Inne‎ > ‎

Czarnobyl Tour 11-14.06.2009

Długo mi zeszło zanim zdecydowałem się opisać mój wyjazd do Czarnobyla, ale zawsze coś wypadało i nie było mi po drodze z tą relacją. Wreszcie się spiąłem i opiszę ten wyjazd. Pewnie cześć z tych danych się zdezaktualizowała i ogólnie sam wyjazd trąci już myszką, ale z kronikarskiego obowiązku, bardziej na własne potrzeby niż z potrzeby podzielenia się tym ze światem opiszę ten wyjazd. Możliwe są pewne uproszczenia lub pominięcia z mojej strony, ale są one wynikiem ułomności mojej pamięci, jak również mają związek z pewnymi trunkami którymi ochoczo raczyliśmy się w trakcie tego wyjazdu. Ale nie uprzedzajmy faktów...
Do wyjazdu do Czarnobyla dojrzałem po przeczytaniu w internecie relacji, bogato okraszonej zdjęciami, która opisała pewna dziewczyna podróżująca motorem. Strona ta ma już wiele wcieleń i została przetłumaczona na kilka języków. Było to ładnych parę lat temu. Już wtedy uznałem to za fantastyczny sposób na zrobienie w swoim życiu czegoś zwariowanego.  Oczywiście z czasem określenie "szalone" nieco się zdewaluowało ale nadal uważam że ten wyjazd był dla mnie jedną z najciekawszych przygód, a na pewno pozwolił mi zawrzeć znajomości, które utrzymuję do dziś, a ponadto "otwarł mi wrota na wschód", czyli zachęcił mnie do kilkukrotnych już odwiedzin stolicy Ukrainy, czyli Kijowa.
Do rzeczy jednak. Pewnego dnia znajomy na jednym z forów rzucił linkiem do oferty jednego z biur podróży, która organizowała wyjazd do Czarnobyla. Oferta okazała się sensowna i mogłem sobie pozwolić na wydatek 650 zł, dlatego też długo się nie zastanawiałem. Był to 6 wyjazd tego biura do Czarnobyla więc można było przypuszczać że oferta jest wiarygodna i dopracowana. Oprócz mnie zapisał się jeszcze ów kolega z forum, oraz koleżanka, z małżonkiem. Wyglądało więc na to że będzie fajny skład :) Pozostało tylko odliczać dni do wyjazdu, oraz organizować sobie wyposażenie na taki wyjazd, w tym radiometr pożyczony od znajomego. 
Oczywiście małżonka i reszta rodziny gdy się dowiedziała że chcę jechać do Czarnobyla, wymownie pukała się w czoło i nie obyło się bez docinek w stylu świecącego w ciemności itp. Znajomi reagowali podobnie. Nieliczni tylko gratulowali pomysłu, ale to raczej byli ludzie o zbliżonych zainteresowaniach.
Ale ja to i tak cienki Bolek jestem. Jeden z kolegów, nadmienię, że ledwie pełnoletnich wywinął lepszy numer. Pojechał w tajemnicy przed rodzicami. Dopiero po powrocie powiedział gdzie był. Ten to dopiero ma jaja, mimo młodego wieku (stąd dostał ksywkę "Młody").
Tak czy inaczej z mojej strony klamka zapadła, a w międzyczasie trafiłem na forum, gdzie Ci, którzy już byli na takim wyjeździe dzielili się wrażeniami, a także Ci, którzy jeszcze nie pojechali, umawiali się na konkretne wyjazdy. Podobnie było z nami - przybywało uczestników dyskusji, którzy jechali na "nasz" wyjazd więc postanowiliśmy się jakoś zintegrować. W tym celu umówiliśmy się kilka godzin wcześniej niż planowany przez biuro podróży czas startu. Na miejsce spotkania wybraliśmy okolice wejścia do Galerii Krakowskiej i dla pewności wymieniliśmy się telefonami.
O umówionej godzinie stawiłem się na miejscu spotkania, gdzie czekała już trójka forumowiczów. Dostaliśmy jeszcze telefon, że grupa jadąca z Warszawy już dojeżdża, więc poszliśmy odebrać ich z dworca udaliśmy się do pobliskiej piwiarni by się "integrować". 

Dobrze już "zintegrowani" udaliśmy się na miejsce zbiórki, czyli RDA w Krakowie i tam dopełniliśmy formalności związanych z uczestnictwem w wyjeździe. Poznaliśmy Organizatora Mateusza i przewodniczkę Ulę, oraz poinformowano nas o całej logistyce związanej z przejazdem, i obdarowano znaczkami identyfikacyjnymi "Czarnobyl Tour", po czym ruszyliśmy w drogę.
Aby nie powodować konfliktów usadowiliśmy się na końcu autokaru i kontynuowaliśmy "integrację" czym kto miał ;) I tak zeszło nam do granicy. Na granicy zebrano paszporty, musieliśmy i tradycyjnie przetrzymano nas trochę, ale ostatecznie przejazd można uznać za całkiem sprawny. Kawałek za granicą pojawił się jakiś problem z autokarem i musieliśmy zajechać na stację benzynową, co skrzętnie nasza grupa wykorzystała do zaopatrzenia się w "pomoce integracyjne" oraz coś do jedzenia. Ponieważ nie był to mój pierwszy pobyt na Ukrainie, miałem już pewne rozeznanie w asortymencie ukraińskich piw i alkoholi. Gorzej było z żywnością, ale naszedł nas smak na suszoną rybę, która okazała się sporym przysmakiem. Zresztą potem dla ułatwienia wszelkie przekąski z suszonych ryb czy kalmarów nazywaliśmy dla ułatwienia "morszczukami" :) W międzyczasie na stację podjechał radiowóz milicji, i funkcjonariusze ochoczo jęli pomagać kierowcom w rozwiązaniu problemu. Znając nieco służby mundurowe na Ukrainie byłem zaskoczony taką życzliwością, ale niebawem okazało się, że nie była ona tak do końca bezinteresowna i funkcjonariusze "policzyli" sobie kilkaset hrywien za "usługę".  Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale nie była ona niska. Ale że Organizator był przygotowany na takie niespodziewane wydatki to obyło się bez większych problemów i mogliśmy się udać w dalszą drogę.
Kontynuując więc "zajęcia w podgrupach" jechaliśmy sobie przez Ukrainę, a w międzyczasie zaczęło się rozjaśniać i niektórzy z uczestników (ci którzy potrafili nawiązać kontakt z rzeczywistością) nie mogli wyjść z podziwu nad przestrzeniami jakie rozpościerały się za oknem. W tym miejscu warto także zaznaczyć, że poza naszą grupą liczącą ok 10 osób reszta autobusu bawiła się jakby nieco gorzej niż my. Ale w końcu nie pojechaliśmy na wycieczkę z parafii, czy na oazę więc mam nadzieję, że z czasem złość im minie :) Tu duże słowa uznania dla Mateusza i Uli za wyrozumiałość.
W końcu, pokonując niemałe korki docieramy do serca Kijowa i zabieramy się za zwiedzanie. Na pierwszy ogień poszła Cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Chrystusa, potem MSZ Ukrainy, Sobór Sofijski i Andrijewskim Spuskiem udaliśmy się do restauracji "Puzata Chata" która oferuje za niewielkie pieniądze regionalne przysmaki kuchni ukraińskiej. Po obiedzie udaliśmy się do miejsc zakwaterowania. Nam przypadł w udziale Hostel "Yaroslav", który został chyba przerobiony z akademika. Zanim jednak przydzielono nam pokoje przyszło nam odczekać swoje na dole, ale wreszcie przydzielono nam lokum i jakoś podogrywaliśmy się by każdy był z tym, z kim chciał być. Dostaliśmy też trochę czasu na ogarnięcie się i odświeżenie, co wykorzystaliśmy na opróżnienie jakiejś butelki alkoholu, a następnie udaliśmy się na dalsze zwiedzanie Kijowa. 
Jeśli mnie pamięć nie zawodzi na pierwszy ogień poszło Muzeum Czarnobylskie, gdzie wysłuchaliśmy ciekawego opowiadania Pani Przewodnik, oraz obejrzeliśmy materiał filmowy o elektrowni, katastrofie i jej skutkach. Potem nie wiem jak to się stało, ale oddzieliliśmy się od grupy i zwiedzaliśmy na własną rękę. Reszta grupy z tego co pamiętam udała się na metro by zobaczyć najgłębszą stację metra na świecie (106m pod poziomem gruntu), oraz zwiedzali Złote Wrota. My z kolei snuliśmy się po mieście by wreszcie dotrzeć na Chryszczatik, miejsce gdzie miała swój początek "Pomarańczowa Rewolucja" dająca początek reformom na Ukrainie i ostateczne zerwanie z zależnością od Kremla. Tam jakoś tak spontanicznie przysiedliśmy się do grupy młodzieży ukraińskiej, z którymi także zaczęliśmy się "integrować". Nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak to się dzieje, że ludzie oficjalnie tam piją alkohol w miejscach publicznych, a mimo to nie ma żadnych rozrób, głośnego, czy niestosownego zachowania. Milicja umierała wprost z nudów ;W międzyczasie dołączyła do nas grupa, kompanów, z którymi jakoś się pogubiliśmy na mieście i teraz "integracja" przybrała na sile. Na tej "integracji" zeszło nam trochę czasu i w pewnym momencie trzeba było myśleć o powrocie do hostelu. Ale trochę zgłodnieliśmy i udaliśmy się do McDonaldsa na jakieś koryto. Tam napatoczył się jakiś kolo, który gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski, usilnie chciał nam "załatwić" jakieś koleżanki. Dla świętego spokoju poszliśmy za nim, ale jak tylko nadarzyła się okazja - "zgubiliśmy go" i poszliśmy szukać czegoś jeszcze do jedzenia, bo jakieś marne śmieciowe żarcie nie zaspokoiło naszego głodu. W międzyczasie trafiliśmy znów pod Chryszczatik, gdzie kontynuowaliśmy bratanie się z inną grupą ukraińców. W pewnym jednak momencie musieliśmy się zachowywać dość głośno, bo wzbudziliśmy zainteresowanie patrolu milicji. Nasi ukraińscy znajomi szybko zniknęli, a milicjanci poznając w nas innostańców zaczęli wymyślać jakieś dziwne historyjki o zakazie spożywania alkoholu itp. (oczywiście w tamtym czasie na Ukrainie nie było żadnego zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych). Zatem poprosiłem "komandira" na stronę i zapytałem wprost - "skolko bude haraszo ?" i wyciągam 100 hrywien, ten odpowiada, że za dużo i pokazuje na 50 hrywien. Zatem za 20 zł łapówy udało się pozbyć natrętów. Zaskoczony byłem "uczciwością" funkcjonariusza :)
Kontynuowaliśmy zatem zwiedzanie Kijowa już we własnym gronie, czyli Młody, Błażej i ja. Ponieważ zgłodnieliśmy naszła nas ochota na jakąś pizzę, a że było już trochę po północy nie było łatwo coś znaleźć, ale w końcu znaleźliśmy jakąś małą pizzerię, gdzie wparowaliśmy na kilka minut przed zamknięciem i jeszcze zmusiliśmy zaspaną obsługę do realizacji zlecenia. Nie pamiętam czy smaczna była, czy nie, ale duża i skoro zjedliśmy wszystko to chyba nie najgorsza. Do tego oczywiście obowiązkowy browarek, bo przecież mało było ;)
Było już dość późno więc trzeba było wracać. Najgorsze że nie bardzo wiedzieliśmy jak się dostać do naszego hostelu :) Nie pamiętam już jak się nam to udało, ale dotarliśmy w jego pobliże, i "... już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską...", a tu capnęła nas znów milicja. Tym razem było grubo, bo funkcjonariusze nam kazali opróżnić kieszenie i szukali narkotyków, ale z kasy nas nie skroili - wystarczyły im nasze zapewnienia że już wszystko oddaliśmy ich kolegom :) Nie wiem jakim cudem uwierzyli nam na słowo, ale zaskutkowało to tym, że została nam kasa w kieszeni. Kolejne patrole mijamy już w milczeniu by nie słyszeli naszego języka i nie mieli powodu do zatrzymania. Na pokoje docieramy po dłuższej chwili oczekiwania, zanim stróż nam otworzył budynek. Nikt czasu nie liczył, ale sądzę, że było to jakoś po 2:00. Do pokoju też wszedłem z małym opóźnieniem, bo był zamknięty i chwilę zajęło zanim udało mi się kogoś obudzić pukaniem (wybacz Monika)
Ranek nie należał do najprzyjemniejszych doznań w moim życiu, zresztą współbiesiadnicy mieli podobnie, ale co zrobić. Trzeba się było odświeżyć i zwinąć na śniadanie, gdzie dużym powodzeniem cieszyły się płyny wszelakie. Na śniadaniu doszło tez do "liczenia strat" i okazało się, że mamy braki w stanie osobowym. Ustaliliśmy że brakuje jednego kolegi, który bawił się z nami na Chryszczatiku, ale dość wcześnie oddalił się. Organizatorzy poważnie zaniepokoili się tym faktem i zaczęli wdrażać czynności zmierzające do odnalezienia gościa. W tym miejscu po raz kolejny należą się słowa uznania pod adresem Organizatorów, bo trzeba było jakoś ogarnąć tą sytuację i zadowolić tych, którzy przyjechali tu dla Zony, oraz odnaleźć "Zaginionego w akcji", i udało im się to znakomicie, choć nie zazdroszczę Im tych nerwów.
Ale wracając do meritum tej relacji - po śniadaniu była chwila na ogarnięcie siebie i pokoju i zbiórka, oraz przejście do autokaru. Po drodze nie omieszkałem z kilkoma kolegami zahaczyć o sklep spożywczy, gdzie zaopatrzyliśmy się na drogę. Przy autokarze też poznaliśmy Igora - człowieka-organizatora wyjazdów do Zony, oraz jego 2 współpracowników - Nadieżdę i koleżkę, którego imienia nie pamiętam. Nam czyli ekipie na tyle autobusu przypadła w udziale Nadieżda. Z początku jakaś taka drętwa była, ale z czasem okazała się całkiem sympatyczną osobą. I tak w ich towarzystwie ruszyliśmy w kierunku Prypeci. Oczywiście zostaliśmy tez uprzedzeni o tym że jak się spijemy to na checkpoincie nie wpuszczą nas do Zony. Za późno - zdążyliśmy już coś tam wypić :)
Kilka kilometrów przed Czarnobylem zatrzymujemy się przy drogowskazie, gdzie wykonujemy sobie grupowe zdjęcie.
Do pierwszego kordonu KPP "Ditiatki" docieramy ok 10:45, gdzie zbierają nam paszporty i wypisujemy oświadczenia w których zrzekamy się wszelkich roszczeń w razie uszczerbku na zdrowiu itp. Tu już poruszamy się drogami wewnętrznymi elektrowni. Oczywiście przejeżdżając w pobliżu reaktora nr.4 wszyscy mieli nosy i aparaty przyklejone do szyby. Ja do tego celu wykorzystałem górny właz, skąd cykałem zdjęcia. 40 minut później docieramy do kolejnego punktu kontrolnego "Prypiat". Tutaj też odbywa sie szczegółowa kontrola personalna. Do każdego podchodzi mundurowy i sprawdza zdjęcie w paszporcie z facjatą delikwenta.
Generalnie cała "Zona" podzielona jest na dwie strefy. Zewnętrzna, o promieniu ok 30 km od reaktora, i wewnętrzna ok. 10 km, gdzie ruch osobowy jest ściśle monitorowany. Tę wewnętrzną strefę właśnie mijamy. Wjeżdżamy do wymarłego miasta Prypeć. To jest clou całego naszego wyjazdu, no może poza wizytą przy samym reaktorze. W Prypeci zostajemy pouczeni o tym aby nie dotykać niczego, uważać na mech, który w związku ze swoimi właściwościami chłonnymi jest najbardziej napromieniowany, a także zostajemy ostrzeżeni o karze, która grozi za wchodzenie na dach tzw. "szesnastki" czyli charakterystycznego szesnastopiętrowego wieżowca w centrum Prypeci, na którym znajduje się godło "Sojuza". Ta ostatnia wiadomość jest dla nas sporym rozczarowaniem, zwłaszczaże rozpościerają się stamtąd rewelacyjne plenery fotograficzne zarówno na sam reaktor nr4, jak i Prypeć, oraz opuszczoną instalację radaru pozahoryzontalnego zwanego "Okiem Moskwy". Jak głosi urban-legend radar ten był w stanie wychwycić  start rakiet balistycznych czy samolotów strategicznych jeszcze nad terytorium USA. Ile w tym prawdy - pewnie się nie dowiemy jednak trzeba przyznać że konstrukcja o wysokości ponad 90m sprawia imponujące wrażenie. W Polsce była źródłem sporych zakłóceń radiowych, przez co został on ochrzczony jako "dzięcioł" ponieważ był słyszalny w radioodbiornikach jako jednostajny stukot.
Wracając jednak do naszej przechadzki po Prypeci, jest też dobra wiadomość - można się przemieszczać samodzielnie, a nie tylko w grupie z przewodnikiem. To jest wiadomość na którą czekałem. Postanawiamy więc z "naszą" grupą pochodzić nie utartymi szlakami, a własnymi. Rozpoczynamy od penetracji ruiny supermarketu "Energetyk", gdzie mamy pierwszy kontakt z "Miastem Duchów". Ja zawziąłem się na tą "szesnastkę" i decyduję się wejść na dach, nie zważając na 400 $ mandat jaki groził w przypadku złapania. Dołącza się do mnie Darek. Reszta ekipy przemieszcza się dalej a my z Darkiem pniemy się po schodach na dach budynku. Na poszczególnych piętrach wala się pełno rozszabrowanych mebli, jakaś wybebeszona winda, wchodzimy do różnych mieszkań.
Tam masa różnych rzeczy osobistych, jakieś zapiski, jakieś zdjęcia, plakaty. Na ścianach łuszcząca się lamperia, która wygląda jak z innego świata. Staramy się zachowywać w miarę cicho by nie zdradzić swojej obecności. W międzyczasie w kieszeni cicho mi "ćwierka" radiometr, ale po odgłosie da się wywnioskować, że promieniowanie jest znikome. Z ciekawości co jakiś czas wyciągam radiometr, by zmierzyć poziom promieniowania tu czy ówdzie - wszędzie są to dawki minimalnie większe niż tzw. "tło", ale zupełnie bezpieczne dla człowieka.
Wreszcie docieramy na dach, a stamtąd ... ehhh... wspaniały widok. Jak na dłoni mamy Prypeć, reaktor i nasz obiekt pożądania, czyli "Oko Moskwy". 

Lekko przyczajeni wykonujemy kilkanaście fotek, ja nerwowo zmieniam obiektywy w aparacie z szerokiego kąta na teleobiektyw. Gdy już nasyciliśmy oczy widokami trzeba było schodzić. Fakt sporo czasu zmitrężyliśmy na tym budynku, ale było warto. Takich ujęć nie miał nikt z naszej grupy. 
Po zejściu na dół kierujemy się do lunaparku, nad którym góruje charakterystyczne koło "Diabelskiego Młyna". Jest to  bardzo wygodny punkt orientacyjny. Po drodze mijamy inną grupę "zwiedzających" z tym że Ci przemieszczają się "ziłem" i co jakiś czas robią sobie foto-stopy. Po dotarciu pod "Diabelski Młyn" daje się zauważyć wzrost promieniowania, co objawia się "ćwierkaniem" radiometru coraz szybciej. Tu największe promieniowanie zarejestrowaliśmy przy elektrycznych samochodzikach na autodromie. 
Ten teren częściowo jest nam znany z gry "S.T.A.L.K.E.R." w którą to grali chyba wszyscy uczestnicy tego wyjazdu. Trzeba przyznać, że teren w grze jest bardzo wiernie odtworzony względem rzeczywistości i co rusz któryś z nas zwraca uwagę pozostałych na jakieś miejsce, które zapamiętał z gry. Trzeba przyznać, że miała ta sytuacja coś z magii - jak za dotknięciem różdżki znaleźliśmy się grze :) Tylko pogoda była za ładna jak na grę.
Po lunaparku kierujemy swoje kroki do "Teatru", ale jakoś nie możemy tam trafić - później się okazuje że minęliśmy go o włos, ale za to trafiamy na pomieszczenie gdzie znajduje się masa propagandowych plakatów, transparentów i wizerunków bohaterów Ukrainy/Rosji, które były przygotowywane na zbliżające się święto 1 maja 1986.
Nieopodal walają się międzykontynentalne rakiety typu ziemia-ziemia więc nie odmawiam sobie przyjemności sfotografowania się na jednej z takich rakiet ;)
Pomału kończy nam się czas przeznaczony na bobrowanie po "Mieście Duchów" więc kierujemy się na centralny plac przed Hotelem "Polisja". To miejsce też jest charakterystycznym punktem z wspomnianej wcześniej gry. Tu dokonujemy pomiarów promieniowania mchu - rzeczywiście dużo wyższe niż pozostałych ruin, czy asfaltu. Prawie 2x tyle co samochodziki na autodromie, i prawie 2/3 tego co można zanotować przy reaktorze. Jest jeszcze czas na jakieś pamiątkowe fotografie i udajemy się do autokaru. 
Ruszamy na dalsze zwiedzanie "Zony" - kolejnym punktem tegoż, jest tzw. "Czerwony Las". Było to miejsce, które uległo najsilniejszemu skażeniu po wybuchu reaktora nr.4. Dawka promieniowania, jaka skaziła ten teren była tak silna, że rosnące tu sosny obumarły nadając właśnie nazwę temu miejscu. Obecnie miejsce to nie ma za wiele wspólnego z tamtym "czerwonym lasem", ponieważ tamte drzewa oraz wierzchnia warstwa gleby zostały zgarnięte przez buldożery na cmentarzysko odpadów promieniotwórczych, a na to miejsce posadzono nowy drzewostan. Znajduje się tu także charakterystyczny punkt fotograficzny, czyli betonowy napis "Pripjat". Tutaj też grupa wykonuje fotki, ale nikt nie ociąga się za bardzo, ponieważ następny postój będzie przy samym reaktorze nr.4, na który to punkt wycieczki wszyscy czekają z niecierpliwością.
Około 14:00 autokar zatrzymuje się na parkingu przy reaktorze nr.4.
Ze względu na niewielką odległość od sarkofagu (ok 150m) i wysokie promieniowanie czas przebywania w tym miejscu jest limitowany. Możemy tu przebywać 10 minut więc nic dziwnego że cała grupa rzuca się do robienia zdjęć, ale zostajemy uprzedzeni by nie fotografować bramy wjazdowej na teren reaktora nr.4 i instalacji monitoringowej. Oczywiście nikt nie słucha tych ostrzeżeń i wszyscy fotografują tak sam sarkofag, jak i pomnik ku czci ofiar wybuchu, znajdujący się na placyku przed reaktorem. Gdy czas przebywania w tym miejscu dobiega końca zostajemy poganiani przez przewodników by kończyć fotografowanie i udawać się do autokaru. Z oczywistych względów operacja ta nie przebiega zbyt gładko, ale wreszcie udaje się zebrać komplet i jedziemy na obiad do stołówki, gdzie stołowali się byli, i stołują się obecni pracownicy elektrowni. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się na moście kolejowym przy budynku siłowni (budynek ma długość 1 km), z którego można oglądać pływające w rzece sumy długości przynajmniej 70 cm, oraz przewodnicy pokazują nam pomnik Prometeusza niosącego ogień, który ma być przestrogą, że czasami dobry uczynek może mieć straszne konsekwencje.
Ruszamy już na stołówkę, ale zanim wejdziemy do środka, musimy się poddać kontroli dozymetrycznej. Po tej czynności można już stanąć z tacą w kolejce po posiłek. A ten składał się z ziemniaków puree, kotleta mielonego, jakiejś surówki, kompotu i soljanki. Po posiłku organizowana jest zbiórka przed budynkiem i ruszamy dalej. W międzyczasie zagaduję Igora czy będzie po drodze jakiś sklep, bo chcielibyśmy uzupełnić płyny w organizmie. Kompot to trochę za mało na nas. Igor obiecał, że staniemy przy sklepie. Autokar wiózł nas tym razem do wsi Czarnobyl, która znajduje się ok. 3 km od samej elektrowni. Wieś, to trochę nieadekwatne określenie, ponieważ przeplata się tu budownictwo z "wielkiej płyty" z tradycyjnymi wiejskimi chatami, które rozsiane są po przysiółku. 
Przewodnik zwraca nam uwagę  na niektóre okna w blokach, wskazując, że wisi tam świeże pranie. Jak się okazuje we wsi znajdującej się w strefie zamkniętej mieszka kilkanaście rodzin. Co ciekawe dla tych ludzi problemem nie jest sama strefa zamknięta, a to co poza nią, bo oficjalnie nikt nie może tam mieszkać i np. dzieci mają problem by zapisać się do szkoły, bo oficjalnie nie są z "tego rejonu". Następnie dojeżdżamy do pomnika ku czci strażaków, którzy jako pierwsi ruszyli do likwidacji skutków wybuchu i pożaru w reaktorze nr.4, a którzy w większości nie żyją, na skutek wchłoniętej wysokiej dawki promieniowania. Tu ogromne wrażenie na nas robi długa, prosta i pusta droga, prowadząca w obie strony od pomnika. Po krótkim postoju i wykonaniu zdjęć ruszamy dalej.
Wąską, zniszczoną drogą dojeżdżamy do portu w którym stoją barki, którymi transportowano surowce do likwidacji skutków wybuchu, czyli piach i grafit, którymi zasypywano reaktor. Barki zostały tu porzucone ze względu na silne napromieniowanie. Obecnie biuro, z którym byliśmy już nie organizuje tutaj przejazdu, ponieważ barki zatonęły strawione korozją. Po krótkim spacerze  wzdłuż portu wracamy do autokaru i ruszamy w dalszą drogę. Po kilkunastu minutach zatrzymujemy się przy sklepie. Sklep ten zasługuje na słowo uwagi. Otóż znajduje się on w budynku dawnego ośrodka kultury. Jak na sklep w strefie zamkniętej jest nad wyraz dobrze zaopatrzony. Jest przynajmniej kilka gatunków piwa, kilkanaście rodzajów wódki, kosmetyki, artykuły spożywcze typu chleb, warzywa, owoce leżą oprócz wiaderek i mopów. Ot poczułem się jakbym się cofnął kilkanaście lat wstecz do peerelowskich sklepów GS :) W sklepie rolę kasy fiskalnej pełniło dużych rozmiarów liczydło, którym Pani Ekspedientka posługiwała się ze sprawnością równą komputerom osobistym :) I ten charakterystyczny zapach sklepu GS, zapamiętany z dzieciństwa. Wróciły wspomnienia... nooo ale nie samymi wspomnieniami człowiek żyje więc zaopatrzyliśmy się "płyny" na dalszą część podróży.
Kolejnym punktem programu wycieczki było cmentarzysko pojazdów biorących udział w likwidacji skutków wybuchu. Niestety ten punkt był rozczarowujący. Kilka mocno zdekompletowanych pojazdów ustawionych na jakimś starym boisku, nijak nie może się równać z cmentarzyskiem, które nierzadko można zobaczyć na zdjęciach gdzieś w internecie, gdzie stoi masa transporterów, wozów bojowych czy śmigłowców.
Ostatnim elementem był foto-stop przy tablicy drogowej, informującej o wjeździe do Czarnobyla. Tu także wykonujemy kilka fotek, a ja korzystając z charakterystycznego miejsca umieszczam w pobliżu jednej z tablic, skrzynkę geocache. Po wykonaniu fotek opuszczamy "Zonę" i jedziemy do hostelu po swoje rzeczy.Tam jesteśmy jakoś przed 20:00. Na miejscu okazuje się, że "Zaginiony w akcji" Wojtek się znalazł i pomijając kilka siniaków i strupów, ma się dobrze. Nawet dokumentu mu zostawiono, choć gotówka padła łupem złodziei. Niemniej na pewno Organizator odetchnął z ulgą znajdując człowieka, a ten tylko może żałować, że mimo iz pojechał na wycieczkę do Czarnobyla, do tegoż nie dotarł.
Drogi powrotnej nie będę opisywał, bo co tu dużo pisać - były rozmowy, wymiana doświadczeń ze spaceru po Prypeci, śpiewy, oraz degustacja lokalnych wyrobów alkoholowych, a także konsumpcja "morszczuków" suszonych.
Hitem okazał się wizerunek Szatana, który objawił nam się na zasłonie w autobusie :) Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi :) Na zakończenie można było u Organizatora, za symboliczną kwotę nabyć ciekawy mini-album o Czarnobylu.
Krótko podsumowując ten wyjazd mogę napisać, że przeżyłem lekkie rozczarowanie. Obejrzawszy wiele filmów dokumentalnych, przeczytawszy niemało publikacji dotyczących katastrofy miałem wyobrażenie o straszliwym skażeniu terenu przy samej elektrowni jak i w pewnej odległości od niej, myślałem że biegają tam mutanty o dwóch głowach, a wszyscy, którzy wjeżdżają do strefy są spłukiwani środkami dezaktywującymi izotopy. Oczywiście celowo przejaskrawiam wyobrażenia, ale rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. Skażenie, poza nielicznymi wyjątkami, jest znikome. Nie różniące się wiele od miejsc, które nie są odgrodzone drutem kolczastym i do których wstęp nie jest monitorowany. Nie spotkałem żadnych mutantów, a wręcz przeciwnie - widać, że przyroda sama sobie radzi z takimi "wypadkami" i widać olbrzymią sukcesję flory, a i ponoć fauny także. Za to zawarłem wiele ciekawych znajomości i zaraziłem się "wschodnim wirusem", co objawia się cyklicznymi powrotami do Kijowa.
Z pewnością było to dla mnie ciekawe doświadczenie, ale już raczej nie wybiorę się ponownie na taki wyjazd, ze względu na dość napięty plan. Owszem są inne mniej komercyjne przedsięwzięcia, jednak cenowo kształtują się one zdecydowanie drożej niż ten wyjazd. Jedyną alternatywą jest wyjazd na własną rękę, w mniejszym gronie, ale to się okaże, czy taki projekt uda się zrealizować.
Tym którzy się wahają - polecam. Warto zobaczyć na własne oczy to co widzieliśmy tylko w TV. Daje to możliwość spojrzenia z innej perspektywy niż prezentowana przez media. Inna sprawa, że niedługo nie wiadomo czy będzie co zwiedzać, bo natura szybko upomina się o swoje, a i ludzie wydatnie jej pomagają, sukcesywnie rozkradając tak samą Prypeć jak i cmentarzysko maszyn, z elementów infrastruktury. Promieniowaniem nikt tam zdaje się nie przejmować, bo i tak naprawdę nie ma czym.