odrobić ok 10 minut. W pociągu jeszcze spotkało mnie dziwne zjawisko - o ile przednia i środkowa część składu była znacznie obsadzona przez pasażerów, o tyle ostatnie dwa wagony były niemal puste. Jak się później okazało cóż w tym musiało być, bo po przejechaniu kilkunastu km w naszych 2 wagonach zgasło światło i do Katowic jechaliśmy po ciemku. Po korytarzu krażyły jaki typy, więc na wszelki wypadek plecak ułożyłem tak aby mieć swobodny dostęp do siekiery. Moje obawy nie były nieuzasadnione - nie bez powodu pociąg ten nazywany jest "rzeźnią", i jest to skład, na którym notuje się najwięcej przestępstw. Na szczęście siekiera do końca podróży pozostała w futerale :-)
Do 
Katowic dotarłem o 23.45. Tak zakończyła się moja kolejna przygoda bieszczadzka. Mam nadzieję, że nie ostatnia.
Ten wyjazd to najbardziej udany mój pobyt w Bieszczadzie, i na pewno oprócz pierwszego pobytu pozostanie w mojej pamięci na zawsze.