Kolejna moja wizyta w Bieszczadach. Tym razem to 6 dni, 164 km przebytej drogi, 22 wypite piwa i około 0,5 l alkoholu wysokoprocentowego :-) Prawdę napisał ktoś, że w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, a potem tylko wraca. Tym razem w związku ze zmianami w rozkładach jazdy dotarłem w Bieszczady przez Rzeszów. Niestety kolej nie ułatwia nam sprawy, i od Rzeszowa podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Po ok 4 godzinach podróży docieram wreszcie do Sanoka, klnę na czym świat stoi, bo pociąg jest spóźniony ok 25 minut, a 10 minut wcześniej miałem PKS do Komańczy. Ale mówię sobie po cichu: „easy man” - jesteś na wypoczynku, nie denerwuj się pojedziesz późniejszym PKS'em. Tak się składało, że ten późniejszy PKS miał odjeżdżać, za 10 minut, więc myślę sobie nie jest źle. Już bardziej wyluzowany udaję się na stanowisko, z którego odjeżdżać ma mój PKS,a tu, tyle co podszedłem podjeżdża autobus, z tabliczką Jaśliska. Wsiadam zatem, kupuje bilet do Komańczy( 6.40 PLN ) przede mną kilka raptem osób, i tak cos mi do głowy przyszło, aby zapytać jednego z współpasażerów, czy to przypadkiem nie jest ten PKS, który miał odjazd 14.40. Gość odpowiada, że tak, i nie wie dlaczego się tak spóźnił. Ja uświadamiam go, że pewnie czekał na spóźniony pociąg. Nie wspomniałem słowem, że to ja m.in. jechałem tym pociągiem i takie "spóźnienie" jest mi na rękę, bo jeszcze w ryja bym dostał, a po co ? ;-) Zadowolony , z przebiegu wydarzeń, myślę sobie w duchu: "Kurcze jednak są na tym świecie ludzie którzy myślą" i zapałałem sympatią do Pana kierowcy i w domyśle do dyspozytora. Wszak jednak zdarzają się ludzie, którzy nie tylko wykonują swoje obowiązki, ale i myślą o innych. Tymczasem z moich rozmyślań wyrywają mnie bardzo piękne widoki rozpościerające się za niezbyt czystymi oknami pojazdu marku Autosan. Ale co tam - myślę - okna, ważne że jadę i nie będę miał jakiejś większej obsuwy czasowej. Ale wracając do widoków - jechałem tą trasą kiedyś koleją, ale z okien pociągu te tereny nie wyglądały tak malowniczo. A to jakaś przełączka, a to dolinka, z malowniczym domkiem, a to cerkiewka. Kurcze - bardzo mi się spodobała podróż autokarem. Do Komańczy dojeżdżam ok.15.50. Pogoda zapowiada się nieźle. Po niebie przesuwają się chmury typu cumulus, temperatura ok 25 st. Jako, że nie dźwigałem ze sobą tego co mogłem kupić na miejscu, postanowiłem więc wspomóc lokalny monopol spirytusowy oraz browarnictwo ;-) W tym celu kroki swe kieruję ku pobliskiemu sklepowi spożywczemu. Zakupiłem kilka piwek, które miały mi starczyć na najbliższe 2 dni, butelczynę jakiegoś destylatu, w razie gdyby trafiło się towarzystwo, jakieś pieczywko (ostatni chlebek) no i troszkę drobniejszej żywności typu chińskie zupki, i konserwy, oraz kawałek kiełbaski. A co ? Już byłem koło kosciółka, gdy przypomniałem sobie, że nie kupiłem wody. Zarządzam więc szybki odwrót i udaję się w drogę powrotną do sklepu. Dokonuję stosownego zakupu i spowrotem idę ku czerwonemu szlakowi. Po drodze wykonuję jeszcze foto budynku dworca kolejowego. Na placyku zabaw obok kościoła przepakowuję wszystkie rzeczy, dokonuję ostatniego przeglądu i okazuje się że zapomniałem z domu zabrać kurtki przeciwdeszczowej. Myślę sonie: "Kurna pięknie - będzie wspaniale jak zacznie padać" ale z drugiej strony przecież nie będę się zrażał takimi drobiazgami. Od biedy mam jeszcze folię NRC i płachtę biwakową - jakoś dam sobie radę, a w zasadzie nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że będzie padać. Po krótkim sprawdzeniu sprzętu, ruszam na szlak. Przy okazji załączam swój nowy nabytek, czyli GPS. Będzie od tej pory w miarę swoich możliwości rejestrował trasę mojej wędrówki. Przyda się to potem do analizy trasy jaką pokonałem. Ruszam więc szlakiem czerwony, a jako, że te trasę pokonuję powtórnie, nie miałem problemu przy skręcie z asfaltu w las, jak za pierwszym razem. Docieram do miejsca, w którym kiedyś byłopole namiotowe. Myślę, że już czas zdjąć ten obiekt z nowych map, ponieważ, teren polem namiotowym jest jedynie z nazwy. Trawa po pas, jakieś kwiaty, resztki ogrodzenia. Gdyby nie ślad na mapie – w życiu bym nie przypuszczał, że można tu rozbić namiot. Nieźle trzeba by być zdesperowanym aby to zrobić. No ale nie mnie oceniać obiekty PTTK, są od tego bardziej kompetentne osoby. Ruszam dalej. Trasę na Prełuki pokonuję dość sprawnie, mijając po drodze dwóch turystów. Dowiedziałem sie od nich ze na Jeziorkach Duszatyńskich nie ma tłoku, a bar w Duszatynie jest czynny. To bardzo dla mnie ważna informacja, bo miło by było uraczyć się złocistym trunkiem przed ruszeniem w dalszą część trasy. Na Prełukach spotkałem jeszcze jednego turystę, i był to ostatni turysta do samych Jeziorek Duszatyńskich. Wprawdzie minęło mnie jeszcze do Duszatyna kilka samochodów, ale ich nie liczę. Ok 17.50 jestem przy barze w Duszatynie. Bar zmienił wygląd zewnętrzny z seledynowego na różowawy z jaskrawym napisem BAR. Widać go już z daleka. Zamawiam piwko Leżajsk (4 PLN - cena podniosła się w stosunku do poprzednich lat o 50 gr), zagaduję o pogodę i frekwencję. Dowiaduje się, że do dnia dzisiejszego pogoda była nie najlepsza, prawie codziennie pojawiały się burze, a frekwencja - jak widać raptem tylko dwa samochody na parkingu i grupka młodzieży z Rzepedzi pod parasolami. Oprócz nich jeszcze tylko jedna rodzina. Po kilku łykach złocistego napoju, zamawiam pierogi i od razu jeszcze jeden kufel piwa, w razie jakby miało braknąć w czasie oczekiwania na pierogi. Pierogi pojawiły się na stole szybciej niż bym przypuszczał, w międzyczasie wdałem sie w dyskusję z rodziną, która przysiadła się do ławy, przy której siedziałem. Porozmawialiśmy sobie, dowiedziałem się, że że ludzie Ci jeżdżą w Bieszczady juz od wielu lat. Podczas konsumpcji pierogów (nomen-omen bardzo smacznych, choć nie przepadam za pierogami bez nadzienia mięsnego) pojawili się właściciele drugiego z samochodów. Okazało się, że to poszukiwacze militariów. Jako że sam swego czasu interesowałem się tym tematem, wymieniliśmy miedzy sobą doświadczenia i opinie na temat miejscówek i sprzętu. Podczas naszej rozmowy właścicielka baru z córką udały się na pobliskie osuwisko, na spacerek, a ja z braku możliwości zakupu piwa pożegnałem się z poszukiwaczami militariów, i ok. 19.00 ruszyłem w drogę. Po drodze jeszcze minąłem nieistniejący już „ostatni sklep na szlaku”. Szkoda, bo przydałby się ty sklepik. Spieszać musiałem, bo chciałem na Jeziorka dotrzeć jeszcze o czasie, aby móc wykonać kilka fotografii. Szło się całkiem przyjemnie bo wieczorny chłodek studził ciało. Ok. 20.45 docieram nad Jeziorka Duszatyńskie, lub rezerwatu "Zwiezło". Jak kto woli. Wykonuję kilkanaście fotografii, niestety jak się w domu okazuje znaczna większość jest nieostra, ponieważ nie zabrałem statywu. Tymczasem opuszczam rezerwat, i powoli rozglądam się za jakimś miejscem żeby rozbić mój prowizoryczny dach. Po przygotowaniu sobie legowiska, szybciutko przygotowuję sobie, na wodzie z pobliskiego potoku zupkę chińską i kładę się spać. Dość wrażeń jak na jeden dzień. 17.06.2006 Noc w sumie przebiegła bez wydarzeń, poza kilkoma krótkimi pobudkami, ze względu na odgłosy przemieszczającej się w pobliżu zwierzyny. Tutaj słów kilka co to jest Geocache. W skrócie można to nazwać grą w poszukiwanie "skarbów", czyli hermetycznie zamkniętych pojemników, zakopanych gdzieś w ziemi, pod kamieniem czy w korzeniach drzewa, bądź schowanych w dziupli, w których znajdują się przeróżne rzeczy. Maskotki, narzędzia, artykuły spożywcze pakowane próżniowo, czasem jakieś piwko czy inny alkohol. Po odnalezieniu Geocache można sobie ze skrzynki coś zabrać, lub zabrać nawet wszystko, jednak trzeba w zamian zostawić coś od siebie. W Polsce to dość nowa zabawa terenowa, ale zdobywa coraz więcej uczestników, i rejestrowanych jest coraz więcej skrzynek. Po więcej informacji odsyłam na jedną ze stron o geocachingu w Polsce www.geocaching.pl Ale do rzeczy - jako że w okolicy Chryszczatej ukryto jedną ze skrzynek geocache, zaplanowałem sobie że odszukam ją. Zatem korzystając z GPSa ruszyłem najkrótszą drogą do skrzynki, zmagając się cały czas z muchami. Po kilkunastu minutach marszu docieram wreszcie do miejsca o współrzędnych w/g których znajduje sie skrzynka, odszukuje właściwe drzewo (oznaczone farbą) i po chwili wygrzebuje z ziemi i liści pojemnik. W pojemniku znajdowały się 2 naboje i baton Lion. Dorzuciłem coś od siebie, i spiesznie zakopałem pojemnik, cały czas walcząc z natrętnymi muchami. Po chwili dochodzę do drogi, i idąc nią docieram do kolejnych jeziorek w okolicy. Ja byłem tylko nad jednym ale ponoć są dwa. Wykonuję foto, z pięknym widokiem na Chryszczatą, i udaję się do pobliskiej chatki. Tam najpierw zajmuje się nazbieraniem opału, a następnie przyrządzam sobie kolejną Chińską zupkę, oraz wykonuję szybciutką kąpiel w przepływającym nieopodal potoku, oraz piorę sobie niektóre rzeczy. Postanawiam dziś już nie iść dalej iwygrzewam się w słońcu. Mogę sobie pozwolić na ten luksus, ponieważ w Bieszczady dotarłem dzień wcześniej niż pierwotnie planowałem. Poza tym po pierwszym dniu wędrówki pojawiły mi się otarcia stóp. Poobiednią drzemkę przerwał mi hałas za oknem. Okazało się że będę miał gościa. I bardzo dobrze - będzie do kogo się odezwać Zgadaliśmy się z kolegą, że on też udziela(ł) się na bieszczadzkim forum pod ksywką "Klopsik". W trakcie rozmowy okazuje się, że do chatki ma przyjść jeszcze "Harnaś" - człowiek, któremu chatki zawdzięczają wiele, a którego chciałem zawsze poznać. Tym milej będzie mi opróżnić butelkę destylatu, w tak zacnym gronie. Wcześniej machnęliśmy po jednym kieliszku, aby lepiej nam się pracowało i poszliśmy po opał. Czas upływał nam na miłych rozmowach, ale "Harnasia" długo nie było. Klopsik zadzwonił do niego, i po pół godziny juz siedział z nami. Okazało się że zatrzymała go burza. Na rozmowach do późnych godzin nocnych upływa nam czas. Ja odłączyłem się od towarzystwa nieco wcześniej ponieważ srodze byłem zmęczony i najzwyczajniej przysypiałem przy stole :-/ 18.06.2006 Ranek dnia następnego był pochmurny z niewielkimi przejaśnieniami, jednak im później, tym pogoda stawała się ładniejsza. Na ten dzień miałem zaplanowane zwiedzić rezerwat "Gołoborze". Zająłem się więc przygotowaniem do wyjścia. Koledzy tymczasem również zaczęli wstawać ze swoich śpiworów. Przed 8.00 pożegnałem się z "Klopsikiem" i "Harnasiem", wymieniliśmy się adresami i numerami telefonów, i po chwili byłem już w drodze do rezerwatu "Gołoborze". PO drodze mijałem liczne składowiska drewna wycinku, tzw. "metrówek". Przy wejściu do rezerwatu napiłem się nieco znakomitej wody, ze źródła i przez mostek udałem się do samego rezerwatu. Przyznaję, że byłem trochę zawiedziony "wielkością" rezerwatu, szybko się stamtąd oddaliłem do pobliskiego kamieniołomu. Ten prezentował się bardziej okazale. Za kamieniołomem wszedłem na przełęcz i skróciłem sobie nieco drogę do drogi na Baligród. W trakcie zejścia do drogi przypomniałem sobie, że w chacie zostawiłem swoją siekierę, a jako że mój wyjazd dopiero co się zaczął, siekiera była mi nieodzowna. Niestety jak na złość nie było zasięgu, więc musiałem się wstrzymać. Gdy dotarłem do drogi na Baligród, dalej nie było zasięgu, a tymczasem udało mi się złapać stopa. Mili, młodzi ludzie podwożą mnie do Baligrodu, i dopiero stamtąd kontaktuje się z "Harnasiem", który informuje mnie że ma moją siekierę, i ze idzie z "Klopsikiem" stronę Baligrodu. Umówiliśmy się więc że poczekam na nich. W trakcie oczekiwania, wsłuchuję się w wiadomości radiowe, oraz wyniki rozegranych w ostatnich dniach, meczach na Mundialu. Po ok. 0,5 godz. oczekiwania, chłopcy przychodzą, w dowód wdzięczności stawiam Im po piwie, znowu rozmawiamy z godzinkę, ale ja musze się już zbierać w kierunku Stężnicy. Żegnam się i ruszam. Odcinka z Baligrodu za Stężnicę (w okolice dawnego PGR w Stęznicy) nie będę opisywał bo wiódł po asfalcie i był stosunkowo nudny. Może poza jednym wodospadem, po prawej stronie i polaną nieco dalej, na której pasły się dwie klacze ze źrebiętami. Nadmienię tylko że ruch na tym odcinku jest mały i ze stopem ciężko :-( Mnie na kilkanaście samochodów nie zatrzymał się nikt. Na wzgórze ponad d.PGR docieram w okolicach południa. Ze wzgórza rozpościerają się urocze widoki, postanawiam więc odpocząć dłuższa chwilę i zmienić sandały, w których szedłem po asfalcie, na buty trekkingowe. Wypijam jakiegoś browarka, zakupionego w Baligrodzie i ruszam dalej, na poszukiwanie wodospadu "Czartów Młyn". Tu po raz kolejny pomocny okazał się GPS i odnalezienie właściwego wodospadu nie nastręcza większych kłopotów. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że na mapie wodospad ten zaznaczony jest błędnie. Sam wodospad prezentuje się imponująco, jak na warunki bieszczadzkie. Wszak daleko mu do Wodogrzmotów Mickiewicza czy Siklawy, ale w Bieszczadach jest to wodospad najwyższy. Po wykonaniu kilku zdjęć kieruję się ku drodze na Łopienkę. Stamtąd mam zamiar wejść na Korbanię. Po drodze, tuż przy miejscu, w którym droga gruntowa dochodzi do potoku zauważyłem dziwne "ruiny". Może ktoś wie co to, więc chętnie się dowiem. Parę metrów dalej natknąłem się na kąpiącego się zaskrońca. Młody egzemplarz. Po minięciu kilku brodów docieram do skrzyżowania, na którym kieruję się w lewo ku Łopience. Po drodze mijam jeszcze czynny wypał. To pierwszy raz podczas moich pobytów w Bieszczadach, kiedy trafiam na czynny wypał. Zawsze byłem przed lub po wypale. Przyznam że bardzo ładnie wyglądają dymiące retorty. Po wykonaniu pamiątkowej fotki, czas ruszać dalej. Wprawdzie na Korbani przewidywałem nocleg, jednak w związku z tym ze godzina była stosunkowo wczesna, postanowiłem dotrzeć do Terki, właśnie przez Korbanię. Niestety w okolicy połowy drogi na szczyt nastąpiła zmiana pogody i zaczął padać deszcz. Wobec takiej sytuacji, i braku odzieży przeciwdeszczowej, nocleg postanawiam zrealizować właśnie gdzieś w okolicy. Rozbiłem sobie ponownie swoja płachtę, już zacząłem się przygotowywać do rozpakowywania śpiwora i karrimaty, gdy zza chmur wyjrzało słońce. Zatem zebrałem obozowisko i poszedłem dalej. Pod szczytem Korbani, miałem nieco problemów z odnalezieniem właściwej ścieżki, ale za to ze szczytu bardzo ładne widoki. Niestety widoczność dopisała średnio, ale Zalew Soliński było widać. Słabo bo słabo, ale był widoczny. Na szczycie nie zagrzewam dłużej miejsca, bo wcześniejszy deszcz trochę pokrzyżował mi plany, i nie mogłem sobie na to pozwolić, chcąc dotrzeć do Terki o przyzwoitej porze. Ok 18.30 docieram do Bukowca. Stąd już tylko godzinka do Terki, więc nie zatrzymuję się na dłużej niż to konieczne dla złapania oddechu. Istotnie do Terki docieram po godzinie marszu. Pierwszego autochtona dopytuję, czy sklep będzie jeszcze otwarty. Uzyskuję odpowiedź twierdzącą, więc pierwsze kroki kieruje właśnie do lokalnego spożywczaka, celem uzupełnienia zapasów zarówno płynów (wyskokowych tez ;-) jak i produktów żywnościowych. Nie odmawiam sobie drobnych przyjemności, w tym wypadku pochłaniam w ekspresowym tempie 3 lody "Big Milk". Przy okazji dowiaduję się, też o możliwość noclegu. Sprzedawca odpowiada, że problemu nie będzie, i zagaduje stojącą za mną kobietę, czy ta wynajmuje jeszcze pokoje. Szybciutko ustalamy cenę noclegu na poziomie 18 PLN za jedną noc, bez pościeli. Jest to cena, która zadowala mnie w 100% więc nie zwlekam z udaniem się na kwaterę. Trochę mnie tylko boli, ze musze się wrócić na drugą stronę rzeki, ale co mi tam - ważne że będę się mógł wykąpać i podładować telefon. Podchodzę pod posesję i zagaduję krzątającą się tam kobietę, o nocleg, i że wszystko już zostało ustalone. Kobieta prowadzi mnie na pokoje, mówi że mogę sobie wybrać, bo akuratnie skończył się weekend i miejsca nie brakuje. Decyduję się na piętro, zostaję wprowadzony w arkana gdzie jest łazienka, gdzie lodówka i gdzie mogę sobie podłączyć telefon. Chwilę tez rozmawiamy na tematy ogólnospołeczne, czyli jak to teraz młodzi uciekają ze wsi, kobieta trochę narzekała, że synowie co prawda dobre chłopaki, ale do pracy na gospodarstwie nie za bardzo się garną. Widziałem ze moglibyśmy rozmawiać długo, jednak byłem już trochę zmęczony mijającym dniem, więc nie podsycałem żaru dyskusji. Po chwili zostałem sam, więc zająłem się toaletą, i schłodzeniem piwka. Po kąpieli z nieskrywaną rozkoszą ułożyłem się na łóżku i posłuchałem co tam na Mundialu. 19.06.2006 Ranek powitał mnie jak w poprzednich dniach, pięknym i niemal bezchmurnym niebem. Uregulowałem rachunek i kilkanaście minut po godzinie 6.00 udałem się w kierunku cerkwiska, skąd prowadził zielony szlak, częściowo którym musiałem kierować się na Studenne. Po drodze ku końcowi wsi minąłem bocianie gniazdo, a następnie trochę się zagapiłem, bo zamiast iść dalej prosto, skręciłem za zielonymi znakami w prawo i przez to musiałem nadrobić trochę drogi, aby wrócić na właściwą trasę, którą sobie wcześniej założyłem. Wprawdzie wymagało to przedzierania się przez pokrzywy, ale co tam - "twardym trza być nie mientkim" ;-) Ostatni rzut oka na Terkę. Wygląda naprawdę bardzo malowniczo. 20.06.2006 Budzę się dość wcześnie ok. 3.30, za sprawą lasu, który też się budził do życia. Szybciutko przygotowuję sobie posiłek - cóż by innego jak nie nieśmiertelną chińską zupkę :-) - i ok 4.30 wyruszam w drogę. Lubię takie leśne klimaty o poranku. Jest cisza, nie licząc ptaków nawołujących to z lewa, to z prawa. Gdzieniegdzie mignie pod nogami jakiś chrabąszcz, nie musze się nigdzie spieszyć, jednym słowem - sielanka, tylko te pieprzone muchy :/ Nie dają spokoju. 21.06.2006 Ranek tradycyjnie już wstał piękny. Obudziłem się ok 6.00. Podleczam się browarkiem zakupionym wcześniej. Trochę przesadziłem chyba z zakupem, kto to będzie nosił - pomyślałem. Idę do baru na jajecznicę. W barze pustki, poza 3 opiekunami młodzieży. Jajeczniczka, jest jak balsam na mój żołądek, zajadam z apetytem. Po posiłku wracam do pokoju i zaczynam się pakować. Nie muszę się spieszyć, bo na dziś mam trasę, którą spokojnie jestem w stanie wykonać: Wołosate - Przeł.Bukowska - Halicz - Bukowe Berdo. Przed zejściem na Wołosate idę jeszcze do sklepu po lody, bo smak mnie naszedł przeokrutny na lody śmietankowe. Po zakupie kieruję sie na Wołosate. Na drodze do Wołosatego jestem ok. 10.00 Oczywiście nie usmiecha mi się marsz po asfalcie, w takim skwarze, więc zatrzymuję stopa. Długo nie czekałem poza samochodem straży granicznej i parkowych, zatrzymuje się bus. Myślałem, że to że to jakiś regularnie kursujacy busik, ale okazało się, że to zupełnie prywatny bus, wiozący grupę młodzieży również do Wołosatego. Po drodze rozmawiamy z opiekunami, o pogodzie i takich tam sprawach. Wybierają się podobną trasą jak moja, więc postanawiam puścić ich przodem. Wysiadam przy sklepie spożywczym oni zaś jadą kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymując się pod punktem kasowym. Akurat jak dochodzę do punktu kasowego oni skończyli kupować bilety. Ja kupuję swój (4 PLN normalny), i pytam czy nie ma w sprzedaży jakiś chustek na głowę, bo dzień zapowiada się słoneczny, a w dniu wczorajszym dość mocno spiekło mnie słońce, a dziś z racji długiego podróżowania, przewiduję jeszcze mocniejsze działanie promieni słonecznych. Otrzymuję informację, że niżej, w jednej z budek można kupić takie chusty. Wracam więc i istotnie są w sprzedazy chustki. Kupuję jedną (3,50 PLN) i idę znów w górę. Trasa dość monotonna, po zniszczonym strasznie asfalcie. Żałuję, że zamiast butówt trekkingowych nie założyłem sandałów. Poruszam się od jednej kępy drzew rzucającej na drogę cień, do drugiej. Przy cerkwisku ktoś kosił trawę. Oczywiście nie obejdzie się bez fotki słynnego żurawia studziennego. Nieco dalej mijam nie użytkowaną już stanicę ZHP hufca kieleckiego. W miejscu gdzie szlak czerwony dociera do rozwidlenia drogi która kieruje dalej ku Przełeczy Bukowskiej i ku planowanemu przejściu granicznemu (raczej mało realne aby zostało ono otwarte) postanawiam skręcić w prawo i udać się na most nad Wołosatym. Tam korzystając z barierki mostu wykonuję sobie dwie fotki z ładnymi widokami w tle i wracam z powrotem na szlak. Pech chciał ze akurat jak schodziłem z mostu przejeżdżał funkcjonariusz Straży Granicznej na KTM'ie. Zatrzymuje się i pyta czy nie wiem którędy przebiega szlak, odpowiadam, że wiem, ale zboczyłem nieco, aby wykonać zdjęcie na moście, i zerknąć w toń Wołosatego. Poprosił dokumenty, i po rutynowym sprawdzeniu dokumentów i danych, pouczył mnie, o tym, aby nie zbaczać ze szlaków, bo następnym razem będzie mandat. Pouczenie przyjąłem, i pożegnałem się. Dalej szło sie już trochę lepiej, ponieważ było więcej cienia. Niestety nie przekładało się to na ilość much latających koło głowy :/ Powiedziałbym nawet że ilość much rosła proporcjonalnie do zagęszczenia lasu :-) 22.06.2006 Niestety morduję się do ok 1 w nocy. Po 1.00 przysypiam trochę głębiej, ale już przed 4.00 się budzę. Postanawiam się zwlec powoli z łoża, i przygotować ostatnią zupę chińską. Kończy mi się wszystko - pieniądze, jedzenie i woda. Z tym ostatnim na szczęście nie ma większego problemu, bo nieopodal płynie strumień, z którego korzystam, aby uzupełnić, to co zużyłem. Niestety z jedzeniem jest gorzej. jagody jeszcze nie owocują, poziomek nie ma, a na grzyby jeszcze za wcześnie, a jesienią było tu tak pięknie, jeśli chodzi o grzyby. Tymczasem w radiu podają, że przez Polske przechodzi potęzny front atmosferyczny z ulewnymi deszczami i burzami. Trochę mnie te dane niepokoją, zważywszy moją zeszłoroczną tu bytność i przeżycie takich ulew, gdzie woda wpływała do chaty. Ze względu na powyższe, oraz na aktywność popielic, postanawiam opuścić chatę nieco wcześniej niż zamierzałem. Przygotowuję się wiec do wymarszu. Chatę opuszczam o 8.50 by po ok godzinie marszu dotrzeć do Mucznego. Tam pierwsze kroki kieruję do sklepu gdzie właścicielka dotrzymuje towarzystwa jedynemu klientowi. Zakupuję produkty żywnościowe, oraz wyroby Browarów Tyskich i zasiadam przy stoliku obok. Nawiązujemy dyskusję z człowiekiem, siedzącym przy sklepie. Rozmowa toczy się w najlepsze, poruszamy tematy zarówno miejscowe, jak i krajowe, Pani Halinka ze sklepu potwierdza informację, że chata w której nocowałem ma zostac rozebrana. Rozmawiało mi sie na tyle miło, że zamówiłem drugie piwko, potem mój towarzysz postawił piwo mnie, ja mu się następnie zrewanżowałem i tak na towarzyskich rozmowach przeszliśmy na "Ty". Poldek, bo tak miał na imie mój towarzysz od piwa przyjechał samochodem, i proponował mi nawet podwiezienie do siebie do Dwerniczka, jednak Pani Halinka zdecydowanie zaprotestowała (i słusznie) i zaproponowała Poldkowi nocleg u niej w altanie, mnie zaś zaproponowała poczekać na swoją córkę, która pojechała po towar.. Nawet nie wiem kiedy minęło południe, i przyjechała Asia - córka Pani Halinki. Chwilkę porozmawialiśmy, i zapytałem czy mogę sięzabrać do Ustrzyk Dolnych. Asia się zgodziła, z zastrzeżeniem że najpierw musi się przebrać i rozładowaćtowar. Zaproponowałem pomoc (oczywiście w rozładunku towaru, a nie w przebieraniu) ale podziękowano mi. Zamówiłem więc za ostatnie pieniądze kolejne piwko i spokojnie czekałem na transport. Gdy upiłem jakieś 150 ml piwa, pojawiła sie Asia, i zaprosiła do samochodu. Pani Halinka zaproponowała , abym nie wylewał piwa, tylko zabrał sobie na drogę, a butelkę oddam Asi. Przystałem na te propozycję :-) |